logodebata

JESTEŚMY ORGANIZACJĄ POŻYTKU PUBLICZNEGO. PROSIMY o 1,5% Wspomóż jedyny portal na Warmii i Mazurach, który nie boi się publikować prawdy o politykach i jest za to ciągany po sądach. Nigdy, przez 18 lat istnienia, nie dostaliśmy 1 grosza dotacji publicznej. Redaktorzy i autorzy są wolontariuszami. Nr konta bankowego Fundacji „Debata”: 26249000050000450013547512. KRS: 0000 337 806. Adres: 11-030 Purda, Patryki 46B

niedziela, marzec 08, 2026
  • Debata
  • Wiadomości
    • Olsztyn
    • Region
    • Polska
    • Świat
    • Urbi et Orbi
    • Kultura
  • Blogi
    • Łukasz Adamski
    • Bogdan Bachmura
    • Mariusz Korejwo
    • Adam Kowalczyk
    • Ks. Jan Rosłan
    • Adam Jerzy Socha
    • Izabela Stackiewicz
    • Bożena Ulewicz
    • Mariusz Korejwo
    • Zbigniew Lis
    • Marian Zdankowski
    • Marek Lewandowski
  • miesięcznik Debata
  • Baza Autorów
  • Kontakt
  • Jesteś tutaj:  
  • Start
  • Blogi
  • Bogdan Bachmura

Bogdan Bachmura

bachnuraPrzedsiębiorca. Z wykształcenia politolog. W l. 80-tych XX wieku wydawał w podziemiu pisma. Na progu III RP uznał, że jego misja, jako wydawcy, skończyła się. Jednak po kilku latach życia w demokracji coraz dotkliwiej odczuwał deficyt wolności słowa w Olsztynie. Tak narodził się miesięcznik „Debata”, a później portal. Uprawia sport. Można go spotkać biegającego w Lesie Miejskim, albo na korcie tenisowym. Nie przepada za demokracją, czemu daje wyraz w swoich publikacjach.

Nasza ucieczka z teatru wolność

Szczegóły
Opublikowano: piątek, 20 październik 2017 22:08
Bogdan Bachmura

Z okrągłymi rocznicami zawsze jest tak samo: niby człowiek wie, że się zbliżają, ale ich nadejście zawsze jakoś zaskakuje. Dlatego trudno uwierzyć, że pierwszy numer „Debaty” ukazał się 10 lat temu.
Zaczęliśmy więcej niż skromnie. Garstka zapaleńców: Darek Jarosiński, Adam Kowalczyk, Rafał Bętkowski i Wojtek Grotecki wymyśliła, że zrobimy wolne pismo. Planów na dalszą przyszłość nie mieliśmy żadnych. Przetrwać rok wydawało się wtedy sukcesem.
Powody, dla których podjęliśmy to wyzwanie można odnaleźć w moim wstępniaku z października 2007 r. Ocenę, na ile sprostaliśmy postawionym sobie zadaniom zostawiam czytelnikom.
To, co się nam niewątpliwie udało, to zachowanie statusu pisma wolnego. Wolnego od wpływu władzy i komercji. Mało? Każdemu kto tak uważa, polecam własną przygodę z wolnością słowa w demokracji.
Los chciał, że 10-lecie „Debaty” zbiegło się z zapowiedzią wydania ostatniego numeru pisma „Borussia”. To smutna wiadomość, ponieważ 25 lat ukazywania się „Borussi” zaowocowało wielkim i cennym dorobkiem. Ale koniec tego pisma to także znak czasu i systemu w którym przyszło dzisiaj wydawać czasopisma. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że „Borussia” ukazywała się dzięki finansowej kroplówce władzy centralnej i regionalnej. Z wypowiedzi udzielonej „Gazecie Olsztyńskiej” przez Kazimierza Brakonieckiego, współredaktora naczelnego „Borussi” wynika, że ta kroplówka została odcięta. Padają więc ostre słowa o żebraniu u władz, które nie doceniają ich pracy, o chłopcach do bicia i proszenia. - Coraz trudniej jest nam wydawać niezależne czasopismo – mówi Kazimierz Brakoniecki. Moje pytanie brzmi: czy w ogóle można wydawać niezależne pismo za pieniądze jakiejkolwiek władzy? Czy autorzy „Borussi” nie ulegali przez długie lata złudzeniu wywołanemu unikaniu tematów dla władzy niewygodnych? Nie chodzi mi oczywiście o krytykę „Borussi”, bo ich przypadek nie jest bynajmniej wyjątkiem. Chodzi o warunki zachowania wolności słowa w systemie w którym żyjemy, a który nazywa się liberalną demokracją, i jest powszechnie uważany za najbardziej sprzyjający wolności słowa. Skoro więc z wolnością słowa jest tak dobrze, to dlaczego od dziennikarskiej kuchni, której czytelnicy rzadko są świadomi, jest tak źle?
Piotr Legutko w książce Jad medialny tak pisze o relacjach władzy z mediami: politycy grają mediami, media wykorzystują polityków. Trwa pasjonująca gra, w której obie, skazane na siebie strony, wykorzystują słabości przeciwnika. Politycy – upodobanie mediów do widowisk, media - niechęć swoich odbiorców do klasy politycznej.
Ale nie tylko o teatr wolnego słowa chodzi i jego aktorów, odgrywających niezbędne dla trwania tego przedstawienia, właściwe sobie role. Bo choć wciąga miliony, to jednak tylko przedstawienie. Jak na ścianie platonowskiej jaskini, to jedynie teatr cieni – rzeczywistość wtórna. Prawdziwy obraz mass mediów określa system, któremu na imię liberalna demokracja.
Prof. Zbigniew Stawrowski w książce Niemoralna demokracja zauważył, że jeśli w liberalnym państwie celem władzy jest wolność, to w państwie demokratycznym celem wolności jest władza. To niezmiernie ważne spostrzeżenie, bo tłumaczy ciągłe napięcie towarzyszące liberalno-demokratycznej, ustrojowej hybrydzie. Z jednej bowiem strony władza, poprzez odpowiednie gwarancje prawne, staje w obronie wolności słowa. Jednak jej druga, demokratyczna natura, której istotą jest nieustająca walka o władzę, nakazuje traktowanie mediów jako narzędzia osiągania celów politycznych. Problem w tym, że nie liberalny, lecz właśnie demokratyczny czynnik wziął górę we współczesnych organizmach państwowych. Stąd nieustająca, wymykająca się wszelkiej kontroli wojna wszystkich ze wszystkimi i jej pierwsza ofiara w postaci wolnych mediów.
Gdy dziesięć lat temu startowaliśmy z „Debatą”, postępy polskiej demokracji już trwały w najlepsze. Choć prawdziwa presja na opowiedzenie się po którejś ze stron wojny polsko-polskiej dopiero miała nastąpić, to krótki, romantyczny okres wolnego słowa w III RP dawno mieliśmy za sobą. Znaleźliśmy się w demokratycznym, medialnym teatrze, z którego kilka wymienionych powyżej osób zaplanowało w marcu 2007 r., w kawiarni Staromiejska, próbę ucieczki. Tak właśnie rozumiem sens istnienia „Debaty”. Jako ucieczkę kilku niepoprawnych romantyków przed pułapką teatralizacji mediów, podporządkowaniu celom, którym media służyć nie powinny.
Oczywiście nasza ucieczka nie byłaby możliwa, gdyby nie dołączyła do nas spora grupa podobnych „wariatów”. Nie tyko tych znanych z łamów „Debaty”, ale wspierających nas wielu, często bezimiennych osób, bez których dotarcie do szerszego grona czytelników byłoby niemożliwe. A przede wszystkim bez naszych czytelników, których często różni ocena naszej pracy, ale łączy zapotrzebowanie na wolne słowo. To najlepsza okazja, aby wszystkim za 10-letnią wspólnotę wolnego słowa podziękować.
Na koniec słowo o przyszłości „Debaty”. Zwłaszcza że ostatnio, może z powodu okrągłej rocznicy, znów pojawiły się głosy o naszym końcu. Odpowiadam więc słowami klasyka: wiadomości o naszej śmierci są grubo przesadzone. Nie mam natomiast odpowiedzi na pytanie, jak długo jeszcze wytrwamy. Wiem jedynie od czego to zależy. Od zachowania tego, co nami kierowało na początku: wiary w sens tego co robimy, od przewagi tego, co łączy nad tym, co dzieli i od zasobu sił na dalszą ucieczkę z teatru „wolność”.
Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Nasza ucieczka z teatru wolność

Komentarz (8)

Turbinowa wymiana urzędników

Szczegóły
Opublikowano: poniedziałek, 25 wrzesień 2017 18:38
Bogdan Bachmura

Olsztyńskie rondo turbinowe przeszło do historii. Historii którą warto zapamiętać, bo ludzie odpowiedzialni za ten pomysł pokazali, dlaczego po Olsztynie, z remontami czy bez, absurdy ruchu kołowego rozsławiły nasze miasto na całą Polskę.

Czytaj więcej: Turbinowa wymiana urzędników

Komentarz (7)

Żeby wiocha nie była wiochą

Szczegóły
Opublikowano: sobota, 23 wrzesień 2017 17:03
Bogdan Bachmura

W prywatnych rozmowach o Olsztynie często używa się określenia „wiocha”. Publicznie mówi się i pisze mniej dosadnie, ale chroniczny prowincjonalizm stolicy Warmii i Mazur, wyrażający się w ucieczce ludzi o największym potencjale i zdolnościach oraz brakiem wydarzeń czy inicjatyw tworzących tożsamość i charakter miasta, jest oczywisty.
Ostatnią, zmarnowaną szansą na rozwojowego kopniaka dla Olsztyna była lokalizacja lotniska z dojazdem koleją na Szymanowe zadupie, zamiast w Wilkowie pod Olsztynkiem, przy trasie S51.
Teraz, za sprawą prof. Wojciecha Maksymowicza, mamy możliwość budowy nowego szpitala. Warunkiem uzyskania na tę inwestycję z budżetu państwa 350 mln zł jest połączenie Miejskiego Szpitala Zespolonego z Uniwersyteckim Szpitalem Klinicznym w Olsztynie, w miejsce których powstałby jeden Uniwersytecki Szpital Kliniczny. Mieszkańcy Olsztyna i województwa otrzymaliby szpital XXI wieku. Z wyposażeniem pozwalającym na leczenie na najwyższym poziomie. Z podobnej szansy skorzystała już Warszawa, Gdańsk, Kraków, Bydgoszcz, Białystok. Teraz kolej na Poznań, gdzie wszyscy, od prawa do lewa, bez wahania poparli podobny projekt.

Dla Olsztyna byłby to niewątpliwie najważniejszy, prorozwojowy impuls od czasu utworzenia Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Oczywiście w przypadku budowy szpitala najważniejsze wydają się argumenty czysto medyczne i korzyści wynikające ze skuteczniejszego leczenia pacjentów. Ale nawet bez wchodzenia w szczegóły tego przedsięwzięcia trudno zakładać, że pacjenci mogą stracić na budowie supernowoczesnego, wyposażonego w najlepszy sprzęt szpitala. Podobne wnioski dotyczą jakości kadry medycznej, wobec której wyższe wymagania, związane z koniecznością ciągłego samokształcenia, wynikają z istoty szpitali uniwersyteckich.

Prezydent miasta oraz radni od których zależą dalsze decyzje w tej sprawie nie muszą się na tym wszystkim znać. Wszelkie informacje są na wyciągnięcie ręki. Nic natomiast nie zwolni radnych i władz miasta od oceny miastotwórczego impulsu jaki może być udziałem Olsztyna dzięki budowie nowego szpitala. Bo przecież nie mówimy o zwykłym szpitalu, lecz o projekcie, który jest odpowiedzią na największą bolączkę naszego miasta, jaką jest ucieczka najzdolniejszej młodzieży za chlebem i zawodową karierą. Obecny wydział medyczny UWM (a w przyszłości być może samodzielna uczelnia medyczna) razem z nowoczesnym szpitalem klinicznym, to całość nie tylko umożliwiająca kształcenie lekarzy na najwyższym poziomie, ale także perspektywa kontynuowania na miejscu kariery zawodowej. To także napływ do Olsztyna nowej kadry dydaktyczno-medycznej wzmacniającej nie tylko czysto fachowy, ale także intelektualny potencjał naszego miasta.

O tym wszystkim, z konieczności bardzo skrótowo, mówił na ostatniej sesji RM prof. Wojciech Maksymowicz. Wnosząc po jego dotychczasowych, bezowocnych staraniach oraz chłodnym przyjęciu z jakim spotkała się jego prezentacja, w Olsztynie tradycyjnie łatwo nie będzie.

Perspektywa połączenia Miejskiego Szpitala Zespolonego z Uniwersyteckim Szpitalem Klinicznym narusza wiele dotychczasowych interesów. Było to aż nadto widoczne w wystąpieniu dyrektor Miejskiego Szpitala Zespolonego, pani Szymankiewicz – Czużdaniuk oraz w pytaniach zadawanych przez radnych. Bo nowy szpital kliniczny to wprawdzie możliwość wyższych zarobków, ale także perspektywa większej konkurencji i konieczność zawodowego samodoskonalenia. Nie bez powodu motywem przewodnim wypowiedzi pani dyrektor i niektórych radych była konieczność istnienia „naszego królika czy pacjentów? Czy z perspektywy tych ostatnich Szpital Miejski jest bardziej „nasz” niż np. Szpital Wojewódzki? Chyba dlatego, że miasto jest zobowiązane, jako organ założycielski, do łatania dziur zadłużonego „naszego szpitala”.

Można zrozumieć samozadowolenie pani dyrektor z funkcjonowania Szpitala Miejskiego, ale w zderzeniu ze stanem faktycznym, zwłaszcza jego głębokiego niedoinwestowania, wydaje się mało uzasadnione. Jej argumenty odwoływały się bardziej do emocji niż konkretów. Czy jednak wzruszające, codzienne spotkania ze starymi murami szpitala usprawiedliwiają nieprawdziwe stwierdzenia, że Miejski Szpital nie otrzymał w ramach współpracy od Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego ani złotówki? Albo, że prawo nie pozwala szpitalom uniwersyteckim na świadczenie pomocy nocnej i świątecznej?

Organem założycielskim Szpitala Miejskiego jest Gmina Olsztyn i to jej przedstawiciel, a nie broniąca partykularnych interesów dyrektor szpitala, powinien wystąpić po prezentacji prof. Maksymowicza. Tymczasem nie tylko tego zabrakło, ale nawet nadania sprawie budowy nowego szpitala jakiegokolwiek dalszego biegu.

Choć budowa szpitala nie wymaga od miasta angażowania żadnych środków, prezydent Grzymowicz nabrał wody w usta i zdaje się czekać na dalszy rozwój wypadków. Za to były prezydent Małkowski nie ma żadnych wątpliwości. Jego retoryczne pytanie: komu i czemu ma służyć cała zadyma wokół Szpitala Miejskiego w ustach byłego sekretarza PZPR i cenzora może oznaczać tylko „określone, wrogie siły”. Dzięki pryncypialnemu stanowisku radnego Małkowskiego przynajmniej wszystko jest jasne i żadnymi pytaniami dręczyć go nie musimy.

Po ostatniej sesji RM nie ma wątpliwości, że sojusz obrońców „naszego szpitala” trzyma się mocno i wykracza poza utarte podziały wewnątrz Rady Miasta. Co ciekawe, olsztyńscy radni (zresztą słusznie), jak nigdy, solidarnie wystąpili przeciwko pomysłowi wpisania obecnego dworca PKP do rejestru zabytków, bojąc się „sprzątnięcia sprzed nosa” środków na budowę nowego dworca. Tymczasem możliwość utraty dużo większych pieniędzy na budowę nowego szpitala ich nie rusza, choć burzyć „ich” Szpitala Miejskiego nikt nie zamierza.

Ostateczne decyzje w sprawie budowy szpitala uniwersyteckiego najprawdopodobniej będzie podejmowała Rada Miasta już w innym składzie. Ale zapewne wielu obecnych radnych powtórnie zgłosi swoją kandydaturę. Dlatego, jeśli mamy inaczej postąpić niż władze Białegostoku, Gdańska, Bydgoszczy czy innych miast, jeśli olsztyńska „wiocha” znów ma być górą, to tym razem o przyczynach takiego grzechu zaniechania musimy dowiedzieć się od każdego radnego z osobna, a od prezydenta miasta w szczególności.

Na początek chcemy o tym porozmawiać przy okazji ósmej już „Debaty z Debatą”. Swój udział zapowiedział prof. Maksymowicz. Zaprosimy także prezydenta Grzymowicza oraz olsztyńskich radnych. Ale przede wszystkim liczymy na Państwa obecność. Tradycyjnie w „Książnicy Polskiej”, 28 września (czwartek) o godz. 17.00.
O tym naprawdę warto rozmawiać.
Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia
„Święta Warmia” i „Fundacji
Debata”, politolog,
publicysta

Czytaj więcej: Żeby wiocha nie była wiochą

Komentarz (29)

Czy OTAKE Polske walczyliśmy?

Szczegóły
Opublikowano: sobota, 19 sierpień 2017 10:18
Bogdan Bachmura

Kolejny sierpień, i kolejna rocznica „karnawału Solidarności”. Wprawdzie nie okrągła, a jednak szczególna. Od dawna bowiem nie mieliśmy tylu powodów, aby wrócić do pytania: czy (mówiąc Wałęsą) OTAKE Polske walczyliśmy.
Oczywiście 37 lat temu żadnych konkretnych wyobrażeń na temat przyszłej Polski nie mieliśmy. Ogólnie śnił nam się „Zachód”, ale działaczom Solidarności czas wypełniała ciągła szarpanina z komunistycznym „aparatem”. To, jak sobie przyszłą Polskę wyobrażaliśmy, wynikało raczej z ducha „karnawału Solidarności” i sprzeciwu wobec otaczającej rzeczywistości.
Klimat tamtych czasów przywołał ostatnio prezydent Andrzej Duda przy okazji weta ustawy o Sądzie Najwyższym. Chodzi o powołanie się prezydenta na autorytet pani Zofii Romaszewskiej, która przypomniała, że podporządkowanie ministra sprawiedliwości prokuratorowi generalnemu to rozwiązanie nie tylko znane z czasów PRL, ale należące do kanonu ówczesnych, systemowych patologii. Chowanie się strażnika Konstytucji za plecami zasłużonej opozycjonistki w sprawie dotyczącej materii czysto prawnej może wprawdzie budzić wątpliwości, ale życzyłbym sobie, aby inne skojarzenia ze słusznie minionym ustrojem równie silnie trafiały do przekonania dzisiejszych prawodawców i politycznych elit.
Zgodnie z regułą Alexisa de Tocqueville, jednego z najwnikliwszych analityków demokracji, „Rewolucjoniści dziedziczą cechy kultury politycznej poprzedniego ustroju”. Polska, poprzez dzierżących stery władzy w III RP uczestników dawnej solidarnościowej opozycji, jest podwójnie obciążona ustrojowym DNA. Nie tylko bowiem z powodu mentalnego zasiedzenia byłych działaczy opozycji w minionej, ustrojowej rzeczywistości, ale także poprzez aksjologiczne, oświeceniowe pokrewieństwo liberalnej demokracji z „demokracją ludową”. To tłumaczy na przykład dlaczego wspólna dla obu zwalczających się ustrojowych krewniaków ideologia równości skutkuje powrotem „towarzysza szmaciaka”, a dzisiejsza ateizacja społeczeństw, choć prowadzona odmiennymi metodami, powoduje, że perspektywa „dyktatury relatywizmu” jest bliższa jak nigdy dotąd.
Ale czy wszystkie relikty wiecznie żywego peerelu da się w ten sposób rozgrzeszyć? Czy dworując sobie na różne sposoby ze zjednoczonej i „robotniczej” monopartii mogliśmy przypuszczać, że nasi koledzy z opozycji zbudują jej kopie, które jak dawniej będą sprawować nadzór nad instytucjami państwa, publicznymi mediami i wybranymi z partyjnych list „przedstawicielami narodu”?
Żadne różnice poglądów przecież nie zapowiadały, że jeden z nas, ludzi solidarnościowej opozycji, użyje utworzonej przez siebie partii jako pasa transmisyjnego światopoglądowej rewolucji i narzędzia niszczenia aksjologicznych fundamentów państwa?
Że cień komuny okaże się tak długi, iż walka z nim 27 lat od jej upadku doprowadzi kolejnego antykomunistę i jego partię do rewolucyjnej walki z najważniejszymi instytucjami państwa?
Kto wreszcie mógł pomyśleć, że atomizacja Polaków, będąca koniecznym i nieodłącznym atrybutem władzy komunistycznej, zostanie tak twórczo i skutecznie przeprowadzona przez wspomniany tandem byłych ludzi Solidarności?
Tym, co najbardziej wyróżnia obie rzeczywistości jest ustój gospodarczy. Toczone nieustannie od ćwierćwiecza spory o polski model gospodarczej transformacji nie zmieniają faktu, że aktywność i przedsiębiorczość jaką wyzwolił kapitalizm i wolny rynek odmieniły Polskę w sposób diametralny. Tymczasem największym hamulcowym rozwoju Polski, znów podobnie jak za komuny, jest słabość instytucji państwa. To, co powinno być największym atutem każdej zdrowej demokracji, amortyzatorem neutralizującym skutki działań z zasady średnich jakościowo elit, jest tylko funkcją bieżącej walki politycznej, której perspektywę wyznaczają najbliższe wybory. Jak mówił niedawno na łamach „Rzeczpospolitej” dr hab. Artur Wołek, z rutynowymi czynnościami, takimi jak wydawanie dowodów osobistych czy rejestracją samochodów nasze państwo daje sobie radę całkiem nieźle i zdecydowanie góruje nad tym, co starsi wiekiem pamiętają z czasów komuny. Ale w obliczu sytuacji kryzysowych, gdy trzeba sprostać wyzwaniom szczególnym, państwo polskie znów okazuje się tworem „teoretycznym”. I nie muszą to być wielkie wyzwania cywilizacyjne. Wystarczą zwykłe dziki, których niszczące panoszenie się na terenie miast jest problemem nie do rozwiązania. A ponieważ politykom brakuje właściwych, ustrojowych narzędzi wpływania na rzeczywistość, po staremu zastępują je ręcznym sterowaniem instytucjami państwa.
Kwintesencją takiego konstytucyjnego braku spójności państwa i refleksji nad jego funkcjonowaniem jest pozycja prezydenta RP. Z teoretycznie silnym, pochodzącym z powszechnych wyborów mandatem, ale bez możliwości realnego rządzenia. I choć tutaj o analogie z konstytucją PRL trudniej, ponieważ nie przewidywała ona funkcji głowy państwa, to odpowiednika naszego strażnika żyrandola można dostrzec w narażonym na nie mniejszą liczbę żarcików, przewodniczącym Rady Państwa. Ten brak bezpośredniej koincydencji nie zmienia faktu, iż silnego i spójnego ustroju państwa nie stworzyliśmy z tego samego co za komuny powodu: bo dziedzicząc cechy poprzedniego ustroju przeznaczyliśmy główną rolę w państwie partiom politycznym.

Powiedzmy sobie szczerze: choć wśród byłych demoludów mieliśmy najsilniejszą i najlepiej zorganizowaną opozycję, to na wypadek upadku komuny ani w 1980, ani nawet w 1989 roku nie mieliśmy żadnego planu. Nie mieliśmy pomysłu na rozliczenie upadającego systemu, na przyszły model gospodarki, budowę nowych instytucji państwa czy sposób kreowania politycznych elit. Paradoksalnie ustawę o działalności gospodarczej, która była fundamentem gospodarczego boomu początku lat 90. stworzyli ludzie poprzedniego systemu. Później ich Solidarnościowi następcy, solidarnie zajęli się jej psuciem.
Zdaję sobie sprawę, że każdorazowa próba odpowiedzi na pytanie, czy OTAKE Polske walczyliśmy, przynosi różne rezultaty oraz odmienne rozłożenie akcentów. Dlatego postanowiliśmy je zadać uczestnikom siódmej już „Debaty z Debatą”. Do udziału w niej zaprosiliśmy m.in. Zofię Romaszewską, Krzysztofa Wyszkowskiego i Stefana Śnieżkę, znanych i zasłużonych członków opozycji antykomunistycznej, mających także swój udział w kształtowaniu instytucji III RP. Zapraszamy Państwa tradycyjnie do Książnicy Polskiej, 24 sierpnia o godz. 17.30.
Bogdan Bachmura

Czytaj więcej: Czy OTAKE Polske walczyliśmy?

Komentarz (28)

Fenomen na olsztyńskiej Starówce

Szczegóły
Opublikowano: niedziela, 30 lipiec 2017 19:38
Bogdan Bachmura

Dosyć rzadko chodzę na olsztyńską Starówkę, ale zewsząd słychać głosy, że z roku na rok pustoszeje. Owoce jaki wydał z siebie specjalnie na tę okoliczność powołany zespół ponoć tyłka nie rozrywają, a Olsztyńskie Lato Artystyczne sytuację zmienia, ale tylko w chwilowych porywach.
Nie twierdzę, że mam gotową receptę na rozwiązanie tego problemu. Wiem jedynie, że współczesny, masowy człowiek, to homo ludens – człowiek bawiący się. Dlatego, zważywszy na niewielką ilość stałych atrakcji na Starówce i jej okolicach, aby go zwabić, trzeba mu zapewnić rozrywkę, czyli nasycić Starówkę muzyką i wydarzeniami kulturalnymi. Od ulicznych grajków począwszy, a na występach profesjonalnych twórców skończywszy. Najlepiej od rana do wieczora, od wzejścia pierwszych krokusów do końca babiego lata. I tylko kasa, zamiast obecnych ochłapów, jest potrzebna.
Ale na problemy olsztyńskiej Starówki można także spojrzeć z innej, znacznie szerszej perspektywy. Chodzi mi o planowane rozszerzanie na całe centrum strefy Tempo 30 oraz inne działania zmierzające do wyrugowania większości ruchu samochodowego z tego obszaru i budowania miasta przyjaznego mieszkańcom. Wizję takich „szklanych ulic” snuł niedawno w wywiadzie dla olsztyńskiego dodatku „Gazety Wyborczej” Hubert Barański z łódzkiej Fundacji Normalne Miasto – Fenomen. Wzorem takiego tętniącego życiem fenomenu, przebudowanego pod dyktando tej Fundacji jest Woonerf – 100 metrowy deptak przy ul. Traugutta.
Nie wiem, jaka jest prawda o tym pięknie prezentującym się na zdjęciu (zwłaszcza w zestawieniu z wszechobecnymi w Łodzi ruinami zabytkowych budynków), krótkim fragmencie ulicy. Ale, jeśli dobrze rozumiem, nasza Starówka po znacznym ograniczeniu tam ruchu samochodowego, stała się idealnym, dużo obszerniejszym i atrakcyjniejszym przykładem wizji roztaczanej przez pana Barańskiego. Jego rada jest prosta: „Przestańmy traktować każdy samochód jak wózek inwalidzki, bez którego nie ma życia w mieście”. Problem w tym, że choć na olsztyńskiej Starówce samochodowych „wózków inwalidzkich” nie ma, ale życia także brak.
Czy centrum Olsztyna, po wyrugowaniu z niego większości samochodów, będzie wyglądało inaczej? Proszę mi wierzyć, bardzo bym chciał. Ja także z rozrzewnieniem patrzę na widokówki Olsztyna z początku XX wieku. Na pięknie ubranych, przechadzających się pełnymi zieleni ulicami mieszkańców. Jeszcze w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku „moje” rodzinne Zatorze, choć architektonicznie zmienione nie do poznania, tętniło życiem, a największym problemem rodziców było zapędzenie wieczorem dzieciaków z podwórka do domu. Zabawy na „karolku” przyciągały tysiące ludzi, choć codzienna rzeczywistość do zabawy nie skłaniała . Problem nie dotyczy przecież tylko miast. Dawniej jadąc samochodem przez wieś trzeba było uważać na licznych, znajdujących się przy szosie mieszkańców. Dzisiaj, bez względu na porę dnia, wsie wyglądają jak po przejściu zarazy, a nogę z gazu zdejmuje się głównie ze względu na radarowe pułapki.
Co się zatem zmieniło, że skłonienie ludzi do normalnych kiedyś odruchów potrzeby bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem i zabawy na świeżym powietrzu wymaga społecznej inżynierii? Otóż, drodzy specjaliści od organizowania innym życia, zmieniło się wszystko. A przede wszystkim człowiek! Jego skalę potrzeb wyznacza dziś technologia, która przywiązała, zwłaszcza młodzież, do telewizora, komputera, smartfona i innych bzdetów, których nazw nie chce mi się nawet przypominać. To władztwo technologii na człowiekiem nie tylko, jak przewidywał Einstein, produkuje na masową skalę idiotów, ale przy tym idiotów chorowitych, wiecznie zasmarkanych, ruchowo ograniczonych niczym dawne panienki z dobrego domu. „Komunikacyjne nawyki” którym wypowiedziano wojnę także w Olsztynie to nie tylko syndrom „inwalidzkiego wózka”. To nie przyczyna lecz skutek uważanej za sukces społecznej rewolucji, która m.in. na masową skalę wyciągnęła kobiety z domu dla robienia „kariery”. Te kobiety nie tylko dojeżdżają do pracy. Pozbawione opieki dzieci trzeba dowieść, często drugim samochodem w rodzinie, do żłobka, przedszkola, szkoły. A po południu na zajęcia, bo na zewnątrz zamiast podwórka bloki, parkingi i trawniki. To także nieporównywalna w dziejach ludzkości skala zbiurokratyzowania państwa, a co za tym idzie ilość spraw, które na linii państwo-obywatel ten ostatni musi załatwić. A w przypadku Olsztyna właśnie w centrum miasta. I choćbyśmy – jak chce Marcelina Mikułowska, była urzędniczka ds. estetyzacji miasta - ściągnęli do Olsztyna nie wiem ilu gejów, to tej Wisły żadnym ideologicznym kijem się nie zawróci. Jeśli do tego zróżnicowania zajęć współczesnego człowieka dodać podłą przez większość roku w Prusach Wschodnich pogodę, to samochód jako „wózek inwalidzki” staje się prawie tak samo niezbędny, jak ten prawdziwy.
Trudno zatem, mierząc się z problemem wyludnienia olszyńskiej Starówki, zapomnieć o towarzyszącym mu bagażu rzeczywistości. W okresie letnim to po prostu kwestia zaangażowania dużo większych, publicznych pieniędzy, zwłaszcza w działalność Miejskiego Ośrodka Kultury.

Olsztyn Stary Ratusz
A co od września do czerwca? Nie mam wątpliwości, że los tego miejsca zależy od kreatywności miejscowych przedsiębiorców i otwartości na współpracę władz miasta. Kilka lat temu znalazł się człowiek, który ożywił stadionowe klepisko przy ul. Sybiraków. Inspirowani tym pomysłem w lutym 2014 r. zaproponowaliśmy prezydentowi Grzymowiczowi sięgnięcie do tradycji olsztyńskiego Rynku i zorganizowania, wzorem wielu miast zachodnich, na początku 2-3 razy w tygodniu, jarmarku rozpoczynającego i kończącego swoją działalność o stałych porach, z minimalną ilością stałych elementów wyposażenia. Szczegóły funkcjonowania i rodzaj sprzedawanych towarów jest sprawą otwartą. Odpowiedź jaką otrzymaliśmy od prezydenta była tyleż miła, co zdawkowa, i taki stan trwa do dzisiaj.
A przecież tak naprawdę nie trzeba wiele. Pomysł podświetlenia ścieżek rowerowych w Lidzbarku Warmińskim przyciągnął przecież uwagę całej Polski. Nikt nie ma wątpliwości, że Olsztynowi potrzebny jest jakiś motor promocyjny, wydarzenie, które będzie się jednoznacznie kojarzyło ze stolicą Warmii i Mazur. Osiem lat temu Stowarzyszenie „Święta Warmia” próbowało przebić się do świadomości radnych oraz ratuszowych urzędników z pomysłem medialnego zagospodarowania „szubienic”. Chodziło o cały zestaw środków mających zneutralizować symbolikę pomnika i uzupełnić ubogą dziś wiedzę historyczną. Jednym z elementów tej idei były organizowane latem, na tle pylonów pomnika, świetlno-laserowe przedstawienia obrazujące historię „wyzwalania” Prus Wschodnich przez Armię Czerwoną oraz niezwykle ciekawe dzieje budowy samego pomnika. Wtedy pomysł ten miał dwa wielkie atuty: nieliczne jeszcze tego rodzaju prezentacje przyciągały wszędzie dziesiątki tysięcy turystów. Przewaga druga, to absolutnie nowatorskie podejście do problemu po sowieckich pomników, wśród których olsztyński, ze względu na wielkość i konserwatorską ochronę, można nazwać „pomnikiem pomników”. Ustawa o dekomunizacji ulic i pomników spowodowała, że tego wizerunkowo - pomnikowego paliwa starczyłoby aż do dzisiaj.
Dlaczego pomysł ten nie został podjęty? Bo Olsztyn to miejsce przeklęte. Intelektualną miałkością kolejnych prezydentów, kunktatorstwem przytulonych do władzy elitek, interesami urzędniczo – biznesowej sitwy i przykrywającymi każdą ambitniejszą myśl, partyjnymi nakryciami głowy radnych.
Jeden z rezultatów takiego stanu rzeczy to pozbawiony waloru oryginalności, głuchy na lokalne uwarunkowania, pomysł strefy Tempo 30. W mieście w którym średnia prędkość pojazdów wynosi 31 km/godz. Jego twórczym rozwinięciem mogłyby być nie tylko oświetlone, ale i zadaszone, a najlepiej podgrzewane ścieżki rowerowe. Absurd? Nie większy niż wizja pieszo – rowerowej strefy szczęśliwości w centrum Olsztyna.
Bogdan Bachmura

Czytaj więcej: Fenomen na olsztyńskiej Starówce

Komentarz (14)

Więcej artykułów…

  1. Prezydent Andrzej Duda
  2. Lis w demokratycznym kurniku
  3. SPRAWDZIAN Z ROOSEVELTA
  4. Paragraf na „szubienice”

Strona 17 z 55

  • start
  • Poprzedni artykuł
  • 12
  • 13
  • 14
  • 15
  • 16
  • 17
  • 18
  • 19
  • 20
  • 21
  • Następny artykuł
  • koniec

Komentarze

Moim zdaniem spółka, poza formalnym uzasadnieniem,powstaje bo brakuje pracy komuś z Platformy. KO krytykowała PiS za obsadzenie swoimi ludźmi spółek, ...
Dlaczego głosowałem przeciw po...
4 minut(y) temu
Byłem na spektaklu. Poruszający to chyba trochę mało powiedziane...
Ale zauważyłem dwa rzędy przede mną siedząca osobę z umieszczonej w tekście listy...
Olsztyńska prokuratura wszczęł...
1 godzinę temu
Oj dana dana - https://www.youtube.com/watch?v=77cKcUoKjXg&list=RD77cKcUoKjXg&start_radio=1
Radna pyta: Dlaczego prezydent...
5 godzin(y) temu
"Moja jest tylko racja, i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Bo właśnie moja racja jest racja najmojsza!"
Radna pyta: Dlaczego prezydent...
19 godzin(y) temu
Ekstra, teraz może wstąpi do KO? Byłby wzmocnieniem.
Przeprosiny
20 godzin(y) temu
Dlaczego radny Andrasz, mistrz konferencji, milczy w tak ważnym temacie?
Radna pyta: Dlaczego prezydent...
20 godzin(y) temu

Ostatnie blogi

  • Apel o optymizm na wypadek wojny Dwadzieścia rosyjskich dronów, które ostatnio wleciały do Polski wzbudziły u wielu moich rodaczek i rodaków głęboki niepokój, a często przerażenie… Zobacz
  • Barbarzyński atak "silnych ludzi" Tuska na praworządność Zbigniew Lis Motto Tuska: Będziemy stosować prawo, tak jak my je rozumiemy, czyli uchwałami Sejmu i rozporządzeniami zmieniać ustawy, wg zasady –… Zobacz
  • Co trzeba zrobić, żeby PiS wygrało kolejne wybory? Zbigniew Lis Wielu Polaków głosujących nie za opozycją, tylko przeciw PiS, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji ich decyzji oraz z powagi… Zobacz
  • Michał Wypij, Paweł Warot – komentarz osobisty Bogdana Bachmury Bogdan Bachmura Dużo łatwiej o krytykę osób, których nie darzymy sympatią, z którymi jesteśmy w sporze lub konflikcie. Ale tym razem jest… Zobacz
  • 1

Najczęściej czytane

  • Wyborcza sporządziła listę osób do zwolnienia z pracy, związanych z PiS
  • Wiernikowska po 23 latach opowiedziała historię Klewek, Leppera i Skowrońskiego
  • Presja na lekarzy Szpitala w Olsztynie, by wykonali aborcję. Kaja Godek ma dla kobiety dom
  • Prezydent Olsztyna uprawia pijar i zaklinanie rzeczywistości
  • „Męczeństwo św. Katarzyny K. od Helpera” (relacja z procesu sądowego)
  • Burmistrz apeluje o powrót festiwalu muzyki death-metal do Dobrego Miasta
  • Fundacja im. M. Bublewicza nie przekazywała dotacji na Szkołę im. M. Bublewicza
  • Kto „szerzy kłamstwa”, media czy beneficjentka dotacji Beata Bublewicz?
  • Petycja do KEP o aprobatę nazwy Sanktuarium Narodowe w Gietrzwałdzie
  • Policja zatrzymała właścicielki prywatnych szkół w Olsztynie
  • Jak rozliczono dotację dla Fundacji im. M.Bublewicza na "Ochronę Ostoi Derc"
  • "Dolina nicości jest w nas". Znakomita ekranizacja powieści Wildsteina

Wiadomości Olsztyn

  • Olsztyn

Wiadomości region

  • Region

Wiadomości Polska

  • Polska

O debacie

  • O Nas
  • Autorzy
  • Święta Warmia

Archiwum

  • Archiwum miesięcznika
  • Archiwum IPN

Polecamy

  • Klub Jagielloński
  • Teologia Polityczna

Informacje o plikach cookie

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.