logodebata

Wspomóż jedyny portal na Warmii i Mazurach, który nie boi się publikować prawdy o politykach i jest za to ciągany po sądach. Nigdy, przez prawie 18 lat istnienia, nie dostaliśmy 1 grosza dotacji publicznej. Redaktorzy i autorzy są wolontariuszami. Nr konta bankowego Fundacji „Debata”: 26249000050000450013547512. KRS: 0000 337 806. Adres: 11-030 Purda, Patryki 46B

czwartek, luty 19, 2026
  • Debata
  • Wiadomości
    • Olsztyn
    • Region
    • Polska
    • Świat
    • Urbi et Orbi
    • Kultura
  • Blogi
    • Łukasz Adamski
    • Bogdan Bachmura
    • Mariusz Korejwo
    • Adam Kowalczyk
    • Ks. Jan Rosłan
    • Adam Jerzy Socha
    • Izabela Stackiewicz
    • Bożena Ulewicz
    • Mariusz Korejwo
    • Zbigniew Lis
    • Marian Zdankowski
    • Marek Lewandowski
  • miesięcznik Debata
  • Baza Autorów
  • Kontakt
  • Jesteś tutaj:  
  • Start
  • Blogi
  • Bogdan Bachmura

Bogdan Bachmura

bachnuraPrzedsiębiorca. Z wykształcenia politolog. W l. 80-tych XX wieku wydawał w podziemiu pisma. Na progu III RP uznał, że jego misja, jako wydawcy, skończyła się. Jednak po kilku latach życia w demokracji coraz dotkliwiej odczuwał deficyt wolności słowa w Olsztynie. Tak narodził się miesięcznik „Debata”, a później portal. Uprawia sport. Można go spotkać biegającego w Lesie Miejskim, albo na korcie tenisowym. Nie przepada za demokracją, czemu daje wyraz w swoich publikacjach.

Paczka z napisem podatki+

Szczegóły
Opublikowano: poniedziałek, 22 maj 2017 20:05
Bogdan Bachmura

W lutowym numerze „Debaty” pisałem o rewolucyjnym projekcie reformy podatkowej przygotowanej przez Parlamentarny Zespół na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego. Oczywistą konsekwencją powstania tego ważnego, choć mało znanego dokumentu było zaproszenie do Olsztyna przewodniczącego Zespołu, posła PiS, Pawła Abramowicza na czwarte już spotkanie z cyklu „Debata z Debatą”. Oprócz posła Abramowicza, zaprosiliśmy Janusza Cichonia, posła PO i byłego wiceministra finansów, Wiesława Łubińskiego, kanclerza Loży Olsztyńskiej BCC i Ryszarda Małkiewicza, doradcę podatkowego, wiceprzewodniczącego Krajowej Rady Doradców Podatkowych.
Przypomnę: Parlamentarny Zespół proponuje likwidację takich danin jak PIT, ZUS, składki zdrowotnej i składki na Fundusz Pracy. Co w zamian? Jednolity, 25 proc. podatek od funduszu płac. Rewolucja dotyczyłaby także podatków płaconych przez firmy. Zniknęłyby CIT i PIT. Zamiast tego firmy prawne płaciłyby jednolity 1,5 proc. podatek obrotowy, a małe firmy uproszczony podatek zryczałtowany.
Jakie byłyby skutki takiej podatkowej rewolucji?
Pracownik z wynagrodzeniem 3000 zł. zyskiwałby 750 zł. Duże firmy, których obecnie 40 proc. w ogóle nie płaci podatków, utraciłyby możliwość ich unikania, co położyłoby kres uprzywilejowanej pozycji korporacji i zbilansowałoby ubytek dochodów budżetu państwa spowodowany zmniejszeniem obciążeń dla pracowników i małych firm. Nie bez powodu motywem przewodnim debaty było pytanie: Czy podatki mogą i powinny być sprawiedliwe? Zawarta w pytaniu wątpliwość może wydawać się dziwna, bo dla większości z nas odpowiedź wydaje się oczywista. Ale to właśnie instrumentalne posługiwanie się hasłami sprawiedliwości pozwoliło demokratycznym politykom w Europie i USA na przejęcie w ciągu ostatnich 100 lat kontroli nad naszymi dochodami w stopniu dotychczas niespotykanym. Gdy większość Polaków zaciera ręce sądząc, że „sprawiedliwy” system opodatkowania progresywnego pozwala wyrównywać dysproporcje pomiędzy biednymi i bogatymi, to ci ostatni, dzięki dziurawemu systemowi i dobrym doradcom płacą podatki niskie, albo wcale. Natomiast Polak zarabiający 3000 zł. oddaje państwu złotych 1200, ale serce go nie boli, bo robi to za niego pracodawca.

Dużym zaskoczeniem dla widzów debaty był zapewne jej merytoryczny, spokojny przebieg. Przyzwyczajeni do rytualnej, medialnej wymiany ciosów pomiędzy partyjnymi przeciwnikami, tym razem byliśmy świadkami dyskusji skupionej na zasadach i celach, którym powinien służyć system podatkowy. Można? Można! Nie oznaczało to bezwarunkowej zgody na wszystkie szczegóły zaprezentowanej przez posła Adama Abramowicza reformy podatków. Zgoda była co do jednego: obecny system wymaga fundamentalnej zmiany zasad i filozofii systemu ściągania państwowych danin. Rozmowę niewątpliwie ułatwiał fakt, że niegdyś programowo - podatkową wizytówką PO było utrzymane w podobnych duchu 3x15. Poseł Cichoń podtrzymał jego merytoryczną zasadność, tłumacząc porzucenie projektu uwarunkowaniami budżetowymi i kryzysem 2008 roku.

Przygotowany przez Parlamentarny Zespół projekt nie jest oficjalnym, rządowym dokumentem. Poseł Abramowicz określił go jako gotową, spakowaną i przekazaną rządowi Beaty Szydło podatkową propozycję. Na pytanie o szanse jego wykorzystania poseł PiS stara się trzymać fason. Wydaje się jednak, że łatwo nie będzie. Na pierwszy rzut oka wszystko pasuje. Najpierw „Konstytucja Przedsiębiorczości” ministra Mateusza Morawieckiego, a teraz program „Gospodarka Plus”, który ma być fundamentem całej gospodarczej ofensywy rządu. Trudno sobie wyobrazić lepszy silnik napędowy tej ofensywy niż podatkowa paczka posła Abramowicza. Największą wadą programu 500+ jest brak związku otrzymywanych pieniędzy z pracą. Nowy system podatkowy nie tylko wzbogaca wszystkich pracujących Polaków przynajmniej o kilkaset złotych miesięcznie, ale są to pieniądze przez nich zarobione, a nie rozdawane kosztem powiększenia długu publicznego. Przywraca sens rywalizacji małych i średnich firm z biznesem korporacyjnym, dając gospodarce impuls jakiego nie doświadczyła od czasu wprowadzenia w 1989 r. ustawy o wolności gospodarczej ministra Mieczysława Wilczka. Pasuje nawet do antykomunistycznego wizerunku Prawa i Sprawiedliwości. Bo przecież głównymi orędownikami opodatkowania progresywnego byli Karol Marks i Fryderyk Engels. Manifest komunistyczny zaleca „wysoki podatek progresywny” obok wywłaszczenia własności ziemskiej” i „zniesienia praw dziedziczenia” jako narzędzie walki z kapitalizmem. Więc w czym kłopot? Przede wszystkim w tym, że dla większości wpływowych polityków PiS progresja podatkowa to nieodłączny atrybut sprawiedliwości społecznej, a prosty i możliwy do zrozumienia oraz obsłużenia przez zwykłych ludzi system podatkowy, to zagrożenie dla omnipotencji państwa i wszechwładzy urzędniczego aparatu. Za skomplikowanym, a przez to niesprawiedliwym systemem podatkowym, kryją się potężne lobby korporacyjno – polityczne, biurokratyczne, wydawnicze i podatkowo-doradcze. Na istnieniu podatku progresywnego i dochodowego zbudowano tak wielką i zyskowną siatkę zależności, że nie są w stanie jej rozerwać żadne demokratyczne mechanizmy. Że podatki i ogólnie kwestie gospodarcze to obszar praktycznie pozostający poza systemem demokratycznej kontroli przekonaliśmy się po niskiej frekwencji podczas debaty, kontrastującej z poprzednimi trzema debatami. Na pocieszenie poseł Cichoń stwierdził, że te kilkanaście osób to i tak nieźle w porównaniu z kilkoma osobami, które przychodziły na spotkania organizowane w Polskim Towarzystwie Ekonomicznym. Nie od dzisiaj przecież wiadomo, że Polacy w minimalnym stopniu interesują się gospodarką. Poseł Cichoń przywołał badania według których 76 proc. Polaków uważa, że nie płaci podatku VAT. Nic dziwnego, że w tak mętnej wodzie niewiedzy podatkowe rekiny mogą niemal wszystko. Polacy nie są zainteresowani gospodarką, chyba, że pojawią się obietnice manny z politycznego nieba. Politycy doskonale wiedzą, że o wynikach wyborów 2019 r. nie będą decydowały programy gospodarcze lecz zarobki Bartłomieja Misiewicza, rozbite limuzyny oraz przypadki pychy i arogancji władzy.

Najlepszym lekarstwem na ekonomiczne wycofanie Polaków byłby obowiązek osobistego płacenia podatków, ale na to nikt nie pójdzie, bo tak gwałtownego wpływu bytu na świadomość suwerena obecna „klasa próżniacza” mogłaby nie przetrzymać. Bo jak tu na język sprawiedliwości przetłumaczyć prostemu ludowi, że podatek od zysku z kapitału w wysokości 3000 zł. wynosi 570 zł., a od 3000 zł. brutto za pracę - 1200 złotych? Tak więc, parafrazując hrabiego Aleksandra Wielopolskiego, w sprawach gospodarczych dla Polaków można zrobić wiele, z Polakami nic. Dobrze się więc składa, bo zawartość podatkowej paczki przygotowanej przez Parlamentarny Zespół posła Adama Abramowicza zawiera tak poszukiwany przez PiS pomysł na nowe 500+. Wystarczy ją rozpakować.

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

ZOBACZ ZAPIS FILMOWY DEBATY O PODATKACH

 

Czytaj więcej: Paczka z napisem podatki+

Komentarz (34)

Walka handlu z demokracją

Szczegóły
Opublikowano: poniedziałek, 17 kwiecień 2017 17:31
Bogdan Bachmura

Czy można być konserwatystą w liberalnej demokracji? Przed tym dylematem staje wcześniej czy później każdy, kto chce pogodzić ze sobą te dwa sprzeczne ideowe żywioły. Przekonuje się o tym właśnie boleśnie Prawo i Sprawiedliwość, próbując zrealizować obietnicę zakazu handlu w niedzielę.
Z punktu widzenia konserwatysty sprawa wydaje się oczywista: praca w niedzielę, a także wszelkie próby zmuszania i nakłaniania do niej, to nie tylko grzech, ale także przejaw cywilizacyjnego i obyczajowego barbarzyństwa. W Europie przez niemal dwa tysiąclecia taka postawa była niekwestionowaną oczywistością, silnie osadzoną na fundamencie religii i Prawa Bożego. Dopiero gdy nasz kontynent „spowiły ciemności oświeconego umysłu”, tsunami bezbożności stopniowo lecz konsekwentnie podkopało dotychczasowe zasady, zastępując je bożkami demokratyzmu i ekonomizmu.
Ten pierwszy, strasząc sondażowymi 56 proc. społecznego sprzeciwu dla zakazu handlu w niedziele, działa na polityków PiS szczególnie trzeźwiąco. Nie bez znaczenia jest zapewne straszak ekonomiczny, z wizją dramatycznego spadku PKB, wzrostu bezrobocia, dalszego ograniczenia wolności gospodarczej i pustych lodówek zaharowanych od poniedziałku do soboty, od świtu do nocy Polaków.
Kilka dni temu oglądałem w TVN reportaż w którym stojący przed wejściem do hipermarketu dziennikarz odpytywał ludzi, którzy przed chwilą wyszli z pobliskiego kościoła o powody wizyty w sklepie. – Bo jest otwarte – z rozbrajającą szczerością odpowiedziała jakaś starsza pani.
Myślę, że w tej odpowiedzi zawiera się kwintesencja sporu o pracę handlu w niedziele. Argumenty ekonomiczne w których tak się lubują gospodarczy racjonaliści są moim zdaniem w tym sporze najmniej istotne. Równie dobrze można mówić o stratach wynikających z bumelowania w soboty i niedziele milionów Polaków zatrudnionych poza handlem. Można też wyliczyć, ile tracimy, pracując osiem, zamiast np. dziesięciu godzin podstawowego czasu pracy. I nie zapomnieć o Niemcach, którym trzeba pomóc zrozumieć zgubne skutki odebrania wolności handlu w niedziele.
Wielu, zbyt wielu ekonomistów zapomniało, że ekonomia, pomimo gąszczu liczb i wskaźników, pozostaje nauką humanistyczną, w której niebagatelne znaczenie mają czynniki wymykające się kategoriom ścisłej nauki. Pięknie o tym pisał ojciec współczesnej ekonomii Adam Smith w swojej Teorii uczuć moralnych, albo Max Weber w dziele Etyka protestancka a duch kapitalizmu. Dla nich religijny i etyczny fundament gospodarki nie oznaczał ograniczenia gospodarczej wolności, ale stanowił tej wolności gwarancję i siłę napędową. Ale to było kiedyś. Współcześni obrońcy wolności gospodarczej widzą dlań zagrożenie w niedzielnym odpoczynku od zakupów. Ale to oczywiście wersja dla naiwnego, przywiązanego do szwendania się po sklepach ludu. Wersja bliższa prawdy jest taka, że dziś gospodarki zadłużonych po uszy większości państw europejskich przypominają olbrzymie gruszki z cementem, które muszą być wprowadzone w ciągły ruch obrotowy dla zapobiegnięcia zaschnięcia ich zawartości. „Napędem”, który zapobiega zastygnięciu zadłużeniowego „cementu” jest ciągła, rosnąca wraz ze wzrostem zadłużenia konsumpcja. Handel, najlepiej włącznie z niedzielami, pełni rolę gruszki, wewnątrz której obraca się rozpędzona do granic absurdu konsumpcyjna machina. Dla jej podtrzymania stworzono potężne narzędzia masowego ogłupiania, które tylko nielicznym pozwalają wydawać ciężko zarobione pieniądze na to, czego naprawdę potrzebują.
Paradoksalnie w jednej kwestii zarówno zwolennicy jak i przeciwnicy handlu w niedzielę są zgodni: jedni i drudzy uważają, że najlepszym rozwiązaniem byłby brak jakichkolwiek prawnych zakazów. Tak było przecież od zawsze. Starożytni Rzymianie mawiali: Quid leges sine moribus (Na co prawa bez obyczajów?). Harmonia późniejszego, chrześcijańskiego świata polegała na tym, że państwo i Kościół prowadziły ludzi zgodnie w jednym, uświęconym przez religię i obyczaj kierunku.
Z tamtej perspektywy dzisiejszy świat zwariował. Uczynił człowieka kapłanem i profesorem etyki jednocześnie. Wytrącenie z ręki moralnego kompasu skierowało ludzi odpowiedzialnych za zbiorowość na ruchome piaski postępu i kultu ekonomii. To, że pociągną za sobą większość, było tylko kwestią czasu.
Nie powinno zatem dziwić, że większość Polaków jest przeciwko zakazowi handlu w niedziele. Nie oznacza to, że sami chcieliby w niedziele pracować. Ludzie spędzający niedziele za przysłowiową ladą sklepową stali się koniecznym elementem i zakładnikami praw współczesnego homo economicusa. Nawet zawodowi obrońcy wszelakich mniejszości w ich obronie nie stają. Powinni się cieszyć, że dzięki darowi liberalnej wolności w ogóle mają pracę.
Nietrudno więc zrozumieć przed jakim problemem stanęło Prawo i Sprawiedliwość. Bariery uświęconego tradycją i obyczajem zakazu pracy w niedziele nie złamano przecież prawnymi nakazami. Zastąpiły je stopniowo nowe, ufundowane na wolnościowych ideałach obyczaje.
Nawet Monteskiusz, jeden z ojców współczesnego liberalizmu przecież, uważał, że kiedy chce się zmienić zwyczaje i obyczaje, nie trzeba ich zmieniać za pomocą praw; wydałoby się to zbyt tyrańskim: lepiej jest zmienić je za pomocą innych obyczajów i innych zwyczajów (...) Na ogół ludy są bardzo przywiązane do swoich zwyczajów; odjąć je im gwałtownie znaczy unieszczęśliwić je: nie trzeba tedy zmieniać, ale doprowadzić lud do tego, aby je sam zmienił.
Jednak tutaj Monteskiusz najwyraźniej nie docenił demokracji. Nie przewidział, że oświeceniowa teoria reprezentacji suwerennego ludu stanie się dniem ostatecznej chwały Machiavellego, ponieważ uwolni rządzących od przekleństwa stosowania podłych środków do osiągania zbożnych celów. Teraz, z demokratycznym mandatem w ręku, nie tylko cele, ale i metody ich osiągania uzyskały status świeckiej kanoniczności. Tyrania większości dała więc Prawu i Sprawiedliwości narzędzie z którego ta bezwzględnie i nader często korzysta. Mało to konserwatywne, ale dla konserwatysty demokracja jest jak bagnet, którym można walczyć, ale na którym wygodnie siedzieć nie sposób. Zatem w górę ręce, drogie panie posłanki i panowie posłowie konserwatyści!
Demokracja to ustrój, którego specjalnością jest niszczenie tradycji i psucie dobrych obyczajów. Mała więc nadzieja, że przy pomocy maszynki do głosowania uda się ten proces odwrócić. Ale próbować trzeba!
Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Walka handlu z demokracją

Komentarz (5)

Rosyjska podróż w nieznane

Szczegóły
Opublikowano: środa, 22 marzec 2017 20:06
Bogdan Bachmura

Siergiej Andriejew jest ambasadorem Federacji Rosyjskiej w Polsce. Trudno więc uznać za niespodziankę to, co powiedział kilka dni temu w Olsztynie z okazji obchodów 15-lecia współpracy Warmii i Mazur z obwodem kaliningradzkim. W jego ocenie za najgorsze od czasów drugiej wojny światowej stosunki polsko-rosyjskie w całości odpowiada Polska. Winni są wszyscy: zarówno rząd PO, który wrogą krucjatę przeciwko Rosji rozpoczął, jak i kontynuujący ją rząd Prawa i Sprawiedliwości.

W Polsce podobne stanowisko, niejednokrotnie wyrażane przez przedstawicieli Rosji, odbierane jest jako przejaw rosyjskiego imperializmu. Dowód kontynuacji prowadzonej od wieków przez Rosję carów, a następnie Związek Radziecki, polityki podporządkowania sobie sąsiednich narodów i globalnego wpływania na losy świata. Takie oceny formułuje w Polsce głównie tzw. „obóz patriotyczny”, do którego można zaliczyć Prawo i Sprawiedliwość, środowiska skupione wokół „Gazety Polskiej” czy portalu Fronda.pl, wspieranych przez takich autorów jak Andrzej Nowak, Jadwiga Staniszkis czy Włodzimierz Marciniak. Ideę odradzania się rosyjskiego imperializmu wydaje się wspierać także ostatni bieg wydarzeń, a zwłaszcza aneksja przez Rosję Krymu czy interwencja w Donbasie. Na drugim biegunie polskiego dyskursu na temat Rosji są środowiska konserwatywne skupione głównie wokół „Najwyższego Czasu” i portalu Konserwatyzm.pl. Ich reprezentanci, którzy zyskują w Polsce coraz szerszy krąg zwolenników, widzą w Rosji alternatywę dla postępującej dekadencji zachodnich, liberalnych demokracji. Szansę powrotu Europy do chrześcijańskich wartości i zbudowania konserwatywnej przeciwwagi dla ideologii politycznej poprawności i genderyzmu. Nic dziwnego, że przemawiający w Olsztynie ambasador Aleksiejew chętnie odwołał się do podobnych predylekcji, skwapliwie potwierdzając aspiracje Rosji do roli katechona – czyli tego, kto powstrzymuje najgorsze szaleństwa liberalnego świata. Nie trzeba dodawać, że z tak skrajnie różnych ocen roli i pozycji Rosji we współczesnym świecie wynikają równie odmienne propozycje Polskiej polityki wobec tego państwa.
Kluczowa zatem pozostaje odpowiedź na pytanie, na ile powyższe diagnozy odpowiadają rzeczywistości dzisiejszej Rosji oraz intencjom rządzących nią ludzi.

Dr Paweł Rojek, filozof i socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego uważa, że żadna ze stron tego sporu nie ma racji. Że współczesna Rosja nie jest ani imperialna, ani tym bardziej konserwatywna. Według niego ich wspólnym błędem jest przypisywanie obecnej Rosji cech ciągłości historycznej z państwem carów czy analogii do Związku Radzieckiego. Faktem jest, że wśród Rosjan dominuje myślenie w kategoriach imperialnych. Każdego, kto przebywał w tym kraju  dłużej musi uderzać nostalgia jego mieszkańców za utraconą potęgą i silne uzależnienie poparcia dla władzy od spełnienia takich oczekiwań. Rządzące Rosją elity są świadome postimperialnej traumy rosyjskich mas. Ale czy jest im z nimi po drodze?
Lidia Szewcowa, rosyjska politolog i opozycjonistka, wskazuje na trzy podstawowe cechy rosyjskiego systemu politycznego: władzę personalną, połączenie władzy i własności oraz dążenie do utrzymania geopolitycznych stref wpływów. Przy czym to, że władzę, w odróżnieniu od Zachodu, nie sprawują instytucje lecz osoba, nie oznacza nawiązania do władzy cara. Putin i jego Drużyna to ściśle powiązana wspólnotą interesów grupa około tysiąca osób, która de facto sprywatyzowała władzę nad państwem i jego surowcami. Ich podstawową dewizą jest polityczny realizm i pragmatyzm, którego jedynym celem jest utrzymanie władzy i zasobów. Do tego konieczne jest utrzymanie statusu mocarstwa (stąd dążenie do utrzymania strefy wpływów w obrębie dawnych republik radzieckich) z jednoczesnym udawaniem przed swoimi mieszkańcami antyzachodniego imperium, które rywalizuje o władzę nad światem z USA. Jednak z umiarem, by nie stracić możliwości robienia interesów ze znienawidzonym Zachodem.  Podobnie jak puste ideowo i słabe materialnie są podstawy rosyjskiego imperializmu, tak również państwo to nie realizuje żadnego projektu cywilizacyjnego i nie stara się eksportować jakiegokolwiek systemu wartości. Kreowanie się Rosji na ostoję wartości chrześcijańskich razem z ofertą dla rozczarowanych kapitalizmem czy globalizacją, mają czysto instrumentalny charakter. Są z jednej strony skierowane do mieszkańców Rosji, z drugiej zaś mają służyć destabilizacji zachodnich demokracji. I, o dziwo, to coraz częściej działa! Nie wszystko da się przecież wytłumaczyć rozczarowaniem ekscesami liberalnej demokracji. Zwłaszcza, że wiara w rosyjskie „drugie Jeruzalem” dotyczy środowisk, których polityczną wizytówką ma być polityczny realizm. Każdy, kto miał okazję poznać bliżej Związek Radziecki pamięta powszechny alkoholizm, demoralizację, korupcję i zanik więzi społecznych. Czy dzisiaj coś się zmieniło? Wystarczy wyjechać poza opłotki Moskwy. Można ślepo wierzyć, że obecne w Rosji patologie społeczne to historyczna spuścizna, z którą władze Rosji dzielnie i szczerze się zmagają. Ale dowodów na to, że Rosja to państwo nader często wymykające się znanym nam, możliwym do zaakceptowania kryteriom jest nadto dużo. I wcale nie musi to dotyczyć polityki. Wystarczy przypomnieć ujawniony niedawno, zorganizowany pod patronatem państwa rosyjskiego, trwający od lat masowy proceder szprycowania sportowców rosyjskich nielegalnym dopingiem. Polskę i Rosję historycznie, cywilizacyjnie, kulturowo i politycznie różni tak wiele, że marzenia o szczególnej zażyłości zapewne można odłożyć na pokolenia. Nie oznacza to, że nie ma podstaw do poprawnych, sąsiedzkich stosunków. Problemem nie są relacje na poziomie zwykłych ludzi, zwłaszcza tych, którzy szukają możliwości współpracy gospodarczej. Problemem, jak zawsze, jest polityka. Z wykładu ambasadora Andriejewa, w całości obciążającego Polskę za stan naszych stosunków jasno wynika, że Rosja nie jest zainteresowana poprawą obustronnych relacji. Podobnie sprawa wygląda po drugiej stronie politycznej barykady. Tu także dominuje jednoznacznie antyrosyjska retoryka, bez jakichkolwiek prób oglądania się za siebie. Doskonałą ilustracją polsko-rosyjskiego pata jest sprawa katastrofy smoleńskiej. Stan ciągle podsycanego, wewnątrz polskiego konfliktu został przez PiS uznany za politycznie życiodajny nie tylko z powodu polityki wewnętrznej. Ostrze formułowanych bez ogródek oskarżeń o dokonanie zamachu skierowane jest głównie za wschodnią granicę. Z drugiej strony towarzyszy temu cyniczne przetrzymywanie przez Rosję wraku Tupolewa, wykorzystywanego jako prosty i efektywny sposób wpływania na temperaturę sporu politycznego w Polsce.
Wydaje się, że współczesna Rosja wymyka się dotychczas znanym i stosowanym kryteriom ocen. To oznacza, że polska polityka wschodnia wymaga polityków i strategów na miarę Romana Dmowskiego. Wymaga nowej „Polityki Polskiej”, uwzględniającej nieznane dotychczas elementy ustrojowe dzisiejszej Rosji. Szczególnej elastyczności i finezji pozwalającej do maksimum wykorzystać istniejące możliwości współpracy z tym państwem. Czy polska demokracja jest w stanie dać nam takich polityków? Życie pokaże, ale bez modlitwy się nie obejdzie.
Bogdan Bachmura

MIesięcznik "Debata" i Książnica Polska zapraszają na III „Debatę z Debatą”, po debacie na temat stosunków polsko-ukraińskich i polsko-niemieckich będziemy się spierać o relacje z Rosją. Debata pt. „Rosja: sąsiad czy wróg?” odbędzie się w czwartek 30 marca o 17.30 w „Książnicy Polskiej” w Olsztynie przy placu Jana Pawła II (II p.) Wprowadzeniem do debaty będą wystąpienia autorów tekstów w marcowym numerze debaty nt. stosunków polsko-rosyjskich. Red. Adam Kowalczyk będzie uzasadniał swoją tezę o konieczności związania się z Rosją. Red. Bogdan Bachmura powie, dlaczego nam z Rosją nie po drodze.

Ponadto do udziału w debacie zaprosiliśmy: prof. Selima Chazbijewicza, politologa z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, Marcina Nosala, Konsula Generalnego RP w Kaliningradzie, burmistrz Braniewa Monikę Trzcińską, Tadeusza Baryłę z Ośrodka Badań Naukowych w Olsztynie, zajmującego się od wielu lat monitoringiem mediów w Kaliningradzie, wieloletniego korespondenta „Gazety Wyborczej” w Moskwie red. Wacława Radziwinowicza, prezesa Stowarzyszenia Polska Wschód Wiesława Łubińskiego, prokuratora generalnego w stanie spoczynku, który w latach 1990-1999 nadzorował śledztwo ws. zbrodni katyńskiej Stefana Śnieżkę, mec. Lech Obarę z kancelarii Lech Obara i współpracownicy w Olsztynie, kancelaria obsługuje przedsiębiorców polskich działających na rynku rosyjskim oraz rosyjskich działających w Polsce, Zbigniewa Pietrzaka, przewodniczącego Komisji Współpracy Międzynarodowej sejmiku województwa warmińsko-mazurskiego, Artioma Bologova, prezesa Stowarzyszenia Mała Rosja w Olsztynie, Sławomira Pszennego, prezesa warmińsko-mazurskiej Endecji.
Prowadzący debatę: red. Adam Socha

Termin debaty: czwartek 30 marca o godzinie 17.30.

Miejsce: „Książnica Polska”, plac Jana Pawła II w Olsztynie, II piętro.

Zapis filmowy i tekstowy debaty ukaże się w miesięczniku „Debata” oraz na stronie debata.olsztyn.pl

PRZECZYTAJ WYKłAD AMBASADORA ROSJI WYGŁOSZONY NA UWM 2 MARCA

Czytaj więcej: Rosyjska podróż w nieznane

Komentarz (18)

Gorzej niż Kargul z Pawlakiem

Szczegóły
Opublikowano: niedziela, 19 marzec 2017 19:37
Bogdan Bachmura

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że Jarosław Kaczyński i PiS nie mogli poprzeć kandydatury Donalda Tuska na drugą kadencję szefa Rady Europejskiej. Jestem też przekonany, że w analogicznej sytuacji Tusk postąpiłby podobnie.
Temperatura totalnej wojny w polskiej polityce sięgnęła takiego poziomu, że dla skaczących sobie do gardeł zwolenników zwaśnionych obozów taki ruch byłby zupełnie niezrozumiały i mógłby graniczyć ze zdradą „ideałów”. Obie strony stały się niewolnikami narracji, która od dekady przynosi korzyści obu partiom, pozwalając na rotację władza -silna opozycja, ale ogranicza swobodę uprawiania realnej polityki, której wymaga interes narodowy i polska racja stanu.
Nie chcę przez to powiedzieć, że Donald Tusk dla utrącenia kandydatury Jarosława Kaczyńskiego poszedłby na wojnę z całą Europą. Zatrzymałby się w połowie drogi pomiędzy brakiem poparcia, a otwartym, z góry skazanym na porażkę konfliktem. Przyczyna takiej różnicy politycznego scenariusza jest prosta: z perspektywy Tuska łatwy do przewidzenia finał tej rywalizacji oznaczałby polityczny blamaż i kompromitację równą końcowi jego politycznej kariery. Nie chodzi zresztą o Tuska. Tak to wygląda, gdy rozpatrujemy przebieg wyborów przewodniczącego RE w kategoriach tradycyjnej polityczności.
Nic dziwnego, że tak wielu prawicowych dziennikarzy i komentatorów zadaje sobie pytanie: po co to wszystko było? Na którym politycznym piętrze szukać przyczyny tak wielowymiarowej klęski? Ci, co nie muszą, nie biorą na serio argumentów podsuwanych na użytek propagandowy przez PiS i mających uzasadnić sprzeciw wobec kandydatury Tuska. Nie dlatego, że niektóre z nich nie są prawdziwe, lecz dlatego, że wszystkie razem wzięte nie dają powodu nawet do części tej żałosnej, politycznej farsy.
Piątkowa „Rzeczpospolita” zatytułowała zamieszczony na pierwszej stronie artykuł: „Wybór Tuska, blamaż PiS”. Michał Szułdrzyński na tych samych łamach pisze o „dyplomatycznej katastrofie”.
Odgłosy dobiegające ze sfer rządowych pokazują, że nie wszyscy byli zwolennikami konsekwencji zderzenia z polityczną ścianą. Gdyby nie łatwość z jaką obrażony na Tuska Jacek Saryusz- Wolski dał się namówić do odegrania roli „pożytecznego idioty”, może ta cała gra nie wymknąłby się politykom PiS spod kontroli.
Tymczasem możliwość wysunięcia tak mocnego merytorycznie i pasującego partyjnie kontrkandydata pozwoliła na rozwinięcie scenariusza, w którym PiS jako reprezentant „obozu patriotycznego” czuje się najlepiej. Zrozumienie takiej filozofii polityki nie jest trudne, gdy weźmie się pod uwagę tradycję, jakiej hołduje ta część polskiej klasy politycznej. Mam tu na myśli apoteozę przegranych militarnie i politycznie, ale zwycięskich moralnie narodowych insurekcji i powstań, przedkładania w polityce świadectwa wartości i przekonań nad wymogami politycznego realizmu i skuteczności.
Powinien to doskonale rozumieć Kazimierz Michał Ujazdowski, który teraz, po odejściu z PiS, rozdziera szaty, mówiąc, że nie można uprawiać polityki przeciwko wszystkim i zwracając uwagę na brak związku tego co robi PiS z polityką narodową i wymogami patriotyzmu.
Otóż właśnie dla tej partii jest to związek bardzo głęboki, lecz inaczej rozumiany! Sytuacja dwóch, wzajemnie wspierających się wrogów: wewnętrznego, jako symbolu narodowej zdrady i zewnętrznego, który zagraża naszej suwerenności, pozwala Jarosławowi Kaczyńskiemu prowadzić swoją drużynę na wojnę słuszną, czyli taką, która w końcowym rozrachunku zawsze musi okazać się zwycięska. Dlaczego, dwa dni przed obradami, gdy już wiadomo, że pies z kulawą nogą nie poprze starań premier Beaty Szydło, ta wysyła list do przywódców państw UE, którego treść może tylko dodatkowo wszystkich wkurzyć? Po co to wszystko? Ano, żeby po wszystkim powiedzieć: „To nie jest porażka, to jest zwycięstwo!”. Żeby Jarosław Kaczyński mógł ogłosić, że „Polska odbudowuje się na arenie międzynarodowej”. Jedyna pociecha, to opamiętanie jakie zstąpiło na premier Szydło po rozmowie z kanclerz Angelą Merkel. Bo w planie było ponoć jeszcze demonstracyjne wyjście z sali i próba zerwania obrad.

Być może Państwo zauważyli, że w tym tekście nie padło słowo Polska. Wolę napisać: PiS, bo też trudno mi zaakceptować, że ludzie reprezentujący moją ojczyznę, na dodatek przyznający się do wartości konserwatywnych, mogli używać państwowych symboli do firmowania tak żałosnej, politycznej farsy.
Od 10 lat w polskiej polityce interes dwóch partii jest ważniejszy od interesów Polski jako państwa.
Partyjniactwo, choć w odmiennej niż za czasów PRL postaci, znów postawiło interes grupowy przed myśleniem w kategoriach dobra wspólnego. Losy państwa podporządkowane zostały totalnej wojnie Kargula z Pawlakiem. Z tą różnicą, że jest to wojna wyniszczająca, bo w przeciwieństwie do postaci filmowych, nie ma tu miejsca na wzajemny szacunek, ani tym bardziej współpracę tam, gdzie jest to konieczne. Logiczne zatem się wydaje, że na czele Rady Europejskiej może stanąć każdy, byleby nie był to Donald Tusk, albo Jarosław Kaczyński.
Jako puentę chciałbym przytoczyć wypowiedź studenta, pochodzącą z radiowej sondy przeprowadzonej dzień po wyborze Tuska. – Nigdy nie lubiłem Tuska, ale dzisiaj po raz pierwszy cieszyłem się z jego zwycięstwa.
Po wyczynach ekipy Jarosława Kaczyńskiego jestem pewny, że takich ludzi w Polsce było znacznie więcej.
Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta.

Czytaj więcej: Gorzej niż Kargul z Pawlakiem

Komentarz (20)

Podatki do dekomunizacji

Szczegóły
Opublikowano: wtorek, 28 luty 2017 21:32
Bogdan Bachmura

Nie ma co ukrywać, takiej inicjatywy z kręgów rządzącej partii zupełnie się nie spodziewałem. Zwłaszcza po tym, co jeszcze niedawno wyprawiał minister finansów Henryk Kowalczyk, wspierany przez Jacka Sasina, szefa sejmowej Komisji Finansów. Ich rzucane w mediach zapowiedzi m.in. likwidacji podatku liniowego, czy zwiększenia progresywności podatku dochodowego, zapowiadały twórcze rozwinięcie praktyk stosowanych przez „liberalny” rząd Donalda Tuska, na których najwięcej tracili ci, którzy dotychczas budowali polski kapitalizm – mali i średni przedsiębiorcy. Ostatecznie, po zdecydowanych i zgodnych protestach organizacji przedsiębiorców, ekspertów i mediów, niepotrzebna, podatkowa „koza” została wyprowadzona.
W jej miejsce, ze swoim pomysłem prawdziwej rewolucji podatkowej, niespodziewanie pojawił się poseł PiS Adam Abramowicz, przewodniczący parlamentarnego zespołu ds. patriotyzmu gospodarczego. Prace zespołu wspiera Centrum im. Adama Smitha (które jest autorem pierwotnej wersji zmian) oraz kilka innych organizacji zrzeszających przedsiębiorców.
Adam Smith, autor Badań nad naturą i przyczynami bogactwa narodów oraz Teorii uczuć moralnych uważał, że efektywny i sprawiedliwy podatek to taki, który jest równomierny, czyli de facto, liniowy. Ponadto podatek powinien być pewny, a reguły opodatkowania jasne i klarowne. Powinien być tani, czyli pobierany w sposób efektywny, to znaczy koszty jego egzekucji powinny być stosunkowo niskie w relacji do jego wartości.
W czasach, gdy Smith to pisał, świat zachodni nie znał progresywnego podatku dochodowego. Dla dzisiejszego podatnika może się to wydawać nieprawdopodobne, ale opór przed tym podatkiem jako pierwsze przełamały dopiero w 1891 r. Prusy. Pierwsze zwiastuny socjalistycznego łupiestwa miały już miejsce podczas Rewolucji Francuskiej i w rewolucyjnej agitacji 1848 r., ale zostały zdecydowanie odrzucone. Wtedy to Karol Marks i Fryderyk Engels proponowali progresję podatkową jako jeden z instrumentów, którego proletariat użyje by krok za krokiem wyrwać z rąk burżuazji cały kapitał, scentralizować wszystkie narzędzia produkcji w ręku państwa. Przeciwne nastawienie wyrażają opinie L. A. Thiersa, dla którego proporcjonalność jest zasadą, gdy progresja jest odrażającą samowolą i J. S. Milla jako łagodniejszej formy kradzieży.
Pierwsze stawki podatku progresywnego w Prusach wyglądały niewinnie i wynosiły od 0,67 do 4 proc.! Na próżno Rudolf Geist protestował w parlamencie, że to złamanie fundamentalnej zasady równości wobec prawa - najświętszej zasady równości. Śladem Prus wkrótce poszły inne kraje europejskie, ale do mocarstw anglosaskich, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, podatek progresywny dotarł w 1910 i 1913 r. i wynosił odpowiednio 8,25 i 7 proc. Wtedy ich wysokość szokowała, lecz nikt nie mógł przypuszczać, że wejście na podatkową ścieżkę „społecznej sprawiedliwości”, za sprawą demokratycznej większości, doprowadzi w ciągu trzydziestu lat do stawek 97,5 i 91 proc.
W podobnym do Thiersa i Milla duchu wyrażał się w roku 1949 Ludwig von Misses. W swoim sztandarowym dziele Ludzkie działanie pisał tak: Podatki są niezbędne. Jednakże system dyskryminacyjnych podatków, który stosuje się powszechnie pod mylącą nazwą progresywnych podatków dochodowych i spadkowych, nie jest rodzajem opodatkowania. Jest to raczej metoda ukrytego wywłaszczenia dobrze prosperujących kapitalistów i przedsiębiorców. Żadne argumenty sojuszników rządu nie zmienią faktu, że metody tej nie da się pogodzić z utrzymaniem gospodarki rynkowej. W najlepszym razie można ją uznać za receptę na wprowadzenie socjalizmu.
I jeszcze jeden, jakże aktualny dzisiaj cytat z tej samej książki: Dziś jednak większą część „nadmiernych” zysków nowego przedsiębiorcy pochłaniają podatki. Nie może on zakumulować kapitału, nie może rozwijać własnej działalności, nigdy nie przekształci swojej firmy w wielkie przedsiębiorstwo, które mogłoby zmierzyć się z istniejącymi korporacjami. Stare firmy nie muszą obawiać się konkurencji. Chroni je poborca podatkowy (…). Interwencjoniści skarżą się, że wielki biznes kostnieje i biurokratyzuje się; ubolewają, że kompetentni nowi przedsiębiorcy nie mogą konkurować z korporacjami starych dynastii bogaczy. O ile ich pretensje są uzasadnione, to
uskarżają się oni na coś, co stanowi rezultat ich własnej polityki.

Przypominam, że od napisania tych słów minęło prawie siedemdziesiąt lat. Wszelkie zapewnienia, iż progresja podatków pozostanie umiarkowana, okazały się nieprawdziwe. Jej wzrost przekroczył nawet najbardziej pesymistyczne prognozy przeciwników. Problem globalizacji i politycznego władztwa korporacji stał się jednym z najbardziej palących i trudnych problemów współczesnego świata. Sprzyjając patologii podatku progresywnego, demokracje zachodnie doprowadziły jednocześnie do zaniku klasy średniej – głównego gwaranta stabilności i równowagi systemu.
Szalejąca od 40 lat inflacja spowodowała, że dyskryminujące stawki dosięgły większość tych, którzy za nimi głosowali, wierząc, że ich nie dotyczą. Z kolei najbogatsi, w których dochody progresja podatkowa celowała, mają dość środków i sposobów, aby ich skutecznie unikać.
Pięćset największych polskich firm zapłaciło w 2015 r. 7,2 mld zł. podatku CIT. O 16 proc. mniej niż rok wcześniej. Ale to i tak o 13,3 proc. więcej niż 500 największych spółek zagranicznych w Polsce. Ich CIT stanowił tylko ok. 1,3 proc ich przychodów.

Przykład wspomnianego na początku posła Adama Abramowicza i wspierających go organizacji pokazuje, że świadomość szkód, tak gospodarczych, jak i politycznych, społecznych oraz moralnych jakie wyrządził podatek progresywny społeczeństwom Zachodu jest obecna wśród współczesnych, demokratycznych elit. Co zatem konkretnie poseł Abramowicz i jego zespół proponuje? Przede wszystkim zakłada wprowadzenie jednego, 25-procentowego podatku od kosztów pracy ponoszonych przez pracodawcę (obecnie łączne obciążenie PIT-em i składkami do ZUS i NFZ wynosi ok. 40 proc. kosztów pracy). Taka zmiana spowodowałaby wyraźny wzrost płac netto. Mikrofirmy, o miesięcznych przychodach do 5 tys. zł. płaciłyby tylko jedną daninę (łącznie ze składką ZUS) w wysokości 15 proc. przychodu. Małe firmy przy obrotach powyżej 5 tys. zł. płaciłyby 550 zł. zryczałtowanej stawki na ZUS oraz podatek od przychodów - dla handlu 1,5 proc., dla przemysłu i budownictwa – 2,75 proc., a dla usług – 4,25 proc. Dla podatników CIT projekt przewiduje 1,5 proc. daninę od obrotu. Nowy system ma być neutralny dla budżetu. Pozwoli to na opodatkowanie podatkiem obrotowym korporacji, z których dzisiaj 40 proc. w ogóle nie płaci podatków oraz likwidacja zerowej i 5-procentowej stawki VAT. Nowe stawki wynosiłyby 8 i 23 proc.
Na razie to jedynie projekt, ale poseł Abramowicz konsekwentnie zmierza do wprowadzenia go w życie już od 2018 r. Oczywiście to nie jedyny, zrywający z dotychczasowymi patologiami pomysł na postawienie całego systemu podatkowego z głowy na nogi. Ale zaangażowanie i wsparcie posła partii rządzącej czyni taką możliwość całkiem realną. Dotychczasowe pomysły podatkowe pochodzące z wewnątrz jego partii świadczą, że przeciwników posłowi Abramowiczowi nie zabraknie. Jednak likwidacja podatków progresywnych to jedno z głównych oczekiwań jakie powinniśmy stawiać przed politykami występującymi pod sztandarami prawicy czy konserwatyzmu. Wywodzące się z klimatu rewolucyjnej, socjalistycznej agitacji oraz teorii ekonomicznych Marksa i Engelsa podatki powinny być w rządzonej przez PiS Polsce przedmiotem podatkowej dekomunizacji. Bo jakież ma dzisiaj znaczenie walka z symbolami minionego systemu, gdy ciągle żywe jego teorie pozwalają niszczyć gospodarkę i grabić miliony Polaków.
Bogdan Bachmura

Czytaj więcej: Podatki do dekomunizacji

Komentarz (2)

Więcej artykułów…

  1. W odpowiedzi radnej Wirskiej
  2. Kadencyjne mieszanie herbaty
  3. Dwa końce antykomunistycznego kija
  4. Nadzieje dwóch gości z kebabami

Strona 19 z 55

  • start
  • Poprzedni artykuł
  • 14
  • 15
  • 16
  • 17
  • 18
  • 19
  • 20
  • 21
  • 22
  • 23
  • Następny artykuł
  • koniec

Komentarze

Panie redaktorze,

Patriarkhu w tym roku nie będzie. Będzie natomiast Furia, zespół nominowany w roku 2023 do paszportów Polityki. Ale jak w DM wolą...
Radni apelują o zastąpienie „s...
11 godzin(y) temu
W czas się połapaliście, Patriarkh zdążył zagrać rok temu, nawet ich nie ma w tegorocznym line up'ie.
Radni apelują o zastąpienie „s...
11 godzin(y) temu
Podobnie... działająca przy miejscowej parafii Akcja Katolicka napisała do władz Miłakowa w powiecie ostródzkim skargę na grupę artystyczną Wiedźmuchy...
Radni apelują o zastąpienie „s...
21 godzin(y) temu
"Które kraje są przeciwko Mercosur?
9 stycznia 2026 państwa członkowskie Unii Europejskiej w głosowaniu zgodziły się na podpisanie umowy. Przeciw był...
Prezydent Olsztyna uprawia pij...
1 dzień temu
Analfabeta w zbyt małej koszuli.
Sąd Rejonowy w Olsztynie uniew...
1 dzień temu
Ciemnogród....
Radni apelują o zastąpienie „s...
1 dzień temu

Ostatnie blogi

  • Apel o optymizm na wypadek wojny Dwadzieścia rosyjskich dronów, które ostatnio wleciały do Polski wzbudziły u wielu moich rodaczek i rodaków głęboki niepokój, a często przerażenie… Zobacz
  • Barbarzyński atak "silnych ludzi" Tuska na praworządność Zbigniew Lis Motto Tuska: Będziemy stosować prawo, tak jak my je rozumiemy, czyli uchwałami Sejmu i rozporządzeniami zmieniać ustawy, wg zasady –… Zobacz
  • Co trzeba zrobić, żeby PiS wygrało kolejne wybory? Zbigniew Lis Wielu Polaków głosujących nie za opozycją, tylko przeciw PiS, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji ich decyzji oraz z powagi… Zobacz
  • Michał Wypij, Paweł Warot – komentarz osobisty Bogdana Bachmury Bogdan Bachmura Dużo łatwiej o krytykę osób, których nie darzymy sympatią, z którymi jesteśmy w sporze lub konflikcie. Ale tym razem jest… Zobacz
  • 1

Najczęściej czytane

  • W Zespole ośrodka Bublewicz był dyrektor departamentu urzędu marszałkowskiego
  • Wyborcza sporządziła listę osób do zwolnienia z pracy, związanych z PiS
  • Jak rozliczono dotację dla Fundacji im. M.Bublewicza na "Ochronę Ostoi Derc"
  • „Męczeństwo św. Katarzyny K. od Helpera” (relacja z procesu sądowego)
  • Prezydent Olsztyna uprawia pijar i zaklinanie rzeczywistości
  • Róbcie tak dalej, a wybory w 2027 ponownie wygra PiS, ale rządzić będzie D. Tusk
  • Trwałość projektu B. Bublewicz upływa w 2027 roku - odpowiedział urząd
  • Petycja do KEP o aprobatę nazwy Sanktuarium Narodowe w Gietrzwałdzie
  • Fundacja im. M. Bublewicza nie przekazywała dotacji na Szkołę im. M. Bublewicza
  • Co robi Jerzy Szmit w spółce PKS w Międzyrzecu Podlaskim?
  • Pracownik MOKu "ma w d...e chwałę polskiego oręża" w ramach "innych form działalności kulturalnej"
  • Ankieta III Czy podamy sobie rękę

Wiadomości Olsztyn

  • Olsztyn

Wiadomości region

  • Region

Wiadomości Polska

  • Polska

O debacie

  • O Nas
  • Autorzy
  • Święta Warmia

Archiwum

  • Archiwum miesięcznika
  • Archiwum IPN

Polecamy

  • Klub Jagielloński
  • Teologia Polityczna

Informacje o plikach cookie

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.