logodebata

JESTEŚMY ORGANIZACJĄ POŻYTKU PUBLICZNEGO. PROSIMY o 1,5% Wspomóż jedyny portal na Warmii i Mazurach, który nie boi się publikować prawdy o politykach i jest za to ciągany po sądach. Nigdy, przez 18 lat istnienia, nie dostaliśmy 1 grosza dotacji publicznej. Redaktorzy i autorzy są wolontariuszami. Nr konta bankowego Fundacji „Debata”: 26249000050000450013547512. KRS: 0000 337 806. Adres: 11-030 Purda, Patryki 46B

wtorek, kwiecień 14, 2026
  • Debata
  • Wiadomości
    • Olsztyn
    • Region
    • Polska
    • Świat
    • Urbi et Orbi
    • Kultura
  • Blogi
    • Łukasz Adamski
    • Bogdan Bachmura
    • Mariusz Korejwo
    • Adam Kowalczyk
    • Ks. Jan Rosłan
    • Adam Jerzy Socha
    • Izabela Stackiewicz
    • Bożena Ulewicz
    • Mariusz Korejwo
    • Zbigniew Lis
    • Marian Zdankowski
    • Marek Lewandowski
  • miesięcznik Debata
  • Baza Autorów
  • Kontakt
  • Jesteś tutaj:  
  • Start
  • Blogi
  • Bogdan Bachmura

Bogdan Bachmura

bachnuraPrzedsiębiorca. Z wykształcenia politolog. W l. 80-tych XX wieku wydawał w podziemiu pisma. Na progu III RP uznał, że jego misja, jako wydawcy, skończyła się. Jednak po kilku latach życia w demokracji coraz dotkliwiej odczuwał deficyt wolności słowa w Olsztynie. Tak narodził się miesięcznik „Debata”, a później portal. Uprawia sport. Można go spotkać biegającego w Lesie Miejskim, albo na korcie tenisowym. Nie przepada za demokracją, czemu daje wyraz w swoich publikacjach.

W odpowiedzi radnej Wirskiej

Szczegóły
Opublikowano: niedziela, 05 luty 2017 21:38
Bogdan Bachmura

Na ostatniej sesji Rady Miasta radna Elżbieta Wirska zainteresowała się funkcjonowaniem Muzeum Nowoczesności. A szczególnie pracą w nim Rafała Bętkowskiego. W ramach pytań skierowanych do prezydenta Grzymowicza poprosiła o przypomnienie genezy nazwy „Muzeum Nowoczesności”, która według niej „jest jakimś wyrafinowaniem, dysonansem i prowokacją. Szczególnie na celowniku znalazł się wspomniany Rafał Bętkowski jako „zarządca muzeum, który nie ma kwalifikacji, nie jest historykiem, jest tylko pasjonatem, weterynarzem, któremu prezydent oddał w zarząd Muzeum i umożliwił realizację marzeń”. Na dodatek „zajmuje się historią z epoki Bismarcka i tendencyjnie promuje Niemieckość”. Co więcej, radna Wirska wykryła, że „umocniły się stowarzyszenia, które promują niemieckość tych terenów”.
Choć powyższe wątpliwości zostały skierowane do prezydenta Grzymowicza, czuję się w obowiązku do nich ustosunkować. Dotyczą bowiem człowieka z którym mam zaszczyt współpracować prawie 10 lat. Zarówno w ramach Stowarzyszenia „Święta Warmia”, jak i w związku z jego publikacjami w miesięczniku „Debata”. To głównie dzięki uporowi dwóch stowarzyszeń: „Świętej Warmii” i „Sadyby” udało się najpierw uratować przed wyburzeniem budynek dawnego Tartaku Raphaelsohnów, a później stworzyć w nim Muzeum Nowoczesności. Ale stowarzyszenia to ludzie, a w tym przypadku właśnie Rafał Bętkowski i Krzysiek Worobiec, bo to oni odegrali w tym dziele główne role. Nazwa obiektu to element tego przedsięwzięcia na który obaj nie mieli wpływu. Miało być Muzeum Techniki i Rozwoju Regionu, ale ze względu na większe szanse pozyskania środków unijnych wyszło „prowokujące i wyrafinowane” Muzeum Nowoczesności (którego nazwę po pięciu latach funkcjonowania można będzie zmienić).
To jedyna rzecz o której radna Wirska mogła nie wiedzieć. Żeby to zmienić, wystarczył jeden telefon. Reszta jest oczywista. Przynajmniej dla tysięcy mieszkańców Olsztyna i regionu, którzy z lektury książek Rafała Bętkowskiego, jego publikacji w „Debacie” i wiedzy jaką przekazuje odwiedzającym Muzeum Nowoczesności mogą przekonać się o jego kompetencji do pracy w tej placówce. Wiedzy, której nikt, nawet najlepsi znawcy przedmiotu nie kwestionują, bo wiedzą, że Bętkowski jest jednym z nich. Dla radnej Wirskiej to jednak wciąż tylko weterynarz z historycznym zacięciem, bez formalnej przepustki z fabryki magistrów.
Równie łatwo można było zorientować się w idei powstania i zakresie działalności muzeum. Oszczędziłoby to widowiskowych tyrad o Bismarcku i „tendencyjnej promocji Niemieckości”. Wszak jest to placówka poświęcona historii rozwoju cywilizacyjnego Olsztyna i regionu na przełomie XIX i XX wieku, co wiąże się bezpośrednio z obiektem w którym muzeum się znajduje (tartak żydowskiej rodziny Raphaelsohnów wzniesiony ok. 1884 r. - za panowania Wilhelma I i kanclerza Bismarcka, w czasach największego skoku demograficznego i największych przemian które przeżywał w swojej historii Olsztyn, wydźwignięty z poziomu małej mieściny do rangi miasta średniej wielkości, aspirującego do roli stolicy regionu). Z ekspozycją do której większość tekstów napisał właśnie Rafał Bętkowski, z ikonografią, której większość pochodzi z jego prywatnych zbiorów i została bezpłatnie użyczona oraz częścią eksponatów także wypożyczonymi lub podarowanych przez Rafała. Co jeszcze można do tego dodać? Może to, że muzeum odwiedza rocznie ponad 20 tys. ludzi z całego świata, a lekturę ich opinii z księgi pamiątkowej polecam radnej Wirskiej.
Na początku swojego wystąpienia radna ostrzegła, że jej pytania do prezydenta będą „najwyższego kalibru”. I nawet specjalnie nie ukrywała, kto w te informacyjne „armaty” ją wyposażył. Świadomość, że jest to człowiek, który dzięki masowo rozsyłanym bredniom zapracował na status nieszkodliwego wariata, wystawia Elżbiecie Wirskiej, jako osobie zobowiązanej do szczególnej odpowiedzialności za słowo, nie najlepsze świadectwo.
„Polemika z głupstwem nobilituje je bez potrzeby”. Dlatego nie zamierzam odnosić się do sugestii zawartych w pytaniach olsztyńskiej radnej. Ale zignorować tego zupełnie nie sposób, ponieważ milczenie jest przyzwoleniem na dalszą eskalację zła, kryjącego się za patriotycznymi frazesami.
To, że radną Wirską udało się w tak prosty sposób podejść, ma swoje tyleż proste, co smutne wytłumaczenie. To część szerszego zjawiska, które można nazwać prawicowym odpowiednikiem poprawności politycznej. O ile bowiem wpływowe środowiska lewicowe w Europie i USA ze szlachetnych skądinąd idei równości i tolerancji zrobiły sobie ideologiczną pałkę za pomocą której, z dużym powodzeniem, zamykają usta swoim ideowym i politycznym przeciwnikom, tak na prawicy narzędziem intelektualnego zamordyzmu stało się hasło „obrony interesu narodowego”.
O tym, co nim jest, a co nie, decydują w sposób arbitralny jego samozwańczy obrońcy. Z żarliwością bezkompromisowych neofitów, z charakterystyczną pyszałkowatą pewnością siebie, niczym przysłowiowa małpa z brzytwą traktują każdego, kto nie pasuje do ich wyobrażeń o tym, co jest owym „interesem”. A zdrada, jak zwykle, czai się wszędzie. Już „umocniły się stowarzyszenia, które promują niemieckość tych terenów”. Na razie nie wiemy które. Ale od czego jest rewolucyjna czujność awangardy interesu narodowego?
Przepraszam za odrobinę sarkazmu, ale łatwo słyszalne, zwłaszcza dla starszego pokolenia, skojarzenia z atmosferą minionego systemu nie są przypadkowe. Wynikają one nie tylko ze wspólnych, ideowych korzeni komunizmu i demokracji, ale głównie z tego, że istotą polityki uprawianej w obu systemach jest dzielenie ludzi. Aby ich głębokość przerodziła się w pożądaną wrogość, konieczne jest wyjście poza spór merytoryczny i przypisanie przeciwnikowi złych intencji. Jak w przypadku Rafała Bętkowskiego, który jako zwykły historyk takich możliwości nie daje, ale obsadzony w roli „germanizatora polskiej przestrzeni publicznej” wygląda zupełnie inaczej. Jeszcze lepiej by było, gdyby okazał się „resortowym dzieckiem”, idealnie zaś wypadłby jako potomek pruskich junkrów. Niestety, tutaj jego antenaci nie stanęli na wysokości zadania. Od Insurekcji Kościuszkowskiej poczynając, brali udział w kolejnych, narodowych powstaniach. Dziadek ze strony ojca, Teofil Bętkowski, uciekł z domu rodzinnego do Legionów Piłsudskiego. Był żołnierzem 6. Pułku Piechoty. W bitwie pod Kostiuchnówką dostał się do rosyjskiej niewoli. Z Syberii wrócił w 1921 roku. W międzyczasie był żołnierzem 5. Dywizji Strzelców Polskich, podczas wojny domowej w Rosji wspierającej Białych. Trafił do bolszewickich łagrów, skąd do Polski wrócił po podpisaniu Traktatu Ryskiego w 1921 r. Był szwagrem Emila Fieldorfa. W 1939 roku poszukiwany przez gestapo za działalność w Komitecie Pomocy Uchodźcom Żydowskim z Niemiec. Podczas wojny działał w AK w Warszawie. W Powstaniu wzięty do niemieckiej niewoli, trafił do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen – Oranienburg, a następnie do Mauthausen.
Zastrzelony przez NKWD po „wyzwoleniu” obozu przez Armię Czerwoną.
Ojciec Rafała był żołnierzem Szarych Szeregów, walczył w Powstaniu Warszawskim. Był ranny i trafił do obozu w Pruszkowie, gdzie spotkał swojego ojca, z którym trafił do tych samych obozów koncentracyjnych. Cudem ocalony przez Amerykanów, po wojnie wrócił do Polski.
Matka pochodziła z Wileńszczyzny. Dziadek Rafała ze strony matki był muzykiem, kościelnym organistą.
O tej rodzinnej historii dowiedziałem się kilka dni temu, już po wystąpieniu radnej Wirskiej. Do tej pory wiedziałem jedynie o udziale ojca Rafała w Powstaniu, bo to wątek, który przewijał się w naszych dyskusjach o powstańczym zrywie. Jak podkreśla Rafał, ojciec i syn nigdy nie robili z siebie bohaterów. Postanowiłem, za jego zgodą, o tym napisać, ponieważ pytania i insynuacje radnej Wirskiej nabierają w świetle tych informacji innego, jeszcze bardziej absurdalnego wymiaru. Mam nadzieję, że dostrzeże to również Elżbieta Wirska. Podczas swojego wystąpienia na sesji RM mówiła o swoim przywiązaniu do prawdy. Jeżeli tak jest w istocie, będzie wiedziała jak powinna postąpić.
Bogdan Bachmura

Czytaj więcej: W odpowiedzi radnej Wirskiej

Komentarz (68)

Kadencyjne mieszanie herbaty

Szczegóły
Opublikowano: środa, 01 luty 2017 17:22
Bogdan Bachmura

Z zainteresowaniem śledzę dyskusję o pomyśle wprowadzenia dwu kadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów. O tym, jak to prezes Kaczyński chce uwolnić demokrację ze śmiertelnego uścisku lokalnych tzw. sfer wpływów. Choć to wydaje się niemożliwe, ideę dwu kadencyjności (oczywiście za wyjątkiem PSL), popiera cała licząca się polityczna konkurencja. Kaczyńskiego i całą resztę dzieli dopiero kwestia momentu, od którego nowe prawo miałoby obowiązywać. Prezesowi PiS zależy na zmianach natychmiastowych. Od najbliższych wyborów samorządowych. Reszta podnosi niekonstytucyjność takiego projektu, głównie z powodu złamania reguły niedziałania prawa wstecz. Jarosław Kaczyński podziela te wątpliwości, lecz tłumaczy swoje stanowisko stanem wyższej konieczności: „Niedziałanie prawa wstecz nie jest bezwyjątkowe i służy pewnemu celowi. Pytanie, czy ważniejsze są prawa osób pełniących te funkcje, czy ważniejsze jest prawo społeczeństwa do unikania pewnych patologii” – twierdzi prezes Kaczyński. Jeśli do tego dorzucić ewidentną próbę złamania kardynalnej reguły państwa prawa jaką jest zakaz jego instrumentalnego traktowania (a co do tego, że chodzi o natychmiastowe usunięcie ze stołków kilku niewygodnych prezydentów dużych miast, nikt chyba nie ma wątpliwości), to mamy poważny problem. Szczególnie, jeśli chodzi o ludzi o poglądach konserwatywnych. Trudno przecież, nawet biorąc poprawkę na okoliczności rywalizacji z PO, Nowoczesną czy KOD-em, nie zadawać sobie pytań o listę wyjątków i granice „praw społeczeństwa”, poza którymi łamanie prawa jest dozwoloną praktyką.
Do tych rozważań warto dorzucić inny, w zasadzie nigdzie nie poruszany aspekt tej sprawy. Chodzi o fundamentalną dla demokracji, wyrażoną w art. 4 Konstytucji RP, i szczególnie ostatnio podnoszoną przez prezesa Kaczyńskiego, zasadę suwerennej władzy narodu.
Dwu kadencyjność funkcji pochodzących z powszechnych wyborów jest oczywistym ograniczeniem zakresu tejże władzy. Wotum nieufności wobec kwalifikacji mieszkańców miast do wyboru swoich przedstawicieli. Nie rozumiem, dlaczego tak liczni obrońcy demokracji na ten temat milczą. Dlaczego ja, człowiek małej demokratycznej wiary, muszę występować w imię zasad wyrytych na demokratycznych świętych tablicach? To oczywiście pytanie retoryczne. Brak takich wątpliwości w publicznym dyskursie na temat dwu kadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów jest charakterystyczne. To kolejny dowód, że to, czego politycy z taką teatralną żarliwością bronią, to jedynie ustrojowa wydmuszka. To „bóg, który zawiódł”, a jego fałszywe wyznanie wiary trzeba zastępować doraźnymi rozwiązaniami.
Nietrudno o wrażenie, że w sprawie dwu kadencyjności mamy do czynienia z zasadą: cel uświęca środki. Tylko czy naprawdę rozwiązuje problem lokalnych sitw i zależności, które prowadzą miejscowych polityków od kadencji do kadencji? Weźmy przykład Olsztyna. Aby odwołać Czesława Jerzego Małkowskiego trzeba było kryminalmo-obyczajowego skandalu. Inaczej zapewne pozostałby w Ratuszu na kolejne kadencje. Potem dwukrotnie wybory wygrał jego były zastępca, Piotr Grzymowicz. I, jeżeli wystartuje, ma duże szanse na powtórny sukces. Czy powodem takiego zamurowania Ratusza są lokalne, wytworzone przez nich sitwy i układy? Albo szczególne kompetencje i walory? Oczywiście, że nie. Zarówno Małkowski, jak i Grzymowicz to prezydenci przeciętni, żeby nie powiedzieć słabi, ale potrafiący sprytnie wykorzystać podległe im instytucje, tzw. środki unijne, usłużność lokalnych „elit” oraz mediów.
Prezydent Grzymowicz od dawna dostarcza przeciwko sobie aż nadto dużo argumentów. Dlaczego więc trzeba aż sięgać po środki nadzwyczajne, łamać prawo i zasady, aby zmienić prezydenta Olsztyna? Odpowiedź jest prosta: bo partie polityczne i kierujący nimi ludzie od dawna nie są w stanie przygotować do wyborów ludzi, którzy stanowiliby jakąkolwiek alternatywę. Zamiast tworzyć konkurencję, swoją nieudolnością wspierają prezydenta i utrwalają „układ”, który teraz trzeba od góry rozwalać.
Wprowadzenie kadencyjności ma niewątpliwie swoje plusy. Patologie o których mówi Jarosław Kaczyński niewątpliwie w wielu miastach istnieją. Trzeba sobie jednak wyraźnie powiedzieć, że dzień realizacji tego pomysłu do świąt demokracji zaliczyć będzie trudno. Nie tylko dlatego, że z tą oczyszczającą kąpielą zostanie wylanych wielu dobrych włodarzy miast. Głównie dlatego, że to próba leczenia objawów choroby bez szans na jej likwidację. Metodą, która nie wywróci „koryta”, lecz tylko pozwoli zasiąść przy nim nowym „świniom”. Samo mieszanie nie osłodzi tej demokratycznej herbaty. Potrzeba cukru, a tym są prawdziwe, lokalne elity. Takie, które nie wiszą u klamki lokalnej władzy i nie drżą przed popadnięciem w jej niełaskę z powodu źle widzianej aktywności. Niestety, na to sposobu na razie nie ma nikt. Zarówno w wymiarze krajowym jak i lokalnym.

PS. Na koniec chciałbym zapytać, co na to wszystko Ruch Kontroli Wyborów? Czy został powołany tylko do kontroli liczenia głosów, czy może także do kontroli przestrzegania prawa wyborczego? Bo to, że zasada dwu kadencyjności jest odebraniem niektórym obywatelom biernego prawa wyborczego nie ulega wątpliwości. Konstytucja RP na to zezwala, ale tylko wtedy, gdy jest to konieczne dla „bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia, moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw”. Główny zarzut, jaki kiedyś stawialiśmy komunistom, to łamanie prawa, które sami stanowili. Co oni na to? Mówili o jedynie słusznych celach i walce z patologiami.

Bogdan Bachmura

Czytaj więcej: Kadencyjne mieszanie herbaty

Komentarz (6)

Dwa końce antykomunistycznego kija

Szczegóły
Opublikowano: niedziela, 08 styczeń 2017 14:38
Bogdan Bachmura

Kilka dni temu dziennik „Fakt „ napisał, że poseł Leonard Krasulski, szef struktur regionalnych PiS w Elblągu, służył w latach 1969 – 1976 jako żołnierz zawodowy w 1 Warszawskim Pułku Czołgów w Elblągu, który brał udział w pacyfikacji Gdańska w 1970 r. Publikacja „Faktu” zawiera wyraźną sugestię, że Krasulski brał w niej udział.
Warto się przyjrzeć wydarzeniom, które potem miały miejsce, a przede wszystkim reakcji samego posła Krasulskiego, ponieważ są charakterystyczne dla atmosfery jaką wytworzono w Polsce wokół przeszłości osób służących i pracujących w instytucjach PRL.
Zdrowy rozsądek podpowiada pytanie: w czym problem? Przecież zawodowej służby w (L)WP nigdy nie uznano w III RP za czyn patriotycznie naganny. Tym bardziej oczywiste byłoby wykonanie rozkazu wyjazdu wraz z jednostką do Gdańska. Zwłaszcza, że dowodzenie drużyną ewakuacyjną czyniło mało prawdopodobnym udział w bezpośrednim użyciu przemocy wobec ludności cywilnej miasta.
Leonard Krasulski z jakiś powodów uważał inaczej, skoro w swoim oficjalnym biogramie nie uznał za stosowne wspomnieć o swojej siedmioletniej, zawodowej służbie w (L)WP. Najgorsze jest jednak to, że w reakcji na publikację „Faktu” wykreował się na bohatera, który odmówił wykonania rozkazu i nie wyjechał ze swoim pułkiem na Wybrzeże. Te - jak to określił prof. Antoni Dudek: „bujdy z chrzanem” - nie są zwyczajnym kłamstwem. Odmowa wykonania rozkazu z powodów politycznych, zwłaszcza w tamtym czasie i okolicznościach, to dowód wielkiej odwagi. Przypisanie sobie takiego czynu to nie tylko blamaż, ale utrata praw honorowych. Nawet elementarna, niekoniecznie poparta badaniami historyków, wiedza o tamtych czasach podpowiada, co działo się z żołnierzami odmawiającymi rozkazu, zwłaszcza w takich okolicznościach jak robotnicze protesty w Gdańsku 1970 r. Służbowe awanse, jakie spotkały Leonarda Krasulskiego niedługo potem, do zwyczajowych reakcji za odmowę rozkazu nie należały.
Jego reakcja przypomina tłumaczenia wielu byłych TW, którzy pod presją ujawnionych dokumentów sięgają po najbardziej urągające logice tłumaczenia. Tylko po co, skoro do zamknięcia całej sprawy wystarczyłyby najprostsze, najbardziej logiczne argumenty?
Tak naprawdę źródła takiej postawy nie są trudne do zidentyfikowania. To skutek presji jaką wywiera na polityków prawicowych od lat lansowana, heroiczna narracja, w której nie ma miejsca na zwyczajnych ludzi, na ich słabości, chwile zwątpienia, prawo do błądzenia. Poprzeczka została zawieszona tak wysoko, że mundur milicjanta czy Wojsk Ochrony Pogranicza to przejaw kolaboracji z komunistycznym reżimem, ujma na honorze nie do zmazania. A co dopiero zawodowa służba w komunistycznym wojsku! Wykonanie rozkazu wyjazdu z jednostką wojskową, bez względu na funkcję i stopień, to plama, której ślady trzeba wymazać z oficjalnego życiorysu, bo nic, żadne odkupienie win, nie jest w stanie jej do końca usunąć z oczu czujnego elektoratu. Podobnie było z byłym prokuratorem Piotrowskim, który uznał za stosowne publicznie łgać, bo przyznanie się do jednego podpisu zamykało mu drogę do udziału w życiu publicznym. Na przykładzie posła Krasulskiego jednak widać, że „rewolucyjna czujność” czasami działa wybiórczo. Bo przecież fakty o jego zawodowej służbie w wojsku musiały być w partii znane, skoro znajomi Krasulskiego przyznają, że o tym od dawna wiedzieli.
Ta niezłomnie-patriotyczna narracja od lat jest pałką PiS na politycznych przeciwników, ponieważ tam populacja ludzi o komunistycznym rodowodzie jest dużo większa. Ale i ten kij ma dwa końce. I właśnie tym drugim oberwał Leonard Krasulski, stając się zarazem „twórcą i tworzywem” partyjnie sterowanego, instrumentalnego antykomunizmu.
Według mnie to powinien być jego polityczny koniec. Nie za służbę w komunistycznym wojsku, lecz za rodzaj kłamstwa. Za próbę postawienia się w jednym szeregu z osobami, które za odmowę rozkazu zapłaciły wysoką cenę. Bo chyba m.in. na tym miała polegać „dobra zmiana”?
Co z tym zrobi PiS? Nikt, z kim o tym rozmawiałem, a nie były to osoby związane z lewicą czy z PO, nie miał wątpliwości, że nic. Skąd ten mały brak wiary? Może z praktyki ostatnich 70 lat, kiedy to Piotrowscy czy Krasulscy mogli błądzić, ale partia nie myli się nigdy.

Bogdan Bachmura

Czytaj więcej: Dwa końce antykomunistycznego kija

Komentarz (58)

Nadzieje dwóch gości z kebabami

Szczegóły
Opublikowano: czwartek, 05 styczeń 2017 22:19
Bogdan Bachmura

Polak zabity w Ełku nożem przez Tunezyjczyka. Ta wiadomość spowodowała, że wielu z nas zapewne miało gotowy osąd tego zdarzenia zanim jego szczegóły ujrzały światło dzienne. To odruch po części zrozumiały, ponieważ sugestywność wydarzeń, którymi żyje Europa od kilku lat działa nieodparcie.
A jednak szczegóły które powoli docierają, choć jeszcze dalekie od pełnego obrazu wydarzeń, nakazują zweryfikować pokusy posłużenia się antyimigranckimi schematami.
Wiadomo już, że zabity Polak i jego kolega, który miał wrzucić petardę do lokalu, to ludzie z bogatymi, policyjnymi kartotekami. Pierwszy był skazany za groźby i rozbój oraz powtórnie oskarżony o rozbój. Drugi miał na koncie kradzież z włamaniem, posiadanie narkotyków, niepłacenie alimentów. Z kolei osoby oskarżone o zabójstwo, Tunezyjczyk i Algierczyk, uzyskali polskie obywatelstwo i wybili się na biznesową samodzielność, odpłacając za polską gościnność pracą i podatkami. To wzór do naśladowania dla tych, którzy uciekając przed biedą i wojną, próbują znaleźć swoje miejsce na obczyźnie. Promyk nadziei dla europejskich tubylców, żyjących narastającym strachem przed skutkami „zderzenia cywilizacji”.
Takie informacje burzą pokusę posłużenia się prostymi schematami w ocenie całego zdarzenia. Nie chodzi oczywiście o afirmację nożowego samosądu. Raczej o uznanie dla odwagi przeciwstawienia się rozpasanej samowoli zwykłych bandziorów, wobec których mechanizmy państwa prawa pozostają bezradne. O coś, o czym my, Europejczycy, dla których strach stał się nieodłącznym towarzyszem życia, dawno zapomnieliśmy.
To tylko domniemania, ale trudno przypuszczać, że kucharz wybiegł z nożem i zadźgał faceta, który po prostu wyszedł nie zapłaciwszy za napój. Jeżeli w lokalu doszło do jakiejś awantury czy prowokacji ze strony bandziora-recydywisty, to zwyczajnie żal mi tych dwóch obcokrajowców z polskim paszportem, których niełatwe zapewne starania o ułożenie sobie życia na obczyźnie zostały przerwane w tak gwałtowny i być może nieodwracalny sposób.
Okoliczności tego zabójstwa przypomniały mi zdarzenie w którym brałem udział w czasach schyłkowej komuny. Do znajomych przyjechał gość z Armenii, przedstawiciel elity tego narodu, wykładowca wyższych uczelni m.in. w Tokio i Paryżu. Poszliśmy więc w kilka par na dancing do olsztyńskiej restauracji Feta. Przy jednym ze stolików siedziało kilku podchmielonych mężczyzn. Gdy Ormianin tańczył z moją żoną, jeden z nich rzucił hasło: odbijany. Gdy spotkał się ze spokojną odmową, mężczyźni zaczęli obrażać naszego gościa. Wszystko zakończyło się krótkim, siłowym incydentem, na szczęście bez udziału Ormianina.
Nigdy nie zapomnę jego zdumienia z powodu całego zajścia. Okazało się, że w jego ojczyźnie jakiekolwiek utarczki czy wyrównywanie rachunków z mężczyzną, który jest w towarzystwie kobiety to złamanie kodeksu honorowego. Takie sprawy mężczyźni załatwiają między sobą i nie kaleczą przy tej okazji pięści, lecz tępią noże (jak to określił nasz Ormianin: u nas kak rezać, tak rezać).
Nie chcę przez to powiedzieć, że nóż to najlepszy sposób rozwiązywania międzyludzkich problemów. Trudno jednak zaprzeczyć, że wśród nas żyją ludzie, dla których argument siły to jedyny, jaki ich wyobraźnia bierze pod uwagę. Amerykanie dobrze o tym wiedzą, dlatego każdy, czyje łapy świerzbią do cudzej własności, musi się liczyć z najgorszymi konsekwencjami.
W Polsce, państwie, gdzie władza strzeże swojego monopolu na broń palną niezwykle zazdrośnie,
możliwości samoobrony są mocno ograniczone. Wiele wskazuje na to, że dwóch gości baru z kebabami myślało, że tym razem będzie podobnie.
Bogdan Bachmura

Czytaj więcej: Nadzieje dwóch gości z kebabami

Komentarz (27)

Tropiciele ponad podziałami

Szczegóły
Opublikowano: wtorek, 03 styczeń 2017 22:00
Bogdan Bachmura

Uchwalenie kolejnych zakazów i obostrzeń dla palaczy przeszło na ostatniej sesji Rady Miasta bardzo gładko. Jakby mimochodem, bez emocji i zaciętych polemik. Bo i o co tutaj kruszyć kopie?
Że na kolejnych obszarach miasta palacze, z którymi teraz zrównano palących e-papierosy, będą ścigani za palenie w parkach, na plaży, placach zabaw, przystankach tramwajowych i autobusowych?
Stowarzyszenie „Święta Warmia” otrzymało, w ramach konsultacji społecznych, prośbę o ustosunkowanie się do projektu uchwały rozszerzającej „strefy wolne od dymu tytoniowego, pary z papierosów elektronicznych i substancji uwalnianych za pomocą nowatorskiego wyrobu tytoniowego”. Podeszliśmy do sprawy poważnie, uzasadniając nasz sprzeciw wobec tej uchwały aktualnym stanem badań, zwłaszcza dotyczącym e-papierosów, i polemizując z najczęściej spotykanymi argumentami za wprowadzaniem zakazów. [*tekst niżej - red]
Nie wiem, czy ktoś przeczytał naszą korespondencję. Z wypowiedzi radnych, którzy przegłosowali projekt uchwały wynika, że albo nie znaleźli czasu na lekturę, albo nasze argumenty odbiły się niczym groch o ścianę. Ważne, że „zwyciężyła demokracja”. Bo przecież zwyciężyła, skoro większość obecnych na sesji radnych (dziewięcioro radnych ta kwestia nie obchodziła), przegłosowała kolejne zakazy.
Lista radnych głosujących „za” nie budzi zdziwienia. To ludzie, którym spokój ducha gwarantuje przekonanie o niesprzeczności elementarnej logiki z kolejnymi mutacjami „europejskich wartości”. Jedyne zaskoczenie to głos Dariusza Rudnika, przedstawiciela partii konserwatywnej, co zobowiązuje do szczególnej ostrożności wobec regulacyjnej omnipotencji władzy.
Nikotynowy zamordyzm zjednoczył więc tak odległych światopoglądowo ludzi jak Dariusz Rudnik (PiS) i Krzysztof Kacprzycki (SLD). Kacprzycki to reprezentatywny przedstawiciel europejskiej, prozdrowotnej krucjaty. Zajadły tropiciel palaczy zaśmiecających miasto niedopałkami. Zwolennik teorii o szczególnej roli papierosowych niedopałków w zaśmiecaniu miasta, których, ze względu na zbrodnicze właściwości papierosów, nie można potraktować na równi z innymi odpadkami, bo to prowadziłoby do konieczności zakazu spożywania słodyczy, napojów albo żucia przyklejanej wszędzie gumy.
Z kolei w radnym Rudniku – jak wynika z wypowiedzi dla Gazety Olsztyńskiej - palacze wyzwalają ekonomistę. Trują siebie, ale, korzystając z powszechnej opieki zdrowotnej, narażają innych na dodatkowe koszty. To argumentacja mocniej przemawiająca do wyobraźni niż śmieciowa teoria Kacprzyckiego. I bardziej niebezpieczna, ponieważ prowadzi do świata miękkiego totalitaryzmu. Przecież negatywny wpływ na finanse służby zdrowia ma nie tylko palenie. Wpływ sposobu siedzenia na kręgosłup, odżywiania na niemal wszystko, sposobu wypoczywania na ciało i duszę, o oddziaływaniu polityki na głowę nie wspominając. Tyle obszarów do uregulowania…
Oczywiście na troskę Rudnika o wydawane przez palaczy publiczne pieniądze jest proste lekarstwo. Są nim indywidualne ubezpieczenia. Koniec z przymusem ubezpieczania się oznaczałoby przerzucenie skutków palenia bezpośrednio na kieszeń palaczy. Ale to utopia, ponieważ nasi polityczni aniołowie stróże straciliby za jednym zamachem naszą kasę i sporo władzy nad nami.
Odrębny problem, to zrównanie tradycyjnych papierosów z e-papierosami. Większość radnych pozostała głucha na tak oczywiste fakty jak nieporównywalny poziom szkodliwości ich palenia i emisję nieszkodliwej pary wodnej z e-papierosów. Czym wytłumaczyć ten brak umysłowej fatygi? Umysłowym lenistwem? Biernością wobec narzuconej przez Brukselę, kolejnej formie politycznej poprawności, za którą kryje się potężna kasa z akcyzy za e-papierosy?
Nie wiadomo, kto dał Rudnikowi, Kacprzyckiemu i całej reszcie, moralne prawo do utrudniania życia ludziom wykorzystującym e-papierosy do walki z papierosowym nałogiem. Trudno dziwić się „ludziom lewicy”, bo zbawianie świata mają we krwi. Ale skąd to się bierze u polityków przyznających się do konserwatyzmu? Szukanie przyczyn tego zjawiska zostawiam na inną okazję. Taki, postępujący małymi kroczkami, sojusz ponad politycznymi podziałami, to wrota „elekcyjnej dyktatury”, za którymi czeka nas spełnienie przepowiedni o „Nowym wspaniałym świecie”.

W mojej 26- letniej historii współpracy z lokalnym samorządem to chyba pierwsza prośba o pisemną opinię projektu uchwały. W zamierzchłych czasach pierwszej kadencji Rady Miasta do pracy w komisjach, jako członkowie bez prawa głosu, zapraszani byli ludzie spoza RM. Ten krótki, uciążliwy dla ego wybrańców ludu eksperyment rychło zakończono. Pozostały prośby o wysłuchanie przed obliczem komisji lub na sesji RM. Niestety, też obciążone wadą bezpośredniej konfrontacji z mącącymi jasność myślenia natrętami. Pisemne konsultacje załatwiają sprawę. Demokracja wreszcie działa jak należy!
Bogdan Bachmura

P.S. Dzisiaj otrzymałem pismo od pani Haliny Ciunel, przewodniczącej RM. Zostałem poinformowany, że "Komisja Zdrowia Opieki Społecznej i Polityki Senioralnej RM na posiedzeniu w dniu 19.12.2016 r. po przeprowadzonej dyskusji nie zgodziła się z twierdzeniami, iż papierosy elektroniczne jak i papierosy tradycyjne palone na otwartych przestrzeniach nie wywierają szkodliwego wpływu na osoby postronne".
W związku z powyższym Stowarzyszenie "Święta Warmia" wystąpi o pisemne uzasadnienie stanowiska Komisji.

Bogdan Bachmura

 

 

 

*Stanowisko Stowarzyszenia „Święta Warmia”


Olsztyn dn. 17. 10. 2016 r.

Pani Halina Ciunel
Przewodnicząca Rady Miasta Olsztyna

Szanowna Pani Przewodnicząca

W związku z konsultacjami dotyczącymi rozszerzenia w granicach administracyjnych Miasta Olsztyna katalogu miejsc przeznaczonych do użytku publicznego jako strefy wolne od dymu tytoniowego, pary z papierosów elektronicznych i substancji uwalnianych za pomocą nowatorskiego wyrobu tytoniowego, Stowarzyszenie „Święta Warmia” jest przeciwne projektowi przedmiotowej uchwały. W szczególności niezrozumiałe jest potraktowanie na równi tradycyjnych papierosów z papierosami elektronicznymi czy urządzeń bazujących na podgrzewaniu tytoniu.
Takie podejście przeczy nie tylko elementarnej wiedzy na ten temat, ale także wszystkim (poza jednym przypadkiem) wynikom badań na świecie, także polskiemu raportowi „Wpływ e-papierosów na zdrowie w porównaniu do papierosów tradycyjnych w świetle badań naukowych”, przygotowanym przez prof. Andrzeja Sobczaka, kierownika Zakładu Chemii Ogólnej i Nieorganicznej Wydziału Farmaceutycznego Śląskiego Uniwersytetu Medycznego i szefa Zakładu Szkodliwości Chemicznych i Toksykologii Genetycznej Instytutu Medycyny Pracy i Zdrowia Środowiskowego w Sosnowcu. Wyniki badań przeprowadzonych pod kierownictwem Timothy'ego R. McAuleja wykazały, że związki emitowane przez e-papierosy nie wskazują na zagrożenie zdrowia osób przebywających w pomieszczeniu w którym używa się e-papierosów. Powód jest prosty: w papierosach bezdymnych i elektronicznych tytoń nie ulega spalaniu, nie zawiera więc toksyn i substancji rakotwórczych.
Na jakiej więc racjonalnej podstawie Rada Miasta Olsztyna miałaby uchwalać zakaz palenia e-papierosów w otwartych miejscach publicznych? Podobnie nieszkodliwe dla osób postronnych jest palenie na otwartej przestrzeni, np. na przystankach, papierosów tradycyjnych. Dlatego zwolennicy takich zakazów argumentują je najczęściej zaśmiecaniem przez palaczy chodników. Czy jednak „pety” papierosowe to jedyny sposób śmiecenia? A inne odpadki, na przykład po słodyczach czy owocach? Czy ich konsumpcji również należy na przystankach zakazać? Inny argument to swąd papierosowego dymu (teraz także zapach z e-papierosów). Bezsprzecznie takowe występują. Podobnie jak spaliny z autobusów, czy „zapach” stroniących od mydła pasażerów autobusów. Czy także te kwestie powinniśmy regulować przy pomocy uchwały?
Zniechęcanie ludzi do alternatyw dla tradycyjnych papierosów przy pomocy zakazów prawnych jest także niemoralne. Prowadzi bowiem do szykan wobec osób, dla których jedyną możliwą alternatywą jest zmniejszenie szkodliwości palenia dzięki urządzeniom umożliwiającym przyjmowanie nikotyny w postaci pary. Wobec tego, że za 90 proc. chorób sercowo-naczyniowych u palaczy odpowiadają substancje smoliste, a nikotyna ma tu znaczenie znikome, odbieranie takiej szansy dla osób uzależnionych od tradycyjnych papierosów jest moralnie naganne, zwłaszcza gdy narzędziem staje się prawo.
„Wolność poddanego jest milczeniem praw”. Te słowa Thomasa Hobbsa, choć poddanych dzisiaj zastąpili obywatele, w czasach prawnej nadprodukcji są aktualne jak nigdy dotąd. Trudno przecież nazwać system wolnym, jeśli prawo ma mówić ludziom, w którym miejscu na świeżym powietrzu, nie szkodząc nikomu, mogą zapalić papierosa. Takim przykładem niezrozumienia właściwej roli prawa był uchwalony z inicjatywy jednej z olsztyńskich radnych zakaz palenia papierosów na cmentarzu komunalnym. Prawa obarczonego trzema wadami podstawowymi: martwego, bo w praktyce niemożliwego do wyegzekwowania, odnoszącego się do problemu więcej niż marginalnego i traktującego ludzi jak dzieci, które nie wiedza jak się zachować na cmentarzu.
Dla uchwalenia nowego, równie „potrzebnego” prawa lokalnego nie ma dziś innego, lepszego powodu.
Konsultowany projekt uchwały nie dotyczy wprawdzie żywotnie ważnych dla mieszkańców Olsztyna spraw, ale jest okazją do refleksji nad właściwą rolą i zakresem działania władzy lokalnej. Okazją do odpowiedzi na pytanie, czy do jej zadań należy realizacja inspirowanych względami ideologicznymi dyrektyw instytucji unijnych, coraz częściej przejmujących wobec obywateli funkcje terapeutyczne i wychowawcze.
Uważamy, że mieszkańcy Olsztyna i Świętej Warmii nie zasługują na takie prawo i takie traktowanie.

Z poważaniem

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia”

Czytaj więcej: Tropiciele ponad podziałami

Komentarz (7)

Więcej artykułów…

  1. Granice społecznego zaufania
  2. Prezenty na 13 grudnia
  3. Kombatant 400+
  4. Amerykański zwiastun nowej demokracji

Strona 20 z 55

  • start
  • Poprzedni artykuł
  • 15
  • 16
  • 17
  • 18
  • 19
  • 20
  • 21
  • 22
  • 23
  • 24
  • Następny artykuł
  • koniec

Komentarze

REFERENDUM !!!
Zobacz jakie premie dostali pr...
10 minut(y) temu
Czy to prawda, że prezes TBS zwolnił połowę załogi a następnie zatrudnił swoją żonę, która po tym fakcie zmieniła swoje nazwisko ?
Zobacz jakie premie dostali pr...
9 godzin(y) temu
ZŁO DZIE JE Z KO
SWOJE IM DAJCIE NA TE PREMIE A NIE NASZE
Zobacz jakie premie dostali pr...
10 godzin(y) temu
pis niesie hasła ale nic więcej z tego nie wynika. Udają, że dbają o wartości chrześcijańskie jak ta posłanka, rozwódka co żonatego przygłupa z Aleksa...
Awantura w PiS-ie pomiędzy sze...
23 godzin(y) temu
"Dlatego uważam, że kierunek polegający na eskalowaniu sporów i kierowaniu wniosków o wykluczenie w oparciu o niezweryfikowane informacje nie służy ro...
Awantura w PiS-ie pomiędzy sze...
1 dzień temu
Bierz tabletki na wypróżnianie to może i na głowę pomoże bredziarzu.
Awantura w PiS-ie pomiędzy sze...
1 dzień temu

Ostatnie blogi

  • Apel o optymizm na wypadek wojny Dwadzieścia rosyjskich dronów, które ostatnio wleciały do Polski wzbudziły u wielu moich rodaczek i rodaków głęboki niepokój, a często przerażenie… Zobacz
  • Barbarzyński atak "silnych ludzi" Tuska na praworządność Zbigniew Lis Motto Tuska: Będziemy stosować prawo, tak jak my je rozumiemy, czyli uchwałami Sejmu i rozporządzeniami zmieniać ustawy, wg zasady –… Zobacz
  • Co trzeba zrobić, żeby PiS wygrało kolejne wybory? Zbigniew Lis Wielu Polaków głosujących nie za opozycją, tylko przeciw PiS, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji ich decyzji oraz z powagi… Zobacz
  • Michał Wypij, Paweł Warot – komentarz osobisty Bogdana Bachmury Bogdan Bachmura Dużo łatwiej o krytykę osób, których nie darzymy sympatią, z którymi jesteśmy w sporze lub konflikcie. Ale tym razem jest… Zobacz
  • 1

Najczęściej czytane

  • Wyborcza sporządziła listę osób do zwolnienia z pracy, związanych z PiS
  • Starcie studentów UWM z europosłem Patrykiem Jakim: SAFE, OZE, Trump, Niemcy, imigracja
  • PiS grozi prezydentowi Olsztyna referendum. Prezydent: Apeluję - działajmy wspólnie!
  • STANOWISKO W SPRAWIE PROJEKTU PLANU OGÓLNEGO GMINY GIETRZWAŁD
  • Spór o plan rozwoju Gietrzwałdu: stać się Lourdes czy strefą przemysłową?
  • Awantura w PiS-ie pomiędzy szefem partii w Szczytnie Żuchowskim a poseł Arent
  • Czy Katarzyna K. opłacała Iwonę Arent i wojewodę Mariana P.?
  • R. Zawadzki: "Nie byłem związany z Galwanotechniką w 2014 roku"
  • Tymiński ma pomóc Braunowi w wyborach na Warmii i Mazurach
  • Syn wojewody Radosława Króla (PSL) dostał pracę w starostwie olsztyńskim
  • Lekarz-łgarz z Olsztyna, gwiazdą programu TVP "Omnibus — szybcy i mądrzy"
  • B. poseł SLD Monika Falej zasiliła kadry WM Specjalnej Strefy Ekonomicznej

Wiadomości Olsztyn

  • Olsztyn

Wiadomości region

  • Region

Wiadomości Polska

  • Polska

O debacie

  • O Nas
  • Autorzy
  • Święta Warmia

Archiwum

  • Archiwum miesięcznika
  • Archiwum IPN

Polecamy

  • Klub Jagielloński
  • Teologia Polityczna

Informacje o plikach cookie

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.