logodebata

Wspomóż jedyny portal na Warmii i Mazurach, który nie boi się publikować prawdy o politykach i jest za to ciągany po sądach. Nigdy, przez 18 lat istnienia, nie dostaliśmy 1 grosza dotacji publicznej. Redaktorzy i autorzy są wolontariuszami. Nr konta bankowego Fundacji „Debata”: 26249000050000450013547512. KRS: 0000337806. Adres: 11-030 Purda, Patryki 46B

sobota, październik 10, 2026
  • Debata
  • Wiadomości
    • Olsztyn
    • Region
    • Polska
    • Świat
    • Urbi et Orbi
    • Kultura
  • Blogi
    • Łukasz Adamski
    • Bogdan Bachmura
    • Mariusz Korejwo
    • Adam Kowalczyk
    • Ks. Jan Rosłan
    • Adam Jerzy Socha
    • Izabela Stackiewicz
    • Bożena Ulewicz
    • Mariusz Korejwo
    • Zbigniew Lis
    • Marian Zdankowski
    • Marek Lewandowski
  • miesięcznik Debata
  • Baza Autorów
  • Kontakt
  • Jesteś tutaj:  
  • Start
  • Wiadomości
  • Polska

Polska

83. rocznica ludobójstwa ludności polskiej na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej. PAMIĘTAMY!

Szczegóły
Opublikowano: piątek, 10 lipiec 2026 22:39
Paweł Wolski

11 lipca obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci o Polakach – Ofiarach Ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej Polskiej. W ustawie z 4 czerwca 2025 r. o ustanowieniu tego święta (Dz.U. z 2025 r., poz. 891) podkreślono, że „męczeńska śmierć z powodu przynależności do narodu polskiego zasługuje na pamięć w formie dnia wyróżnianego corocznie przez państwo polskie, w którym ofiarom będzie oddawany hołd”.

W ustawie przypomniano, że „w latach 1939–1946 nacjonaliści ukraińscy z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) oraz innych ukraińskich formacji nacjonalistycznych działających na ziemiach Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej Polskiej (województwa wołyńskie, tarnopolskie, stanisławowskie, lwowskie, poleskie) oraz obecnych województw lubelskiego i podkarpackiego dokonali na ludności polskiej zbrodni ludobójstwa”.

„Zamordowali ponad sto tysięcy Polaków, głównie mieszkańców wsi, zniszczyli ich mienie i doprowadzili do uchodźstwa z Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej setek tysięcy Polaków. Apogeum tej zbrodni przypada na lipiec 1943 r., a symboliczną datą hekatomby Polaków z rąk ukraińskich nacjonalistów jest dzień 11 lipca 1943 r., kiedy Polacy byli mordowani w około stu miejscowościach” – głosi ustawa.

W świetle prawodawstwa międzynarodowego, mordy popełnione przez Ukraińców głównie na Polakach kwalifikowane są jako ludobójstwo. Zgodnie z najnowszymi szacunkami polskich badaczy w latach 1939–1947 z rąk ukraińskich nacjonalistów zginęło nawet ponad 120 tys. obywateli Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej: ok. 60 tys. na Wołyniu i co najmniej 60 tys. w Małopolsce Wschodniej (woj. lwowskie, stanisławowskie i tarnopolskie), na Polesiu i na Lubelszczyźnie.

11 lipca 2026 roku (sobota) o godzinie 13:00 w Radrużu (woj. podkarpackie), Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Karol Nawrocki odda cześć Polakom–Ofiarom Ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej Polskiej (Zespół Cerkiewny w Radrużu, powiat lubaczowski, gmina Horyniec–Zdrój).

Bartoszyce, godz. 10:00 – Doradca Prezydenta RP Waldemar Szulc – uroczystość upamiętnienia Ofiar Zbrodni Wołyńskiej w Bartoszycach, organizowane przez Klub Gazety Polskiej Bartoszyce, Wójta Gminy Bartoszyce oraz Dziekana Dekanatu Bartoszyckiego.

Olsztyn. Konfederacja Ruch Narodowy w Olsztynie 12 lipca w Olsztynie zaprasza na społeczne obchody i wspólne upamiętnienie ofiar Rzezi Wołyńskiej. Najpierw Msza św. w kościele NSPJ w Olsztynie o godzinie 11, a potem przejście i obchody na cmentarz przy ul. Poprzecznej, gdzie pod symbolicznym obeliskiem ofiar ludobójstwa zostanie odmówiona wspólna modlitwa. Nie o zemstę chodzi, a o pamięć!

„Za odnoho poljaka hołowa do pniaka” („za jednego Polaka głowa do pniaka”)

Rodzina Winiarskich

„Za odnoho poljaka hołowa do pniaka” („za jednego Polaka głowa do pniaka”) – ta dewiza popularna wśród ukraińskich nacjonalistów, dokonujących ludobójstwa na Wołyniu, przypomina jak wielką odwagą musieli wykazać się ci Ukraińcy, którzy z narażeniem życia przeciwstawiali się zbrodniczej ideologii. Wielu z nich za okazanie człowieczeństwa zostało zamordowanych równie brutalnie, jak Polacy, których ratowali.

Budowana od połowy lat dwudziestych totalitarna ideologia ukraińskiego nacjonalizmu zakładała stworzenie jednolitego etnicznie państwa, oderwanego od setek lat w większości zgodnej koegzystencji narodów i wyznań. „Zażyłość była tak duża, że gdy już zaczęły się rzezie, w niektórych polskich wsiach ludzie, wbrew faktom, do końca nie wierzyli, że może im grozić coś złego ze strony sąsiadów” – wspominał ks. Mieczysław Albert Krąpiec z Berezowicy Małej na Podolu.

Ostrzeganie o nadciągającym zagrożeniu było najczęściej udzielaną formą pomocy. „Uciekajcie bo dziś będą zabijać” – usłyszała jedna z polskich rodzin od swojej ukraińskiej sąsiadki. Niezwykłej odwagi wymagało także, trwające często wiele miesięcy ukrywanie Polaków we własnych domach i zabudowaniach gospodarczych. „Mówi [do ojca] tak: «Jak dobrze, że wy żyjecie» i wziął go na strych, trzymał dwa tygodnie na strychu” – wspominała jedna z ocalonych.

Ukrycie przez Ukraińców nie zawsze oznaczało kres dramatu. W archiwach Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu znalazła się złożona w 1985 r. niezwykle przejmująca relacja o losie siedmioletniej Jadzi Dziekańskiej, która mimo ciężkich ran przeżyła kilka dni przy ciele zamordowanej matki. Wśród łanów zboża została odnaleziona przez jedną z ukraińskich rodzin i zabrana do pobliskiej wsi. „W Werbczu Jadzię rada wsi chciała zabić, bo to polskie dziecko, ale broniła jej nieznana nam rodzina ukraińska oraz nauczyciel, również Ukrainiec z Werbcza, umiejący [mówić] płynnie po polsku, który wygrał walkę o życie Jadzi i zabrał ją do siebie na wychowanie” – wspominali Franciszka i Roman Piotrowscy. Po zakończeniu wojny Jadzia wróciła do swojego ojca, który przeżył.

UPA dokonywała licznych mordów, także na swoich towarzyszach, którzy odmawiali udziału w bestialskich mordach na swoich sąsiadach. W celu zwalczania „dezercji” banderowcy powołali Służbę Bezpieczeństwa OUN (nazywaną „partyzanckim gestapo”), która często dokonywała zabójstw w domach do których wrócili. Największe zagrożenie czekało jednak na tych, którzy udzielali pomocy kierując się współczuciem wobec sąsiadów. „Szura Sapożnik, najładniejsza dziewczyna we wsi, pamiętam ją dobrze, warkocze miała do samej ziemi. Pamiętam [też], jak opłakiwała razem z moją mamą śmierć mojej siostry Wandy i współczuła Polakom – została zamordowana w bestialski sposób. Podstępem zbiry zwabili ją do lasu (…) pod pozorem opatrzenia rannego kolegi, którego «Lachy postrzeliły»” – wspominał mieszkaniec wsi Koszów na Wołyniu.

Autor opublikowanej przez IPN „Kresowej księgi sprawiedliwych 1939-1945” szacuje, że co najmniej 1341 Ukraińców niosło pomoc Polakom, mimo grożących represji ze strony ukraińskich nacjonalistów. Udzielali schronienia, ostrzegali przed planowanymi napadami, pomagali w ucieczce lub ratowali rannych, narażając przy tym życie własne i swoich rodzin. Według bardzo rozbieżnych szacunków co najmniej kilkuset z nich zostało zamordowanych przez banderowców. Dokładniejsze oszacowanie liczby ofiar wśród Sprawiedliwych nie jest możliwe, między innymi ze względu na trudności w jednoznacznym ustaleniu motywów zbrodni – w części przypadków zabójstwa mogły być związane także z podejrzeniami o współpracę z sowiecką partyzantką.

Od 2019 r. Sprawiedliwi są wyróżniani medalem Virtus et Fraternitas, przyznawanym przez Instytut Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego. Dotychczas pośmiertnie odznaczono nim 27 Ukraińców, którzy nieśli pomoc Polakom, a także dwoje osób, które przez dziesięciolecia pielęgnowały pamięć o zamordowanych Polakach. Medalem Virtus et Fraternitas uhonorowano również dwoje Czechów z Wołynia, którzy pomagali Polakom.

Na zdjęciu najmłodsi członkowie rodziny Winiarskich z kolonii Głęboczyca, powiat Włodzimierz Wołyński, ok. 1939 r. Rzeź dokonaną przez UPA 29 sierpnia 1943 r. przeżył najstarszy syn rodziny – Jan Winiarski. Dwoje najmłodszego rodzeństwa uratował Ukrainiec Aleksander Kuszneruk. Dzieci zostały przekazane do placówki PCK w Chełmie. Po wojnie Jan Winiarski bezskutecznie poszukiwał młodszych sióstr, ich los pozostaje nieznany. Tamtego dnia w Głęboczycy zginęło „Za odnoho poljaka hołowa do pniaka” („za jednego Polaka głowa do pniaka”) – ta dewiza popularna wśród ukraińskich nacjonalistów, dokonujących ludobójstwa na Wołyniu, przypomina jak wielką odwagą musieli wykazać się ci Ukraińcy, którzy z narażeniem życia przeciwstawiali się zbrodniczej ideologii. Wielu z nich za okazanie człowieczeństwa zostało zamordowanych równie brutalnie, jak Polacy, których ratowali.

Budowana od połowy lat dwudziestych totalitarna ideologia ukraińskiego nacjonalizmu zakładała stworzenie jednolitego etnicznie państwa, oderwanego od setek lat w większości zgodnej koegzystencji narodów i wyznań. „Zażyłość była tak duża, że gdy już zaczęły się rzezie, w niektórych polskich wsiach ludzie, wbrew faktom, do końca nie wierzyli, że może im grozić coś złego ze strony sąsiadów” – wspominał ks. Mieczysław Albert Krąpiec z Berezowicy Małej na Podolu.

Ostrzeganie o nadciągającym zagrożeniu było najczęściej udzielaną formą pomocy. „Uciekajcie bo dziś będą zabijać” – usłyszała jedna z polskich rodzin od swojej ukraińskiej sąsiadki. Niezwykłej odwagi wymagało także, trwające często wiele miesięcy ukrywanie Polaków we własnych domach i zabudowaniach gospodarczych. „Mówi [do ojca] tak: «Jak dobrze, że wy żyjecie» i wziął go na strych, trzymał dwa tygodnie na strychu” – wspominała jedna z ocalonych.

Ukrycie przez Ukraińców nie zawsze oznaczało kres dramatu. W archiwach Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu znalazła się złożona w 1985 r. niezwykle przejmująca relacja o losie siedmioletniej Jadzi Dziekańskiej, która mimo ciężkich ran przeżyła kilka dni przy ciele zamordowanej matki. Wśród łanów zboża została odnaleziona przez jedną z ukraińskich rodzin i zabrana do pobliskiej wsi. „W Werbczu Jadzię rada wsi chciała zabić, bo to polskie dziecko, ale broniła jej nieznana nam rodzina ukraińska oraz nauczyciel, również Ukrainiec z Werbcza, umiejący [mówić] płynnie po polsku, który wygrał walkę o życie Jadzi i zabrał ją do siebie na wychowanie” – wspominali Franciszka i Roman Piotrowscy. Po zakończeniu wojny Jadzia wróciła do swojego ojca, który przeżył.

UPA dokonywała licznych mordów, także na swoich towarzyszach, którzy odmawiali udziału w bestialskich mordach na swoich sąsiadach. W celu zwalczania „dezercji” banderowcy powołali Służbę Bezpieczeństwa OUN (nazywaną „partyzanckim gestapo”), która często dokonywała zabójstw w domach do których wrócili. Największe zagrożenie czekało jednak na tych, którzy udzielali pomocy kierując się współczuciem wobec sąsiadów. „Szura Sapożnik, najładniejsza dziewczyna we wsi, pamiętam ją dobrze, warkocze miała do samej ziemi. Pamiętam [też], jak opłakiwała razem z moją mamą śmierć mojej siostry Wandy i współczuła Polakom – została zamordowana w bestialski sposób. Podstępem zbiry zwabili ją do lasu (…) pod pozorem opatrzenia rannego kolegi, którego «Lachy postrzeliły»” – wspominał mieszkaniec wsi Koszów na Wołyniu.
Autor opublikowanej przez IPN „Kresowej księgi sprawiedliwych 1939-1945” szacuje, że co najmniej 1341 Ukraińców niosło pomoc Polakom, mimo grożących represji ze strony ukraińskich nacjonalistów. Udzielali schronienia, ostrzegali przed planowanymi napadami, pomagali w ucieczce lub ratowali rannych, narażając przy tym życie własne i swoich rodzin. Według bardzo rozbieżnych szacunków co najmniej kilkuset z nich zostało zamordowanych przez banderowców. Dokładniejsze oszacowanie liczby ofiar wśród Sprawiedliwych nie jest możliwe, między innymi ze względu na trudności w jednoznacznym ustaleniu motywów zbrodni – w części przypadków zabójstwa mogły być związane także z podejrzeniami o współpracę z sowiecką partyzantką.

Od 2019 r. Sprawiedliwi są wyróżniani medalem Virtus et Fraternitas, przyznawanym przez Instytut Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego. Dotychczas pośmiertnie odznaczono nim 27 Ukraińców, którzy nieśli pomoc Polakom, a także dwoje osób, które przez dziesięciolecia pielęgnowały pamięć o zamordowanych Polakach. Medalem Virtus et Fraternitas uhonorowano również dwoje Czechów z Wołynia, którzy pomagali Polakom.
Na zdjęciu najmłodsi członkowie rodziny Winiarskich z kolonii Głęboczyca, powiat Włodzimierz Wołyński, ok. 1939 r. Rzeź dokonaną przez UPA 29 sierpnia 1943 r. przeżył najstarszy syn rodziny – Jan Winiarski. Dwoje najmłodszego rodzeństwa uratował Ukrainiec Aleksander Kuszneruk. Dzieci zostały przekazane do placówki PCK w Chełmie. Po wojnie Jan Winiarski bezskutecznie poszukiwał młodszych sióstr, ich los pozostaje nieznany. Tamtego dnia w Głęboczycy zginęło ponad 250 Polaków. Fotografia ze zbiorów W. i E. Siemaszków, opublikowana w zbiorze relacji „Ocaleni z ludobójstwa. Wspomnienia Polaków z Wołynia” pod redakcją Joanny Karbarz-Wilińskiej i Bartosza Januszewskiego.
#IPN #PamięćHistoryczna #UkraińskiNacjonalizm #PamięćOfiar #Doncow #Bandera #Sprawiedliwi #OUN #UPA
Więcej https://tinyurl.com/mt9cmz8z
Więcej https://tinyurl.com/42dxe5hm
ponad 250 Polaków. Fotografia ze zbiorów W. i E. Siemaszków, opublikowana w zbiorze relacji „Ocaleni z ludobójstwa. Wspomnienia Polaków z Wołynia” pod redakcją Joanny Karbarz-Wilińskiej i Bartosza Januszewskiego.
#IPN #PamięćHistoryczna #UkraińskiNacjonalizm #PamięćOfiar #Doncow #Bandera #Sprawiedliwi #OUN #UPA
Więcej https://tinyurl.com/mt9cmz8z
Więcej https://tinyurl.com/42dxe5hm

Czytaj więcej: 83. rocznica ludobójstwa ludności polskiej na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej. PAMIĘTAMY!

Komentarz (0)

Uniknął śmierci w Szpitalu Południowym, dzięki żonie i jej koledze

Szczegóły
Opublikowano: środa, 08 lipiec 2026 11:18
Adam Jerzy Socha

Rafał uniknął śmierci w Szpitalu Południowym w Warszawie, w lipcu 2023 roku, dzięki determinacji żony Barbary i pomocy jej kolegi, lekarza z innego szpitala warszawskiego. Basię i Rafała znam dziesiątki lat, toteż od razu, z telefonu od Basi, dowiedziałem się, że Rafał walczy o życie w Szpitalu Południowym. Jak patologie z tego szpitala zaczęto opisywać na Zero.pl, zadzwoniłem do nich i poprosiłem o szczegółowe opowiedzenie, co tam przeszli. Zgodzili się pod warunkiem, że pozostaną anonimowi, bowiem pracują w instytucji podległej prezydentowi Warszawy (ich imiona też zmieniłem).

- Jak to się stało, że Rafał trafił do Szpitala Południowego?

Barbara: To był początek lipca 2023 roku. Rafał po powrocie z wędkowania w Szwecji poczuł się źle, miał wysoka gorączkę, kasłał, więc poszedł do swojej przychodni. Pani doktor go osłuchała i dała mu antybiotyk.

Rafał: Chwila, chwila, przede wszystkim zrobiła mi badania pod kątem COVID-u… .

„Módl się, bo to sepsa”

Barbara: I powiedziała, że daje antybiotyk o szerokim spektrum. Ale ma przyjść za dwa dni, bo chce zobaczyć wyniki badania krwi i moczu. Dostał też lek na zbicie gorączki, ale co zbił, to wysoka gorączka wracała. Wziął ten antybiotyk, ale po dwóch dniach nie był już w stanie sam do niej pojechać, bo się słaniał na nogach, więc ja go zawiozłam do przychodni. Pani doktor go osłuchała i powiedziała, że ma natychmiast jechać do szpitala.

Pojechaliśmy do szpitala na ul. Stępińskiej. Ze względu na awarię nie przyjmowano pacjentów i zasugerowano nam Szpital Południowy, gdzie pojechaliśmy. Rafał trafił tam na SOR. Tam dość sprawnie został zaopiekowany. Położyli go za parawanem, dostał kroplówkę i powiedziano, że musi czekać na miejsce na oddziale. Tymczasem będzie miał wdrożone leczenie według wskazówek lekarza pierwszego kontaktu, które były na skierowaniu.

W tym dniu były urodziny mojego kolegi ze szkolnej ławy, lekarza. Zadzwoniłam z życzeniami. Zapytał co słychać, więc mówię, że Rafał leży w szpitalu. „Przeczytaj wyniki”. Przeczytałam, a kolega na to”Basiu, jak wierzysz w Boga, to się módl, on jest w sepsie. Informuj mnie na bieżąco o jego stanie. Jutro zorientuję się jak mogę pomóc.

Pojechałam do Rafała. Już został przeniesiony z SOR-u na oddział wewnętrzny. Rafał jakby lepiej się poczuł, trochę spadła mu gorączka, ale nie był w stanie się komunikować, więc ja odpowiadałam na pytania pani doktor. Zrobili mu posiew krwi oraz badanie poziomu białka CRP (wskaźnik stanu zapalnego). U zdrowego człowieka wynosi do 10 mg/l, przy sepsie przekracza 100 mg/l, u Rafała był poziom 398, a więc był to skrajny przypadek.

„Pijany lekarz po nocnym dyżurze”

Rafał: Dostałem strasznej biegunki, takiej smolistej, okropnie śmierdzącej z atakami bólu żołądka, jak przy skręcie kiszek. Chciałem się umyć. W łazience siadłem na takim nowoczesnym krzesełku, przytwierdzonym do ściany, ważę 80 kg, ale zarwało się pode mną, pokaleczyłem sobie plecy i pośladek do krwi, do dzisiaj mam bliznę na pośladku. Sąsiad z pokoju pomógł mi się podnieść. Doczłapałem się do pielęgniarek. „To zapłaci pan za krzesełko”. „Chyba pani żartuje” – odpowiedziałem.

Z tych pierwszych dni w tym szpitalu pamiętam, po pierwszej lub drugiej nocy, sprzątaczka weszła do gabinetu lekarzy, który był naprzeciwko mojego pokoju i zawołała koleżankę. „Zobacz, lekarz jest pijany, śpi”. Usłyszałem brzęk zbieranych butelek. Potem usłyszałem rozmowę ordynatora z tym lekarzem. „Nie będę teraz z panem rozmawiał, niech pan jedzie do domu, jutro porozmawiamy”. Wezwał mu Taxi. Jeszcze pamiętam, jak przynieśli pierwszy posiłek, była przy tym Basia. Jedzenie dostarczała firma spoza szpitala. Otworzyłem pojemnik z herbatą. Smród taki jak ze środków dezynfekujących, używanych do mycia łazienek, obrzydliwy. Jedzenie tak samo śmierdziało. Zbierało od tego na wymioty. Nie tknąłem tego „jedzenia”. Basia potwierdziła moje odczucia. Tak było z każdym posiłkiem. Jadłem więc tylko owoce i piłem jogurty, które przywoziła mi Basia. No a po trzech dniach straciłem świadomość. Miałem majaki z powodu niedotlenienia. Co dalej się ze mną działo, niech opowie Basia.

„Pani doktor, zbadajcie go na legionelle”

Basia: To był chyba drugi dzień pobytu Rafała w Szpitalu Południowym. Ja dużo czytałam w internecie i rozmawiałam ze znajomymi, co może być Rafałowi. Znajoma powiedziała mi, że jej szwagier miał identyczne objawy i to była Legioneloza (groźne zapalenie płuc wywołane bakterią występująca w wodzie i wilgotnej glebie, która namnaża się np. w klimatyzacji, prysznicach, jacuzzi). Wtedy skojarzyłam, jak Rafał opowiadał, po powrocie z ryb w Szwecji, że na kwaterze był problem z klimatyzatorem. Mógł też złapać te bakterie na klimatyzowanym promie.

Opowiedziałam to wszystko pani doktor, która prowadziła Rafała i poprosiłam: „Zbadajcie go pod kątem legionelli. Być może mąż złapał tę bakterię z klimy w Szwecji albo na promie, bo ma ewidentne objawy Legionelozy. Rok temu kuzyn męża, w innym mieście miał te same objawy i też stwierdzono Legionelozę”. Na co pani doktor mi mówi: „Nie, proszę pani, my robiliśmy posiew krwi i moczu, nic nie wyszło. Poza tym mąż dostaje takie antybiotyki, że to by już zadziałało”. Ja na to, „zróbcie jeszcze raz posiew i poczekajcie, bo trudno, żeby coś wyrosło po jednym dniu”, a to był drugi dzień pobytu w szpitalu. Żeby zrobić jeszcze raz posiew podpowiedział mi kolega lekarz z innego szpitala. Ja się z nim codziennie kontaktowałam i na bieżąco przekazywałam, co się dzieje z Rafałem. Zrobili gastroskopię, wyszło zapalenie śluzówek. Prześwietlili klatkę piersiową. Płuca miał zajęte prawie w 80%, skonsolidowane zaciemnienie lewego płuca. Miał niedotlenienie. Po raz kolejny pobrali próbki na Covid, ale ponownie wynik był negatywny. Mimo to podawali leki pod kątem Covidu i pyralginę w kroplówce.

„Wpisywali 37 stopni, a miał prawie 40”

Spojrzałam na kartę pacjenta i ze zdumieniem odkryłam, że ciągle wpisywali normalną temperaturę, a od Rafała aż buchała gorączka. Przyniosłam z domu tradycyjny termometr, rtęciowy. Zmierzyłam, było prawie 40 stopni. Z tą kartą szpitalną poszłam do tej pielęgniarki i mówię: „Proszę pani, dlaczego wy tu wpisujecie takie głupoty, ja przychodzę codziennie i widzę, że mąż ma wysoką gorączkę, a wy wpisujecie, że jest 37 stopni?!” Pielęgniarka na to, że nie wolno używać termometru rtęciowego. „Mało mnie to obchodzi, że nie wolno – ja na to. - Przynajmniej są miarodajne, a wy fałszujecie dokumentację medyczną”. Rafał miał ciągle problem z oddychaniem, brakowało mu tchu, fatalny poziom saturacji. Podłączyli go do tlenu i napisali, „utrzymujące się duszności spoczynkowe”, skonsultowali się z epidemiologiem szpitalnym i po raz kolejny zmieniono mu antybiotyk. Oprócz tego nastąpił jakiś zastój w krążeniu, więc włączyli mu furosemid (silny lek moczopędny) i założyli cewnik, bo nie był już w stanie chodzić do ubikacji. Tymczasem ja przeczytałam, że przy Legionelozie powinno się nawadniać organizm, a nie odwadniać.

Codziennie z tą lekarką rozmawiam. Lekarka mówiła mi, że z płucami jest coraz gorzej. „Zróbcie mu bronchoskopię, żeby zbadać, co on ma w płucach” – poprosiłam. Na to pani doktor, że „my nie mamy takich możliwości”. „No to go przewieźcie do innego szpitala, gdzie mają oddział płucny” – prosiłam. „Nie mamy takich możliwości nie ma takich procedur, nie mamy współpracy z innymi szpitalami” – odpowiedziała lekarka.

„Trzeba go zabrać, on tam umrze”

Zadzwoniłem ponownie do kolegi lekarza. Zrelacjonowałam co się dzieje. „Basia, jego stamtąd trzeba zabrać, bo on tam umrze”. Powiedział, że zrobi co w jego mocy, żeby znaleźć Rafałowi miejsce w innym szpitalu. Po wielu telefonach znalazł lekarza w innym szpitalu na oddziale pulmonologicznym, który powiedział, że przyjmie Rafała, ale żeby ta lekarka ze Szpitala Południowego do niego zadzwoniła i on jej powie, że należy Rafała przewieźć transportem medycznym, bo on musiał być stale pod tlenem, bo się dusił. Byłam pod szpitalem już przed godziną 8 rano i czekałam na lekarkę Rafała, która jechała do domu z nocnego dyżuru. Jak mnie zobaczyła, to się przestraszyła. Mówię jej, że zabieram Rafała do innego szpitala i czy pani nie będzie mi robiła trudności? Podałam numer telefonu i nazwisko tego lekarza pulmonologa, żeby ustalili z nim zasady przewiezienia męża w trybie pilnym. Bardzo chętnie pozbyli się Rafała, po tygodniu „leczenia” i 13 lipca przewieźli go karetką.

„W drugim szpitalu uparli się, żeby mnie uratować”

Rafał: W tym drugim szpitalu (nie chcę podawać nazwy, żeby nie mieli przykrości, w każdym razie to nie był szpital dla VIP-ów), na chwilę odzyskałem świadomość i dostałem silnego stanu pobudzenia, byłem agresywny, kłótliwy, wyrywałem sobie wenflon. To był wynik niedotlenienia mózgu. Twierdziłem, że ta pani (Basia), to nie jest moja żona, jest podobna do mojej żony, ale ona jest podstawiona, bo żona ze swoją koleżanką uknuły spisek, żeby mnie ubezwłasnowolnić i zamknąć w jakimś zakładzie dla obłąkanych. Pytałem lekarzy, czy oni mają uprawnienia do leczenia? Żądałem okazania dyplomów. Ale oni się uparli, żeby mnie uratować. Mówię to po to, żeby pokazać, że jednak lekarze ze Szpitala Południowego, to jest jakiś patologiczny wyjątek a nie reguła.

Basia: Zrobili Rafałowi rtg i tomografię płuc, pobrali krew tętniczą i rozpoznali ciężkie zapalenie płuc z powikłaniami, niewydolność wielonarządową, oddychania, nerek, bo sepsa atakowała kolejne organy i że wymaga wspomagania sztucznym płucem, bez tego Rafał umrze. Ale, żeby podłączyć go to tego płuca musieli Rafała uśpić, na co musieli uzyskać jego zgodę, a Robert odmawiał, wygadywał bzdury o jakimś spisku. Jakimś cudem, podstępem uzyskałam jego ustną zgodę, wyrażoną przy lekarzach, że mogą go uśpić, jak straci przytomność i będzie umierał. Natychmiast go uśpili, bo to był ostatni moment na ratunek. Zrobili mu bronchoskopię i w ciągu kilku godzin był wynik, że ma legionellę i w tym momencie podano mu prawidłowe leki. Dzień później dowiedziałem się od tego lekarza, że oni mieli legionellę 10 lat wcześniej i zachowali dokumentację metody leczenia. Po tygodniu Rafała wybudzili i dzięki Bogu, płuca podjęły samodzielną pracę. Po kilku dniach prawidłowego leczenia stan zapalny zaczął spadać.

Rafał: Jak mnie wybudzili, nie miałem siły oderwać dłoni od kołdry. Myślałem początkowo, że jestem przywiązany do łóżka. Opiekowała się mną młoda, silna pielęgniarka. Przewalała mnie w tym łóżku jak chciała. Mówiłem do niej „Aniołeczek”, bo wymiana pieluch, podmywanie jest bardzo krępujące, ale ona robiła to z taką empatią, zagadywała mnie i moje skrępowanie gdzieś ulatywało. W pamięci mam tą pielęgniarkę, która była niesamowicie pomocna i taka ludzka, cieplutka. Lekarka, która mnie przyjmowała do szpitala, powiedziała, że ona kiedyś też była usypiana i że po wybudzeniu, człowiek ma wrażenie jakby się na nowo narodził i dostał drugie życie. To prawda. Jak już mnie przenieśli z OIOMu, zawołałem pielęgniarkę, bo zobaczyłem w nogach łóżka wiszący na poręczy złoty łańcuszek z medalikiem. „Proszę pani, to może pacjent, który tu był przede mną, zapomniał zabrać ten medalik?” Pielęgniarka na to, zdziwiona: „Ale tu nic nie wisi?!”. Po wypisaniu ze szpitala dostałem na pół roku zwolnienie. Do dzisiaj odczuwam skutki tej choroby.

„Zadzwoniłam do lekarki w Szpitalu Południowym”

Barbara: Jak już Rafał wyzdrowiał, to zadzwoniłam do Szpitala Południowego i poprosiłam do telefonu tę lekarkę z wewnętrznego, która go prowadziła. Powiedziałam jej, że tak jak jej sugerowałam, była to Legioneloza, jak to lekarze ustalili i jakie wdrożyli leczenie. „Mówię to pani, bo w u pani mąż by umarł a nie chcę, żeby inni pacjenci u was umierali. Skoro nie wiecie, jak leczyć, to konsultujcie się ze specjalistami z innych szpitali, albo odsyłajcie ich do innych szpitali”. Odpowiedziała, że się cieszy, że Rafał wyzdrowiał i tyle.

Po diagnozie, że to była Legioneloza dzwonił do mnie Sanepid i zrobił ze mną wywiad na temat przebiegu choroby. Traf chciał, że żona mojego serdecznego przyjaciela była pracownikiem Sanepidu na wysokim stanowisku (już jest na emeryturze). Na jakimś spotkaniu z medykami akurat siedziała obok jednego z dyrektorów Szpitala Południowego. Opowiedziała mu całą historię Rafała.

„Zdajemy sobie sprawę, że mamy bardzo słaby oddział wewnętrzny” – odparł.

Wysłuchał Adam Socha

PS. Jesienią tego samego 2023 roku, na Podkarpaciu, z powodu Legionelozy, zmarło ponad 25 osób oraz były pojedyncze przypadki śmiertelne w innych regionach.

Czytaj więcej: Uniknął śmierci w Szpitalu Południowym, dzięki żonie i jej koledze

Komentarz (1)

Ukraina postawiła na Niemcy, dlatego atakuje Polskę. Co robić?

Szczegóły
Opublikowano: wtorek, 07 lipiec 2026 10:28
Jan Śliwa

Co dalej z Ukrainą? - pyta Jan Śliwa w piśmie Wszystko Co Najważniejsze. Tak jak prawie wszyscy Polacy po rosyjskiej agresji był zdecydowanie po stronie Ukrainy. Tym bardziej, że pojawiła się historyczna, realna szansa na sojusz ukraińsko-polski, który zatrzyma rosyjski walec, który od 300 lat usiłuje nas rozjechać. Niestety, konkluduje autor, tę wizję przekreślił prezydent Zełenskistawiając na Niemcy,przyłączając się do gloryfikacji OUN-UPA i atakując Polskę.Poniżej główne wątki artykułu Jana Śliwy.

(...) Tom Wielkiej Sowieckiej Encyklopedii z roku 1940 mówi: „POLSKA, tak nazywało się państwo powstałe w X wieku. / W 1939 r. reakcyjna, oparta na wyzysku Polska doszła do swojego historycznego końca”. W tym suchym tekście słyszę zadowolenie autora. A nam zależy, by takim ludziom to zadowolenie zepsuć.

Poza tym była to walka Dawida z Goliatem – Dawid był zwinny i sprytny, Goliat ociężały i brutalny. Oczywiście znaliśmy sprawę rzezi wołyńskiej, ale wydawało się, że w obecnych bojach Ukraińcy zdobędą nowych bohaterów, a decydującym czynnikiem będzie wspólnota interesów strategicznych. Nie było to marzycielstwem, to właśnie była Realpolitik.

Ale Ukraina zwróciła się w stronę Niemiec i zaczęła okazywać wrogość Polsce. A to przecież ta Polska, pod rządami PiS, udzieliła Ukrainie natychmiastowej wielkiej pomocy w krytycznym momencie, gdy ważyły się jej losy. Problem narastał od dawna, szalę goryczy przelało nadanie ważnej jednostce wojskowej nazwy „Bohaterów UPA”, wzmocnione ostatnio planami budowy narodowego Panteonu, oddającego cześć osobnikom wielce podejrzanego autoramentu. Jakby tego było mało, ze źródeł ukraińskich – rządowych, intelektualnych i prywatnych – wylała się nieprawdopodobna fala hejtu, obwiniającego Polaków o wszystkie problemy Ukrainy od stworzenia świata. Materiały są często solidnie przygotowane (graficznie, nie merytorycznie), co sugeruje od dawna przygotowaną akcję. Po tak brutalnym ataku czuję się zwolniony z jakiejkolwiek troski o honor Ukrainy, jako że takowego nie widzę. Nie przechodzę na stronę Putina, bo Rosja to dalej Rosja. Ale jeżeli Putin mówi o tendencjach nazistowskich na Ukrainie, a ja widzę czarno-czerwone flagi oraz pomniki Bandery i Szuchewycza, to trudno.

Jak silna jest Ukraina?

(...) Posiadając własną nowoczesną broń, może więc samodzielnie kontrolować drabinę eskalacyjną. Nie wszystkim się to podoba. Patrząc z perspektywy mniejszego kraju, nie byłem zadowolony, że można kupić broń, którą strategicznie będzie zarządzał producent. Z drugiej strony mniejszy kraj czasem chce się podrażnić z wielkim przeciwnikiem – zniszczyć mu strategiczny most, spalić rafinerię na zapleczu itp. Ale drażniony niedźwiedź może się odwinąć. Incydent może być katalizatorem wielkiego konfliktu, jak strzały w Sarajewie. Wielkie mocarstwa o tym myślą, chcą uniknąć wojny światowej. Ma to sporo sensu. W geopolitycznych szachach nie można zapominać, że przeciwnik też ma figury.

Dotyczy to zwłaszcza broni nuklearnej. Ukraina była w Związku Sowieckim ważnym centrum techniki rakietowej, kosmicznej i nuklearnej. Technikę rakietową odtworzyła. Być może również w technice nuklearnej zasoby intelektualne są do odtworzenia. Ukraina oddała tę broń w 1994 r. w ramach memorandum budapeszteńskiego, za co otrzymała gwarancje nienaruszalności granic. Gwarancje te okazały się bezwartościowe, Ukraina poczuła się oszukana. Jest jednak pewne, że próby zbudowania własnej bomby spotkałyby się z ostrą reakcją. Myślę, że Rosję powoli denerwuje to, że nikt już się nie boi jej gróźb nuklearnych. Może dojść do wniosku, że czas przypomnieć, że wciąż je traktuje poważnie.

Wygląda na to, że Ukraina chciałaby pełnić rolę „Izraela Europy Wschodniej”. Dominuje militarnie, pręży muskuły i wysyła wokół pogróżki. W konsekwencji jest skonfliktowana ze wszystkimi sąsiadami. Zakłada, że ma odległego sponsora i sojusznika – Niemcy – dla którego na miejscu wykonuje brudną robotę. Izrael ma jednak w Ameryce lobby żydowskie, a nie ma silnego lobby ukraińskiego w Niemczech. Przeciwnie – istnieje lobby rosyjskie. Do tego sytuacja wewnętrzna Niemiec jest bardzo napięta, o czym powiemy jeszcze dalej.

Aktorstwo i polityka

(...) Po wybuchu wojny wydawało się, że okazał się Zełenski faktycznie mężem stanu. Ale nastawienie Ukrainy do Polski zaczęło się zmieniać. Pojawiały się niepokojące sygnały o narastającym kulcie UPA. Przez jakiś czas myślałem: dobry car, źli bojarzy. Ale po nagłym zwrocie, gdy Zełenski zaczął na międzynarodowym forum ostro atakować Polskę, prezydenta Dudę i innych polskich przywódców, zacząłem mieć wątpliwości. Był to zdecydowany, publiczny atak, bez żadnej próby koncyliacji, tak jakby ktoś mu przekręcił jakąś wajchę w mózgu. Pamiętamy, jak we wrześniu 2022 r. wspólnie z prezydentem Dudą odsłonił jego pamiątkową tablicę, inaugurującą kijowską Aleję Odwagi. Pamiętamy jego mocne uściski z polskimi przywódcami i głębokie spojrzenia w oczy. Czy już wtedy były zagrane, czy aktor za pieniądze zagra każdą rolę? Kiedy jest szczery, kiedy gra?

Nazizm wraca na salony Europy?

Zaskakująca jest reakcja Zachodu na spór między Polską a Ukrainą. Większość mediów daje duży tytuł o mocnej decyzji prezydenta Karola Nawrockiego, by odebrać prezydentowi Zełenskiemu Order Orła Białego, dodając dyskretnie w tekście, o co chodziło, unikając brutalnych szczegółów. Działa tu też odruch warunkowy, by krytykować „prawicowo-nacjonalistycznego prezydenta Polski”. W ten sposób zapomina się, że mówimy tu o celebrowaniu nazistowskich kolaborantów, ludobójców. Ofiarami ich byli nie tylko dający się pominąć Polacy, ale też w wielkiej liczbie Żydzi. Jeżeli chodzi o ukraińską kolaborację z nazistami, przypomnijmy osławiony obóz szkoleniowy w Trawnikach, którego „absolwenci” uczestniczyli w akcji Reinhardt (eksterminacja 1,8 miliona Żydów), likwidacji gett i masowych egzekucjach, byli też strażnikami w obozach pracy i śmierci. Niezależnie od tego, która dokładnie formacja brała udział w której akcji, wyciąganie tematu ukraińskich „bohaterów” z tego okresu to słaby pomysł.

Okaże się jeszcze zresztą, kto na tym bardziej straci, a kto być może zyska. Na razie komentarze zachodnie krytykują raczej Polskę, jako że narusza to misterny plan Zachodu zagospodarowania Ukrainy. Nawet komentarze żydowskie są oszczędne, chociaż gdyby chodziło o swastykę namalowaną w toalecie gdzieś na Podlasiu, spowodowałoby to interwencję prezydenta i pięciu rabinów, z artykułem w „New York Times” do kompletu. Nie widzę też solidarności brukselskiej centrali z państwem członkowskim, choć wydaje się ona oczywista. Niemniej informacja powoli wypływa. To ważne, ponieważ sprawa rzezi wołyńskiej jest nieznana na Zachodzie. W Parlamencie Europejskim trwają przepychanki dotyczące upamiętnienia (lub nie) polskich ofiar. W tej chwili (2.7.2026) widzę, że temat ten może zostać poruszony (lub nie) w Parlamencie Europejskim podczas dyskusji na temat procesu akcesyjnego Ukrainy i Mołdawii. Ukraińscy komentatorzy uważają poruszenie tego tematu za polski sztylet wbity w plecy. Ale czego się właściwie spodziewali?

Najwyraźniej potępienie oddawania czci nazistom nie jest sprawą automatyczną. Ciekawe, dokąd nas ten proces relatywizowania zbrodni jeszcze doprowadzi i kogo zobaczymy na unijnych sztandarach.

Czy Niemcy to stabilny partner?

Założeniem obecnej polityki Ukrainy jest mocne oparcie się na Niemcach. Dla udowodnienia lojalności była ona gotowa zepsuć swoje relacje z dotychczasowym ważnym sojusznikiem – Polską. Ale na ile Niemcy są solidnym partnerem? Kanclerz Merz mówi o bezwzględnym wsparciu dla Ukrainy, ale ja mu za bardzo nie wierzę. Jednak niemieckie partie i stronnictwa traktują to poważnie i uważają go za niebezpiecznego podżegacza wojennego. Co do stronnictw, w rządzących partiach CDU i SPD wciąż silni są zwolennicy Merkel i Schrödera, budowniczych gazociągu Nord Stream. Opozycyjna AfD jest jednoznacznie za współpracą z Rosją, jako że odejście od taniego rosyjskiego gazu zabija niemiecką gospodarkę.

Ten układ sił nie jest zbyt stabilny. Ponieważ kanclerz Merz ze swoich zapowiedzi wyborczych nie zrealizował właściwie niczego, jego sytuacja jest chwiejna. Opozycyjna AfD już dawno przegoniła CDU, teraz wszyscy obserwatorzy czekają na Wielką Mijankę: AfD 30 proc. – CDU 20 proc. Zbliżają się wybory w landzie Saksonia-Anhalt. AfD może zdobyć absolutną większość, tak że żadna, nawet najbardziej abstrakcyjna koalicja jej nie zatrzyma. Opcją jest oczywiście (liberalny) pucz. (...)

Tak więc aktualne trendy w Niemczech mogą je doprowadzić na skraj wojny domowej – lub poza. To spowoduje radykalną rewizję układu w ramach Unii Europejskiej. Być może Unia wytoczy najcięższe działa właśnie przeciw Berlinowi, być może sama się rozpadnie. No i jaka będzie reakcja Ameryki, zwłaszcza że i tam nie wiadomo, kto będzie rządził. Ukraińskie stawianie na trwałość aktualnego układu sił jest ryzykowne.

I co dalej? Sojusze matematyczne i realne

W tej zagmatwanej sytuacji pojawia się klasyczne pytanie: co robić? Realpolitik uczy, że należy przeanalizować potrzeby i możliwości, strategiczne przepływy i strumienie dostaw oraz uważnie spojrzeć na mapę. Ale w życiu tak nie jest, potrzebne jest jeszcze zaufanie. Chiński biznesmen podobno najpierw zaprasza przyszłego partnera na kolację i rozmawia o życiu i rodzinie. Ani słowa o konkretnych interesach, żadnych liczb. Po co mam rozmawiać o szczegółach, jeżeli mu źle z oczu patrzy? Do tego przyszły takie czasy, że można wszystko podpisać, ale jeszcze trzeba mieć kanonierki do wyegzekwowania podpisanej umowy.

Gdy spojrzeć na mapę, to blok z Ukrainą się narzuca. Ale atmosfera została katastrofalnie zatruta. Polski przywódca, który okaże choćby cień sympatii dla Ukrainy, może zapomnieć o wyborach. No chyba że chodziłoby o jakąś wyrachowaną transakcję, o jasnych kosztach i zyskach, dającą się wyegzekwować. Ewentualnie gdyby pojawiło się wielkie, wspólne zagrożenie. Albo gdy zmieni się tam władza i uwiarygodni. Tyle że nasze interesy się różnią. My się boimy Niemców, a Ukraińcy absolutnie nie. Raczej wspólnie z Niemcami chcą nas wyłączyć z gry.

Kiedyś nawet mówiono o intensywnej współpracy z Niemcami. W wielu punktach się uzupełniamy. Ale Niemcy najpierw muszą uporządkować swoje sprawy. To samo dotyczy Unii Europejskiej, która może nie przetrzymać (wywołanych przez siebie) problemów gospodarczych i migracyjnych. Może też nie przetrzymać przyszłorocznego szoku wyborczego, mając do wyboru radykalne zmiany lub liberalną dyktaturę, która może doprowadzić do jeszcze potężniejszego wybuchu. W praktyce najbardziej sensowna wydaje się współpraca z USA, gdzie oczywiście rozwój sytuacji również jest niepewny. I nie należy się nadmiernie konfliktować z Chinami i Rosją, bo wielcy się mogą ze sobą ułożyć jak na kongresie wiedeńskim lub w Jałcie. Pytanie, czy potraktują nas jako łup do podziału czy jako (junior) partnera.

Podsumowując – należy obserwować wszystkie kierunki i nie popadać w dogmatyzm, ale też unikać naiwności. Najważniejszy na przyszłość jest jednak sojusz polsko-polski, by zakończyć wyniszczającą dwuwładzę. Niech o przyszłą strategię spierają się think tanki, niech polityka nie sprowadza się do docinków na mediach społecznościowych. Z niepokojem myślę o przyszłych opracowaniach historii Polski z 1. połowy XXI wieku. Pomijając to, że nie dożyję, nie chcę tam widzieć tekstu: „POLSKA, tak nazywało się państwo powstałe w X wieku. / W 20xx r. targana wewnętrznymi konfliktami, przegrywająca wszystkie historyczne szanse Polska doszła do swojego historycznego końca”.

Jan Śliwa

Pasjonat języków i kultury. Informatyk. Publikuje na tematy związane z ochroną danych, badaniami medycznymi, etyką i społecznymi aspektami technologii. Mieszka i pracuje w Szwajcarii.

Na zdjęciu: 15 marca 2022 roku, a więc niespełna miesiąc od agresji Rosji na Ukrainę, z inicjatywy premiera Morawieckiego i prezesa Jarosława Kaczyńskiego, pojechali z nimi pociągiem do Kijowa   premierzy Czech i Słowenii. Ich podróż trwała 12 godzin. Kolejnych pięć godzin politycy spędzili na intensywnych rozmowach z ukraińskimi partnerami, w tym prezydentem Wołodymyrem Zełenskim. Ambasador RP w Kijowie Bartosz Cichocki pamięta, że w dniu wizyty ulice Kijowa były puste. Mieszkańcy miasta w obawie przed rosyjskimi bombardowaniami albo wyjechali, albo ukrywali się w bezpiecznych miejscach.

„Bardzo długo brał udział w tych rozmowach prezydent Wołodymyr Zełenski. To była bardzo konkretna rozmowa o (samolotach) MiG-ach, o misji NATO na Ukrainie. Wtedy była też próba sprawdzenia, na ile wspólnota międzynarodowa gotowa jest wesprzeć Ukrainę” – ujawnił ambasador. Zdaniem dyplomaty wizyta czterech polityków wywołała na Ukrainie ogromne wrażenie. „Jej uczestnicy mają tablice ze swoimi nazwiskami w Alei Odwagi na Placu Konstytucji przed parlamentem w Kijowie” – podkreślił.

Czytaj więcej: Ukraina postawiła na Niemcy, dlatego atakuje Polskę. Co robić?

Komentarz (0)

Poradnik portiera: Jak zrobić profesurę na polskiej uczelni

Szczegóły
Opublikowano: czwartek, 02 lipiec 2026 21:31
Andrzej Bronisław Adamowicz

Jak się dziś robi profesurę. Poradnik, którego nikt nie wydał, a wszyscy znają. Nawet ja, portier.

Mówią, że nauka to maraton. Na niektórych wydziałach to raczej sztafeta, w której biegnie wielu, a medal odbiera jeden. Zwłaszcza tam, gdzie liczyć i mierzyć efektywność potrafią lepiej niż gdziekolwiek indziej, bo to przecież ich zawód.

Istnieje bowiem pewna teoria – niepotwierdzona, rzecz jasna, czysto hipotetyczna – że w niektórych miejscach dorobek naukowy nie tyle się tworzy, ile montuje. Bywają zespoły, w których gwiazda może być tylko jedna, a reszta dba o to, by świeciła jak najjaśniej. Ustala się wtedy ścisłą kolejność rozbłysków: najpierw ta wyznaczona jako pierwsza, potem następni, każdy w swoim przydzielonym czasie. Pisze się, liczy, bada, a na liście autorów, przedziwnym trafem, zawsze pojawia się to samo nazwisko. Niezależnie od tego, kto naprawdę zarwał noc nad arkuszem danych. Czysto teoretycznie, ma się rozumieć.

Słyszy się też – bo przecież tylko się słyszy – że finansowanie badań dziwnie koreluje ze współautorstwem. Projekt jakby łatwiej dostać, gdy na okładce wniosku błyśnie odpowiednie nazwisko. Młody badacz błyskawicznie uczy się wtedy akademickiego savoir-vivre’u: hojność wobec cudzego dorobku to lokata kapitału, a nie strata. Nikt tego nigdzie nie zapisał w regulaminie. To się po prostu wie.

Dziś prawdziwą sztuką nie jest już zresztą samo odkrycie, ale alchemia punktowa.

Współczesny uczony nie szuka prawdy, lecz punktów z listy ministerstwa. Ta pogoń zrodziła nową gałąź nauki: cytowalność wzajemną. Tworzy się ciche spółdzielnie i kółka wzajemnej adoracji bibliograficznej. Ty zacytujesz mnie, ja ciebie, a nasz wspólny patron dopisze nas do swojego artykułu w zagranicznym czasopiśmie, którego i tak nikt nie przeczyta. Punkty się zgadzają, system płacze ze wzruszenia, a nauka idzie naprzód. Głównie w tabelkach Excela.

Mówi się też o pielgrzymkach. Bywają wydziały, na których klucz do tytułu leży nie na własnym korytarzu, lecz w cudzych gabinetach – gdzieś daleko, u kogoś, kto „ma dojście” i zasiada tam, gdzie trzeba. Kariery nie robi się wtedy nad probówką czy komputerem, tylko w podróży służbowej. Trzeba pojechać, pokazać się, ukłonić, przypomnieć o swoim istnieniu. Są tacy, którzy „załatwią”, i tacy, którym się „załatwia”. Sam tytuł, choć ustawa każe wiązać go z wybitnym dorobkiem, bywa raczej certyfikatem lojalności niż geniuszu. Hipotetycznie, rzecz jasna. W naszej nauce profesury się przecież nie załatwia. Nadaje się je za zasługi. Pytanie tylko: czyje i w jakiej kolejności?

Osobny rozdział tej sagi piszą recenzenci.

Gdy wniosek profesorski trafia do oceny, uruchamia się subtelna machina dyplomacji. Recenzent, człowiek z natury krytyczny, potrafi wykazać się niezwykłą ślepotą na braki, o ile kandydat potrafi odwdzięczyć się tym samym przy innej okazji. To piękny, akademicki ekosystem symbiozy: dzisiaj ja przymknę oko na twój skromny dorobek, jutro ty zrecenzujesz mojego habilitanta. Karawana jedzie dalej, a stopnie naukowe sypią się jak konfetti.

Awanse na urodzinach profesora

Słyszy się wreszcie o urodzinach. Bywają wydziały, które na imieniny czy jubileusz właściwego profesora potrafią wyjechać tłumnie, niemal w komplecie, jakby kalendarz towarzyski był integralną częścią obowiązków służbowych. To nie tort jest jednak główną atrakcją takiego wyjazdu, lecz coś znacznie trwalszego. Gdzieś tam, między trzecim toastem a życzeniami zdrowia, ważą się losy przyszłych wniosków awansowych. Jedzie się nie dla solenizanta, ale dla tego, co solenizant może później wziąć pod swoje bezpieczne skrzydła. Hipotetycznie, rzecz jasna, bo przecież w nauce na urodziny jeździ się wyłącznie z czystej sympatii. Profesury rozdają się same, a zbieżność dat i awansów to czysty przypadek.

Profesorzy jak lekarze, pracują w kilku miejscach naraz

I jeszcze jedno na koniec – czysto rachunkowe, bo to akurat na wydziale od rachunków powinni docenić najbardziej. Gdy się zliczy etaty, projekty, funkcje, komisje, rady i delegacje niektórych osób, wychodzi doba znacznie dłuższa niż ta, którą wyznacza obrót Ziemi. Człowiek nauki potrafi być w trzech miejscach naraz i brać za to cztery pensje. To osiągnięcie godne osobnej publikacji. Najlepiej wieloautorskiej. I z najwyższą liczbą punktów.

Piszę to, rzecz jasna, wyłącznie jako satyrę. Wszelkie podobieństwo do realnych wydziałów, gabinetów, uczelni i karier jest całkowicie przypadkowe, niezamierzone i, jak mawiają prawnicy, nieprzesądzone. A jeśli ktoś, czytając to, poczuł nagłe ukłucie w klatce piersiowej, to zapewne wyłącznie wyrzut sumienia czytelniczego, nie autorskiego. Bo ja przecież nikogo konkretnego nie miałem na myśli. Pytam tylko zza swojego portierskiego biurka, jak to się dziś robi.

Z czystej, nienaukowej ciekawości.

Z poważaniem,
Andrzej Bronisław Adamowicz,

portier na jednym z polskich uniwersytetów

Czytaj więcej: Poradnik portiera: Jak zrobić profesurę na polskiej uczelni

Komentarz (2)

Więcej artykułów…

  1. W obcych butach przebaczenia (co wynika z wojny orderowej)
  2. Nie jestem zaskoczony patologią w Szpitalu Południowym w Warszawie

Strona 8 z 547

  • start
  • Poprzedni artykuł
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12
  • Następny artykuł
  • koniec

Komentarze

Cwaniaczko :-) i do tego 100 tys premii czyli 8,3 tys na miesiąc. Razem daje 13,3 tys zł i to jest już git. Do tego paliwo, auto, gabinet, telefon, ko...
Prezes WFOŚiGW w Olsztynie odw...
1 dzień temu
Ja biorę za 5000 brutto. I co, zatkało?
Prezes WFOŚiGW w Olsztynie odw...
1 dzień temu
Co za fryzurka. Do jakiego ukr fryzjera chodzi ten w niebieskiej koszuli?
Do szpitala rehabilitacyjnego ...
1 dzień temu
https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/furia-czyli-prymus-pryncypala,216135
https://opinie.olsztyn.pl/olsztyn/furia-czyli-prymus-pryncypala/
"Krytyka Polityczna" ostrzega:...
1 dzień temu
A jakby starym komuchom naprawdę nie chciało się przenieść szubienic na Czarci Ostrów, to powinny sobie przypomnieć, że obecnie:
"Taki jest nakaz p...
Wkrótce wyrok NSA w sprawie na...
1 dzień temu
Mieszkańcy Olsztyna zafundowali sobie i okolicznym gminom duży problem. Ogródki działkowe na Wójtowej Roli są najbardziej narażone na emisje.
Ogromne przekroczenia emisji w...
1 dzień temu

Ostatnie blogi

  • Apel o optymizm na wypadek wojny Dwadzieścia rosyjskich dronów, które ostatnio wleciały do Polski wzbudziły u wielu moich rodaczek i rodaków głęboki niepokój, a często przerażenie… Zobacz
  • Barbarzyński atak "silnych ludzi" Tuska na praworządność Zbigniew Lis Motto Tuska: Będziemy stosować prawo, tak jak my je rozumiemy, czyli uchwałami Sejmu i rozporządzeniami zmieniać ustawy, wg zasady –… Zobacz
  • Co trzeba zrobić, żeby PiS wygrało kolejne wybory? Zbigniew Lis Wielu Polaków głosujących nie za opozycją, tylko przeciw PiS, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji ich decyzji oraz z powagi… Zobacz
  • Michał Wypij, Paweł Warot – komentarz osobisty Bogdana Bachmury Bogdan Bachmura Dużo łatwiej o krytykę osób, których nie darzymy sympatią, z którymi jesteśmy w sporze lub konflikcie. Ale tym razem jest… Zobacz
  • 1

Najczęściej czytane

  • Wyborcza sporządziła listę osób do zwolnienia z pracy, związanych z PiS
  • PILNE / MONIT: Żądanie interwencji poselskiej – Międzynarodowe śledztwo EPPO a milczenie elit politycznych
  • Abp Filipazzi: Treść przesłania gietrzwałdzkiego można streścić w trzech słowach: nawrócenie, pokora i zaufanie
  • Premier Donald Tusk tumani, uwodzi, szczuje, manipuluje, kłamie i straszy. A Polska tonie...
  • Prezes WFOŚiGW w Olsztynie odwołany. Czy jest ofiarą walki pomiędzy Centrum a Partią2050?
  • Neurochirurg-celebryta z Olsztyna Grabarczyk zarabiał nawet 1000 zł za 5-19 minut w Piszu
  • We wrześniowej „Debacie” Bachmura o zamordyzmie KO, Socha demaskuje Tuska a Kowalczyk mówi „Tak dla imigracji”
  • Radni KO odrzucili prawo mieszkańców Olsztyna do głosu na sesjach
  • Ile jest prawdy w oskarżeniach Serafina: „Macie brudne łapy, PSL-owskie świnie”?
  • Ofierska twierdzi, że "Deb@ta" naruszyła jej dobra, żąda przeprosin i 500 zł. ODMAWIAMY
  • Teatr Narodowy im. Donalda Tuska: Jak przedszkolaki bawią się w rządzenie państwem
  • Operatora Term Warmińskich licytuje komornik

Wiadomości Olsztyn

  • Olsztyn

Wiadomości region

  • Region

Wiadomości Polska

  • Polska

O debacie

  • O Nas
  • Autorzy
  • Święta Warmia

Archiwum

  • Archiwum miesięcznika
  • Archiwum IPN

Polecamy

  • Klub Jagielloński
  • Teologia Polityczna

Informacje o plikach cookie

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.