Pisz musi zwrócić Urzędowi Marszałkowskiemu w Olsztynie około 11 mln zł – 7,5 mln zł unijnej dotacji oraz 3,3 mln zł odsetek. Dofinansowanie przyznano w 2017 roku na remont Piskiego Domu Kultury, który miał kosztować 11 mln zł. Inwestycja trwa do dziś, a jej koszt wzrósł już do niemal 22 mln zł.
Kontrola NIK wskazała na liczne nieprawidłowości w realizacji przedsięwzięcia. Prokuratura Okręgowa w Olsztynie prowadzi śledztwo dotyczące inwestycji. Tymczasem odpowiedzialność za zwrot środków stała się przedmiotem sporu politycznego. Opozycyjni radni obciążają obecnego burmistrza Dariusza Kińskiego, obniżając mu wynagrodzenie, podczas gdy raport NIK krytycznie ocenia działania władz PDK z okresu kierowania placówką przez Katarzynę Sobiech, szefową KO w powiecie piskim.
„Człowiek znikąd” zostaje burmistrzem
Dariusz Kiński, urodzony w 1986 roku w Łęczycy, zamieszkał w gminie Pisz w 2013 roku. Po studiach weterynaryjnych osiedlił się w Karwiku, został sołtysem i założył Koło Gospodyń Wiejskich. W wyborach samorządowych w 2024 roku niespodziewanie pokonał pięciu kontrkandydatów.
Największym przegranym okazał się wieloletni burmistrz Andrzej Szymborski, który rządził miastem przez 15 lat i rozpoczął modernizację PDK. W 2018 roku wygrał wybory już w pierwszej turze, jednak sześć lat później, wówczas 66-letni, uzyskał zaledwie 15,5 proc. głosów. Dla wielu mieszkańców był to wyraz niezadowolenia z przeciągającego się i drożejącego remontu domu kultury.
W drugiej turze 37-letni Kiński pokonał 47-letniego Andrzeja Zadrogę (działacza PiS, dyrektora piskiego liceum), zdobywając ponad 57 proc. głosów. Jego komitet wprowadził do rady czterech radnych, podczas gdy ugrupowanie Zadrogi uzyskało, najwięcej, bo siedem mandatów. W sumie opozycja wobec Kińskiego zdobyła 13 na 21 mandatów w radzie. Kiński zwyciężył dzięki poparciu Szymborskiego i Sobiech. - Ich celem było niedopuszczenie do zwycięstwa „pisiora” – powiedział mi Zadroga, - ale przede wszystkim chodziło o to, żeby zablokować mi, jako burmistrzowi, dostęp do dokumentów w sprawie remontu PDK.
Dwaj wykonawcy zeszli z budowy
W momencie ogłoszenia wyników wyborów na burmistrza w kwietniu 2024 roku, modernizację PDK prowadził drugi wykonawca, spółka TBM. Pierwsza firma, JL z Łomży, podpisała kontrakt wart 13,3 mln zł. Po blisko dwóch latach, w 2022 roku, odstąpiła od umowy, wskazując na dodatkowe koszty wynikające z wad projektu oraz brak zgody burmistrza Szymborskiego na ich pokrycie kwotą 3 mln zł.
Drugi wykonawca, spółka TBM, zawarł umowę opiewającą na 22,5 mln zł. Również ta firma twierdziła, że dokumentacja projektowa wymaga kosztownych zmian i domagała się korekty. Ponadto w czasie realizacji doszło do poważnego wypadku – zawalił się nowy strop nad salą widowiskową, raniąc jednego z pracowników. Wykonawca winił projektanta, inwestor – wykonawcę (Urban Architect nie odpowiedział na moją prośbę o odniesienie się do zarzutów wykonawców). Ostatecznie w czerwcu 2024 roku także TBM odstąpiła od umowy.
Nowa dyrektor PDK i ponad roczna przerwa w budowie
Po objęciu urzędu nowy burmistrz pozostawił większość urzędników poprzedniej ekipy. Katarzyna Sobiech zwalnia stanowisko dyrektor PDK, gdyż zdobyła mandat radnej Sejmiku Warmii i Mazur z listy KO i zostaje wicemarszałkiem województwa. Z tej pozycji załatwia z burmistrzem Kińskim stanowisko wiceburmistrza dla Elwiry Świetlickiej, szefowej KO w Piszu, do tej pory dyrektorkę MOPSu, która zdobyła mandat radnej powiatowej. Według radnych opozycji, w ten sposób nowy burmistrz stał się „figurantem” w rękach duetu Szymborski-Sobiech, dlatego nie dokonał bilansu otwarcia, na którego przeprowadzenie radni naciskali.
Na opróżnione przez Sobiech, stanowisko dyrektorki PDK, nowy burmistrz powołał pracownicę PDK Natalię Kucisz, również, jak Sobiech, bez żadnego doświadczenia w prowadzeniu inwestycji, która pomagała mu prowadzi,ć kampanię wyborczą. Kontrolę remontu PDK przez NIK zainicjował dopiero po 5 miesiącach pod nieustannym naciskiem radnych opozycji. Następnie ukrywał go przed nimi przez kolejne pół roku. W końcu raport upubliczniła dyrektor PDK Kucisz i tego samego dnia 31 lipca 2025 roku straciła pracę.
Oficjalnie burmistrz, w oświadczeniu na Facebooku, oskarżył dyrektor Kucisz o nieprzystąpienie do inwentaryzacji przerwanej budowy, nie zabezpieczenie dachu, nie ogłoszenie nowego przetargu, zawarcie umowy z inwestorem zastępczym z naruszeniem przepisów ustawy o zamówieniach publicznych.
Była dyrektorka odwołała się do sądu pracy i wygrała proces w pierwszej instancji. Miasto zaskarżyło ten wyrok.
Raport NIK: brak przygotowania do prowadzenia inwestycji
Opozycyjni radni byli zszokowani treścią raportu, który wykazał aż 16 nieprawidłowości. Zdaniem NIK ówczesna dyrektor Katarzyna Sobiech nie posiadała doświadczenia w prowadzeniu inwestycji budowlanych i nie zapewniła wsparcia specjalistów odpowiedzialnych za planowanie, realizację oraz rozliczenie projektu. Nie określono również jasno obowiązków pracowników odpowiedzialnych za inwestycję.
Izba zwróciła uwagę na błędy już na etapie przygotowania dokumentacji projektowej. W umowie z projektantem (Urban Architect) nie zabezpieczono praw autorskich ani odpowiedzialności za ewentualne wady projektu. Nie przeprowadzono także niezależnej weryfikacji dokumentacji przed jej odbiorem, co – według NIK – przełożyło się na późniejsze problemy funkcjonalne i wydłużenie prac.
Raport NIK wskazał również na nieprawidłowości przy rozliczaniu inwestycji. W styczniu 2024 roku PDK złożył końcowy wniosek o wypłatę pozostałej części unijnego dofinansowania, choć roboty budowlane nie zostały zakończone ani rozliczone. Kontrolerzy uznali, że działanie to było niezgodne z warunkami umowy o dofinansowanie.
Kontrolerzy próbowali przesłuchać byłą dyrektor PDK Katarzynę Sobiech, jednak skorzystała ona z prawa do odmowy składania zeznań.
Burmistrz: raport NIK nie zawiera poważnych zarzutów
Po ujawnieniu raportu Dariusz Kiński zapowiedział przekazanie sprawy prokuraturze. Jak przekazał mi radny Zadroga stało się to też dopiero po naciskach opozycji. W rozmowie ze mną burmistrz bronił Sobiech i ocenił, że raport NIK nie zawiera szczególnie poważnych zarzutów, wskazując, iż sama Izba nie skierowała zawiadomienia do prokuratury. Ostatecznie zawiadomienie złożył urząd miasta.
Radni opozycyjni twierdzą natomiast, że burmistrz ograniczył się do przekazania organom ścigania dokumentacji pokontrolnej, nie wskazując konkretnych osób odpowiedzialnych za nieprawidłowości ani nie rozszerzając zawiadomienia po analizie wcześniejszych decyzji.
Kolejna dyrektor PDK i próba odwołania burmistrza
Po zwolnieniu Natalii Kucisz obowiązki dyrektora przejęła Monika Chmielewska, wcześniej sekretarka w PDK, również bez wiedzy i doświadczenia w prowadzeniu inwestycji budowlanych. Jej zadaniem było wyłonić trzeciego wykonawcę remontu i doprowadzić do jego zakończenia.
Jesienią 2025 roku wokół sytuacji Piskiego Domu Kultury narastały napięcia polityczne. Powstał komitet referendalny „Odrodzenie Pisza”, który domagał się odwołania burmistrza Dariusza Kińskiego przed końcem kadencji.
Inicjatorzy zarzucali władzom miasta zastój przy remoncie domu kultury, brak działań zabezpieczających budynek po zejściu wykonawcy oraz obawy o utratę wielomilionowej dotacji. Wskazywali również na rosnący deficyt budżetowy, nieprzejrzystość w obsadzaniu stanowisk i brak dialogu z radnymi.

Zdaniem organizatorów referendum przez wiele miesięcy nie wykonano inwentaryzacji przerwanych robót ani nie zabezpieczono budynku przed dalszą degradacją. Mimo głośnej kampanii komitetowi nie udało się jednak zebrać wymaganej liczby podpisów (zebrali 1700 na 2000 wymaganych) i referendum nie doszło do skutku.
Trzeci przetarg i kolejne problemy
Nowa dyrektor PDK Monika Chmielewska doprowadziła do ogłoszenia trzeciego przetargu na dokończenie inwestycji. Wykonawca miał zakończyć prace w ciągu pięciu miesięcy, co część radnych uznawała za termin nierealny.
Do postępowania zgłosiły się cztery firmy. Najniższa oferta opiewała na 14,9 mln zł, najwyższa na 20 mln zł. Dwóch oferentów nie spełniło wymogów formalnych, a jeden wycofał się, tłumacząc decyzję sytuacją geopolityczną i wzrostem kosztów realizacji.
Ostatecznie żadna z ofert nie została przyjęta. Najkorzystniejsza cenowo propozycja znacząco przekraczała środki zabezpieczone przez PDK, co oznaczało kolejne opóźnienia i brak perspektyw na szybkie zakończenie inwestycji.
Burmistrz: musimy zwrócić dotację
W tej sytuacji 15 kwietnia 2026 roku burmistrz Dariusz Kiński poinformował mieszkańców, że gmina nie jest w stanie ukończyć remontu w terminie przewidzianym w umowie o dofinansowanie. Oznaczało to konieczność zwrotu niemal 7,6 mln zł unijnych środków oraz ponad 3,3 mln zł odsetek.
Jak tłumaczył, dalsze prowadzenie inwestycji będzie możliwe jedynie etapami, a samorząd będzie szukał nowych źródeł finansowania, również na szczeblu centralnym.
Decyzję musiała zatwierdzić rada miejska podczas specjalnej sesji.
Burzliwa XXX sesja rady miejskiej
Debata nad zwrotem dotacji szybko przerodziła się w spór o odpowiedzialność za fiasko inwestycji. (Na ścianie sali sesyjnej widnieje motto: „Przyszłość zależy od tego, co zrobimy w teraźniejszości” Mahatma Gandhi).
Radni opozycji zarzucali burmistrzowi brak nadzoru nad PDK, opieszałość w podejmowaniu decyzji i koncentrowanie się na działaniach wizerunkowych zamiast na rozwiązaniu problemów związanych z remontem. Podkreślali, że mieszkańcy zapłacą za wieloletnie zaniedbania wszystkich stron sporu.
Burmistrz odpowiadał, że priorytetem pozostaje dokończenie inwestycji, choć już w innym modelu organizacyjnym i finansowym. Zapewniał, że prowadzone są rozmowy dotyczące pozyskania nowych środków.
Podczas sesji radni pytali również o brak wymogu wniesienia wadium w ostatnim przetargu oraz o wielomilionowe roszczenia zgłaszane przez drugiego wykonawcę TBM, który opuścił plac budowy. Przedstawiciele miasta tłumaczyli, że brak wadium miał zachęcić większą liczbę firm do udziału w postępowaniu, a sprawa roszczeń pozostaje przedmiotem działań prawnych.
Sąd wstrzymuje dalsze prace
W tym momencie radny Zadroga odczytał postanowienie Sądu Rejonowego w Olsztynie z 15 kwietnia 2026 roku, na wniosek wykonawcy TBM. Sąd postanowił zabezpieczyć dowód poprzez zlecenie biegłemu sądowemu z zakresu budownictwa dokonanie oględzin i sporządzenie inwentaryzacji robót wykonanych lub rozpoczętych przez TBM, zakazać PDK wykonywania (do tego czasu – przypis A.Socha) robót budowlanych, nakazać PDK umożliwienie biegłemu dokonanie oględzin budowy. Ta informacja zaskoczyła burmistrza, prawników miasta i radnych.
- Podejmował pan przez 2 lata decyzje bez radnych, odsyłając nas od Annasza do Kajfasza – podsumował radny Zadroga. - Przez pół roku nic pan nie zrobił z protokołem NIK. Pana największa winą jest uciekanie od odpowiedzialności, nie podejmowanie decyzji. Nie chcę uczestniczyć w tej farsie i wychodzę!

Wraz z nim jeszcze 8 radnych, zrywając quorum, co uniemożliwiło podjęcie uchwały dotyczącej zwrotu dotacji z powodu braku quorum. Po ich wyjściu były burmistrz Szymborski, jako że sesja była transmitowana, w swoim wystąpieniu adresowanym do mieszkańców oskarżył o zawalenie remontu drugą z kolei dyrektor PDK Natalie Kucisz.
- Przez półtora roku PDK zaniechał realizacji inwestycji – przemawiał Szymborski. - Po zejściu wykonawcy PDK miał obowiązek zrobić inwentaryzację, bo bez tego nie mógł ogłosić przetargu. Swoją inwentaryzację zrobił wykonawca i wystawił fakturę na 7 mln zł, a PDK jej nie zakwestionował, więc wykonawca ma duże szanse wygranej w sądzie. Dostało się też obecnej dyrektor PDK Monice Chmielewskiej. - Inwentaryzacja u Kasi (Sobiech) trwała tydzień czy dwa, obecna dyrektor pracuje od sierpnia 2025 roku a inwentaryzacje zleciła dopiero w grudniu – zarzucił Szymborski.
Radny Sebastian Zuzga (z klubu radnej Konopy), zapytał Szymborskiego: „Dlaczego, jak pan był burmistrzem, nie zrealizował tej inwestycji? Miał pan na to 4 lata”.
- Nie skończyłem budowy, bo przegrałem wybory – odparł Szymborski. - Do tego momentu wykonanie było na poziomie 80 procent (burmistrz Kiński twierdzi, że 72% ). Gdy zszedł wykonawca, Kasia (Sobiech) błyskawicznie zrobiła inwentaryzację, wygrała z tym wykonawcą w sądzie kwotę umowną i ogłosiła przetarg. Niestety, w tym momencie Kasia została wicemarszałkiem a ja przegrałem wybory – usprawiedliwiał się Szymborski.
Radni obniżają burmistrzowi wynagrodzenie
Na kolejnej XXXI sesji, pod koniec kwietnia 2026 roku opozycyjni radni złożyli wniosek o obniżenie wynagrodzenia burmistrza Dariusza Kińskiego o 2,5 tys. zł miesięcznie (z 18,4 tys. zł brutto do 15,9 tys. zł brutto).
Uzasadniali to utratą dotacji, słabą komunikacją z radą oraz brakiem widocznych postępów przy realizacji nie tylko tej inwestycji. Zarzucali burmistrzowi, że więcej uwagi poświęca działaniom promocyjnym niż rozwiązywaniu najważniejszych problemów gminy.
Burmistrza broniły jego dwie radne z Koła Gospodyń Wiejskich. Tłumaczyły, że to dobrze, iż burmistrz robi sobie „ładne zdjęcia na imprezach i daje je do internetu", ponieważ to promuje gminę. Poprzedni burmistrz był niedostępny dla ludzi. Zaproponowały, by dom kultury sprzedać a za te pieniądze wyremontować wiejskie drogi. - Z tego ludzie będą bardziej zadowoleni – oceniła Agnieszka Pardo.
Radny Górski: „Wniosek jest infantylnym i głupi”.
Burmistrza w obronę wziął także radny Jarosław Górski, z klubu Szymborskiego, przedsiębiorca, ostro atakując opozycyjnych radnych. - Szukacie najmniejszego błędu i potknięcia u burmistrza, wieszacie na nim psy, urządzacie prymitywną nagonkę, by zakwestionować wynik demokratycznych wyborów i zrobić pseudokariery polityczne – grzmiał radny Górski. - Leczycie frustracje i deficyty emocjonalne spowodowane przegraną w wyborach na burmistrza. Jak macie podejrzenia, to zgłoście odpowiednim służbom. Inaczej uprawiacie pieniactwo przed kamerami.
Za obniżeniem pensji zagłosowało 12 radnych, przeciw było 5, radny Szymborski się wstrzymał. Natomiast uchwała o zwrocie dotacji przeszła dzięki temu, że 11 radnych się wstrzymało, a 7 było „za”.
Śledztwo prokuratury trwa
Prokuratura Okręgowa w Olsztynie prowadzi śledztwo dotyczące możliwego niedopełnienia obowiązków i nadużycia uprawnień przy realizacji inwestycji w latach 2017–2024.
Postępowanie obejmuje między innymi kwestie wyboru inspektora nadzoru, składania wniosków o płatność przed zakończeniem robót oraz zawierania umów bez zapewnionego finansowania. Śledczy badają, czy działania te mogły doprowadzić do wyrządzenia znacznej szkody majątkowej.
Do tej pory nikomu nie postawiono zarzutów, a czynności procesowe nadal trwają. Nie przesłuchano Katarzyny Sobiech.
Wicemarszałek Sobiech: „To brudna polityczna gra”
Wicemarszałek Katarzyna Sobiech pytana o raport NIK, przez Wyborczą Olsztyn stwierdziła, że zarzuty są motywowane "brzydką polityczną grą" (przypomną, że wówczas szefem NIK był Marian Banaś, który szukał „haków” na PiS, żeby pomóc PO wygrać wybory – przypis A.Socha), i że „nie popełniła żadnych błędów”.

Następnie opublikowała oświadczeniu w którym czytamy, że „Jestem dumna z tego, że to właśnie za mojej kadencji udało się pozyskać środki i realizować jedną z najważniejszych i największą inwestycję w Piszu”. Dalej stwierdziła, że „załoga PDK bardzo dobrze sobie poradziła z tak trudną inwestycją, prowadzoną w czasie pandemii i wojny w Ukrainie”. Tłumaczyła, że „podczas kolejnego przetargu okazało się, że do inwestycji trzeba dołożyć wiele milionów złotych, gdyż pierwsze szacowanie było jeszcze sprzed pandemii, a jak wiemy ceny wszystkiego drastycznie wzrosły”. Ona nie była w stanie spełnić tych żądań, gdyż domy kultury finansują gminy i decyzja należała do burmistrza (Andrzeja Szymborskiego – przypis A.Socha) i radnych.
W odpowiedzi na moje pytania Sobiech odpisała, że inwestycja od początku była realizowana w wyjątkowo trudnych warunkach, naznaczonych pandemią i wojną w Ukrainie, co przełożyło się na wzrost kosztów materiałów i usług.
Jej zdaniem, mimo tych problemów, w 2024 roku możliwe było zakończenie remontu. Nie chce jednak oceniać działań podejmowanych po swoim odejściu z PDK.
Były burmistrz, radny Andrzej Szymborski nie odebrał telefonu i nie odpowiedział na prośbę o rozmowę, wysłaną SMSem. Poniżej autoryzowane wywiady z burmistrzem Dariuszem Kińskim, radnymi Jarosławem Górskim i Andrzejem Zadrogą.
Adam Socha (Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.)
Na zdjęciu głównym, na tle wizualizacji Piskiego Domu Kultury, pierwszy od góry były burmistrz i obecny radny Andrzej Szymorski, niżej od lewej burmistrz Dariusz Kiński i była dyrektor PDK, obecnie wicemarszałek wojeództwa Katarzyna Sobiech.
Rozmowa z Burmistrzem Pisza Dariuszem Kińskim

- Panie burmistrzu, zaintrygowała mnie wojna w samorządzie piskim z dwóch powodów. Pierwszy to pana wygrana w wyborach, “człowieka znikąd”, a drugi to postępowanie prokuratorskie w sprawie budowy Piskiego Domu Kultury. Wcześniej pisałem artykuł o raporcie NIK-u na temat budowy Piskiego Domu Kultury, który nie zostawił suchej nitki na...
Burmistrz: Nie zgadzam się a w raporcie nie ma poważnych zarzutów. Świadczy o tym również fakt, że NIK nie złożyła pierwsza zawiadomienia do prokuratury, tylko ja to zrobiłem.
- Na mnie lektura tego raportu zrobiła ogromne wrażenie, tam był zarzut, że ludzie, którzy się wzięli za ten remont, mieli zerowe doświadczenie, poruszali się jak dzieci w mgle, a podjęli się realizacji tak poważnego zadania…
Burmistrz: Szanowny Panie, generalnie Instytucja Kultury ma osobowość prawną i to dyrektor zatrudnia fachowców, specjalistów, inspektorów nadzoru, projektantów, budowlańców. Dyrektor to jest poważna funkcja, to osoba z kompletem obowiązków dotyczących swojej instytucji.
- Ależ tak, absolutnie się z Panem zgadzam. I dlatego, jak przesłuchałem dwie ostatnie sesje, XXX i XXXI to taki mi się wniosek nasunął. “Szymborski i Sobiechowa nawarzyli piwo, a Kiński ma je wypić”. To jest jedna moja refleksja, a druga jest taka, że Panu nie darują, bo Pan jest no-name, a wygrał z pięcioma kandydatami na burmistrza, z radnymi i z długoletnim burmistrzem.
Burmistrz: Cała ta piątka dostała się do rady miejskiej.
- I oni Panu tego nie darują. Jak Pan mógł wygrać z nimi? Jak to się stało? Jak to było możliwe? Skąd się Pan wziął?
Burmistrz: Trzeba pracować z mieszkańcami. Trzeba z nimi rozmawiać. Później trzeba też jakoś pokazać się przed wyborami, żeby Panu zaufali, zagłosowali. To była wcześniej dwuletnia praca.
- Pan nie był radnym, ale miał Pan doświadczenie społeczne jako sołtys wsi Karwik, koło Pisza. Ile lat Pan był sołtysem?
Burmistrz: Pięć i pół roku.
- Szukałem o Panu informacji w sieci, ale prawie nic nie znalazłem, jest Pan dla mnie tajemniczą osobą. Czy mógłby Pan coś powiedzieć o sobie, jaką uczelnie Pan ukończył, gdzie wcześniej pracował?
Burmistrz: Jestem z wykształcenia lekarzem weterynarii, absolwentem Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego z 2013 roku. W trakcie studiów na Wydziale Weterynarii zacząłem jeszcze drugi kierunek, Instytut Rybactwa. Jestem więc też magistrem inżynierem rybactwa. Jako młody, początkujący lekarz po studiach pracowałem w gabinecie weterynaryjnym u innego lekarza weterynarii w Piszu. Znalazłem pracę w tych stronach. I tak od pracy, którą tutaj dostałem, zaczęła się moja przygoda.
- Czyli nie pochodzi Pan z Pisza?
Burmistrz: Tak. Ja nie urodziłem się w Piszu. Zamieszkałem tutaj.
- W Pana oświadczeniu majątkowym przeczytałem, że Pan był w 2024 roku pracownikiem Agrocentrum.
Burmistrz: Opowiem o tym dalej. Robiąc praktykę weterynaryjną, po drodze zostałem sołtysem wsi Karwik, w której zamieszkałem. Założyłem też stowarzyszenie, które miało rozwijać lokalną społeczność. Pomogłem też przy założeniu Koła Gospodyń Wiejskich w mojej wsi. Prowadziłem też różne działania społeczne, współtworzyłem akcje charytatywne na terenie całej gminy. Działalność społeczna tkwi głęboko we mnie. Dzięki tej aktywności poznałem wiele osób, z wieloma ludźmi w gminie współpracowałem w przestrzeni społecznej. Stąd interesowałem się też samorządem, bo chciałem rozwijać moją miejscowość, działać na rzecz mieszkańców. Chodziłem na sesje rady jako sołtys. Zawsze sołtysi w naszej w gminie dostają materiały na sesje, takie jak radni, więc żywo się interesowałem naszym samorządem. Uczestniczyłem w prawie każdej sesji, więc znałem problemy, potrzeby, znałem budżet, znałem inwestycje, które są robione w gminie. Widziałem kierunki, śledziłem to bardzo mocno. Byłem, można powiedzieć, jednym z aktywniejszych mieszkańców gminy w poprzedniej kadencji.
- A co było takim impulsem, że postanowił Pan, że wystartuje w wyborach?
Burmistrz: Miałem wiele pomysłów na rozwój gminy, ale mój poprzednik ograniczał radnym możliwości realizacji pomysłów na rozwój. Chciałem działać. No i spotkałem się ze ścianą, z pewnym oporem lokalnym. Dodatkowo zauważyłem w samorządzie działania polityczne, które nie są ze mną zgodne. Dopowiem, że w trakcie działalności sołeckiej, społecznej, zrobiłem sobie kilka różnych szkoleń: studia z administracji podyplomowej, z administracji publicznej, kursy liderskie, podczas których też uczyłem się, jak lokalnie można zmieniać samorząd. Dzięki, tym kursom zdobyłem dużo doświadczeń i poznałem dużo ludzi z Polski. Dzięki temu moja motywacja rosła z każdym rokiem. Przeanalizowałem sobie sytuację w mojej gminie. Zauważyłem nastroje mieszkańców, które pokazywały, że ludzie chcieli zmian. Wiedziałem też, jaka jest struktura wyborcza. Wiedziałem, że jest dwu kadencyjność i że za kolejne pięć lat może być trudniej. a że jestem odważnym człowiekiem, to wszystko spowodowało, że zdecydowałem, że teraz warto spróbować. Włożyłem w to dużo pracy.
- Podziwiałem Pana olimpijski spokój na sesjach, gdy oskarżano Pana o zawalenie dokończenia budowy PDK i zgłoszono wniosek o ukaranie Pana obniżeniem wynagrodzenia. Pan te ataki przyjmował z pełnym spokojem.
Burmistrz: Wie Pan, człowiek się denerwuje i stresuje w środku. Tylko ja akurat mam też takie usposobienie, mam też taką osobowość, że nie jestem jakiś tam mega porywczy, wybuchowy. Raczej w środku, w sobie dużo kumuluję i staram się też, nauczyłem się tego przez te dwa lata na stanowisku burmistrza, tonować swoje uczucia, nie mówić wszystkiego w emocjach, bo mam świadomość, że sesje są nagrywane. Już miałem do czynienia z sytuacją, kiedy ktoś mnie posądził o jakieś słowo na sesji, więc staram się ważyć swoje słowa i odpowiadać w sposób przemyślany, żeby nie narazić się na jakieś uwagi czy krytykę. Stąd takie moje opanowanie. Te sesje trochę hartują człowieka. Jak co sesja spotykam się z atakiem drugiej strony i czasami ten atak jest stricte polityczny, bo ja wiem dobrze, że te osoby są jakby rozżalone po tych wyborach sprzed dwóch lat i mają dalej aspiracje i chęci, żeby w kolejnych wyborach wystartować, więc to działanie są takie bardzo mocno polityczne. Tak to też odczytuję.
- Chciałem jeszcze wrócić do Piskiego Domu Kultury. Moje wrażenie, na podstawie zapisu tych sesji XXX i XXXI jest takie, że zawaliła głównie zwolniona przez Pana dyrektor. Tak twierdził na sesji poprzedni burmistrz?
Burmistrz: Tak, ja tego może głośno nie wypowiedziałem, w przestrzeni publicznej, ale rzeczywiście tak. Jak poprzednia dyrektor została radną sejmiku i potem wicemarszałkiem, więc nagle zostałam bez dyrektora w jednostce. Sytuacja była też dość pilna, bo jednostka nie może funkcjonować bez dyrektora. Pracownicy nie dostaną wypłaty, faktury, dokumenty nie będą podpisywane, więc to też była szybka decyzja. I wybór padł na pracownicę z tej jednostki. Zaufałem po prostu osobie, która wydawała się ambitna, młoda, kompetentna, rozwojowa, natomiast okazało się, że niestety nie dźwignęła tego obowiązku. Trochę mnie zwiodła swoją aktywnością i zapewnieniem, że sobie poradzi. Tak się nie stało. Stąd została później odwołana, bo już nie dała rady tego ciągnąć.
- Ile ta pani w sumie pracowała miesięcy?
Burmistrz: Rok i trzy miesiące, od maja 2024 roku.
- No to dużo czasu straciliście i chyba to zadecydowało o klęsce, o konieczności zwrotu dotacji? Bo jak posłuchałem na sesji obecnej pani dyrektor, wydaje mi się, że gdyby ta pani była od samego początku Pana kadencji, to już byście otwierali Piski Dom Kultury. Takie mam przeświadczenie.
Burmistrz: Obecna pani pełni obowiązki dyrektora od sierpnia 2025 roku. Udało się jej więcej rzeczy wyprostować, chociaż nie było łatwo, bo były trudne rozmowy z projektantami, nie jest łatwo wyłonić wykonawców w zamówieniach publicznych. To nie jest prosta sprawa, bo wielu nie chce do takiej inwestycji przystąpić, bo to się wiąże z ogromem problemów.
- A w Pana ocenie, co głównie przyczyniło się do klęski tej inwestycji, zwiększenia jej kosztu z 11 na 22 miliony złotych, a mimo to nie skończono tej inwestycji.
Burmistrz: Nie wiem, czy pan orientuje się w ustawie o zamówieniach publicznych, o przetargach, o sytuacji na rynku budowlanym. W 2020 roku, kiedy były robione przetargi, bodajże były chyba trzy, to wygrał oferent, firma TBM, który zaproponował najniższą cenę i spełniał warunki zamówienia. Po drodze był duży wzrost cen ze względu na wybuch wojny w Ukrainie w 2022 roku. Niestety, warunki umowy, którą wtedy wykonawca podpisał, spowodowały to, że nie doszło do porozumienia w zakresie szeregu dodatkowych prac, które pojawiły się po drodze, więc kiedy ceny wzrosły w 2022 roku, to pierwszy wykonawca zdecydował się zejść z placu budowy.
Potem były kolejne przetargi, już z dużo wyższą ceną, razy dwa w stosunku do tej pierwotnej z 2020 roku. I w 2022 roku były ponawiane przetargi i ceny nie spadały, więc ówczesna pani dyrektor była zmuszona wybrać wykonawcę z ceną jaka podał, bo czas płynął. Ponadto jest to budynek stary, który miał swoje mankamenty, które w wyszły w trakcie robót budowlanych.
- Wie pan, ile mieszkańców liczy miasto Pisz?
Burmistrz: Sam Pisz niecałe 18 tysięcy, ale cała gmina 25,5 tysiąca.
- Po pierwsze, czy był sens remontować stary obiekt, czy nie taniej by wyszło postawienie nowego, a po drugie zaskakuje ogromna kubatura tego obiektu, dwie sale widowiskowe. Nawet Olsztyn nie ma takiego domu kultury.
Burmistrz: Zastałem ten obiekt w takim kształcie i muszę się z tym zmierzyć.
- Ja mówię o pana poprzedniku, który tę decyzję podjął i o tamtej radzie miasta, która to przyklepała, żeby remontować starą skorupę i ją powiększać. Chyba burmistrz Szymborski chciał sobie jakiś pomnik postawić i zaszalał. Wracając do wyborów. Piskie Porozumienie Samorządowe ma siedmiu radnych. Tutaj liderem jest Andrzej Zadroga z PiSu. To jest ta jedna osoba, która pana atakuje. Dwukrotnie startował na burmistrza. Były burmistrz Andrzej Szymborski ma czworo radnych. Niby pana popiera, ale tak naprawdę lawiruje, z jednej strony Pana krytykuje, że półtora roku zmarnowano, ale z drugiej strony broni, bo moim zdaniem chce mieć pana po swojej stronie z uwagi na to śledztwo prokuratury.
Burmistrz: Te rzeczy, kontrola NIK i zawiadomienie do prokuratury były z mojej inicjatywy, bo ja chciałem to wyjaśnić. Widzę to lawirowanie.
- Jak pan odczytuje to, że bardzo zaangażowany jest w pana obronę radny Jarosław Górski?
Burmistrz: Myślę, że bardzo mocno obserwuje sytuację, dużo ze mną rozmawia, dopytuje na temat tej inwestycji i dlatego częściowo rozumie obecną sytuację, w której jesteśmy. Analizuje i przetargi na Dom Kultury i ceny, które się pojawiały w przetargach, więc dużo rozumie i stara się połączyć te różne elementy, które się przez ten czas zadziały.
- Oceniam, że w tym układzie politycznym, jaki powstał w radzie miasta, jest Panu bliżej Platformy, bo pani wiceburmistrz jest z Platformy, prawda?
Burmistrz: Tak, ale to nie miało dla mnie jakiegoś znaczenia. Generalnie szukając zastępcy, szukałem człowieka z doświadczeniem, kompetencjami, gotową do współpracą i godną zaufania. Bo to jest najważniejsze na tym stanowisku. Serdecznie panu dziękuję, panie burmistrzu.
Dziękuję za rozmowę.
Adam Socha
Rozmowa z radnym Jarosławem Górskim

Wysłuchałem zapisu sesji XXX i XXXI Rady Miasta Bartoszyce. W zasadzie jedynie Pan bronił burmistrza przed atakami, że z jego winy miasto zwraca dotację.
J. Górski: Nie nazwałbym moich wypowiedzi obroną Pana Burmistrza. Taka postawa wiecznie niezadowolonych, poszukujących dziury w całym, zmierza tylko i wyłącznie do wtykania kija w szprychy. Głównym wytykiem w stosunku do Burmistrza jest sprawa trwającej inwestycji związanej z rozbudową Domu Kultury w naszym mieście. To jest zasadnicza sprawa Pisza. Cała sprawa związana z rozbudową Domu Kultury budzi moje zainteresowanie tylko i wyłącznie w kontekście tego, jak możemy w rozsądny i konstruktywny sposób tę inwestycję dokończyć. Jestem bardzo daleki od tego, żeby, tak jak to w którejś wypowiedzi określiłem, zmierzać do „polowania na czarownicę”. Inwestycja, jak Pan wie, trwa już od 2017 roku. Nie mam najmniejszej potrzeby, żeby w tej chwili rozważać zasadność tej inwestycji. To znaczy, czy było dobrym pomysłem rozbudowywać stary obiekt zamiast budować nowy.
- Nie tylko w mojej ocenie Dom Kultury to gigant, jak na miasto powiatowe, dwie sale widowiskowe...
J. Górski: Jak w każdej kwestii zdania mogą być podzielone. Ja osobiście jestem takiego zdania, że ten Dom Kultury, tak jak Pan powiedział, będąc przeskalowany, nie będzie żadnym utrudnieniem dla funkcjonowania gminy i naszej społeczności. Można go w świetny sposób zaaranżować, wykorzystywać i wiele dodatkowych funkcji realizować w tym budynku.
Jednak kłopot polega na tym, że nie jesteśmy w stanie przewidywać przyszłości. Patrząc wstecz, mógłbym powiedzieć, że błędem było podpisanie z Urzędem Marszałkowskim umowy o dotację zawierającą warunek podpisywania umów wykonawczych z jednym, całościowym wykonawcą. Nie mielibyśmy problemów, gdyby była możliwość dywersyfikowania zamówień, czyli wpuszczania na budowę dwóch lub trzech wykonawców. Jeśli jeden z nich, mówiąc kolokwialnie, się wyłoży, to inna będzie kontynuowała swoje prace.
Nie wszystko da się rozdzielić, nie wszystko da się posegmentować, ale np. wykonanie poszycia dachowego jest zupełnie odrębnym elementem. Wykonanie elewacji zewnętrznej może też być zupełnie odrębnym elementem. Gdybyśmy remontowali w ten sposób, to do tej pory dawno mielibyśmy Dom Kultury otwarty. Andrzej Szymborski i Kasia Sobiech podpisując tę umowę dziewięć lat temu w najczarniejszych scenariuszach nie wyobrażali sobie, że mogą się takie kuriozalne problemy na tej inwestycji pojawić.
Dzisiaj doszliśmy trochę do ściany, mianowicie te 7,5 miliona, które w szczytnym celu uzyskaliśmy jako dofinansowanie z Urzędu Marszałkowskiego, wywoływało taki efekt „spętanego konia”. Nie mogliśmy podjąć takich decyzji, jak na przykład dokończenie dachu w sposób odrębny, bo trzeba było szukać wykonawcy generalnego na tę inwestycję. Jak Pan wie, do takich inwestycji mogą startować podmioty o określonych możliwościach finansowych, wykonawczych, technicznych. To zdecydowanie zawęża grono potencjalnych oferentów. Do ostatniego przetargu przystąpiły 4 firmy z ofertą: 14, 9 mln zł, 15,1 mln zł, 17, 2 mln zł i 20 mln zł. Ofertę na 15,1 mln złożyła firma, która w tej chwili buduje u nas na ulicy Warszawskiej wielofunkcyjny budynek użyteczności publicznej. Kłopot polega na tym, że ta oferta nie zawierała jednego z cząstkowych kosztorysów, wymiany lub wsparcia stropu nad salą widowiskową, więc odpadła. Pozostały dwie, 17,2 i niespełna 20 mln zł. Oferent tańszy jednak się wycofał. Jak sprawdziliśmy kody pocztowe, to obie firmy były z tego samego powiatu. Przetarg ofertowy odbył się bez wymagania wpłacenia wadium, więc wycofanie oferty jest bez kosztowe.
Pan mecenas Marek Lewandowski, obsługujący urząd miasta tłumaczył, że chodziło o to, żeby przyciągnąć jak najwięcej oferentów.
- No i krótki termin wykonania - 150 dni.
J. Górski: To jest jeszcze jeden dodatkowy wątek. Dom Kultury przygotował kosztorys na kwotę 12, 3 mln zł, a na placu zostaje jedynie oferta na 20 mln zł, to ośmieliłem się użyć określenia na sesji, że to jest zawyżona oferta. W moim mniemaniu oferty zawierają zdecydowanie wyższe kwoty, jako taki bezpiecznik, na wypadek, jeśli się nie uda zrobić tego w terminie, to będzie mnie stać na zapłacenie kary umownej. Ponieważ specyfikacja przetargowa zawierała karę umowną, za każdy rozpoczęty miesiąc opóźnienia, w kwocie jest milion złotych. Przy różnicy ponad 7,5 miliona (20 – 12,3), to, jak wykonawca się spóźni 3, 4, 5 miesięcy, to i tak wyjdzie na swoje. A jak on się spóźni, no to zwracamy dotację 7,5 mln zł plus 3,5 mln zł odsetek, licząc od maja do października czy listopada, to kolejne 600 tysięcy odsetek.
Dla mnie ten rachunek ekonomiczny wskazywał bezwzględnie na to, że dotację należy zwrócić, rozwiązać umowę z Urzędem Marszałkowskim i robić remont etapami, w miarę posiadanych środków. Ponadto w ciągu roku, dwóch lat może się pojawić możliwość pozyskania środków z innych źródeł.
- To co Pan mówi, brzmi logicznie i takie rozwiązanie zaproponował burmistrz, a mimo to radni ukarali go obniżeniem wynagrodzenia. Dlaczego?
J. Górski: To był policzek wymierzony burmistrzowi. Ale on już trochę zaczyna nabierać takiej grubej skóry, pracując jako burmistrz przez dwa lata. Jeśli chodzi o dotkliwość finansową tej obniżki, wie Pan, zamiast 19 dostać 17 tys. zł, to nie oszukujmy się, nikt przez to płakał nie będzie. Od razu po głosowaniu, na grupie "Odrodzenie Pisza" na Facebooku, pojawiły się memy, tablice, na zielono - ilu to radnych głosowało za obniżeniem, na czerwono - przeciw obniżeniu pensji. Kto się wstrzymał, to na żółto. Wie pan, to takie podprogowe sygnały, które trzeba wbić ludziom w oczy, a przez to do głowy, że ci, co głosowali za obniżeniem, to na zielono. Oni są świetni, są gwarantami spokoju i tak dalej.
- Mam jeszcze drugie zasadnicze pytanie, jeżeli chodzi o kulisy wezwania do referendum po roku kadencji. Czy to referendum wynikało z oskarżenia o nieudolność burmistrza w sprawie Domu kultury, czy chodziło o rewanż, gdyż wezwał do niego pan Dariusz Kaczkowski, który przegrał sromotnie wyścig do fotela burmistrza. W opozycji jest też kandydat na burmistrza z PiSu, który miał największą szansę na wygranie, pan Andrzej Zadroga. Wydaje mi się, że pan Kiński, jest związany z Platformą. Czy pan się zgodzi z moją analizą?
J. Górski: Ja osobiście jestem lewicowcem w naszej radzie.
- Czyli Parta Razem Zandberga?
J. Górski: Nie, Włodek Czarzasty zdecydowanie, chociaż coraz mniej jest mi po drodze z bardzo dużą ilością inicjatyw, pomysłów, zachowań ze strony lewicy. Jest mi trudno wiele rzeczy zaakceptować, bo tak jak sam pan zauważy pewnie, jestem trochę taką dziwną hybrydą. Osoba prowadząca działalność gospodarczą i poglądy głęboko lewicowe…
- Tak, to rzeczywiście zaskakujące.
J. Górski: Moja lewicowość polega na tym, że uważam, że administracja zarówno samorządowa jak i rządowa powinna się zajmować stroną społeczno-socjalną. Powinna dbać o szkolnictwo, opiekę zdrowotną, rozbudowę infrastruktury, bezpieczeństwo energetyczne itd. A jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju działalność gospodarczą, to im mniej wtrącania się, tym lepiej. Dlatego, że rynek musi się sam regulować, sam robi to najzdrowiej i im mniej jest sterowania jakimś kijem czy palcem, tym jest lepiej. Ale już pomijając te kwestie ideologiczne, odpowiem Panu w ten sposób: jak Pan słusznie zauważył, jest taka ekipa pięciu niezadowolonych z tego, że nie zostali burmistrzami. Czasami tego rodzaju nastrój czy wydźwięk różnych wypowiedzi pojawia się również u Andrzeja Szymborskiego, choć jest on osobą, która teoretycznie jest w koalicji z burmistrzem, bo nas było 11 osób i z naszej ekipy odłączył się Mariusz Trupacz ze swoją koleżanką klubową Anetą Sawicką. Oni stali się taką aktywną opozycją.
- No tak, bo przecież pani Sawicka podpisała się pod wnioskiem o referendum i pod obniżenie wynagrodzenia.
J. Górski: Te podpisy pod tym wnioskiem, to były z przypadku, poza Darkiem Kaczkowskim, który był inicjatorem. Te kilka osób, które nie zostały burmistrzem, to jest jedna część tej grupy, a pozostałość to są osoby spoza rady. To jest pan Szymon Radecki, sołtys z Kociołka Szlacheckiego, którego żona była przez pewien okres dyrektorem MGO SIR-u w Piszu, ale została odwołana i jest chyba mocno tym dotknięta, więc Szymon, jak widać niesamowite piruety i salta wykonuje, żeby tylko dokopać burmistrzowi. Podpisała też pani Ewelina Siwik-Zguda, fajna dziewczyna, bardzo prężnie działająca przez wiele lat. Pracowałem z nią wielokrotnie w różnych przedsięwzięciach związanych ze sportem, bo ja przez 20 lat byłem prezesem Klubu Żeglarskiego klasy optymist, czyli maluszki do 11 roku życia. Teraz ona dwukrotnie podchodziła do konkursu na jakieś stanowiska, nie wiem na jakie, być może również na dyrektora MGOSIR-u i nie została przyjęta, a jej zdaniem powinna być tym dyrektorem.
Efekt tego jest taki jaki jest. Jest to takie szukanie dziury w całym. Ale rzeczywiście, te osoby, które spodziewały się jakichś stanowisk nie dostały, będą dyszały żądzą zemsty.
Powiem wprost, nie mamy większości w Radzie.
- Przecież ostatnie wyniki głosowań na to dobitnie wskazują.
J. Górski: Na krawędzi poparcia i niepoparcia była postawa Zuzy Konopy. Zuza powiedziała na sesji takie pewnego rodzaju kazanie Darkowi, że niech to będzie przestrogą i przywołaniem do transparentności, jeśli chodzi o jego działanie i większą wolą do współpracy z radnymi. Ja byłem przekonany, słuchając tego, że da mu klapsa, wygarnie mu co ma do powiedzenia, ale zagłosuje przeciw. A ona zagłosowała za. A Zuza to są dwa głosy, bo Adam Krawczyk jest z jej klubu i jest lojalnym chłopakiem. No i jeszcze z jej klubu jest oczywiście przesympatyczny Sebastian Zuzga, który ostatnio zachowuje się w sposób bardzo zastanawiający. Mianowicie po sesji Andrzej Zadroga poklepał go po ramieniu i mówi, no wreszcie mamy większość.
Ale dla mnie najważniejsza jest w tej chwili, żeby odblokowana została ta inwestycja, ponieważ została zablokowana przez rzeczoznawcę sądowego. To potrwa być może tydzień czy dwa, to nie będzie miało kluczowego wpływu na przebieg inwestycji. Wczoraj byłem w urzędzie, rozmawiałem z Panią Burmistrz Elwirą i byliśmy oboje zgodni, że Monika (dyrektorka PDK) ten czas, który w tej chwili w cudzysłowie zyskała, powinna spożytkować na przygotowywanie specyfikacji przetargowych.
Dziękuję za rozmowę
Rozmawiał Adam Socha
Rozmowa z radnym Andrzejem Zadrogą
- Chcę poznać Pana punkt widzenia, bo mój punkt widzenia, po przesłuchaniu sesji XXX i XXXI, przeanalizowaniu wyników wyborów od 2018 roku, wcześniej pisałem i publikowałem protokół NIK-u dotyczący budowy Piskiego Domu Kultury, jest taki, że kandydaci, którzy przegrali wybory na burmistrza z „człowiekiem znikąd”, nie darują mu tego. Chciałbym, żeby Pan zweryfikował moją wstępną tezę.
Andrzej Zadroga: Ja jestem tym, który najbardziej pasuje do pana tezy, bo jestem największym przegranym. Dwukrotnie przegrałem z Andrzejem Szymborskim.
- Żeby zawęzić, zapytam Pana, dlaczego wygrał Kiński?
Andrzej Zadroga: Bo w drugiej turze poparł go Szymborski. Nie chcę się żalić, bo moi przyjaciele czasem nie przyjmują mojej tezy i uważają, że przegraliśmy przeze mnie — w tym sensie, że nie byłem maksymalnie zdeterminowany, żeby wygrać. Jest w tym dużo prawdy, bo ja mam potrzebę angażowania się w sprawy społeczne i realizuję ją jako np. radny. i nie potrzebuję do tego stanowiska burmistrza, za wszelką cenę. Moja determinacja nie jest tak duża jak determinacja tych, którzy uważają, że nie mają nic do stracenia. Muszę panu powiedzieć, że moje życie jest fajne i jako burmistrz trochę bym stracił. Tak się trochę usprawiedliwiam. (śmiech). Natomiast pan ma oczywiście prawo do swojej tezy i rzeczywiście może to wyglądać tak, jakby wszyscy, którzy przegrali z Kińskim, teraz go atakowali. Ale prawda jest taka, że gdyby nie poparł go Szymborski, z całym zmasowanym atakiem na mnie, z tym wyzywaniem od „pisiorów” i personalnych odniesień, to wydaje mi się, że wygralibyśmy. Wygraliśmy pierwszą turę, więc druga tura była w zasięgu ręki. Oprócz Szymborskiego, Kińskiego poparła także Katarzyna Sobiech i zresztą do tej pory go wspiera. Podobno co tydzień jest w Piszu i regularnie się spotykają. Natomiast człowiekiem, który przez ostatnie dwa lata na pewno go wspierał, a dzisiaj również go atakuje, i który wcześniej wkopał go w rozbabrany remont Piskiego Domu Kultury, jest w gruncie rzeczy Szymborski. Cały komitet Andrzeja Szymborskiego plus cały komitet Platformy Obywatelskiej wspierał Kińskiego. Dlatego zastępczynią Darka Kińskiego jest Elwira Świetlicka, szefowa Platformy Obywatelskiej w Piszu. To jest jedna wyborcza rodzina.
Natomiast to Andrzej Szymborski jest w 90 procentach winien tego wszystkiego, co się wydarzyło i co dzieje się dziś w Piszu.
- Jaki interes miał Szymborski i PO, żeby w II turze poprzeć Kińskiego?
Andrzej Zadroga: Andrzej Szymborski bał się tego, że jeśli wygram, to mając swobodny dostęp do dokumentów skutecznie doprowadzimy sprawę do prokuratury. A wtedy prokuratura nie będzie słuchała wyłącznie jego wersji, bo będzie miała w ręku również dokumenty. To jest niesamowite, jak Szymborski potrafi rugać burmistrza na sesji, a on nadal go osłania. Kiedyś śmialiśmy się, że to jakiś „syndrom sztokholmski”.
- Ale do tego obrazu nie pasuje to, że to Kiński ściągnął kontrolę NIK-u w sprawie budowy Piskiego Domu Kultury. Protokół NIKu nie zostawił suchej nitki na duecie Sobiech-Szymborski. NIK wykazał, że ta pani to kompletna ignorantka, ona w ogóle nie powinna piastować stanowiska kierowniczego (dodam, że ten NIK, który za prezesa Mariana Banasia szukał „haków” na PiS a nie na PO).
Andrzej Zadroga: Tu się zgadzamy się. Następnie ewakuowała się sprytnie z tego szamba, do którego wepchnęła miasto.
- Katarzyna Sobiech, dzięki temu, że jest protegowaną szefa KO na Warmię i Mazury, europosła Jacka Protasa, wylądowała na wygodnym, intratnym stołku wicemarszałka.
Andrzej Zadroga: Tak, ale trzeba, żeby pan wiedział, że w moim przekonaniu cała kariera Kaśki w Platformie jest wynikiem pomysłu Szymborskiego. Oczywiście dzisiaj jest już kimś, kto przerósł swojego mentora, ale zdecydowanie to on był autorem jej sukcesu politycznego. Szymborski nie chciał sam angażować się w Platformę, bo grał rolę „bezpartyjnego”. Potrzebował więc kogoś, kto w jego imieniu przejmie Platformę w Piszu. I tym kimś miała być osoba całkowicie od niego zależna, czyli w tym przypadku Katarzyna Sobiech. Trzeba też pamiętać, że przed Sobiech szefem Platformy w Piszu był Mariusz Trupacz.
- Czyli jeden z kandydatów na burmistrza w ostatnich wyborach, z listy TD/PSL.
Andrzej Zadroga: Tak. Mariusz to jest w ogóle ciekawa postać. Natomiast dzisiaj zdecydowanie Kaśka ma samodzielną pozycję, jest chroniona przez Protasa i i marszałka Kuchcińskiego. Ale urosła dzięki Szymborskiemu. Natomiast jej dzisiejsze aspiracje nie idą w parze z potencjałem intelektualnym. Ale ślepej kurze ziarno też się trafia. Dlaczego mimo wystąpienia pokontrolnego NIK-u widzę w tym wszystkim jednak zmowę Szymborskiego, Sobiech i Kińskiego? Wskazuje na to koincydencja czasu i wydarzeń. Po pierwszej turze, przez kolejne dwa tygodnie, następuje olbrzymie zbliżenie Sobiech i Szymborskiego do Kińskiego. Oboje w emocjonalnych nagraniach wskazują go jako swego kandydata. Tak bardzo bali się, że wygramy. Straszyli, że jestem „krwiożerczym pisiorem”, który nie odpuści. Szymborski to taki piski „Machiavelli”. Całym sercem jest „platformersem”, ale sprytnie gra rolę bezpartyjnego i skutecznego samorządowca. Nawet przejął część prawicowych wyborców byłej Ligi Polskich Rodzin.
- Panie dyrektorze, wejdę w słowo. Ja tak odczytałem wygraną Kińskiego, że w Piszu PiS jest otoczony „kordonem sanitarnym” i to była bariera nie do przeskoczenia dla Pana. Chociaż w powiecie już sytuacja jest nieco inna, bo ostatnio starostą piskim został były poseł PiSu Jerzy Małecki.
Andrzej Zadroga: Bo popularność formacji w powiecie pozwoliła na to aby Jerzy został starostą. Stało się to także, dzięki możliwej koalicji z racji dobrych relacji z byłym starostą, a obecnie wicestarostą Andrzejem Nowickim. Rzeczywiście jest jednak pewnym paradoksem, że przegrałem z Kińskim. W mieście ścierają się różne interesy, ambicje i uprzedzenia. Na przykład środowisko nauczycielskie, w dużym stopniu lewicowo-liberalne, jest do mnie (chyba) nastawione negatywnie jako do „pisiora”. A mimo to w Radzie Miejskiej mamy największy klub — siedmiu radnych. Są to: Karol Święconek, Łukasz Pietrzyk, Dariusz Olender, Jolanta Roszczypała, Maciej Sparzak, Wojciech Stawecki i ja. Jest to jednak klub lokalnego komitetu: Piskiego Porozumienia Samorządowego. Tylko dwie osoby z tej siódemki to członkowie Prawa i Sprawiedliwości. Zresztą podobnie jest w Radzie Powiatu.
- Zwróciłem na to uwagę, że klub Andrzeja Szymborskiego liczy czterech radnych: wiceprzewodniczący rady Krzysztof Czerwiński, Anna Bobko i Jarosław Górski, tyle samo ma klub Dariusza Kińskiego: Agnieszka Pardo, Małgorzata Szmigiel, Mariusz Szpanko i Czesław Krośniewski, Zuzanna Konopa ma trzech: przewodniczący rady Sebastian Zuzga i Adam Krawczyk, TD/PSL to Aneta Sawicka i Marcin Trupacz i „singel” Dariusz Kaczkowski.
Andrzej Zadroga: Dodam, że w 2018 roku w Radzie Powiatu mieliśmy 5 mandatów, a teraz o 2 więcej. Natomiast w Radzie Miejskiej w 2018 roku zdobyliśmy 8 mandatów, startując jako komitet Prawa i Sprawiedliwości, a w obecnej mamy 7 mandatów. Choć głosów otrzymaliśmy i wtedy, i teraz najwięcej ze wszystkich startujących komitetów. Metoda d'Hondta nie zawsze sprzyja największym.
- Jak rozmawiałem z burmistrzem Kińskim, to zaskoczyło mnie, że gdy tylko wspomniałem o raporcie NIKu, który nie zostawił suchej nitki na Sobiech, to wszedł mi w słowo, zaczął jej bronić i przekonywać, że w tym protokole to nie ma żadnych istotnych zarzutów, takie tam drobiazgi.
Andrzej Zadroga: Byliśmy przekonani, że jako Rada jesteśmy zobowiązani do złożenia zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa. Przymuszaliśmy do tego burmistrza i ostatecznie on takie zawiadomienie złożył, ale na zasadzie: „macie tutaj wystąpienie pokontrolne NIK-u i znajdźcie sobie przestępstwo”. Nie wskazał żadnej konkretnej osoby odpowiedzialnej. Myśmy mówili wprost, że zawinił Szymborski, zawiniła Sobiech, a następnie zawalił Kiński swoim zwlekaniem z podejmowaniem decyzji. Oczywiście nie oczekiwaliśmy, że on sam na siebie złoży zawiadomienie. Natomiast liczyliśmy, że przejrzy dokumenty po Szymborskim i Sobiech i rozszerzy zawiadomienie do prokuratury. Nie zrobił tego.
- Czy przed drugą turą Szymborski zaproponował deal Kińskiemu: My Ciebie poprzemy, a Ty w zamian, po wyborze, ukręcisz łeb sprawie remontu PDK?
Andrzej Zadroga: Moim zdaniem nie było takiej umowy i takiej dyskusji. Kiński nie wygrał przypadkiem ani tylko i wyłącznie dzięki poparciu Szymborskiego. Bo nawet zakładając, że wszystkie 1600 głosów oddanych na Szymborskiego przeszło na Kińskiego, to i tak brakowało mu jeszcze 300 czy 400 głosów. Kiński ma talent polityczny i potrafi lawirować. Sprzyjało mu też to, że część moich wyborców obraziła się na mnie za „koalicję” przed drugą turą z Zuzanną Konopą i Darkiem Kaczkowskim. Ale nie chodziło im o Kaczkowskiego, który jest takim młodym „pistoletem”, tylko o Zuzannę, która ma duży elektorat negatywny jako była dyrektor Zespołu Administracyjno-Ekonomicznego Obsługi Szkół i Placówek. Ostatecznie przegrałem, dostając ponad tysiąc głosów mniej. W 2018 roku dostałem 39 procent głosów, teraz 43 procent. Po wyborach Kiński przejął całą ekipę urzędniczą Szymborskiego, poza pojedynczymi osobami, które same odeszły. Skarbnik i sekretarz to są ludzie Szymborskiego. To sprawia, że de facto za plecami Kińskiego nadal rządzi Szymborski, który co drugi dzień spotyka się ze swoimi ludźmi w urzędzie. Powiedzmy jeszcze więcej: to, że Elwira Świetlicka jest zastępczynią Kińskiego, jest wprost pomysłem i realizacją dealu z Kaśką Sobiech. Sama Elwira, będąc radną powiatu i dyrektorką MOPS-u, w gruncie rzeczy mogłaby zachować swoje dotychczasowe funkcje, ale z moich informacji wynika, że to Sobiech chciała dla niej tej funkcji. To Platforma miała współrządzić w Piszu. To miał być jej sukces wobec partyjnych patronów.
- Burmistrz Kiński w rozmowie ze mną przyznał, że źle obsadził w roli dyrektorki domu kultury jedną z pracownic tego domu, że to była fatalna pomyłka i że przez to stracił rok i trzy miesiące, kluczowy czas na wykonanie umowy z Urzędem Marszałkowskim. Natomiast sprawdziła się Monika Chmielewska.
Andrzej Zadroga: Rzeczywiście, to była jego decyzja. Zrobił to wbrew namowom Szymborskiego. Jednak nie wiem, kogo Szymborski chciał tam wsadzić, ale wtedy bywał u niego niemal codziennie. Natalia Kucisz była natomiast bardzo dobrą koleżanką Kińskiego z okresu kampanii wyborczej. Jeżeli on dzisiaj twierdzi, że to była pomyłka, to jest to prawda, ale fakt, że porównuje panią Natalię z panią Moniką i wskazuje tę drugą jako kogoś dużo lepszego, jest o tyle nieuczciwy, czy wręcz pełen hipokryzji z jego strony, że w żadnym z tych przypadków nie kierował się merytorycznym odniesieniem. Monika Chmielewska, obecna p.o. dyrektora, została dyrektorką dlatego, że nikt inny nie chciał. Słyszeliśmy, że on jej wręcz zagroził, zwolnieniem z pracy — była wtedy sekretarką w domu kultury — jeśli nie przejmie obowiązków dyrektorki. Pani Monika rzeczywiście jest osobą zdeterminowaną, ale to jest też ktoś, kogo to zadanie przerasta. Chociaż bardzo ją lubię i bardzo doceniam, również ze względu na wysiłek, który włożyła. Zrobiła progres, podejmując się zadania, którego wcześniej nie dotykała i do którego nie była przygotowana. Taki był przecież zarzut NIK-u pod adresem dyrektor Sobiech — że nie była przygotowana do prowadzenia inwestycji. Natalia Kucisz też, nie mając przygotowania i doświadczenia, zrobiła odpowiednio dużo, żeby to ruszyło. Zakasała rękawy. Znalazła ludzi, którzy pokazali jej rozwiązania prawne i techniczne, znalazła inwestora zastępczego, ale człowiekiem, który doprowadził do zwolnienia Natalii Kucisz, był Andrzej Szymborski. My to wiemy. Wie to na pewno Natalia Kucisz. Ona nie chce o tym rozmawiać ze względów procesowych. Niemniej już wygrała proces z miastem. Sąd nakazał przywrócenie jej w pełni do pracy, ale miasto odwołało się od wyroku. Szymborski swoimi rozmowami i naciskami doprowadził do jej zwolnienia i przez to naraził nas na utratę dotacji. Z inwestorem zastępczym została bowiem podpisana umowa, która później została zerwana pod pretekstem nieważności podpisu Natalii Kucisz pod umową o prowadzenie tej inwestycji przez firmę zewnętrzną. Znaleziono pretekst prawny — dla mnie bzdurny — że firma podpisała umowę kwalifikowanym podpisem elektronicznym, a pani dyrektor podpisem zaufanym. Stwierdzono, że jest to wada prawna skutkująca nieważnością tej umowy. Burmistrz Kiński po zwolnieniu pani Natalii chciał powołać Karolinę Radecką, dyrektorkę Miejsko-Gminnego Ośrodka Sportu i Rekreacji, która miała doświadczenie, bo przez ponad pół roku prowadziła dużą, kilkumilionową inwestycję dotyczącą modernizacji stadionu i przebudowy siedziby Ośrodka. W tym czasie kończył się jej kontrakt i Kiński postawił jej ultimatum: albo zostajesz dyrektorem Piskiego Domu Kultury, albo przestajesz w ogóle tam pracować. Nie zgodziła się. A on… obraził się na nią, bo mu odmówiła i spełnił swoją groźbę. To jest człowiek narcystycznie zakochany w sobie. Nie przyjmuje odmowy.
- Ale jaki interes miał w tym Szymborski? Przecież w jego interesie powinno być, żeby jak najszybciej ten remont się skończył?
Andrzej Zadroga: Jego działania nie wydają się logiczne. Chyba żeby przyjąć takie makiaweliczne przekonanie moich kolegów, że on robi wszystko, aby inwestycja nie została szybko zakończona i trwała odpowiednio długo. Po to, żeby w końcu przestano mówić, że to Szymborski zawalił, a zaczęto mówić już tylko i wyłącznie o winie Kińskiego. I powoli zaczynam w to wierzyć. Szymborskiego dzisiaj nie ruszamy, bo nie ma ku temu powodu. Nim powinna zająć się prokuratura. Natomiast człowiekiem, który zwlekał i nie umiał podejmować decyzji, jest burmistrz Kiński.
- Atakowany na sesjach zachowuje olimpijski spokój.
Andrzej Zadroga: To jest umiejętność, której nie można się nauczyć. To musi być charakterologiczne, więc to doceniam. Moi koledzy uważają, że on jest już na skraju wyczerpania psychicznego. Ja tak nie uważam. On jest szczęśliwy, że został burmistrzem. Jest spełniony. Uważa, że jest niesłusznie atakowany. Co więcej, nadal uważa, że to ja jestem jego największym wrogiem, mimo że ma go przy sobie — czyli Szymborskiego. Nie rozumie, że ma Brutusa obok siebie. Śmiejemy się, że ich relację w pewien sposób oddaje film „Sypiając z wrogiem”, bo Szymborski nigdy jego przyjacielem nie był.
Jest jedna rzecz, z powodu której rzeczywiście, w cudzysłowie, „czepiamy się” Kińskiego. Mówię „czepiamy się”, bo jest to wspólna linia czterech komitetów wyborczych. Po pierwsze dlatego, że Kiński chroni Szymborskiego. Po objęciu urzędu nie zrobił czegoś takiego jak bilans otwarcia. Nie mówię tylko o Piskim Domu Kultury, ale w ogóle o gminie. Burmistrz w ogóle się tym nie interesuje. Może nawet potrafi o tym mówić, ale absolutnie nic w tym kierunku nie robi. Jeśli cokolwiek zrobił, to tylko poprzez wymuszenie z naszej strony. Dosłowne wymuszenie. A on ciągle się tłumaczy, że zrobił wszystko co było trzeba, bo przecież wystąpił do NIK-u.
Tylko proszę zobaczyć: on występuje do NIK-u w listopadzie, gdy jest już od pięciu miesięcy burmistrzem. Powinien był zrobić to w maju albo w czerwcu. Przecież doskonale znał sytuację, skoro jako sołtys był na każdej sesji. Myśmy ciągle dopytywali o Dom Kultury. On mówił: no to chodźcie, rozmawiajmy. To jest jego specyficzne zachowanie. Zaprasza do rozmowy i nie rozmawia. Chce, żebyśmy to my mówili za niego. A następnie mówi na sesji, że to radni ustalili.
Wystąpienie pokontrolne NIK-u powstało na przełomie lutego i marca 2025 roku. My, jako radni, dowiadujemy się o nim dopiero w sierpniu, ale nie od burmistrza, tylko dzięki temu, że opublikowała je Natalia Kucisz, która odbijała się od niego, jak piłka od gumowej ściany. Odbijała się z każdym pomysłem, z którym przychodziła, żeby go zrealizować. Potrzebowała z jego strony jakiegoś parasola decyzyjnego. Po upublicznieniu raportu NIK-u szybko została zwolniona. Kiedy dostałem ten raport, przeczytałem go ze zdumieniem i zadzwoniłem do pani Natalii z pytaniem, czy możemy się spotkać. Spotkaliśmy się służbowo, w jej gabinecie. Opowiedziała mi wtedy, z jakimi problemami się boryka, i zakończyła stwierdzeniem: „Myślę, że już niedługo będę tu pracować”.
Tego samego dnia, po południu, została zwolniona.
- Burmistrz zrobił z niej „kozła ofiarnego”?
Andrzej Zadroga: Dokładnie tak. Myślę, że Szymborski był przekonany, że kontrola NIK-u nie zrobi mu żadnej krzywdy. Przeciwnie, że może być nawet dla niego alibi, że go rozgrzeszy. I się przejechali. Dlatego ukryli ten raport.
- Mógł tak przypuszczać, bo NIK był w rękach dyszącego żądzą zemsty na PiSie, Mariana Banasia, a ludzi Platformy nie ruszał.
Andrzej Zadroga: Kiński, gdy był sołtysem, uważał, że nasze “czepianie się” wtedy Szymborskiego to tylko polityczna gra. Już jako burmistrz uważał też, że kontrola NIK-u, jeśli coś wykaże, to co najwyżej nieistotne błędy. Natomiast raport okazał się niezmiernie krytyczny właśnie wobec Kaśki Sobiech, czyli jego patronki. I to jest powód, dla którego on przez pół roku nie chciał jego publikacji.
Ale sama Najwyższa Izba Kontroli też była tutaj bardzo powściągliwa w działaniu. NIK nie ma obowiązku publikacji. Natomiast skala zaniedbań była tak duża, że nawet oni ostatecznie postanowili zareagować. Wiem, że były z ich strony takie monity do Kińskiego, żeby sam to opublikował. Olsztyńska delegatura NIK w końcu przygotowała, a nie zawsze tak robi, notatkę prasową i chyba w tym celu zwołała konferencję. A tak naprawdę powinni byli przygotować zawiadomienie do prokuratury.
Miasto zostało przez NIK potraktowane raczej grzecznie, mimo krytycznego raportu. Natomiast naszych mieszkańców najbardziej oburzyło to, że Katarzyna Sobiech odmówiła kontrolerowi NIK wyjaśnień.
- NIK stwierdził, że Sobiech była totalną ignorantką, a na sesji Szymborski mówił o niej w samych superlatywach, że Kaśka Sobiech na miejscu Moniki Chmielewskiej, to by przygotowała przetarg w dwa tygodnie. Po zejściu wykonawcy z budowy raz dwa by zrobiła inwentaryzację i ogłosiła przetarg. On uważa, że to było dziecinnie proste.
Andrzej Zadroga: Tylko że Szymborski i burmistrz dopiero na tej sesji dowiedzieli się ode mnie, że sąd wydał zabezpieczenie placu budowy i wskazał biegłego sądowego, który dokona inwentaryzacji. Szok, w jakim byli po mojej informacji, trwał jeszcze tydzień. Szukali tego postanowienia sądu i nie potrafili go znaleźć. W końcu zwrócili się do mnie i podałem im sygnaturę i wskazałem, że chodzi o olsztyński sąd rejonowy, wydział gospodarczy.
Słyszymy, że Kiński narzeka, że nie jest lubiany w urzędzie, nawet przez ludzi, którzy mu bezpośrednio podlegają, którym daje premie i podnosi pensje. A oni się z niego śmieją. No bo jak burmistrz może mówić, że nie dotyczy go sprawa PDK bo to inwestycja jednostki, skoro mówimy o sytuacji, w której budżet gminy musi oddać dotację celową w wysokości 7,5 miliona złotych, a wcześniej wyasygnowaliśmy na budowę PDK najpierw 11 milionów, a ostatecznie ponad 22 mln, a w ostatnim przetargu rozważany był wykonawca, który podał cenę prawie 20 milionów złotych? Na to wszystko burmistrz na sesji odpowiada, że to problem dyrektorki Domu Kultury, bo to dyrektorka prowadzi inwestycję, a nie on. Takie „bajki” kupują jeszcze chyba tylko panie z Kół Gospodyń Wiejskich, które go uwielbiają i podobno z matczyną empatią nazywają „Bąbelkiem”, bo te koła zakładał, ale jego burmistrzowanie polega w dużej mierze na ciągłym spotykaniu się z paniami. Bardzo dzielnie broniły go na sesji, gdy obniżyliśmy mu pensję.
- Dlaczego wykonawcy mówili, że odchodzą z budowy PDK ze względu „na złą współpracę”?
Andrzej Zadroga: Jeszcze przed wyborami był u mnie inspektor nadzoru, przerażony tym, co dzieje się na budowie. Przyszedł też drugi z kolei wykonawca, Marcin Sołtys. Obaj mówili, że projekt jest zły. Wskazywali na roboty dodatkowe, które musieli wykonać, a których nie było w projekcie. W sumie było trzech wykonawców. Pierwszy miał dużego podwykonawcę, który jako pierwszy uciekł z budowy, nie chcąc wykonywać tych dodatkowych robót za te same pieniądze, a na to naciskał burmistrz Szymborski. Wówczas pierwszy wykonawca zaczął realizować to zadanie bezpośrednio. Dodam, że to firma, która buduje osiedla domów jednorodzinnych i bloki mieszkalne. Zdecydowanie specjaliści od prac budowlanych. Oczekiwał jednak, że w sytuacji prac dodatkowych oraz kryzysu wywołanego m.in. wojną na Ukrainie miasto dołoży około 3 milionów złotych. Szymborski się na to nie zgodził. Najwyraźniej doszli do wniosku, że wolą zapłacić karę, bo i tak odzyskają przez sąd to, co włożyli w budowę… i zeszli z placu budowy.
Kiedy zeszli, okazało się, że coś, co mogliśmy zakończyć na poziomie 16 milionów złotych, w ostatnim przetargu stanęło już na 23 milionach złotych. Wydaje się, że burmistrz Szymborski był z tym drugim wykonawcą naprawdę dogadany. Zrobili naprawdę dużo. Po drodze był jednak wypadek. Podnajęta firma lejąca strop w nowo budowanej części źle obliczyła parametry i doszło do jego zawalenia. Nie wiadomo, czy stempli było za mało, czy betonu za dużo, czy projekt był zły. Ostatecznie uznano, że podwykonawca, który stawiał stemple, sam był sobie winien. Natomiast to już pokazywało, że coś jest nie tak, bo przecież wszystko robiono według projektu. Rozmowy, które wykonawca rozpoczął jeszcze w 2023 roku, domagając się weryfikacji kosztów, spowodowały, że budowa stanęła. Definitywnie zeszli z budowy w czerwcu 2024 roku.
W moim przekonaniu, winnym zejścia wykonawcy z budowy był Szymborski, ale Kiński, po wygranych wyborach, nie usiadł z wykonawcą do rozmowy. Uważał, że to nie jego sprawa, tylko sprawa dyrektorki PDK. I to już jest jego „grzech”. Ja to tak widzę, także w świetle raportu NIK.
Dziękuję za rozmowę
Rozmawiał Adam Socha
Po rozmowie z radnym Andrzejem Zadrogą, wysłałem burmistrzowi tezy z wywiadu z Andrzeje Zadrogą, by dać mozliwość burmistrzowi odniesienia się do nich. Burmistrz nie odpowiedział: Poniżej treść mojego maila do burmistrza:
1. Dariusz Kiński wygrał wybory dzięki uzyskania poparcia, przed II turą, Andrzeja Szymborskiego i PO (Katarzyny Sobiech). Interes był taki, żeby nie dopuścić do zwycięstwa Zadrogi, bo po zwycięstwie będą mieli dostęp do dokumentów w sprawie remontu PDK. Ale Zadroga nie odmawia Panu talentu politycznego, gdyż nawet gdyby wszyscy którzy głosowali na Szymborskiego (1600 głosów), zagłosowali na Pana, to i tak brakowało 300-400 głosów.
2. Szymborski ma największe doświadczenie polityczne i manipuluje Panem, nastawiając przeciwko Zadrodze, przedstawiając go, jako „krwiożercę”, który na Pana dybie. „Burmistrz nie rozumie, że ma Brutusa obok siebie”. A.Zadroga poleca Panu obejrzenie filmu „Sypiając z wrogiem”. Zadroga nie ma „parcia” na stanowisko burmistrza (co mają mu za złe jego koledzy z PiS), ponieważ spełnia się jako dyrektor szkoły. Natomiast celem Szymborskiego było zakulisowe torpedowanie szybkiego zakończenia inwestycji, żeby mieszkańcy przestali mówić o nim i Sobiech, jako winowajcach, a zaczęli mówić, że to wina obecnego burmistrza. Jako że prawie wszyscy urzędnicy to ludzie Szymborskiego, a on co drugi dzień jest w urzędzie i z nimi rozmawia, to de facto on rządzi. K. Sobiech co piątek spotyka się w Piszu z Panem i też Panem steruje (powołanie na Pana zastępcę Elwiry Świetlickiej, to pomysł K. Sobiech. Elwira miała się opierać, bo było jej dobrze jako dyrektor MGOPS i radnej powiatowej).
4. Powołał Pan na dyrektora PDK bardzo dobrą koleżankę z okresu kampanii wyborczej, pracownicę PDK Natalię Kucisz, która nie miała żadnego doświadczenia w prowadzeniu inwestycji, ale była przekonana, że sobie poradzi. Jednak potrzebowała ze strony Pana „parasola decyzyjnego” dla swoich pomysłów, ale – jak to powiedziała A. Zadrodze” – „odbijała się od Pana jak piłka od ściany”. Pan miał stwierdzić, że „podjęłaś się, więc sobie radź”. Wykonawcy chcieli z Panem rozmawiać, ale Pan odmawiał, odsyłał do dyrektorki PDK. I rzeczywiście dyrektorka poradziła sobie, znalazła inwestora zastępczego i zaczęła szykować przetarg, co miało nie spodobać się A. Szymborskiemu.
5. Zwrócenie się przez Pana do NIKu o kontrolę remontu, to był wynik presji radnych, a nie Pana inicjatywy. Ukrył Pan na pół roku protokół pokontrolny. Udostępniła go radnym dyrektorka PDK Natalia Kucisz i tego samego dnia została zwolniona. Zaproponował Pan wówczas to stanowisko dyrektorce MOSiRu, która miała doświadczenie w prowadzeniu inwestycji, ale odmówiła, gdyż chciała kontynuować swoją prace na dotychczasowym stanowisku. Wówczas Pan miał postawić ultimatum: albo obejmujesz stanowisko dyrektorki PDK, albo Ciebie zwalniam”. Ponownie odmówiła. „Burmistrz się na nią obraził, że ona mu odmówiła. To jest człowiek narcystycznie, zakochany w sobie. Nie przyjmuje odmowy i ją zwolnił, stąd jej mąż Szymon Radecki, sołtys Kociołka Szlacheckiego znalazł się w grupie organizatorów referendum”.
Wybór Pana w tej sytuacji padł na Monikę Chmielewską, sekretarkę dyrektorki PDK też z zerowym doświadczeniem w sprawach inwestycyjnych. W rezultacie tych zawirowań oraz braku z Pana strony decyzyjności, nie udało się w porę wyłonić wykonawcy i jedynym wyjściem było oddanie dotacji.
Adam Socha


Skomentuj
Komentuj jako gość