W sieci krąży wiele narracji. Ja byłem w samym środku wydarzeń - w trasie spędziłem łącznie 29 godzin, jadąc z Warszawy do Elbląga i z powrotem. Widziałem bardzo dużo, dlatego uważam, że mam prawo podzielić się swoimi obserwacjami.
30 grudnia wyjechałem z Warszawy do Elbląga około godziny 13:00, spod NOT-u przy ul. Czackiego 3/5. Wiedziałem o alertach pogodowych i zapowiedziach zamieci, ale uznałem, że mam przygotowany samochód, a państwo jest w stanie utrzymać przejezdność głównych tras - autostrad i ekspresówek.
To założenie nie wzięło się znikąd. Regularnie jeżdżę zimą na snowboard do Austrii i tam, przy opadach śniegu i temperaturach rzędu -14°C, pługi jeżdżą kaskadowo - jeden za drugim, dbając o to, by asfalt był cały czas odkryty. Tego dnia u nas było około -2,5°C. Założyłem więc, że pojadę wolniej, ale dojadę bezpiecznie w obie strony.
Tak się jednak nie stało.
W trakcie jazdy do Elbląga zaczął padać śnieg. Widoczność była dobra, nawet do kilometra. Droga robiła się coraz bardziej biała, więc obserwowałem przeciwległy pas, szukając pługów lub piaskarek. Nie było ich praktycznie wcale. Na całej trasie do Elbląga naliczyłem może dwie odśnieżarki. To zdecydowanie za mało. Przy takim opadzie potrzebne jest odśnieżanie kaskadowe - co najmniej dwa pługi jeden za drugim. Jedna maszyna nic nie zdziała.
Do Elbląga dojechałem, ale już wtedy widziałem pierwszego TIR-a ślizgającego się na lekkim podjeździe w okolicach Olsztynka. Wiedziałem, że powrót będzie znacznie gorszy.
Z Elbląga ruszyłem o 18:50 w kierunku Warszawy. Około 20:00 stanąłem w okolicach Lipowca, kilka kilometrów za Ostródą - i tam utknąłem. Nadal pługów było jak na lekarstwo, mimo że sytuacja była już krytyczna.
Ciężarówki próbowały zmieniać pas, ale między jezdniami były kilkudziesięciocentymetrowe zwały śniegu. TIR-y stawały w poprzek i S7 została całkowicie zablokowana.
W radiu usłyszałem, że winne są ciężarówki. Owszem - to one fizycznie zablokowały ruch. Ale czy winą za wypadek na nieodśnieżonej drodze obarcza się kierowcę, czy raczej brak przygotowania infrastruktury?
Gdzie były pługi, zanim było za późno?
Dlaczego czekano, aż wszystko stanie?
Czy naprawdę uznano, że w Polsce „zim już nie ma”?
Te pytania zostawiam otwarte.
Staliśmy godzinami. Regularnie dzwoniłem na numer 19111. Czekałem po 30 minut na połączenie, by dowiedzieć się, że połączono mnie… z innym regionem kraju. Gdy w końcu trafiłem do właściwego, usłyszałem, że „udrażnianie trwa” i nie wiadomo, ile potrwa.
W radiu mówiono o ciepłych posiłkach - ja nie widziałem ani jednego. Nikt nie pytał, czy ktoś potrzebuje pomocy. A informacja jednej z gmin, by „zjechać po posiłek”, była po prostu absurdem - nikt nie miał jak zjechać.
Dobrze, że miałem pełny bak. Dogrzewałem się, dzwoniłem, słyszałem zapewnienia, że „zaraz ruszamy”. Ruszyliśmy dopiero około 2:00 w nocy. Śniegu było tyle, że jechaliśmy 10 km/h, jak po polu.
Przed Rychnowem strażacy poinformowali, że kierunek na Warszawę może stać jeszcze dobę i zalecono objazd przez Działdowo i Mławę. Tak zrobiłem.
Jechałem z przyczepą, wioząc sprzęt dla dzieci wykorzystywany przy wydarzeniach organizowanych przez stowarzyszenie. Droga była tylko „wyrównana” - na asfalcie leżało 30 cm ubitego śniegu. Każde hamowanie kończyło się zakopaniem auta. Kilka razy pomagał mi traktor, wiele razy - zwykli ludzie.
I tu jedno trzeba powiedzieć jasno: Polacy zdali egzamin.
Dziewięć razy zatrzymywałem się, żeby komuś pomóc albo żeby pomogli mnie. Łopaty, pchanie, wyciąganie z zasp - bez tej wzajemnej pomocy wielu z nas nie dojechałoby nigdzie.
O 8:50 dotarłem do Mławki. Byłem kompletnie wyczerpany. Kolejny TIR zakopał się na drodze, próbowaliśmy go wypchnąć w dziewięć osób. W końcu zabrakło mi sił.
Udało mi się ogrzać w pobliskim zajeździe, wysuszyć ubrania, zdrzemnąć się chwilę. O 13:10 usłyszałem z komisariatu w Mławie, że lepiej już nie będzie - albo jadę teraz, albo zostaję na Sylwestra.
Pojechałem. Dzięki bardzo życzliwemu policjantowi z Mławy trafiłem na drogi, które były faktycznie przejezdne. To był pierwszy raz, gdy mogłem policji powiedzieć: dziękuję.
Na S7 w okolicach Mławy w końcu zobaczyłem pługi jadące kaskadowo. Za późno - ale wreszcie.
Im bliżej Warszawy, tym gorzej. Znowu zero pługów. Zadzwoniłem ostatni raz na 19111, pytając, czy naprawdę chcemy powtórki z Olsztyna i Mławy. Co zrobiono z tą informacją - nie wiem.
Podsumowanie:
1️⃣ Jako Państwo Polskie zawiedliśmy. Reakcja była spóźniona, a sprzęt niewystarczający. Pługi muszą jechać zanim wszystko stanie.
2️⃣ Jako Polacy - zdaliśmy egzamin na 6. Pomoc, solidarność i zwykła ludzka życzliwość były wszędzie.
Do decydentów: mniej sztabów kryzysowych, więcej realnych działań.
To było tylko -2,5°C i kilkadziesiąt centymetrów śniegu.
A co, jeśli spadnie 1,5 metra, jak w Alpach?
Na to pytanie niech odpowiedzą ci, którzy nami zarządzają.
I proszę - nie zawiedźcie nas następnym razem.
Zamieć, korek i cisza informacyjna. Lekcja z S7, której nie wolno zmarnować
Noc z 30 na 31 grudnia 2025 roku pozostanie w pamięci wielu mieszkańców północnej Polski na długo. Setki, a być może tysiące ludzi utknęły w swoich samochodach na drodze ekspresowej S7 – w zamieci śnieżnej, przy niskiej temperaturze, bez jasnej informacji, bez wiedzy, jak długo potrwa paraliż i czego mogą się spodziewać.
Piszę ten tekst jako radny powiatu olsztyńskiego, na terenie którego – między innymi – doszło do tego kryzysu. Piszę także jako obywatel, który w tamtą noc próbował dowiedzieć się jak najwięcej, aby przekazać rzetelną informację ludziom stojącym w korku. I muszę to powiedzieć wprost: przepływ informacji był dramatycznie niski, nawet pomiędzy osobami sprawującymi władzę publiczną.
Ten artykuł nie jest atakiem, nie jest próbą szukania winnych ani politycznego rozliczania kogokolwiek. Jego jedynym celem jest wskazanie słabych punktów naszego systemu zarządzania kryzysowego. Bo jeśli coś nie działa przy temperaturze około –2,5°C i intensywnych, ale zapowiadanych opadach śniegu, to trudno uwierzyć, że zadziała w sytuacji poważniejszej – choćby długotrwałego blackoutu czy konfliktu zbrojnego.
Najpierw to, co zadziałało: służby zdały egzamin z poświęcenia
Strażacy – zarówno zawodowi, jak i ochotnicy – oraz policja wykonali ogromną pracę. To w głównej mierze dzięki ich zaangażowaniu, determinacji i fizycznej obecności w terenie udało się ostatecznie opanować sytuację.
Funkcjonariusze kierowali ruchem, tworzyli korytarze przejazdu, pomagali w wyciąganiu zakopanych pojazdów, przekazywali komunikaty, a często po prostu byli tam, gdzie ktoś potrzebował pomocy. Strażacy działali w skrajnie trudnych warunkach, nierzadko wiele godzin bez przerwy.
Za to należy się szacunek i szczere podziękowania.
Jednocześnie trzeba jasno powiedzieć: bohaterstwo służb liniowych nie może maskować problemów systemowych. Ich praca była gaszeniem skutków, a nie zapobieganiem przyczynom.
Gdzie zawiódł system? Przyczyna źródłowa: brak skutecznego odśnieżania prewencyjnego
W mojej ocenie – i potwierdzają to liczne relacje kierowców – źródłową przyczyną paraliżu był brak odpowiednich środków do bieżącego, prewencyjnego odśnieżania.
Zamiecie śnieżne nie były zaskoczeniem. Prognozy mówiły o intensywnych opadach od wielu dni. Mimo to pługo-solarki nie pracowały w trybie ciągłym i kaskadowym, czyli w sposób znany z krajów alpejskich czy skandynawskich. Przy takim opadzie jedna maszyna nie jest w stanie utrzymać przejezdności drogi.
Bardzo dobrze opisuje to relacja jednego z kierowców, Kamila Wójcika, który spędził w trasie łącznie 29 godzin. Warto zwrócić uwagę na jeden istotny fragment tej relacji: ciężarówki nie były przyczyną pierwotną, lecz skutkiem. To nie one stworzyły problem – one go ujawniły. Na nieodśnieżonej nawierzchni, przy minimalnej przyczepności, wystarczył jeden TIR, który stracił trakcję na wzniesieniu, aby zablokować oba pasy ruchu.
Odcinek olsztynecki – wyraźnie słabsze ogniwo
Co szczególnie niepokojące, również 1 stycznia odcinek drogi zarządzany przez rejon utrzymania dróg w Olsztynku był w wyraźnie gorszym stanie niż analogiczne fragmenty w rejonach Nidzicy czy Mławy.
To nie jest kwestia przypadku. To sygnał, że coś systemowo nie działa:
• albo brakuje sprzętu,
• albo materiałów (soli, piasku),
• albo ludzi,
• albo odpowiednich szkoleń i procedur,
• albo wszystkiego po trochu.
I to właśnie tu należy skierować uwagę – nie na osoby, lecz na organizację i przygotowanie.
Drugi filar porażki: komunikacja z obywatelami
Drugim, równie poważnym problemem była komunikacja – a właściwie jej brak.
Ludzie stali w korku przez wiele godzin, nie wiedząc:
• co się dzieje,
• jakie są plany służb,
• czy droga zostanie udrożniona za godzinę czy za dziesięć,
• czy powinni czekać, zawracać, czy szukać objazdów.
Nie uruchomiono w sposób skuteczny najszybszych kanałów komunikacji – systemów SMS i alertów. Nie przekazywano jasnych, regularnych komunikatów o sytuacji. Informacje o „ciepłych posiłkach” pojawiały się w mediach, ale w praktyce nie docierały do większości uwięzionych. A sugestie, by „zjechać po pomoc”, były w wielu miejscach po prostu nierealne.
Co więcej – brak informacji prowadził do chaosu na drodze. Kierowcy wjeżdżali za radiowozami pełniącymi rolę „przecinaka” przed pługiem, przez co… pług sam stawał w korku. To nie była zła wola obywateli, tylko brak jasnych instrukcji.
Obywatele to nie problem – to zasób
W całej tej sytuacji najbardziej uderzające było jedno: ludzie pomagali sobie nawzajem. Łopaty, pchanie, wyciąganie z zasp, podpowiadanie objazdów, dzielenie się informacjami.
To pokazuje coś bardzo ważnego: obywatele w sytuacji kryzysowej nie są masą do „przepchnięcia”, ale realnym zasobem, który można – i trzeba – włączać w zarządzanie kryzysowe.
Kierowcy mogliby:
• wskazywać dokładne miejsca zatorów,
• przekazywać zdjęcia i dane służbom,
• otrzymywać jasne wytyczne, jak się zachować,
• pomagać w uporządkowany sposób, a nie chaotycznie.
Tymczasem wszystko wyglądało tak, jakby służby działały obok obywateli, a nie razem z nimi.
Gdzie byli samorządowcy w obiegu informacji?
Jako radny powiatu muszę też postawić pytanie o rolę samorządu w takich sytuacjach. Starosta, burmistrz, wójt – to osoby, które są najbliżej mieszkańców i które powinny być od samego początku włączone w obieg informacji, a nie zmuszone do wydzwaniania po centrach zarządzania kryzysowego.
Bez aktualnej wiedzy nie da się uspokajać ludzi, przekazywać rzetelnych komunikatów ani realnie pomagać.
Wnioski na przyszłość – bez oskarżeń, z odpowiedzialnością
Podsumujmy jasno:
1. Zaangażowanie służb było ogromne i zasługuje na najwyższe uznanie.
2. Państwo jako system zawiodło na etapie przygotowania i prewencji.
3. Brak skutecznego odśnieżania prewencyjnego doprowadził do zatoru ciężarówek i paraliżu komunikacyjnego.
4. Komunikacja z obywatelami była niewystarczająca i chaotyczna.
5. Samorządy powinny być włączone w obieg informacji od pierwszych godzin kryzysu.
Nie chodzi o to, by kogoś ganić. Chodzi o to, by wyciągnąć wnioski. Bo następna sytuacja kryzysowa – czy to pogodowa, energetyczna, czy zupełnie inna – na pewno nadejdzie.
I od tego, co zrobimy teraz, zależy, czy następnym razem znów będziemy zdani wyłącznie na improwizację i ludzką solidarność – czy na sprawnie działający system.
Tego – jako radny i jako obywatel – oczekuję od rządzących.
Krzysztof Kamiński
Radny Powiatu Olsztyńskiego
W galerii zdjęcia Kamila Wójcika
https://www.debata.olsztyn.pl/wiadomoci/region/9797-opowiem-wam-jak-naprawde-wygladala-noc-z-30-na-31-12-na-s7-najnowsze-slajd-kafelek.html#sigProId363f8829cc


Skomentuj
Komentuj jako gość