Od ponad roku ośmioro radnych gminy Biała Piska jest ciąganych na przesłuchania w piskiej prokuraturze w związku z już trzecim z kolei zawiadomieniem. Pierwsze dwa dotyczyły „łapownictwa biernego” (umorzone prawomocnie) i „składania fałszywych zeznań” (umorzone nieprawomocnie). Obecne dotyczy podejrzenia wobec koncernów wiatrakowych „korupcji czynnej, czyli wręczenia lub obietnicy łapówki”.
Wszystko zaczęło się od pojawienia się w gminie przedstawicieli dwóch powiązanych zagranicznych koncernów wiatrakowych, zarejestrowanych w Polsce: spółki Greenfuture Energy (kapitał zakładowy 9,1 mln zł, prezes Björn Mummenthey), spółki Cristallum 45 (kapitał zakładowy 2,4 mln zł, właścicielem spółki jest GREENFUTURE UK WIND LIMITED, a członkiem zarządu ten sam Björn Mummenthey) i polskiej spółki Gemmi Development (kapitał zakładowy 5 tys. zł). Wydzierżawili od rolników grunty na których chcą postawić 34 turbiny o mocy 244,8 MW) i wysokości 270 metrów.
Przeciwko inwestycji zaprotestowało Stowarzyszenie Mazurska Droga. Na ich stronie czytamy: „Kto naprawdę buduje wiatraki w gminie Biała Piska? Kto o tym decyduje? Kto pyta mieszkańców? Radni Gminy Biała Piska odbyli wyjazd do Holandii. Nie znajdziecie jednak ani słowa o tej podróży na stronie urzędu. Nie było żadnej zapowiedzi, relacji, zdjęć, filmów ani informacji po powrocie. Cisza. Wyjazd został zorganizowany na zaproszenie firm związanych z planowaną budową gigantycznej elektrowni wiatrowej na terenie naszej gminy. Radni podobno odwiedzili miejscowość Deil w Holandii, gdzie obejrzeli elektrownię należącą do firmy Eurus Energy BV tej samej, która ma być inwestorem u nas. Celem wyjazdu miało być zapoznanie się z podobną inwestycją oraz rozmowy z lokalnymi mieszkańcami. Problem w tym, że ta "podobna" elektrownia składa się z zaledwie 5 turbin o mocy 4,2 MW i wysokości ok. 140 metrów. W naszej gminie planowana jest budowa 34 turbin, każda o mocy 7,2 MW (razem 244,8 MW) i wysokości 270 metrów. Skala zupełnie inna. Wpływ na ludzi, środowisko i krajobraz również.
To tereny bardzo słabo zaludnione, zamieszkiwane głównie przez dużych rolników. Brakuje tam zabudowy zagrodowej czy mieszkaniowej. Zupełnie inna sytuacja niż w naszej gminie, gdzie wiele domów znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie planowanych turbin.

Czy to normalne, że firma zainteresowana wielomilionową inwestycją sponsoruje wyjazd radnych, pokrywając koszty noclegów, przejazdów, kolacji i śniadań? Czy w takich warunkach można mówić o niezależności i bezstronności samorządowców?
Czy ktokolwiek zapytał mieszkańców gminy Biała Piska, czy chcą przez najbliższe 30 lat mieszkać obok 34 turbin po 270 metrów wysokości każda? Czy przeprowadzono rzetelne konsultacje społeczne? Dlaczego decyzje o tak ogromnych inwestycjach zapadają poza gminą w czasie sponsorowanych zagranicznych podróży?”
Na 15. radnych na wyjazd do Holandii zgłosiło się ośmioro: Monika Dauksz, Katarzyna Cybula, Michał Smaka, Marek Konopka, Wojciech Mroczkowski, Anna Albińska, Mariusz Dąbrowski i wiceprzewodnicząca rady Monika Ryży i to na nich wpłynęło zawiadomienie do prokuratury w Piszu.
- Od roku jesteśmy ciągani na przesłuchania z powodu zawiadomień 10-osobowej grupy z Mazurskiej Drogi – skarży się wiceprzewodnicząca Monika Ryży. - Ostatnio 2 dni temu przesłuchano mnie odnośnie tego, czy znam jakąś tam panią z Greenfuture, czy ona się ze mną kontaktowała? To jest szukanie przez tych przeciwników inwestycji czegoś na siłę.
Tłumaczy, że w związku z protestami mieszkańców wobec tej inwestycji radni chcieli wyrobić sobie własne zdanie i dlatego zgłosili się na wyjazd. W Holandii byli raptem jedną dobę.
- My dopiero podjęliśmy uchwałę intencyjną, więc jeszcze nic nie jest przesądzone, ile ich będzie i gdzie staną – tłumaczy wiceprzewodnicząca Ryży. - Nie zgodzimy się na wiatrak, który będzie kontrowersyjny dla środowiska. Przecież ja tu też mieszkam i nie chciałabym mieć pod domem takiego wiatraka. Ale pierwsze wiatraki będą gdzieś w odległości około trzech kilometrów, tak? Myślę, że to nie jest uciążliwe. Trzeba myśleć też o środkach dla gminy, która nie ma żadnych turystycznych walorów, nie mamy firm poza Centrum Dystrybucyjnym Dino, nie mamy własnych dochodów jako gmina, a chcemy, żeby nam się żyło troszeczkę lepiej, chcemy dobrobytu, chcemy drogi, chcemy zagospodarowania przestrzeni, a niestety, tych środków jako mała gmina nie mamy, tak? Mamy za to korzystne tereny dla tego typu przedsięwzięć.
Burmistrz Białej Piskiej Franciszek Romankiewicz przyznaje, że były oficjalne protesty wobec planowanej inwestycji podpisane przez mieszkańców, ale były też podpisy popierające inwestycję.
- Została podjęta uchwała intencyjna, która daje zielone światło, ale to nie jest decyzja o budowie tych turbin, tym bardziej nie ma decyzji o lokalizacji konkretnych turbin – dodał Burmistrz. - W tej chwili procedujemy miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego dla tej inwestycji, który obejmuje obszar kilkunastu wsi. Odbędą się konsultacje społeczne. Plan dopiero określi gdzie można je postawić, w jakiej odległości, jakiej wysokości. Inwestor będzie musiał opracować raport oddziaływania na środowisko.
Do Greenfuture Energy i Gemmi Development wysłałem maila, z prośbą o odniesienia się do zarzutu skorumpowania radnych Białej Piskiej (spółka Cristallum 45 nie ma swojej strony w internecie, a gmina odpowiedziała mi, że nie może podać ich adresu mail). Spółki nie odpowiedziały.
Śledztwo zostało umorzone, poinformowała Prokuratora Rejonowa w Piszu 30 września, ponieważ "brak jest danych dostatecznie uzasadniających podejrzenia popełnienia czynu".
Protest grupy mieszkańców gminy Biała Piska nie jest obecnie jedyny na Warmii i Mazurach. W tej chwili protesty trwają w kilkunastu gminach
W gminie Wielbark ma powstać "dolina wodorowa"
W gminie Wielbark spółka Artimex rodziny Arentów z Mławy, wybudowała największą farmę fotowoltaiczną w Polsce ok. 70 MW, z czego ok. 54 MW w ramach dotacji na OZE. Ale pierwsze, duże pieniądze zarobili sprzedając składowisko i zakład przetwarzania odpadów pod Mławą Novago spółce China Everbright za 547 mln złotych. Teraz Arentowie chcą wybudować w gminie Wielbark gigantyczną serwerownię do przechowywania informacji w chmurze „data center” oraz instalację do produkcji „zielonego wodoru”.
Na budowę inwestycji w „zielony wodór” udzielane są dotacje w formie bezzwrotnej.
Prof. dr hab. inż Konrad Świrski, wykładowca Politechniki Warszawskiej i prezes firmy Transition Technologies działającej w branży IT, w publikacji „Wodór – nowe cudowne rozwiązanie wszystkich problemów energetycznych?”, komentuje: „Wodór staje się rozwiązaniem na wszystko – kolejna wielka nadzieja rewolucji energetycznej i wspaniałym panaceum na pytania niedowiarków. Jednak fizyczne cechy wodoru, takie jak: penetracja ścian zbiorników i rurociągów, powodowanie kruchości metali oraz wybuchowe spalanie z efektem flash-back (powodujący, że wodór spala się również „do tyłu” powodując uszkodzenia instalacji zasilającej), powodują że i ta ostatnia nadzieja jest płonna.
Dobrze opisuje te cechy wodoru publikacja prof. T. Chmielniaka „Energetyka wodorowa” wydana przez PWN.
"Jednak nierozwiązane problemy z produkcją, przesyłem i użytkowaniem wodoru nie przeszkadzają w tworzeniu programów czy nierealnych polityk wodorowych. Kolejne subsydia płyną na „doliny wodorowe” czy wodorowe klastry – pisze prof. Władysław Mielczarski z Politechniki Łódzkiej. - Kolejka po dotacje z państwowych subsydiów jest coraz dłuższa, bo przecież nie jest ważne jakie będą rezultaty, najważniejsza są łatwe do zarobienia państwowe pieniądze. W dobie Transformacji Energetycznej konkurencja nie polega na opracowaniu i wdrożeniu nowego produktu czy technologii, ale na obiecywaniu „zielonego nieba” dla otrzymania dotacji. Rewolucje zdarzają się, ale czy są w stanie zmienić prawa fizyki? - pyta prof. Mielczarski.
Koncern stalowy w Niemczech oddał rządowi dotację 1,3 mld euro na wytwarzanie "zielonego" wodoru
ArcelorMittal rezygnuje z planów produkcji ekologicznej stali w Niemczech mimo gigantycznej dotacji rządowej na ten cel. Jako główny powód podaje wysokie koszty wytwarzania odnawialnego wodoru.
Tym samym odrzucił dotację w wysokości 1,3 mld euro przyznaną przez rząd Niemiec.
Rządowe wsparcie zostało udzielone na dostosowanie istniejących fabryk stali w Bremie na północy Niemiec i Eisenhuettenstadt na wschodzie do korzystania z pieców zasilanych odnawialnym wodorem. Wodór miał być wytwarzany w procesie elektrolizy zasilanej energią elektryczną ze źródeł odnawialnych.
ArcelorMittal stwierdził jednak, że nie będzie kontynuował prac, ponieważ koszty energii elektrycznej oraz zielonego wodoru w Niemczech są zbyt wysokie, a przyszły koszyk energetyczny zbyt niepewny.
– Ceny energii elektrycznej w Niemczech są wysokie zarówno w porównaniu z międzynarodowymi standardami, jak i w porównaniu z sąsiednimi krajami – stwierdził producent, cytowany przez Reuters. – Pierwsze piece elektryczne są budowane w krajach, które mogą zaoferować konkurencyjne i przewidywalne dostawy energii elektrycznej.
Gdy rząd niemiecki po cichu wycofuje się z "Zielonej Rewolucji" (Energiewende), tnie subwencje i dotacje na OZE, by ratować swoją gospodarkę, rząd polski wyda dziesiątki miliardów na "zielony" wodór. Instalacja wodorowa wymaga ogromnej ilości energii. Jej źródłem ma być elektrownia wiatrowa. O tych planach mieszkańcy gminy Wielbark dowiedzieli się przypadkowo, gdy po domach zaczęli chodzą jacyś ludzie i namawiali rolników do podpisywania umów na dzierżawę ziemi, żeby postawić na niej wiatraki – relacjonuje sołtys Łatanej Wielkiej Aneta Krzyszkowska, która zaczęła zbierać podpisy pod protestem, gdyż okazało się, że bez konsultacji z mieszkańcami wydano już decyzję środowiskową oraz pozwolenie na budowę 2 turbin o mocy 6 MW, ale Arentowie potrzebują 100 MW, czyli ok. 14 turbin, każda o mocy 7 MW.
Co prawda wójt gminy do 2024 roku Grzegorz Zapadka, lobbował za budową w gminie „fabryki wodoru”, ale nie mówił, że będzie się to wiązało z budową gigantycznej elektrowni wiatrowej. Obecnie jest pracownikiem spółki Arentów.
Prezes Artimexu Piotr Arent spotkał się w marcu br. z radnymi i mieszkańcami gminy Wielbark, aby przekonać ich do swoich planów. Poinformował, że chcą na początek zbudować 10 z 26 turbin, każda o mocy 7 MW i wysokości co najmniej 270 m. - Zajmujemy się dewelopmentem, czyli rozwojem projektów. My je wykonujemy, a potem szukamy dla nich nabywców, którymi są duże koncerny energetyczne, takie jak Orlen czy Energa – tłumaczył. Kusił perspektywą 150 mln zł wpływów do budżetu gminy w ciągu 30 lat. Burmistrz Jerzy Szczepanek jest „za”.
Poniżej screeny z artykułu w "Kurku Mazurskim", drugi od prawej Piotr Arent.

- Są to pieniądze, które pozwolą nam wybudować w gminie basen przy szkole, świetlice wiejskie w miejscowościach, w których jeszcze ich nie ma, stworzyć strefy relaksu z siłowniami plenerowymi w każdej miejscowości, nadal inwestować w drogi i wybudować modułowe oczyszczalnie ścieków w każdej miejscowości o zwartej zabudowie, odrestaurować wszystkie zabytkowe budynki włącznie z kościołami w Wielbarku i Lesinach Wielkich. Do tego nasza gmina mogłaby zyskać centrum kultury z prawdziwego zdarzenia – wymienia burmistrz korzyści z inwestycji Arentów. - Musimy zdać sobie sprawę z tego, że naszej gminy nie zamienimy w turystyczny kurort.
Burmistrz zorganizował dla radnych i sołtysów wyjazd studyjny na farmę wiatrową w Pelplinie, na którą składa się 24 turbiny o łącznej mocy 48 MW. Z tym, że ta elektrownia stoi w pustym polu, pomiędzy drogami krajowymi.
Radni na spotkaniu milczeli, ale mieszkańcy powiedzieli stanowczo „nie”! - My nie wchodzimy z butami w państwa interesy, ale chcemy, żebyście państwo też uszanowali nas i nie zmieniali naszej rzeczywistości - apelowała do inwestora sołtys Krzyszkowska. - Chcemy żyć tak, jak dotychczas. Zwróciła się też do radnych, którzy będą decydować w sprawie planu ogólnego gminy. - To, że dostaliście od nas mandat zaufania nie znaczy, że macie kompetencje zmieniania nam życia - podkreśliła.
Trwa też protest mieszkańców 9 wsi w gminie Górowo Iławeckie. Na ich terenie ma powstać elektrownia wiatrowa na pow. ok. 500 ha, złożona z 40 turbin o mocy 80 MW i wysokości 120 m. Mieszkańcy tych wsi powołują się na to, że inwestycja ma powstać w obszarze NATURA 2000 oraz w strefie Obszaru Chronionego Krajobrazu „Dolina Elmy”. Obecnie w starostwie w Bartoszycach rozpatrywany jest wniosek inwestora o wydanie pozwolenia na budowę.
W gminie Bartoszyce powstanie też farma wiatrowa o mocy 74,7 MW - informuje koncern Eurowind Energy, w którym 50% udziałów ma duński kapitał. Inwestycja obejmie 12 turbin wiatrowych. Zlokalizowana będzie na terenach obrębów Sokolica, Sprugle, Sporwiny oraz Łabędnik Duży. Zgodnie z harmonogramem farma rozpocznie pracę w 2032 roku i będzie funkcjonować przez co najmniej 25 lat. Inwestor obiecuje roczne wpływy do budżetu gminy Bartoszyce w wysokości 2 mln zł oraz zapewnia, że odległość turbin nie będzie mniejsza niż 700 m. Pytania i oczekiwania mieszkańców będą omawiane podczas cyklu spotkań informacyjnych; pierwsze z nich odbędzie się 25 września o godz. 17.00 w Świetlicy Wiejskiej w Maszewach.
O dziwo, do niedawna wiceminister rolnictwa Michał Kołodziejczak, rolnik ze wsi pod Sieradzem, prezes AgroUnii, ujawnił, że protestował u premiera Tuska przeciwko ustawie wiatrakowej.
„Ustawa jest zła – powiedział. - Ja sam mam od domu wiatrak 600 m i tych wiatraków jest około 30 wokół mojego domu i ja nie chcę mieszkać, i ludzie w Polsce nie chcą mieszkać między fabrykami prądu” - zaznaczył poseł KO i lider AgroUnii.
Mieszkańcy Lekit bronią Warmii i Mazur
Cofnijmy się do roku 2014. Wówczas inwestorzy złożyli ponad 1200 wniosków na budowę elektrowni wiatrowych na WiM. Wówczas jeszcze nie było ustawy regulującej ich budowę i panowała „wolna amerykanka”.
Najbardziej głośny był protest mieszkańców malowniczej, warmińskiej wsi Lekity w gminie Jeziorany. Walkę zorganizował Wojciech Sobierański z Torunia, który marzył o życiu na wsi, jako rolnik z wykształcenia. By je ziścić, porzucił bardzo zyskowną pracę w koncernie i w 2006 roku kupił w Lekitach 150-letnie siedlisko w ruinie. Podczas remontu narodził się nowy pomysł na życie – odzyskują prawie wszystkie materiały z rozbiórek rozpadających się chat warmińskich i przetwarzają. Ta powstała słynna dzisiaj Polska Manufaktura „Regalia", w która w 2014 roku zatrudniała 15 mieszkańców gminy, w której szalało bezrobocie, jak i w całym regionie. Oprócz tego uprawia ekologicznie ziemię i produkuje wyśmienite sery.
Gdy przypadkowo dowiedział się, że w sąsiedztwie ma powstać elektrownia wiatrowa, nie chciał uwierzyć. Wydawało się to zbyt absurdalne, gdyż samorząd województwa wydał ogromną kasę na kampanię w Polsce i Europie „Mazury Cud Natury", a teraz wydaje zgody na stawianie farm wiatrowych!? - To jakaś schizofrenia władzy! - złapał się za głowę Sobierański. - Przecież turyści z Niemiec tylko dlatego przyjeżdżają na Warmię, że u nas nie ma elektrowni wiatrowych, bo u nich już wszędzie stoją. Pojechali do burmistrza Jezioran, ale ten odmówił im informacji publicznej na temat planowanej inwestycji.
- Wówczas narodziłem się jako obywatel – mówi Sobierański. - Do tego momentu sprawy społeczne mnie nie interesowały. Byłem typowym „lemingiem", głosującym na PO. By zmusić władze gminy do udostępnienia informacji powołali Stowarzyszenie „Siedliska Warmińskie" z grupą mieszkańców gminy Jeziorany. - Nie miałem odwrotu. Związałem się z Warmią na zawsze, to jest moje miejsce na ziemi i muszę o nie walczyć – mówił z mocą.
Odkryli, że burmistrz złamał prawo uznając budowę turbin za inwestycję celu publicznego a taką inwestycją są tylko linie przesyłowe, i na tej podstawie inwestor wystąpił do starostwa o pozwolenie na budowę.
Po ich stronie stanął dyrektor Wydziału Infrastruktury i Budownictwa w starostwie olsztyńskim, który złożył do Samorządowego Kolegium Odwoławczego wniosek o unieważnienie decyzji burmistrza, ze względu na rażące naruszenie prawa przy jej wydawaniu. SKO odmówiło, a dyrektor stracił stanowisko. Za lobby wiatrakowym stało współrządzące wówczas PSL. Lobby miało swoich ludzi w kluczowych miejscach systemu, np. prof. Krystyna Pawlas pełniła funkcję Krajowego Konsultanta ds. Zdrowia Środowiskowego i jednocześnie zasiadała w Radzie Nadzorczej spółki wiatrakowej Wind Force Technologies.
Stowarzyszenie nie poddało się i sprawa ostatecznie trafiła do NSA, ale inwestor Marek Brejta, mając poparcie władz, postanowił działać metodą faktów dokonanych i postawić zezłomowaną w Niemczech turbinę, przed rozprawą w NSA. Członkowie stowarzyszenia dzień i noc pełnili dyżury po „Świętą Górą” w Lekitach, gdzie miała stanąć turbina. Blokowali polną drogę, prowadzącą na teren inwestycji, gdy w nocy 7 września 2014 roku spacyfikował ich policyjny oddział prewencji, nie bacząc, że wśród protestujących był poseł PiS Jerzy Szmit.
O pacyfikacji stało się głośno w mediach, do Lekit przyjechały ekipy TVN24 i TVP, i transmitowały na żywo program z Lekit (ciekawostka, program TVP prowadził red. Maciej Wróbel, obecnie poseł PO i wiceminister kultury).
Maciej Wróbel relacjonuje "na żywo" w TVO Info walkę z wiatrakiem w Lekitach
- Lekity to bardzo ważny przyczółek – mówił wówczas widzom Sobierański. - Jeśli przegramy, to nie zatrzymamy już inwazji wiatraków na Warmię i Mazury.
Wsparła ich też poseł PO Lidia Staroń oraz prezes PiS Jarosław Kaczyński, który przyjechał do protestujących 15 października. - Można mieć różny pogląd na energetykę wiatrową i należy na ten temat dyskutować, ale z całą pewnością nie można niszczyć ludziom życia. Wiatraki muszą stać w odpowiedniej odległości od domów. Jeśli te reguły się łamie, to znaczy, że łamie się prawo. - powiedział prezes i dodał: - Prezes Jarosław Kaczyński: - Nie sądźcie, że jesteście wyjątkiem. Takie wiatraki stawiane są w całej Polsce. NIK zbadał, że ogromna ich część stoi na gruntach ludzi związanych z samorządem lokalnym (głównie rządzonym przez PSL – przypis A.Socha).
Na zdjęciu, od lewej Wojciech Sobierański w koszulce z napisem "Obywatel II kategorii", fot. A. Socha
- Liczba wiatraków w Polsce z roku na rok rośnie, a ich stawianiu towarzyszy korupcja - powiedział w programie TVN Uwaga rzecznik NIK Paweł Biedziuk.
Raport NIKu z 2014 roku stwierdzał:
"NIK negatywnie ocenia proces powstawania lądowych farm wiatrowych w Polsce. Władze gmin decydowały o lokalizacji farm wiatrowych ignorując społeczne sprzeciwy. Budową wielu elektrowni wiatrowych zainteresowane były pełniące funkcje lub zatrudnione w gminach osoby, na których ziemi farmy powstały. Zgody lokalnych władz na lokalizację elektrowni wiatrowych zostały w większości przypadków uzależnione od przekazania na rzecz gminy darowizn przez firmy budujące elektrownie lub sfinansowania przez nie dokumentacji planistycznej.
NIK uważa, że proces powstawania farm przebiegał często w warunkach zagrożenia konfliktem interesów, brakiem przejrzystości i korupcją. Niedookreślone dla tego rodzaju działalności gospodarczej prawodawstwo, a także niejednolita doktryna i orzecznictwo, nie gwarantowały w dostatecznym stopniu lokalizowania i budowy elektrowni wiatrowych w sposób bezpieczny dla środowiska i zarazem ograniczający uciążliwość farm dla osób zamieszkałych w ich sąsiedztwie".
Wówczas też wsparł protestujących na Warmii i Mazurach urbanista i wykładowca na UWM dr inż. Dariusz Łaguna pisząc o unikatowym na skalę całego kraju kształcie osadnictwa na Warmii. W jego opinii Warmia jest regionem, który w ogóle powinien być wyłączony spod lokalizacji turbin wiatrowych ze względu na rozproszony typ zabudowy, w którym poszczególne siedliska są od siebie oddalone na maksymalną odległość ok. 600 metrów. Pomijając już niezwykłe bogactwo przyrody tego regionu, wciskanie wiatraków w krajobraz kulturowy charakteryzujący się tak znacznym rozproszeniem zabudowy, jest absolutnym szaleństwem! - pisał.
Stowarzyszenie swoją walkę przegrało. Inwestor osłaniany przez policję, postawił turbinę, ale tylko jedną.
Mieszkańcy gminy Bisztynek wygrali
W tym samym czasie mieszkańcu gminy Bisztynek, wygrali pierwszą rundę w walce ze spółką Inval, który chciał postawić 11 turbin. Tę inwestycję z całych sił wspierał burmistrz Jan W., bowiem turbiny miały stanąć na jego działce a on rozpaczliwie szukał kasy, bo był zadłużony po uszy. Radni początkowo byli posłuszni wójtowi, jednak przeżyli szok gdy burmistrz, został prawomocnie skazany za pomoc swojemu synowi w wyłudzeniu 300 tys. zł dotacji z ARiMR, na 2 lata więzienia w zawieszeniu. Wówczas radni uwzględnili złożone przez protestujących wnioski o wyznaczeniu minimalnej 2-kilometrowej odległości turbin od siedzib ludzkich, pomimo że Inval kusił ich darowiznę w wysokości 80 tys. zł rocznie.
Mieszkańcy Lekit i innych gmin WiM uczestniczyli w 2014 roku w Ogólnopolskim Proteście Antywiatrakowym w formie cotygodniowych marszów ulicami Warszawy, z banerem długości śmigła wiatraku (wykonanego przez artystę Jacka Adamasa żyjącego na Warmii). Protestujący domagali się od premiera Tuska wprowadzenia specustawy, która odsunie wiatraki na 3 kilometry od siedzib ludzkich. Nie wpuszczono ich na posiedzenie Sejmu, na którym rozpatrywano poprawkę do ustawy o OZE, wniesioną przez PSL, ułatwiającą inwestorom budowę farm. Poprawkę przyjęto przy sprzeciwie opozycji (PiS), ale o dziwo, zawetował ją prezydent Bronisław Komorowski (chyba chcieli mu postawić turbiny pod chatą we wsi Ruska Buda na Suwalszczyźnie?)
Prezes Kaczyński dotrzymał słowa danego protestującym w Lekitach i w 2016 roku parlament przyjął ustawę, która wprowadziła zasadę 10H, czyli turbina musi mieć odległość od siedlisk ludzkich co najmniej 10 wysokości masztu, ale nie mniej niż 700 m. Na taką odległość bowiem negatywnie oddziaływały na mieszkańców ówczesne turbiny o mocy 1-2 MW. Obecnie buduje się turbiny o mocy nawet do 3-4 MW i do 250 -270 metrów wysokości. Obecna ustawa wiatrakowa zniosła zasadę 10H oraz zmniejszała odległość do 500 m, ale zawetował ją prezydent Karol Nawrocki.
Koncerny OZE "korumpują" władze gmin
Stowarzyszenia Gmin Przyjaznych Energii Odnawialnej (SGPEO) apelowało do prezydenta Nawrockiego o podpisanie ustawy wiatrakowej.
- Brak podpisu pod tą ustawą byłby przeciwko ludziom i przeciwko Polsce powiatowej. Inwestycje wiatrowe przyniosą gminom i mieszkańcom bardzo potrzebne pieniądze - mówił Dawid Litwin, wójt gminy Potęgowo i prezes Stowarzyszenia.
Podatki od farm dla gmin pojawiły się niedawno, w reakcji na masowe protesty mieszkańców, w których sąsiedztwie mają powstać turbiny. Wpływy z tego tytułu do kas gmin są na poziomie rocznie około 150-200 tys. zł od jednej turbiny wiatrowej, przez cały okres eksploatacji. Np. gmina Margonin, na terenie której znajduje się największa w Polsce farma 60 wiatraków, co roku z tego tytułu otrzymuje 6 mln zł.
Ponadto 10 % mocy zainstalowanej pozostaje dla mieszkańców gminy. Mieszkańcy, których domy znajdują się w odległości do 1000 m od elektrowni wiatrowej, mieliby otrzymać nawet do 20 tys. zł w skali roku.
Również rolnicy chętnie wydzierżawiają pola pod turbiny i panele, gdyż tanie zboże z Ukrainy, a teraz tania żywność, która zaleje UE z Ameryki Południowej na mocy traktatu Mercosur, czyni produkcję żywności w Polsce nieopłacalną. W 2023 roku zysk netto z 1 ha pszenicy był ujemny i sięgał nawet -1854 zł/ha. Natomiast od spółki wiatrowej rolnik może dostać rocznie od około 35 do 60 tys. zł za hektar. Pomijam rozważania, co się stanie, gdy rodzima produkcja rolna przestanie istnieć.
Samorządowcy nie wiedzą albo nie chcą wiedzieć, że na ten podatek od koncernów OZE zrzuca się całe społeczeństwo, bowiem cały biznes związany z OZE jest przez każdego z nas, w sposób jawny i ukryty, subsydiowany i dotowany. Jak powiedział prof. Gwiazdowski, apelując do prezydenta RP Karola Nawrockiego o zawetowanie ustawy wiatrakowej w "Kanale Zero", po to mrozi się ceny energii dla "Kowalskiego", żeby nie miał świadomości, jak koszmarnie drogi jest prąd z OZE. Ten koszt pokrywa robiąc codzienne zakupy, gdyż jest on ukryty w cenach nabywanych przez niego towarów.
- Jaki jest sens "mrożenia" cen energii dla Kowalskiego, skoro ponoć prąd z OZE jest najtańszy - pyta retorycznie prof. Gwiazdowski.
Ile rzeczywiście kosztuje prąd z OZE czytaj tutaj:
Czy premier Tusk budując wiatraki obniży ceny prądu?
Adam Socha
Zdjęcie turbiny wiatrowej otwierające tekst pochodzi z materiałów wysłanych mediom przez koncern Eurowind Energy
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.


Skomentuj
Komentuj jako gość