Nigdy nie przypuszczałem, że w sprawie Pomnika Wdzięczności Armii Radzieckiej, zwanego „szubienicami”, okażę się większym radykałem niż Wojtek Kozioł. Zwłaszcza po lekcji bezkompromisowości, jakiej nam udzielił, walcząc o usunięcie pomnika z centrum Olsztyna (o pomniku gen. Czerniachowskiego w Pieniężnie nie wspominając). Pewnie usłyszę jego charakterystyczne: „nie przeginaj”, ale mam poważny kłopot z akceptacją pomysłu przeniesienia „szubienic” do Olsztynka.
Nawiązuję oczywiście do wywiadu jakiego udzielił Wojtek na łamach Gazety Wyborczej, gdzie wręcz entuzjastycznie odniósł się do inicjatywy przeniesienia „szubienic” do Olsztynka, deklarując nawet swój udział w przywróceniu dziełu Xawerego Dunikowskiego sierpa i młota.
(Wywiad przeczytasz tutaj: „Szubienice” ponad podziałami)
Skąd moje wątpliwości? Nie z przyczyn formalno – prawnych oczywiście, bo te określa tzw. ustawa dekomunizacyjna. Cezurą dla mojej percepcji tego pomnika był dzień napaści Rosji na Ukrainę. Nie tylko dla mojej zresztą. Także prezydent Piotr Grzymowicz, późniejszy dzielny obrońca pamiątki po „wyzwolicielach”, z tego właśnie powodu chciał zrobić z nim porządek. Podobnie zaczęło wtedy myśleć wiele osób. Przypomnę, że właśnie w związku z atakiem Rosji na Ukrainę formuła polskiej racji stanu stała się argumentem do usunięcia Pomnika Wdzięczności Armii Radzieckiej z rejestru zabytków.
Rosjanie nigdy nie ukrywali, że Armia Czerwona, gloryfikowana dziełem Dunikowskiego, jest dla nich archetypem i ciągłością obecnej Armii Federacji Rosyjskiej. Problem w tym, że ta armia stała się teraz dla nas bezpośrednim zagrożeniem. To z powodu jej potęgi pomagamy Ukrainie i wydajemy kolosalne pieniądze na zbrojenia. To dlatego Rosja, jeszcze przed napaścią na Ukrainę, stawiała nam warunki ograniczające naszą suwerenność i zdolności obronne.
Mając to wszystko na uwadze, trzeba zadać sobie pytanie o priorytety. Choć Putinowi udało się Europę uśpić perspektywą demokratyzacji Rosji i wspólnych interesów, to dzisiaj już wiemy, że zagrożenie z jej strony pozostanie z nami na długo. Patrząc z tej perspektywy przenoszenie z pietyzmem i za ogromne środki pomnika wroga, pozostającego w nieutulonym żalu po ZSRR, gloryfikującego armię, dzięki której polscy komuniści mogli rządzić Polską, wygląda jak sen wariata. Patrzenie w tej sytuacji na „szubienice” przez pryzmat „świadka historii” przestało odpowiadać rzeczywistości, bo nie da się od niej „odkleić”.
A usprawiedliwienie istnienia pomnika z racji dzieła sztuki? Ktoś, kto nie widział, a tylko słucha i czyta na ten temat, mógłby sadzić, że mamy do czynienia z obiektem wpisanym na listę UNESCO. Z wielkością, którą należy za wszelką cenę chronić i przenosić w bezpieczne miejsce, nawet gdy zagrożą mu lecące na Polskę rosyjskie pociski. Publicystyczna przesada? Bynajmniej. Wielokrotnie, publicznie oraz prywatnie, zadawałem pytanie obrońcom Pomnika Wdzięczności Armii Radzieckiej o granice obrony tego typu dzieł z powodów artystycznych. Posługiwałem się przykładem hipotetycznego, ocalałego pomnika Wehrmachtu, dzieła równie wielkiego co Dunikowski artysty. Nigdy nie uzyskałem pozytywnej odpowiedzi, bo każdy z nich szybko wietrzy osobiste zagrożenie poparciem hitlerowskich Niemiec. Tutaj sztuka i świadectwo pamięci nagle mają znaczenie wtórne, choć Niemcy są dzisiaj naszym sojusznikiem.
Skąd więc ta dysproporcja?
Spór, którego symbolem jest sam Dunikowski, to dla jednych przede wszystkim wielki artysta, dla innych zaś kolaborant, wysługujący się komunistom za duże pieniądze w czasach mrocznego stalinizmu. Przyznaję, że ta druga ocena jest mi bliższa. Twórczego zaangażowania Wisławy Szymborskiej w stalinizm czy Martina Heideggera po stronie Hitlera nikt dzisiaj ze względu na jakość formy ich dzieł nie rozgrzesza. Prawo każdego do błędu nie wyklucza jego oceny. Podobne przykłady można mnożyć.
Kłopot z odpowiedzią na pytanie o pomnik Wehrmachtu rodzi wątpliwość, o co tak naprawdę tyle czasu się spieramy? Czy naprawdę chodzi tylko o sztukę, czy też również o stosunek do komunistycznej przeszłości? Nikomu nie imputuję miłości do komunizmu, ale tak się składa, że mamy akceptować artystycznie oprawionego „świadka historii” tego ustroju, z zasady wykluczając świadka drugiego systemu totalitarnego. Dlaczego?
Pytam nie bez powodu, bo przecież entuzjastów (o obrońcach nie wspominając) wyburzenia pomnika gen. Czerniachowskiego w Pieniężnie, gloryfikującego zbrodniarza betonowego potworka, wśród dzisiejszych obrońców „szubienic” zbyt wielu nie było. A może – parafrazując J. Korwina – Mikke – gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o… wyzwolenie? Argument, który wprost ma odwagę podnosić jedynie prof. Robert Traba, ale jest uporczywie przemycany (także w oficjalnych dokumentach) pod postacią wymyślonej nazwy Pomnik Wyzwolenia Ziemi Warmińsko-Mazurskiej.
Skoro upływ czasu i kurz historii przykrył świeżość klimatu naszego „wyzwolenia”, to skąd mamy tylu ślepych na planowane przez Putina „wyzwolenie” Ukrainy? Wtedy w miejsce dopiero co zburzonych, posowieckich pomników, powstaną na Ukrainie nowe, niektóre artystycznie nienaganne. I zapewne znajdą swoich licznych obrońców.
Mówiąc krótko: wolę pomnik wczorajszych „wyzwolicieli”, dzisiaj „niosących pokój Ukrainie”, w formie „dekonstrukcji” na części zaproponowanej przez prezydenta Szewczyka, niż w postaci na nowo, z kawałków skonstruowanej całości. Zwłaszcza na cmentarzu, gdzie pomnik ku czci zamordowanych żołnierzy wielu narodowości już istnieje, a teraz miałby tam stanąć drugi, z cmentarzem jako przechowalnią. Choć i tutaj widzę możliwość kompromisu pomiędzy prezydentem Szewczykiem, a burmistrzem Waraksą. Można do Olsztynka przenieść jeden z pylonów pomnika, najlepiej ten z żołnierzem, bo pasowałby do klimatu cmentarza. Flaga bez sierpa i młota i pylon bez reszty pomnika nie powinny stanowić kolizji z ustawą dekomunizacyjną. Taniej i łatwiej z powodów formalno-prawnych, choć „dzieło” niewątpliwie ucierpi. Dla „dekonstrukcyjnych” planów prezydenta Szewczyka wystarczyłby drugi pylon, a pewnie trochę pozostałoby dla Olsztynka.
To mój prywatny, nie konsultowany ze środowiskiem „Debaty” pogląd, ukształtowany po tym, jak następca Związku Radzieckiego powrócił do „wyzwalania bratnich narodów z rąk faszystowskich rządów”. Niczym się w tych kwestiach z Wojtkiem Koziołem nie różnimy. Wojtek jest po prostu lepszym ode mnie człowiekiem. Pryncypialnym, ale bardziej otwartym na kompromis niż wielu sądzi.
Z planami burmistrza Olsztynka i Towarzystwa Przyjaciół Olsztynka zagospodarowania terenu dawnego mauzoleum Hindenburga, z udziałem Pomnika Wdzięczności Armii Radzieckiej, nie zamierzam walczyć, ani w ich realizacji przeszkadzać. Życzę powodzenia, choć wolałbym, aby kamień użyty do budowy „szubienic” wrócił tam po ich uprzedniej „dekonstrukcji”.
Bogdan Bachmura
Na zdjęciu: fotomontaż, na tle cmentarza ofiar Stalagu IB, pylon z Pomnika Wdzięczności Armii Radzieckiej w Olsztynie, z krasnoarmiejcem


Skomentuj
Komentuj jako gość