Rafał uniknął śmierci w Szpitalu Południowym w Warszawie, w lipcu 2023 roku, dzięki determinacji żony Barbary i pomocy jej kolegi, lekarza z innego szpitala warszawskiego. Basię i Rafała znam dziesiątki lat, toteż od razu, z telefonu od Basi, dowiedziałem się, że Rafał walczy o życie w Szpitalu Południowym. Jak patologie z tego szpitala zaczęto opisywać na Zero.pl, zadzwoniłem do nich i poprosiłem o szczegółowe opowiedzenie, co tam przeszli. Zgodzili się pod warunkiem, że pozostaną anonimowi, bowiem pracują w instytucji podległej prezydentowi Warszawy (ich imiona też zmieniłem).
- Jak to się stało, że Rafał trafił do Szpitala Południowego?
Barbara: To był początek lipca 2023 roku. Rafał po powrocie z wędkowania w Szwecji poczuł się źle, miał wysoka gorączkę, kasłał, więc poszedł do swojej przychodni. Pani doktor go osłuchała i dała mu antybiotyk.
Rafał: Chwila, chwila, przede wszystkim zrobiła mi badania pod kątem COVID-u… .
„Módl się, bo to sepsa”
Barbara: I powiedziała, że daje antybiotyk o szerokim spektrum. Ale ma przyjść za dwa dni, bo chce zobaczyć wyniki badania krwi i moczu. Dostał też lek na zbicie gorączki, ale co zbił, to wysoka gorączka wracała. Wziął ten antybiotyk, ale po dwóch dniach nie był już w stanie sam do niej pojechać, bo się słaniał na nogach, więc ja go zawiozłam do przychodni. Pani doktor go osłuchała i powiedziała, że ma natychmiast jechać do szpitala.
Pojechaliśmy do szpitala na ul. Stępińskiej. Ze względu na awarię nie przyjmowano pacjentów i zasugerowano nam Szpital Południowy, gdzie pojechaliśmy. Rafał trafił tam na SOR. Tam dość sprawnie został zaopiekowany. Położyli go za parawanem, dostał kroplówkę i powiedziano, że musi czekać na miejsce na oddziale. Tymczasem będzie miał wdrożone leczenie według wskazówek lekarza pierwszego kontaktu, które były na skierowaniu.
W tym dniu były urodziny mojego kolegi ze szkolnej ławy, lekarza. Zadzwoniłam z życzeniami. Zapytał co słychać, więc mówię, że Rafał leży w szpitalu. „Przeczytaj wyniki”. Przeczytałam, a kolega na to”Basiu, jak wierzysz w Boga, to się módl, on jest w sepsie. Informuj mnie na bieżąco o jego stanie. Jutro zorientuję się jak mogę pomóc.
Pojechałam do Rafała. Już został przeniesiony z SOR-u na oddział wewnętrzny. Rafał jakby lepiej się poczuł, trochę spadła mu gorączka, ale nie był w stanie się komunikować, więc ja odpowiadałam na pytania pani doktor. Zrobili mu posiew krwi oraz badanie poziomu białka CRP (wskaźnik stanu zapalnego). U zdrowego człowieka wynosi do 10 mg/l, przy sepsie przekracza 100 mg/l, u Rafała był poziom 398, a więc był to skrajny przypadek.
„Pijany lekarz po nocnym dyżurze”
Rafał: Dostałem strasznej biegunki, takiej smolistej, okropnie śmierdzącej z atakami bólu żołądka, jak przy skręcie kiszek. Chciałem się umyć. W łazience siadłem na takim nowoczesnym krzesełku, przytwierdzonym do ściany, ważę 80 kg, ale zarwało się pode mną, pokaleczyłem sobie plecy i pośladek do krwi, do dzisiaj mam bliznę na pośladku. Sąsiad z pokoju pomógł mi się podnieść. Doczłapałem się do pielęgniarek. „To zapłaci pan za krzesełko”. „Chyba pani żartuje” – odpowiedziałem.
Z tych pierwszych dni w tym szpitalu pamiętam, po pierwszej lub drugiej nocy, sprzątaczka weszła do gabinetu lekarzy, który był naprzeciwko mojego pokoju i zawołała koleżankę. „Zobacz, lekarz jest pijany, śpi”. Usłyszałem brzęk zbieranych butelek. Potem usłyszałem rozmowę ordynatora z tym lekarzem. „Nie będę teraz z panem rozmawiał, niech pan jedzie do domu, jutro porozmawiamy”. Wezwał mu Taxi. Jeszcze pamiętam, jak przynieśli pierwszy posiłek, była przy tym Basia. Jedzenie dostarczała firma spoza szpitala. Otworzyłem pojemnik z herbatą. Smród taki jak ze środków dezynfekujących, używanych do mycia łazienek, obrzydliwy. Jedzenie tak samo śmierdziało. Zbierało od tego na wymioty. Nie tknąłem tego „jedzenia”. Basia potwierdziła moje odczucia. Tak było z każdym posiłkiem. Jadłem więc tylko owoce i piłem jogurty, które przywoziła mi Basia. No a po trzech dniach straciłem świadomość. Miałem majaki z powodu niedotlenienia. Co dalej się ze mną działo, niech opowie Basia.
„Pani doktor, zbadajcie go na legionelle”
Basia: To był chyba drugi dzień pobytu Rafała w Szpitalu Południowym. Ja dużo czytałam w internecie i rozmawiałam ze znajomymi, co może być Rafałowi. Znajoma powiedziała mi, że jej szwagier miał identyczne objawy i to była Legioneloza (groźne zapalenie płuc wywołane bakterią występująca w wodzie i wilgotnej glebie, która namnaża się np. w klimatyzacji, prysznicach, jacuzzi). Wtedy skojarzyłam, jak Rafał opowiadał, po powrocie z ryb w Szwecji, że na kwaterze był problem z klimatyzatorem. Mógł też złapać te bakterie na klimatyzowanym promie.
Opowiedziałam to wszystko pani doktor, która prowadziła Rafała i poprosiłam: „Zbadajcie go pod kątem legionelli. Być może mąż złapał tę bakterię z klimy w Szwecji albo na promie, bo ma ewidentne objawy Legionelozy. Rok temu kuzyn męża, w innym mieście miał te same objawy i też stwierdzono Legionelozę”. Na co pani doktor mi mówi: „Nie, proszę pani, my robiliśmy posiew krwi i moczu, nic nie wyszło. Poza tym mąż dostaje takie antybiotyki, że to by już zadziałało”. Ja na to, „zróbcie jeszcze raz posiew i poczekajcie, bo trudno, żeby coś wyrosło po jednym dniu”, a to był drugi dzień pobytu w szpitalu. Żeby zrobić jeszcze raz posiew podpowiedział mi kolega lekarz z innego szpitala. Ja się z nim codziennie kontaktowałam i na bieżąco przekazywałam, co się dzieje z Rafałem. Zrobili gastroskopię, wyszło zapalenie śluzówek. Prześwietlili klatkę piersiową. Płuca miał zajęte prawie w 80%, skonsolidowane zaciemnienie lewego płuca. Miał niedotlenienie. Po raz kolejny pobrali próbki na Covid, ale ponownie wynik był negatywny. Mimo to podawali leki pod kątem Covidu i pyralginę w kroplówce.
„Wpisywali 37 stopni, a miał prawie 40”
Spojrzałam na kartę pacjenta i ze zdumieniem odkryłam, że ciągle wpisywali normalną temperaturę, a od Rafała aż buchała gorączka. Przyniosłam z domu tradycyjny termometr, rtęciowy. Zmierzyłam, było prawie 40 stopni. Z tą kartą szpitalną poszłam do tej pielęgniarki i mówię: „Proszę pani, dlaczego wy tu wpisujecie takie głupoty, ja przychodzę codziennie i widzę, że mąż ma wysoką gorączkę, a wy wpisujecie, że jest 37 stopni?!” Pielęgniarka na to, że nie wolno używać termometru rtęciowego. „Mało mnie to obchodzi, że nie wolno – ja na to. - Przynajmniej są miarodajne, a wy fałszujecie dokumentację medyczną”. Rafał miał ciągle problem z oddychaniem, brakowało mu tchu, fatalny poziom saturacji. Podłączyli go do tlenu i napisali, „utrzymujące się duszności spoczynkowe”, skonsultowali się z epidemiologiem szpitalnym i po raz kolejny zmieniono mu antybiotyk. Oprócz tego nastąpił jakiś zastój w krążeniu, więc włączyli mu furosemid (silny lek moczopędny) i założyli cewnik, bo nie był już w stanie chodzić do ubikacji. Tymczasem ja przeczytałam, że przy Legionelozie powinno się nawadniać organizm, a nie odwadniać.
Codziennie z tą lekarką rozmawiam. Lekarka mówiła mi, że z płucami jest coraz gorzej. „Zróbcie mu bronchoskopię, żeby zbadać, co on ma w płucach” – poprosiłam. Na to pani doktor, że „my nie mamy takich możliwości”. „No to go przewieźcie do innego szpitala, gdzie mają oddział płucny” – prosiłam. „Nie mamy takich możliwości nie ma takich procedur, nie mamy współpracy z innymi szpitalami” – odpowiedziała lekarka.
„Trzeba go zabrać, on tam umrze”
Zadzwoniłem ponownie do kolegi lekarza. Zrelacjonowałam co się dzieje. „Basia, jego stamtąd trzeba zabrać, bo on tam umrze”. Powiedział, że zrobi co w jego mocy, żeby znaleźć Rafałowi miejsce w innym szpitalu. Po wielu telefonach znalazł lekarza w innym szpitalu na oddziale pulmonologicznym, który powiedział, że przyjmie Rafała, ale żeby ta lekarka ze Szpitala Południowego do niego zadzwoniła i on jej powie, że należy Rafała przewieźć transportem medycznym, bo on musiał być stale pod tlenem, bo się dusił. Byłam pod szpitalem już przed godziną 8 rano i czekałam na lekarkę Rafała, która jechała do domu z nocnego dyżuru. Jak mnie zobaczyła, to się przestraszyła. Mówię jej, że zabieram Rafała do innego szpitala i czy pani nie będzie mi robiła trudności? Podałam numer telefonu i nazwisko tego lekarza pulmonologa, żeby ustalili z nim zasady przewiezienia męża w trybie pilnym. Bardzo chętnie pozbyli się Rafała, po tygodniu „leczenia” i 13 lipca przewieźli go karetką.
„W drugim szpitalu uparli się, żeby mnie uratować”
Rafał: W tym drugim szpitalu (nie chcę podawać nazwy, żeby nie mieli przykrości, w każdym razie to nie był szpital dla VIP-ów), na chwilę odzyskałem świadomość i dostałem silnego stanu pobudzenia, byłem agresywny, kłótliwy, wyrywałem sobie wenflon. To był wynik niedotlenienia mózgu. Twierdziłem, że ta pani (Basia), to nie jest moja żona, jest podobna do mojej żony, ale ona jest podstawiona, bo żona ze swoją koleżanką uknuły spisek, żeby mnie ubezwłasnowolnić i zamknąć w jakimś zakładzie dla obłąkanych. Pytałem lekarzy, czy oni mają uprawnienia do leczenia? Żądałem okazania dyplomów. Ale oni się uparli, żeby mnie uratować. Mówię to po to, żeby pokazać, że jednak lekarze ze Szpitala Południowego, to jest jakiś patologiczny wyjątek a nie reguła.
Basia: Zrobili Rafałowi rtg i tomografię płuc, pobrali krew tętniczą i rozpoznali ciężkie zapalenie płuc z powikłaniami, niewydolność wielonarządową, oddychania, nerek, bo sepsa atakowała kolejne organy i że wymaga wspomagania sztucznym płucem, bez tego Rafał umrze. Ale, żeby podłączyć go to tego płuca musieli Rafała uśpić, na co musieli uzyskać jego zgodę, a Robert odmawiał, wygadywał bzdury o jakimś spisku. Jakimś cudem, podstępem uzyskałam jego ustną zgodę, wyrażoną przy lekarzach, że mogą go uśpić, jak straci przytomność i będzie umierał. Natychmiast go uśpili, bo to był ostatni moment na ratunek. Zrobili mu bronchoskopię i w ciągu kilku godzin był wynik, że ma legionellę i w tym momencie podano mu prawidłowe leki. Dzień później dowiedziałem się od tego lekarza, że oni mieli legionellę 10 lat wcześniej i zachowali dokumentację metody leczenia. Po tygodniu Rafała wybudzili i dzięki Bogu, płuca podjęły samodzielną pracę. Po kilku dniach prawidłowego leczenia stan zapalny zaczął spadać.
Rafał: Jak mnie wybudzili, nie miałem siły oderwać dłoni od kołdry. Myślałem początkowo, że jestem przywiązany do łóżka. Opiekowała się mną młoda, silna pielęgniarka. Przewalała mnie w tym łóżku jak chciała. Mówiłem do niej „Aniołeczek”, bo wymiana pieluch, podmywanie jest bardzo krępujące, ale ona robiła to z taką empatią, zagadywała mnie i moje skrępowanie gdzieś ulatywało. W pamięci mam tą pielęgniarkę, która była niesamowicie pomocna i taka ludzka, cieplutka. Lekarka, która mnie przyjmowała do szpitala, powiedziała, że ona kiedyś też była usypiana i że po wybudzeniu, człowiek ma wrażenie jakby się na nowo narodził i dostał drugie życie. To prawda. Jak już mnie przenieśli z OIOMu, zawołałem pielęgniarkę, bo zobaczyłem w nogach łóżka wiszący na poręczy złoty łańcuszek z medalikiem. „Proszę pani, to może pacjent, który tu był przede mną, zapomniał zabrać ten medalik?” Pielęgniarka na to, zdziwiona: „Ale tu nic nie wisi?!”. Po wypisaniu ze szpitala dostałem na pół roku zwolnienie. Do dzisiaj odczuwam skutki tej choroby.
„Zadzwoniłam do lekarki w Szpitalu Południowym”
Barbara: Jak już Rafał wyzdrowiał, to zadzwoniłam do Szpitala Południowego i poprosiłam do telefonu tę lekarkę z wewnętrznego, która go prowadziła. Powiedziałam jej, że tak jak jej sugerowałam, była to Legioneloza, jak to lekarze ustalili i jakie wdrożyli leczenie. „Mówię to pani, bo w u pani mąż by umarł a nie chcę, żeby inni pacjenci u was umierali. Skoro nie wiecie, jak leczyć, to konsultujcie się ze specjalistami z innych szpitali, albo odsyłajcie ich do innych szpitali”. Odpowiedziała, że się cieszy, że Rafał wyzdrowiał i tyle.
Po diagnozie, że to była Legioneloza dzwonił do mnie Sanepid i zrobił ze mną wywiad na temat przebiegu choroby. Traf chciał, że żona mojego serdecznego przyjaciela była pracownikiem Sanepidu na wysokim stanowisku (już jest na emeryturze). Na jakimś spotkaniu z medykami akurat siedziała obok jednego z dyrektorów Szpitala Południowego. Opowiedziała mu całą historię Rafała.
„Zdajemy sobie sprawę, że mamy bardzo słaby oddział wewnętrzny” – odparł.
Wysłuchał Adam Socha
PS. Jesienią tego samego 2023 roku, na Podkarpaciu, z powodu Legionelozy, zmarło ponad 25 osób oraz były pojedyncze przypadki śmiertelne w innych regionach.


Skomentuj
Komentuj jako gość