W rankingach spraw ważnych dla Polaków w 2026 r. ta, o której chciałbym napisać, na czołówki się nie przebiła. Może dlatego, że dla masowego odbiorcy jest zbyt nudna, a może z powodu braku wiary, że można jeszcze cokolwiek zmienić. W każdym razie sprawa Trybunału Konstytucyjnego, do czego wracam na tych łamach nie po raz pierwszy, na mojej liście noworoczno-obywatelskich życzeń jest numerem 1.
Dodatkowego paliwa pod ten niegasnący od dekady ogień podłożył właśnie Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, wydając orzeczenie odmawiające prawomocności polskiemu Trybunałowi Konstytucyjnemu. Wbrew temu co orzekł TK najpierw w 2005 r., a następnie w roku 2010, w zgoła odmiennym, bo liberalno-lewicowym składzie.
Minister Waldemar Żurek już zapowiedział, że polski rząd będzie honorował to orzeczenie. Nie oglądając się na wspomniane orzeczenia TK, ponieważ takie stanowisko TSUE akurat mu pasuje, bo już i tak nie uznaje i nie ogłasza wyroków polskiego Trybunału, a w obecnej ustawie budżetowej nie przewidziano wynagrodzeń dla jego członków (!) Zajadłość walki z polityczną konkurencją o panowanie nad Trybunałem zamyka oczy na to, co w tej sytuacji najważniejsze: pytanie o kolejne kroki unijnych instytucji ograniczających naszą suwerenność.
Wracając do samego TK, problem nie leży w tym jak tę instytucję naprawić, ale kto miałby to zrobić. Z ustrojowego punktu widzenia TK jest instytucją wyjątkową, bo ma nas chronić przed tym, co w demokracji najgroźniejsze: przed „tyranią większości” partyjnego ustawodawcy. To wyjaśnia, dlaczego partyjne większości, zgodnie i ponad podziałami, walczą zajadle o panowanie nad instytucją, która ma władzę decydowania, co jest zgodne z Konstytucją, a co nie.
W Polsce powojennej TK nie powstał, ponieważ dla komunistów był instytucją reakcyjną, bo posiadającą moc podważania woli ludu wyrażanej przez jego reprezentantów, co w społeczeństwie socjalistycznym było sprzecznością samą w sobie.
Utworzony za zgodą gen. Wojciecha Jaruzelskiego w 1985 r. Trybunał Konstytucyjny był ustrojową fasadą, mającą imitować w słabnącym PRL zachodnio-demokratyczne standardy. Samo funkcjonowanie TK pozostawało pod nadzorem partii, a orzeczenia TK mogły być podważone przez Sejm (podobnie było w III RP do przyjęcia nowej Konstytucji w 1997 r.). Tak właśnie postrzegała narodziny TK opozycja antykomunistyczna, która postulowała powstanie TK na I Krajowym Zjeździe Delegatów NSZZ Solidarność.
III RP, za sprawą byłych już działaczy opozycji, miała przywrócić właściwą rolę i znaczenie instytucji kluczowej dla obrony ładu prawnego i wolności obywatelskich. W praktyce różnie z tym bywało. Eksperci i komentatorzy jako najlepszy dla TK wymieniają czas prezesury prof. Marka Safjana w latach 1998-2006. Choć i tutaj krytyków nie brakuje, to warto pamiętać, że prof. Safjan, działacz opozycji antykomunistycznej, należał do grona osób tworzących – jak sam twierdził – struktury nowego, demokratycznego państwa. On też piętnaście lat po zakończeniu kadencji powiedział, że "Nie ma sensu wymiar sprawiedliwości w którym sędziowie nie byliby niezawiśli. To byłaby wydmuszka".
Czy ktoś jeszcze dzisiaj wierzy, że wydobywani z okopów partyjnej walki i wysyłani na odcinek sądownictwa funkcjonariusze mogą być niezawiśli? Na pewno nie tego oczekują po nich najbardziej zażarci, partyjni „szalikowcy”. Oni świat polityki postrzegają w kategoriach przydatności do walki z wrogiem, i to określa ich oczekiwania wobec sędziów. Czy zatem mamy do czynienia z instytucjonalną wydmuszką? Albo raczej z powrotem do wydmuszki na wzór kontrolowanej przez gen. Jaruzelskiego? Jeżeli za kryterium oceny przyjmiemy kontrolę polityków nad TK, to z pewnością tak jest. Ze względu na ustrojową fasadę samo istnienie TK nie może być dzisiaj kwestionowane. Partia może jedynie delegować do jego składu swoich oddanych ludzi, by tam reprezentowali wyrażoną przez sejmową większość wolę ludu. Dla jednych taki Trybunał to wydmuszka, dla innych szczyt ustrojowych możliwości.
Nie mam pomysłu co zrobić, aby – parafrazując Janka Pietrzaka – Trybunał Konstytucyjny był Trybunałem Konstytucyjnym. Jedno jest pewne: przewidziany w Konstytucji wybór 15 członków TK przez Sejm RP przestał służyć celowi jaki wyznaczono Trybunałowi. Stał się przeciwskuteczny. Powiedzmy sobie szczerze: pomysł, że władza wybierze „niezawisłych” członków Trybunału, który ma chronić obywateli przed nią samą, od początku był idealistyczny i naiwny. Stan umysłów jaki zapanował wśród ustawodawców w ostatnich dwóch dekadach dodatkowo te założenia ośmieszył i zdyskredytował, pozbawiając jakichkolwiek złudzeń na przyszłość.
Jakie jest wyjście z tej sytuacji?
W obrębie systemu z którym mamy do czynienia w zasadzie dwa: albo partie z którymi mamy do czynienia zmienią swój uzurpatorski sposób myślenia o państwie, albo do głosu dojdą inne, które zmienią dotychczasowy paradygmat. Od razu widać, że bardziej prawdopodobny jest wariant drugi, ale do tego potrzebni są ludzie wolni, i to w ilości wystarczającej do przeprowadzenia zmian. Jeśli bowiem partie przybrały w III RP postać organizacji mafijnych, to tylko dlatego, że założony przez ojców demokracji paradygmat powszechnego, obywatelskiego udziału w życiu społecznym i politycznym okazał się zwyczajną mrzonką.
Że do przewietrzenia partyjno-mafijnych układów i zależności potrzeba tzw. obywatelskiego zaangażowania to oczywiste, pozostaje zmierzyć się z pytaniem, dlaczego jesteśmy od tego ideału coraz dalsi. Kłopot polega na tym, że doktryna demokratyzmu zakładająca aktywność „ludu obywatelskiego” została zastąpiona systemem, który potrzebuje zupełnie innego człowieka: wyalienowanego z jakiejkolwiek wspólnoty indywidualisty, skoncentrowanego na pracy i karierze oraz czerpiącego życiowe zadowolenie z wykraczającej poza jego potrzeby konsumpcji.
Temu też służy system „edukacji służebnej”, skoncentrowanej na pracy i zarabianiu, która dawniej była zastrzeżona dla ludzi pozbawionych wolności. Ludzi wolnych nie edukowano, ich kształtowały „sztuki wyzwolone”, o czym dzisiejsza „edukacja” wspomina niechętnie. Takiego Nowego Człowieka potrzebuje i kształtuje zarówno państwo i rynek, w objęciach których na zmianę szuka zaspokojenia swoich zachcianek i potrzeb. Taki system nie kształtuje zarówno elit, które rozumiałyby istotność kontroli władzy poprzez Trybunał Konstytucyjny, zabijając jednocześnie „lud obywatelski” który mógłby za owymi elitami podążać.
To przynajmniej istotna część odpowiedzi na pytanie, dlaczego „walka o praworządność” nie budzi społecznych emocji, polityczne zagospodarowanie Trybunału Konstytucyjnego staje się normą, a w najlepszym razie wyborem między dżumą a cholerą.
Ktoś powiedział, że żyjemy w systemie, który potrafi wdeptać ludzi w ziemię i uczynić z nich niewolników tak, że są zadowoleni. Dosadniej można by to zobrazować cytatem z filmu „Między wierszami” Briana Klugmana i Lee Stenthala, że jesteśmy „szczęśliwi jak świnia w łajnie”.
Bogdan Bachmura


Skomentuj
Komentuj jako gość