Po zawetowaniu przez prezydenta Karola Nawrockiego „ustawy wiatrakowej”, premier Donald Tusk skomentował na X: "Zła wola albo koszmarna niekompetencja prezydenta Nawrockiego. Niewykluczone, że jedno i drugie. Jego weto oznacza droższy prąd dla wszystkich Polaków - dziś i w przyszłości. Pierwsze egzaminy: z dyplomacji i energetyki oblane. Zapłacą wszyscy".
Następnie PO zaatakowała Nawrockiego gradem spotów w sieci, Staruszka drżącymi rękoma otwiera pusty portfel. Następny obraz to limuzyna, którą jedzie prezydent Nawrocki (zakupiona w maju 2024 roku przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji dla przyszłego prezydenta RP Rafała Trzaskowskiego) „On pławi się w luksusie. Ty płacisz więcej przez jego #KosztowneWeto”.
„Twoje dzieci zasługują na tańszą energię”. „#KosztowneWeto”. „Obiecał obniżki – dał podwyżki”. „#KosztowneWeto”. „Bez weta: 320 zł. Po wecie: 370 zł” „#KosztowneWeto”.
Dobili prezydenta Nawrockiego klipem, w którym pokazują jak przez weto koszmarnie wszystko drożeje. Na koniec pada pytanie: „Co wybierasz?” Nad głowami Tuska i Nawrockiego kratki, jak na karcie wyborczej. Nad uśmiechniętym Tuskiem widnieje biało-czerwone serduszko i napis: „Odnawialne źródła energii i tańszy prąd”. Nad głową Nawrockiego z zaciśniętymi ustami oraz ikonkę wściekłej twarzy, napis (na czerwono): „Rosyjskie surowce”.

Jednak premier Tusk uratuje nasze portfele. Na Radzie Gabinetowej 27 sierpnia oświadczył: „Mam dobrą wiadomość dla Polek i Polaków i złą wiadomość dla pana prezydenta. My i tak będziemy zwiększali i to radykalnie moc wiatraków na lądzie. To najtańsze i najszybsze w realizacji źródło prądu. One będą powstawały i znaleźliśmy już sposoby, żeby robić to mocą rozporządzenia”.
Rząd Tuska w 2013: „Koszty energii z OZE należą do najwyższych”
Wcześniej, bo w 2013 roku rząd Donalda Tuska informował, że „koszty wytwarzania energii elektrycznej w elektrowniach wiatrowych i słonecznych należą do najwyższych spośród wszystkich dostępnych na skalę przemysłową technologii wytwarzania energii pomimo relatywnie niskich kosztów budowy mocy zainstalowanej” – czytamy w odpowiedzi Ministerstwa Gospodarki na interpelację poselską nr 19289 Anny Grodzkiej:
„Konieczność dotowania OZE z uwagi na wysokie koszty wytwarzania energii znacznie przekraczające ceny rynkowe i niezapewniające zwrotu z inwestycji, z uwagi na konieczność rezerwowania źródłami konwencjonalnymi, gdyż OZE charakteryzuje praca nieregularna, przerywana, zmienna i bardzo trudna do prognozowania, co oznacza, że wymagają jednoczesnej pracy elektrowni węglowej (w polskich warunkach), której używa się do kompensowania wahań generacji w sieci).
Produktywność (procent wykorzystania zainstalowanej mocy) dla el. jądrowych przekracza 90%, (okres eksploatacji co najmniej 60 lat). W przypadku farm wiatrowych oraz słonecznych wg PSE 18,67%.
(Okres eksploatacji dla wiatrowych na lądzie – 25 lat, na morzu 15, paneli 25 lat, bloków energetycznych na węgiel – 40-60 lat, elektrowni jądrowych ponad 60 lat - przypis A.Socha).
W Polsce koszty wytwarzania 1 MWh w 2013 roku (dane: Agencja Rynku Energii SA): elektrownie na węgiel brunatny - 149 PLN, na węgiel kamienny - 254 PLN, gazowe - 324 PLN, wodne - 232 PLN, wiatrowe - 361 PLN".
Coraz więcej OZE a jest coraz drożej. Dlaczego?
Każdy, kto zachował resztki myślenia logicznego musi sobie zadać pytanie, jak to jest, że dzisiaj moc wszystkich źródeł energii to ok. 74 GW, z tego farm wiatrowych prawie 10 GW, fotowoltaiki ponad 22 GW, a więc ponad 48% mocy stanowią OZE, które produkują już 30% prądu, a mimo to prąd ciągle drożeje i trzeba go dla indywidualnego konsumenta „mrozić” (do 30 września na poziomie 0,6212 zł/kWh brutto, prawdziwa cena to 1,11 zł/kWh)?
Mimo to rząd Donalda Tuska twierdzi w Krajowym Planie Energii i Klimatu (KPEiK), liczącym 600 stron, że prąd do 2030 roku stanieje nawet o 18 proc., jak tylko zamkniemy ostatnią elektrownię węglową. Ale najpierw musimy zainwestować do 2030 roku 1,1 bln zł w OZE, czyli średnio ok. 216 mld rocznie (dla porównania, dochody budżetu na 2025 rok wyniosą 632,6 mld zł).
- Energia z OZE jest najdroższa i jej cena będzie rosła wraz z budową kolejnych farm - mówi prof. dr hab. inż. Władysław Mielczarski, członek Instytutu Inżynierów Elektryków i Elektroników oraz wykładowca w Instytucie Elektroenergetyki Politechniki Łódzkiej. - Realizacja Planu rządu doprowadzi do katastrofy energetycznej państwa.
Dlaczego Polska i Unia popełnia samobójstwo?
Prof. Mielczarski jest współautorem pierwszego w Polsce i Europie raportu na temat skutków wprowadzenia w UE polityki klimatyczne pt "Drapieżny Zielony (nie)Ład", który powstał na zlecenie NSZZ „Solidarność”, pod redakcją ekonomisty dr. Artura Bartoszewicza. Pozostali autorzy to energetycy jak prof. Mielczarski, prof. dr hab. inż. Maciej Chorowski, prof. dr hab. inż. Ziemowit Malecha, geolog prof. Iwona Jelonek, prawnicy, specjaliści od podatków prof. Witold Modzelewski, Katarzyna Wawrzonkiewicz, Tomasz Cukiernik (specjalizacja handel zagraniczny, UE), konstytucjonalista prof. Ryszard Piotrowski, ekonomista Marek Lachowicz (współautor analiz gospodarczych przygotowywanych na zlecenie Komisji Europejskiej), socjolodzy dr Alina Landowska, dr Katarzyna Obłąkowska i rolnik po SGGW Cezary Wincenciak,
Przestudiowałem ten raport, jak i szereg innych opracowań i wywiadów z energetykami (m.in. dr inż. Jerzym Majchrem) i ekonomistami. Ich wyliczenia są dla mnie wiarygodniejsze od zapewnień mgr historii premiera Donalda Tuska, mgr politologii, minister klimatu i środowiska Pauliny Hennig-Kloski oraz inżyniera środowiska, ministra energii Miłosza Motyki, którego jedyne doświadczenie zawodowe, to praca w aparacie partyjnym PSL.
Raport wytyka autorom KPEiK szereg błędów metodologicznych, np. analizują produkcje prądu z wiatru i słońca, tak jakby te zjawiska występowały w przyrodzie oddzielnie) i potwierdza to, co odpowiedział minister gospodarki poseł Grodzkiej w 2013 roku: prąd z OZE jest najdroższy a jego dalsze zwiększanie w miksie energetycznym doprowadzi do katastrofy systemu energetycznego (blackouty, jak ostatnio w Hiszpanii i Portugalii, a wcześniej w Anglii), gospodarkę do upadku i do pauperyzacji społeczeństwa, która przyśpieszy wraz z wprowadzeniem w 2027 roku opłat za emisję CO2 dla transportu, mieszkań i rolnictwa (tzw. ETS 2).
- Likwidację naszego największego skarbu, jakim jest węgiel, jako źródło energii, można porównać do podcinania sobie żył – mówi prof. Mielczarski.
Dlaczego więc chcemy popełnić zbiorowe samobójstwo? Bo elity rządzące Unią Europejską stwierdziły, że „planeta płonie” z powodu nadmiernej emisji dwutlenku węgla, który powoduje ocieplenie klimatu. Głównym winowajcą są paliwa kopalne (węgiel, ropa i gaz), które emitują 70% emisji CO2 (nb. bez którego nie ma życia na Ziemi), dlatego, żeby uratować planetę, musimy je zastąpić „czystą i darmową” energią z wiatru i słońca (Odnawialne Źródła Energii – OZE).
Komisja Europejska (komisarz Timmermans) ogłosiła w 2019 roku program pt. „Europejski Zielony Ład”, w którym zobowiązała państwa członkowskie „do redukcji emisji netto gazów cieplarnianych w całej gospodarce Unii o co najmniej 55% do 2030 r. (Fit for 55), w stosunku do poziomów z 1990 r. a w 2050 r. - do zera. Udział energii z OZE w 2030 r. ma wynosić nawet do 45,0%. (W Polsce wynosi obecnie 30%). By zmusić państwa Unii do likwidacji elektrowni konwencjonalnych Komisja obłożyła je opłatą tzw. ETS, która obecnie wynosi 80-100 EUR za 1 tonę emisji CO2, co uczyniło je najdroższymi źródłami energii.
Tymczasem w 2024 roku globalna emisje dwutlenku węgla ze źródeł kopalnych wyniosła 37,8 mld ton, z tego Chiny wyemitowały 33%, USA 13,4%, UE 6,4% w tym Polska 0,5%, Indie 8,6%, Rosja 4,7%, Japonia 3,%. Jeśli w USA i UE z roku na rok emisja spada, to w Chinach i Indiach stale rośnie. Chiny i Indie na potęgę otwieraja kolejne elektrownie węglowe oraz budują elektrownie jądrowe. Niemcy zamknęły swoje elektroniw jądrowe. Polska nie jest w stanie od 40 lat wybudować elektrowni jądrowej a rząd chce zlikwidować istniejące elektrownie węglowe.
Głównym beneficjentem Zielonej Rewolucji miały być Niemcy.
Z jednej strony poprzez Nord Stream 1 i 2 mieli mieć najtańsze żródło energi w Europie a z drugiej stać się głównym producentem turbin, paneli i aut elektrycznych. Wszystkie te plany wzięły w łeb, gdy Rosja uznała, że już na tyle uzależniła Europę od dostaw gazu, ropy i węgla, że nikt nie kiwnie palcem, gdy napadną na Ukrainę, więc napadli, ale Ukraina wbrew przewidywaniom Moskwy i Berlina, nie poddała się, więc gaz też stał się passe. Drugi cios Niemcy otrzymali od Chin, które najtaniej produkują panele i auta elektryczne.
Czy ocieplenie z powodu CO2 to naukowe oszustwo?
Badania naukowe, na które powołują się autorzy Raportu Solidarności, przeczą, by to człowiek był winowajcą globalnego ocieplenia, produkując CO2, które ponoć zatrzymuje w atmosferze promieniowanie podczerwone (cieplne).
Świat nauki został wstrząśnięty informacją o poważnych nieprawidłowościach w jednym z najczęściej cytowanych badań klimatycznych 2024 roku. Renomowany Poczdamski Instytut Badań nad Klimatem (PIK) opublikował w kwietniu 2024 roku w prestiżowym czasopiśmie Nature raport, który przepowiadał katastrofalne konsekwencje zmian klimatycznych dla światowej gospodarki. Według ówczesnych prognoz, globalna gospodarka miała doświadczyć spadku dochodów o 19% do 2050 roku, nawet jeśli natychmiast zredukowano by emisje CO2.
Badanie zyskało ogromny rozgłos, stając się drugim najczęściej cytowanym raportem klimatycznym w mediach w 2024 roku. Jednak jak się niedawno okazało, fundamentalne założenia i metodologia badania były głęboko wadliwe. Najpoważniejszym problemem okazały się błędne dane z Uzbekistanu, które nieproporcjonalnie wpłynęły na wyniki całego badania.
Zespół naukowców z Uniwersytetu Stanforda, kierowany przez Solomona Hsianga, odkrył te nieprawidłowości poprzez systematyczne usuwanie danych poszczególnych krajów z analizy. Kiedy wykluczono dane z Uzbekistanu, prognozy drastycznie się zmieniły - przewidywane straty PKB spadły z 62% do zaledwie 23% do 2100 roku i z 19% do 6% do 2050 roku. Jak się okazało, dane gospodarcze z Uzbekistanu zawierały znaczące anomalie, pokazując dramatyczne wahania, które nie znajdowały potwierdzenia w bardziej wiarygodnych danych Banku Światowego.
Co więcej, ujawniono, że podczas recenzji naukowej badania w Nature, zgłaszano poważne zastrzeżenia. Według informacji opublikowanych przez "Die Welt", aż trzy z czterech wewnętrznych recenzji były negatywne. Jeden z recenzentów miał nawet napisać: "Z przykrością muszę zwrócić uwagę na fakt, że metodologia statystyczna, na której opiera się praca badawcza o tym tytule, nie ma żadnych podstaw naukowych".
Sytuację pogarsza fakt, że w odpowiedzi na krytykę, autorzy badania z PIK nie tylko skorygowali błędy w danych, ale również zmienili metodologię, by utrzymać podobne wyniki do pierwotnej publikacji. Solomon Hsiang skomentował to w Washington Post: "Nauka nie polega na zmienianiu modelu eksperymentu, by otrzymać pożądany wynik. Takie podejście jest sprzeczne z metodą naukową".
Kolejnym niepokojącym aspektem sprawy są ujawnione powiązania finansowe z organizacjami promującymi deindustrializację, o których nie poinformowano w oryginalnej publikacji. Środki na badania miały pochodzić od fundacji, której celem jest ograniczenie rozwoju przemysłowego w imię ochrony klimatu.
Sprawa ta podważa zaufanie do całego procesu recenzji naukowej w badaniach klimatycznych. Mimo trzech negatywnych recenzji, artykuł został opublikowany i promowany jako przełomowe odkrycie. Stał się podstawą do formułowania polityk gospodarczych przez różne instytucje, w tym rząd USA, który cytował to badanie w raportach Kongresu.
Instytut finansowany głównie przez rząd Niemiec, Unię Europejską i fundacje, jest powiązany z lobbingiem producentów OZE i wpływa na regulacje UE generujące zyski dla sektora odnawialnego. Dokument był cytowany dla uzasadniania restrykcyjnych regulacji, takich jak zakazy eksploatacji elektrowni węglowych czy wprowadzanie limitów emisji w rolnictwie i przemyśle, co generuje miliardy zysków dla sektora OZE, ale jest olbrzymim obciążeniem dla gospodarki.
Źródła:
https://welt.de/wissenschaft/plus68abf4168c33b226bcae6cdd/skandaloese-klimastudie-entlarvte-katastrophenprognose-offenbart-maechtiges-netzwerk-zum-schaden-der-wirtschaft.html
https://www.pik-potsdam.de/en/news/latest-news/nature-study-on-economic-damages-from-climate-change-revised
https://www.nature.com/articles/s41586-025-09320-4
https://dailycaller.com/2025/08/07/major-climate-study-peddled-media-relied-bunk-data/
https://www.dailyherald.com/20250806/nation-and-world/this-climate-study-made-a-big-error-one-piece-of-data-was-to-blame/Właśnie Die Welt
KONIEC ZIELONEJ UTOPII W USA
"Opublikowany 23 lipca 2025 r. przez Departament Energii USA (DOE) „Krytyczny przegląd wpływu emisji gazów cieplarnianych na klimat Stanów Zjednoczonych”, który analizuje wpływ emisji gazów, skupiając się na wątpliwościach naukowych, zagrożeniach i korzyściach CO₂ oraz rozbieżności między modelami klimatycznymi a obserwacjami. (cytuję za artykułem Mariusza Jagóry w "DoRzeczy"). W raporcie podkreślono, że dwutlenek węgla nie mieści się w definicji „kryterialnych zanieczyszczeń powietrza” w rozumieniu ustawy o czystym powietrzu (Clean Air Act z 1970 r.), bo nie wpływa negatywnie na lokalną jakość powietrza, nie jest toksyczny dla ludzi w stężeniach atmosferycznych i nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia, nie spełnia więc kryteriów zanieczyszczeń regulowanych przez Agencję Ochrony Środowiska. CO₂ stymuluje fotosyntezę i poprawia efektywność użycia wody przez rośliny, co prowadzi do glonalnego zazielenienia Ziemi, a korzyści obejmuja wyższe plony rolne i większą odporność na suszę.
Ludzka emisja CO2 to zaledwie od od 3 do 5%, a 95-97% to procesy naturalne, tak jak naturalna jest zmienność klimatu (z uwagi np. na cykle słoneczne).
Raport podważa wiarygodność modeli klimatycznych, gdyż wykazują one systematyczne błędy w symulacjach – np. modele CMIP6 pokazują większe ocieplenie powierzchni niż obserwacje - sugerując przyjęcie bardziej realistycznego podejścia do polityki klimatycznej, opartego na danych obserwacyjnych. Naukowcy dowodzą, że przykłady ekstremalnej pogody (huragany, ekstremalne temperatury, powodzie, susze, pożary), które przedstawiane są jako dowód na antropogeniczne zmiany klimatu, nie wykazują ,,statystycznie istotnych trendów długoterminowych" - w USA fale upałów były najsilniejsze w latach 30. XX w., a ekstremalne opady i powodzie są zmienne, ale nie rosną. Tak, szkody spowodowane przez burze znacznie wzrosły w ostatnich dziesięcioleciach, ale dzieje się tak tylko dlatego, że obecnie istnieje znacznie więcej infrastruktury, którą burze mogą zniszczyć. Nie wynika to z gorszych warunków pogodowych.
Jeden z ekspertów grupy roboczej, Roy Spencer, zauważył, że nawet sam Międzyrządowy Zespół do spraw Zmian Klimatu stwierdza w Raporcie AR6 (2021-2023), że poza efektami związanymi z temperaturą (np. fale upałów) nie ma wystarczających dowodów na przypisanie zmian większości ekstremalnych zjawisk pogodowych (huragany, susze, powodzie, pożary) emisjom gazów pochodzących ze spalania paliw kopalnych. Modele klimatyczne były oparte na błędnych założeniach - nie spełniły się żadne z prognozowanych zmian. Na przykład modele przewidywały spadek pokrywy śnieżnej w półkuli północnej, a dane z Rutgers University Snow Lab pokazują trend wzrostu lub stabilności.
Nie nastąpiła też zapowiadana śmierć raf koralowych z powodu zakwaszenia oceanów - uszkodzenia raf tropikalnych spowodowane ociepleniem oceanów i niewielkim obniżeniem pH nie są tak poważnym problemem, jak początkowo się obawiano. W ciągu ostatnich 10 lat żywa część Wielkiej Rafy Koralowej doświadczyła nieoczekiwanego, powszechnego wzrostu. Przypisywanie wszystkich negatywnych skutków antropogenicznym gazom cieplarnianym bez uwzględnienia czynników naturalnych jest uproszczeniem, a wręcz oszustwem, które ma olbrzymie przełożenia na wzrost wydatków i obniżenie stopy życia społeczeństw.
KARMIENIE STRACHEM
Badania pokazują, że ludzie karmieni strachem i propagandą klimatystów wierzą, że „ekstremalne warunki pogodowe", których zawsze doświadczali, jak burze i huragany, są teraz wynikiem antropogenicznych zmian klimatycznych. Zmiany klimatyczne to dla wielu graczy wielki biznes. Jesteśmy notorycznie wprowadzeni w błąd przez grupy interesów, które czerpią korzyści finansowe z przekonywania obywateli, że znajdujemy się w kryzysie klimatycznym. Należy do nich armia naukowców zajmujących się klimatem, których kariera zależy obecnie od stałego finansowania ze strony rządów. Należą do nich organizacje ekologiczne wspierane przez zbiórki funduszy i dużych darczyńców,,filantropijnych" - firmy produkujące, instalujące i konserwujące urządzenia do wytwarzania energii wiatrowej i słonecznej. Należą do nich także dziennikarze, którzy bardziej zainteresowani są utopijną wizją ratowania „płonącej planety” niż dochodzeniem do prawdy".
W 2025 r. holenderska gazeta „De Telegraaf” a następnie niemiecki „Die Welt” ujawniły, że Komisja Europejska przekazywała organizacjom ekologicznym setki tysięcy euro na działania wspierające politykę klimatyczną, w tym Zielony Ład. Na przykład ClientEarth otrzymała 350 tys. euro na pozwy przeciwko niemieckim elektrowniom węglowym, aby „zwiększyć ryzyko prawne i finansowe dla ich operatorów”. Komisja odmawia ujawnienia umów z tymi organizacjami z 2022 roku.
Zmasowana propaganda przyniosła opętanie głównie młodego pokolenia, wizją płonącej planety z winy człowieka. Nazwali się „Ostatnim Pokoleniem” na Ziemi (ich symbolem stała młodzieżowa aktywistka klimatyczna, Szwedka Greta Thunberg, Człowiek Roku tygodnika „Time” za rok 2019 rok). Niszczą dzieła sztuki, blokują ruch uliczny przyklejając się do jezdni, propagują powstrzymanie się od rodzenia dzieci w celu zatrzymania zmian klimatu.
Chcą zmusić rządy do natychmiastowej likwidacji gospodarki opartej na surowcach kopalnych. Tej propagandzie sprzyja „uśpienie społeczeństwa”, które nie ma świadomości dokonywanej rewolucji. Z badań socjologów – autorek Raportu - wynika, że tylko 14% deklarowało wiedzę na ten temat. Dzieje się tak, gdyż „Kowalski” otrzymuje „zamrożony” rachunek za prąd i nie ma świadomości, że dotacja dla OZE ukryta jest w podatkach oraz w cenach wszystkich towarów, które kupuje.
„Implementacja Zielonego Ładu będzie skutkowała radykalnym wzrostem cen energii elektrycznej, gazu i produktów ropopochodnych" – stwierdzają autorzy Raportu.
- Wzrost udziału energii z OZE w miksie energetycznym powoduje wzrost kosztów energii o ok. 30,0%. To wariant optymistyczny. W rzeczywistości, przy założeniu zwiększenia się udziału OZE do 75,0%, przy którym możliwa jest dekarbonizacja energetyki, będzie wynosił co najmniej 50,0%” - czytamy w Raporcie.
Dlaczego energia z OZE jest tak droga?
Obecnie koszt produkcji 1 MWh energii elektrycznej bez ETS i z ETS wynosi: • węgiel brunatny – 225 PLN (z ETS - 535,0 PLN) • węgiel kamienny – 352 PLN (610,0 PLN), • farmy wiatrowe – 754,0 PLN, na morzu – ponad 1000 PLN• fotowoltaiczne 819,0 PLN.
Jak widzimy, koszty produkcji energii elektrycznej z węgla brunatnego są 3,4-krotnie niższe od produkcji energii z wiatru na lądzie, a od tych na morzu 4,4-krotnie, z węgla kamiennego odpowiednio 2,1. Zasoby węgla brunatnego w Polsce to ponad 24 mld ton. Elektrownie zużywają ok. 17 do 24 milionów ton węgla brunatnego rocznie, a więc mamy zasoby na 100 lat. Zasoby węgla kamiennego to 64,6 miliarda ton, roczne zużycie - 24 milionów ton – zasoby na 269 lat. Polska likwiduje bezpowrotnie kopalnie węgla (zamulają pokłady), a Niemcy jedynie je zamykają na kłódkę.
Koszty produkcji energii elektrycznej z OZE obejmują 4 główne składniki:
1. Cena, jaką OZE mogą uzyskać na aukcji. (Obowiązuje zasada Merit Order: OZE dostaje zawsze cenę prądu z węgla z opłatą ETS, czyli ZAWSZE DOSTAJE CENĘ NAJWYŻSZĄ).
2. Koszty ponoszone przez wszystkich odbiorców w ramach opłaty mocowej (koszt zastępowania OZE, gdy nie ma wiatru i słońca, np. w rachunku za prąd mojej Wspólnoty Mieszkaniowej to 8,7% ceny całkowitej, a bez OZE byłoby to 2-3%).
3. Subsydium w postaci kosztów budowy linii dla producentów OZE, które wynoszą ok. 10,0 mld PLN rocznie (farmy są budowane na północy, bo tam wieje, ale główni odbiorcy są na południu Polski. Koszt np. linii przesyłowej z farm w Choczewie na wybrzeżu do Piły - 230 km, to 600 mln zł.,
4. „Wakacje kredytowe”, które początkowo wynosiły 15 lat, a obecnie jest to okres 4-i 3-letni. Teraz jeszcze dochodzi piąty składnik: koszt budowy magazynów energii z baterii.
Subsydia, jakie otrzymują OZE, mają charakter ukryty, a zatem odbiorcy energii nie posiadają informacji o rzeczywistych kosztach produkcji energii z tego źródła. Aż 85 proc. inwestycji w energetyce trafia dziś w obszar źródeł odnawialnych. Społeczeństwo nie widzi pełnego kosztu tej zielonej transformacji, choć to my wszyscy za nią płacimy.
DUNKELFLAUTE
Ponieważ nie wieje i nie świeci non stop, a w naszej szerokości geograficznej 2-3 razy w roku są 6 dniowe okresy bez wiatru, i co najmniej raz w roku występuje zjawisko „dunkelflaute” – bez wiatru i słońca – trwające 10 i więcej dni, więc ten ubytek musi być natychmiast uzupełniony przez elektrownie konwencjonalne, głównie gazowe. Ostatnie „dunkelflaute” mieliśmy w listopadzie zeszłego roku, kiedy przez praktycznie 12 dni w sumie OZE produkowało tylko około 5-10% energii. Za włączanie zastępczych szczytowych elektrowni gazowych płacimy ponad 5 miliardów złotych rocznie.
Zamiast więc uniezależniać się od gazu, jeszcze bardziej się od niego uzależniamy, bo bez niego OZE nie może istnieć.
Współczynnik wykorzystania zainstalowanej mocy europejskich farm wiatrowych wynosi średnio do 21% dla farm lądowych i 32% dla farm morskich. Dlatego też moc OZE musi być kilkakrotnie większa w celu osiągnięcia zakładanej rocznej produkcji energii elektrycznej, a to kolejne miliardy złotych.
Jak nie wieje i nie świeci, właściciel farmy nie traci, bo umowa gwarantuje mu rekompensatę. Na tę rekompensatę składamy się wszyscy.
Sytuacji nie uratują bateryjne magazyny energii,
bo one przyjmą tylko 6% nadwyżki z OZE. Są zbyt małej pojemności, a nie ma technologii budowy większych. Największy magazyn bateryjny litowo-tytanowy postawił Tauron w Cieszanowicach pod Opolem, w ramach eksperymentu. Moc czynna to ponad 3 MW, a pojemność użyteczna wynosi ponad 700 kWh. Stacja stabilizuje pracę oddalonej o 7,5 km farmy wiatrowej o mocy ok. 30 MW, czyli jest w stanie zastąpić farmę na JEDEN bezwietrzny dzień. Trzeba więc byłoby wybudować w Polsce 345 magazynów przy obecnej mocy farm wiatrowych 10 350 MW – podał prof. Ziemowit Malecha z Politechniki Wrocławskiej.
Pierwsza transza subsydiów na budowę takich magazynów wynosi 4 miliardy złotych. Rzecznik Tauronu nie odpowiedział na moje pytania o koszt i okres eksploatacji magazynu w Cieszanowicach. Sam znalazłem w sieci, że Tauron dostał dofinansowanie 9,41 mln zł, ale nie podano całego kosztu. Prof. Malecha mówi o kilkunastu milionach.
Co się dzieje, gdy non stop świeci słońce i wieje wiatr?
Następuje gwałtowny skok wytworzonej energii, której sieci przesyłowe nie są w stanie przyjąć, nie mówiąc o tym, że gospodarka jej nie potrzebuje, bowiem elektrownie konwencjonalne produkują jej tyle, ile potrzebuje rynek. Wówczas, żeby nie doszło do blackoutu musimy prosić sąsiednie państwa o przyjęcie do ich sieci tej nadwyżki, ale za to musimy zapłacić.
- Tylko w roku 2024 Polskie Sieci Elektroenergetyczne 50 razy wyłączały farmy wiatrowe i fotowoltaikę, wybudowane za dziesiątki jeśli nie setki miliardów – podał prof. Mielczarski podczas prezentacji Raportu.
Jak podał prof. Ziemowit Malecha w filmie Mateusza Dzieduszyckiego pt. „Odnawialne Źródła Pieniędzy”-
(Profesor odwiedza ze swoją byłą studentką Magdą Pecką, obecnie dziennikarką zaangażowaną w promowanie OZE, po kolei: farmę wiatrową, elektrownię gazową – dublera OZE, bateryjny magazyn energii w Cieszanowicach i wylicza koszt ich budowy oraz czas zwrotu zainwestowanego kapitału).
- budowa farmy wiatrowej o mocy 1 GW na morzu to 17 miliardów złotych, zwrot 14 lat. Jej żywotność to 15 lat. (Po takim okresie musiano rozebrać w Niemczech pierwszą farmę wiatrową na Bałtyku, która wg założeń miała działać 25 lat, do 2035 roku, ale sól zrobiła swoje). Polska farma Baltic Power o mocy 1,14 GW, największa w Europie, koszt ok. 30 mld zł. Do 2030 roku na Bałtyku staną farmy o mocy w sumie ok. 5,9 GW, orientacyjny koszt to 130 mld zł.
Kancelaria rządu oraz sam premier Tusk zamieścił 8 sierpnia rolkę w sieci, jak ogląda ze statku pierwszą turbinę na Bałtyku i komentuje: „Mówili, że brzydko, że drogo, że się nie opłaca. Sami zobaczcie, są ciche, bezpieczne, dadzą tani prąd. I są naprawdę imponujące, piękne. Każda z nich jest wyższa (250 m) od Pałacu Kultury (237 m). Pierwszą postawiono. Będzie ich 76. Wiecie, że dadzą prąd dla 1,5 miliona gospodarstw domowych? Jest się z czego cieszyć. #Budujemy, nie gadamy”.

Tymczasem szwedzki rząd poinformował w 2024 roku o odrzuceniu 13 na 14 wniosków inwestorów na budowę farm wiatrowych na Morzu Bałtyckim. Oficjalnie podano, że na ich budowę miały nie zgodzić się siły zbrojne tego kraju. Według szwedzkiej armii elektrownie wiatrowe na morzu mogłyby utrudnić skuteczną obronę kraju przed ewentualnymi atakami rakietowymi Rosji, gdyż zakłócają pracę radarów.
Polska – ostatnim bastionem budowy wiatraków
„USA ograniczają inwestycje w morskie farmy wiatrowe. Europa szuka sposobów, by drogie inwestycje miały ekonomiczny sens, a Polska staje się ostatnim bastionem wiatraków na morzu w Europie – przyznaje w Wyborczej.pl Irenenusz Sudak tekście pt. „Gigantyczne dopłaty do wiatraków na morzu. W co się pakuje Polska? (26.09.20245)”. - Polska szykuje w grudniu ważną decyzję w sprawie wejścia w kolejny etap inwestycji. gdy sporo krajów okraja projekty drogich i skomplikowanych w budowie farm na morzu. (…). Morska energetyka wiatrowa (zwana MEW lub offshore) mogłaby być najdoskonalszym źródeł energii: czysta, prawie niewidoczna z lądu (nie budzi protestów społecznych) i wydajna - gdyby nie była horrendalnie droga i trudna w budowie. Nie są to projekty czysto komercyjne: żeby budowa wiatraków się opłacała, potrzebne były dopłaty od państwa. W 2021 r. roku Komisja Europejska zgodziła się aby Polska do 2030 r. mogła przyznać wsparcie dla morskich farm wiatrowych w wysokości 22,5 mld euro, czyli ok. 100 mld zł.
To największa pomoc publiczna w historii Polski. Dlaczego jest drogo? O ile wiatrak na lądzie można wybudować za kilka milionów złotych, to na morzu kosztuje kilkanaście-kilkadziesiąt milionów złotych. Do tego trzeba doliczyć koszt kładzenia podmorskich kabli, pływających stacji transformatorowych, koszty "wyprowadzenia" tej energii na ląd, a nawet budowy nowych nabrzeży portowych - na morzu buduje się drożej i trudniej niż na lądzie.
W sumie z morskich farm wiatrowych ma pochodzić 13 proc. energii w 2030 roku ( 6 GW). Jeśli cena rynkowa energii będzie niższa niż ta z aukcji, różnica zostanie pokryta z opłaty OZE (pobieranej od odbiorców energii)".
Mimo to dziennikarz konkluduje, nie mamy wyjścia, jesteśmy skazani na farmy wiatrowe, bo bloki energetyczne na węgiel mają po 50 lat, a ponadto musimy je zamknąć. Tymczasem autorzy Raportu postulują, by zainwestować kilkakrotnie niższe środki w nowe bloki energetyczne z węgla i uzyskać kilkakrotnie tańszy prąd.
Prof. Malecha w podsumowaniu wszystkich kosztów - budowy farmy na morzu, dublera farmy - elektrowni gazowych i magazynu bateryjnego, podaje kwotę 36,6 miliarda PLN (bez kosztu budowy linii przesyłowych), a czas zwrotu to 29 lat!
- To ekonomicznie nie ma sensu – komentuje prof. Malecha i pyta. - Ale może warto zacisnąć zęby i ponieść taki koszt ze względu na ekologię?
Czy OZE ratuje środowisko naturalne?
Prof. Malecha odwiedza w towarzystwie kamery przygotowany plac budowy pod przyszłą stację elektroenergetyczną we wsi Zwartowo gmina Choczewa, które będzie odbierać prąd z farmy na Bałtyku. Zniknie 50 ha uprawnych pól. Prócz tego 460 ha zajmie w tej gminie, we wsi Zwartowo największa w Europie Środkowo-Wschodniej farma fotowoltaiczna (obecnie zajmuje 300 ha). Mieszkańcy gminy byli pozytywni nastawieni do Zielonego Ładu, ale gdy zobaczyli skalę zagłady środowiska naturalnego, przerazili się.
- Podcinamy gałąź, na której siedzimy – mówią do kamery.
Minister klimatu Henning-Kloska pochwaliła się, że dzięki nowej ustawie wiatrakowej będzie można zabudować farmami i panelami ¼ powierzchni Polski (dzięki zmniejszeniu odległości od zabudowań z 700 do 500 m. i likwidacji zasady, że odległość ta nie może być mniejsza niż 10 wysokości masztu turbiny). Nie dopowiedziała, że ziemia ta przestanie produkować żywność a OZE zabierze tereny pod przemysł i mieszkalnictwo. OZE są najbardziej ziemiożerne. Turbiny wiatrowe o mocy 1 MW potrzebują 1 ha, gdy węglowe – 0,28 ha, jądrowe – 0,36 ha.
Ponadto farmy zmieniają klimat. Ciepło wytwarzane przez turbiny powoduje wzrost temperatury powietrza o 0,5 stopnia (a mamy zredukować temperaturę na Ziemi o 1,5%) i wysuszanie gleby. Turbiny zakłócają ruch wiatru i są źródłem infradżwięków (fale dźwiękowe o częstotliwościach bardzo niskich, poniżej 20 Hz, które są niesłyszalne dla ludzkiego ucha, długotrwała ekspozycja, szczególnie przy wysokich poziomach natężenia, może powodować niekorzystne objawy, takie jak zmęczenie, drażliwość, bóle głowy, czy pogorszenie widzenia. Według raportu PAN, poziom infradźwięków) w odległości 500 metrów od elektrowni wiatrowej jest na tyle niski, że nie powinien powodować negatywnych skutków zdrowotnych, mimo to mieszkający w sąsiedztwie turbin skarżą się na hałas).
Nie ma technologii utylizacji zużytych turbin i paneli
Na stronie Banku Ochrony Środowiska czytamy, że najbardziej problematyczna jest kwestia utylizacji bądź recyklingu łopat turbin wiatrowych, ze względu na zastosowanie w ich konstrukcji materiałów kompozytowych na bazie włókna szklanego. Materiały te nastręczają trudności w recyklingu w związku z mocnym związaniem włókien z żywicą a co się z tym wiąże, w ich rozdzielaniu tak, aby włókno nadawało się do ponownego wykorzystania. Odzysk jest nieopłacalny. Ponadto wysoka zawartość żywic (30%) sprawia, że składowanie jest praktycznie niemożliwe, gdyż wykluczają je regulacje zawarte w ramowej Dyrektywie Odpadowej. Recykling paneli fotowoltaicznych jest procesem złożonym i trudnym. Aby wykorzystać poszczególne elementy paneli, najpierw trzeba je rozłożyć, co jest czasochłonne i kosztowne. Obecnie w Polsce recykling paneli fotowoltaicznych praktycznie nie istnieje
Kto na zielonej energii zarabia?
Minister energii Miłosz Motyka stwierdził, że "blisko 60 proc. nakładów inwestycyjnych w projekty wiatrowe na lądzie pozostaje w Polsce". To oczywiste, że farmy zostają w Polsce, ale kto zarabia na turbinach, panelach i ich montażu a następnie na p;rodukcji prądu?
Głównie Chiny. Największymi producentami turbin wiatrowych na świecie są w tej chwili: chińskie Goldwind i Envision, duński Vestas, amerykański GE i niemiecki Siemens Gamesa. W top 10 jest jeszcze jedna niemiecka firma – Nordex. Ponad 90% paneli fotowoltaicznych sprzedawanych w Polsce jest wytwarzanych w Chinach.

Otwarcie farmy fotowoltaicznej pod Nidzicą
Zielona i cyfrowa rewolucja byłaby niemożliwa bez metali ziem rzadkich, które głównie leżą w Chinach. Natomiast do budowy baterii litowych do magazynów energii, aut elektrycznych i baterii w komórkach potrzebujemy kobaltu. Kongo dostarcza 70% światowego zapotrzebowania na kobalt. Całe wydobycie z Konga przejmują Chiny.
Jak wygląda wydobycie kobaltu pokazał wspomniany film Dzieduszyckiego „Odnawialne Źródło Pieniędzy”. Pokazał jak dzieci, bez odpowiedniego sprzętu ochronnego, kopią ręcznie tunele i kratery, aby dotrzeć do żył kobaltu. Następnie wydobywają surowiec ręcznie. Praca odbywa się w skrajnie niebezpiecznych warunkach, wykonywana przez wiele godzin, a zarobki są minimalne – około 1-2 dolarów dziennie. Długotrwałe narażenie na pył kobaltowy prowadzi do poważnych chorób płuc, znanych jako kobaltoza, oraz chorób skóry. Wyrobiska prowadzą do degradacji gleby, zanieczyszczenia wód i niszczenia siedlisk, co negatywnie wpływa na lokalne ekosystemy.

Toteż OZE byłyby jeszcze droższe, gdyby kobalt wydobywano w cywilizowanych warunkach. Dodajmy, że Niemcy zamknęli swoje elektrownie jądrowe, wyłączyli kopalnie węgla kamiennego, więc sprowadzają go z Kolumbii. Jego wydobycie też prowadzi do zniszczenia środowiska i odwodnienia terenów, gdzie żyją ludzie.
Może więc zarabiamy na montażu turbin?
- W Polsce nie mamy praktycznie umiejętności budowy tych wiatraków, nie mamy technologii, sprzętu i firm – mówi prof. Mielczarski w wywiadzie dla Radia Wnet. - Praktycznie wszystkie te pieniądze idą poza Polskę. My z tego nie korzystamy. Tak zwany local content, czyli udział firm lokalnych w montażu jest minimalny. Polacy dostają najgorszą i najmniej płatną robotę.
Do fundamentu turbiny wiatrowej o mocy 1 MW potrzeba około 600-1000 ton betonu i 165 ton stali, ale cementownie w Polsce należą do Niemców, a największy producentem stali w Polsce jest indyjski koncern ArcelorMittal.
Zarabiają samorządy
Stowarzyszenia Gmin Przyjaznych Energii Odnawialnej (SGPEO) apelowało do prezydenta Nawrockiego o podpisanie ustawy wiatrakowej.
- Brak podpisu pod tą ustawą byłby przeciwko ludziom i przeciwko Polsce powiatowej. Inwestycje wiatrowe przyniosą gminom i mieszkańcom bardzo potrzebne pieniądze - mówił Dawid Litwin, wójt gminy Potęgowo i prezes Stowarzyszenia.
Podatki od budowanych wiatraków przyniosą wpływy do gmin na poziomie około 150-200 tys. zł od jednej turbiny wiatrowej co roku, przez cały okres eksploatacji. Np. gmina Margonin, na terenie której znajduje się największa w Polsce farma 60 wiatraków, co roku z tego tytułu otrzymuje 6 mln zł. Ponadto 10 % mocy zainstalowanej pozostaje dla mieszkańców gminy. Mieszkańcy, których domy znajdują się w odległości do 1000 m od elektrowni wiatrowej, mieliby otrzymać nawet do 20 tys. zł w skali roku.
Oczywiście, mieszkańcy tych gmin nie wiedzą, że to oni i całe społeczeństwo zrzuca się na dotacje i subsydia, stąd spółki stać na ich korumpowanie.
Również rolnicy chętnie wydzierżawiają pola pod turbiny i panele, gdyż tanie zboże z Ukrainy, a teraz tania żywność, która zaleje UE z Ameryki Południowej na mocy traktatu Mercosur, czyni produkcję żywności w Polsce nieopłacalną. W 2023 roku zysk netto z 1 ha pszenicy był ujemny i sięgał nawet -1854 zł/ha. Natomiast od spółki wiatrowej rolnik może dostać rocznie od około 35 do 60 tys. zł za hektar. Pomijam rozważania, co się stanie, gdy rodzima produkcja rolna przestanie istnieć.
Te podatki od farm dla gmin pojawiły się niedawno, w reakcji na masowe protesty mieszkańców, w których sąsiedztwie mają powstać turbiny. Dlatego dziwią wyniki badań CBOS z 2024 roku, że 89% Polaków popiera rozwój OZE. Jak to się ma do wyniku badania socjologów z zespołu Raportu Solidarności, że tylko 3,3% dorosłych obywateli RP popiera w pełni politykę UE Zielony Ład?

Farma wiatrowa pod Gołdapią
O protestach mieszkańców gmin Białej Piskiej, Wielbarka i Górowa Iławeckiego czytaj tutaj:
Czy koncerny OZE skorumpowały radnych Białej Piskiej? Protesty też w Wielbarku i Górowie
Koszt Zielonej Rewolucji dla Unii i Polski
- Koszt dekarbonizacji w całej Unii Europejskiej do roku 2050 wyniesie około 40 bilionów euro, czyli półtora biliona euro co roku przez 25 lat – powiedział podczas prezentacji Raportu „Solidarności” dr Artur Bartoszewicz. - To 10% PKB całej Unii. Analizy międzynarodowe wskazują, że Polska potrzebuje do transformacji 10 bilionów złotych, czyli musielibyśmy wydać trzykrotność polskiego PKB na zrealizowanie oczekiwań Komisji Europejskiej. Koszt zielonej rewolucji na każdego pracującego Polaka to 25 tys. zł rocznie przez 27 lat.
- Ten Plan stanowi zagrożeniem dla bezpieczeństwa gospodarki Rzeczypospolitej mówi dr Bartoszewicz. - Jeżeli spojrzymy na proces tworzenia energii z OZE, to musimy sobie uświadomić, że każdy etap, począwszy od produkcji urządzeń, montażu i odbioru energii jest dotowany ze środków publicznych. Jako ekonomista żądam jednoznacznej odpowiedzi ze strony władz Rzeczpospolitej, ile ma kosztować cały proces transformacyjny, skąd będą alokowane środki i jak one wpłyną na obniżenie konkurencyjności, jakości życia, a przede wszystkim jak spowodują pauperyzację gospodarstw domowych.
Wniosek z Raportu:
„Aby zapewnić konkurencyjne i bezpieczne funkcjonowanie gospodarki oraz dobrostan społeczeństwa, ilość energii elektrycznej produkowanej przez OZE nie powinna przekraczać 50% całej produkcji energii elektrycznej. Realnie, w związku z ograniczonymi możliwościami zbudowania wielkoskalowych magazynów energii oraz potencjałem budowy elektrowni szczytowo-pompowych, ograniczonym do 20 GWh, produkcja energii z OZE nie może przekraczać 30%.
Raport „Solidarności” otrzymał rząd. Nikt z rządu nie odniósł się do niego jednym słowem. Media prorządowe go przemilczały.
Firmy chcą uciekać z Niemiec. Energia jest za droga
Ankieta przeprowadzona przez Niemiecką Izbę Przemysłowo-Handlową (DIHK), obejmująca około 3300 firm, wykazała, że 37 proc. rozważa ograniczenie produkcji lub przeniesienie się za granicę, w porównaniu z 31 proc. w zeszłym roku i 16 proc. w 2022 r. - poinformował Business Insiders Polska rok temu. Badanie wykazało, że w przypadku energochłonnych przedsiębiorstw przemysłowych aż około 45 proc. firm rozważało zmniejszenie produkcji lub przeniesienie działalności.
"Zaufanie niemieckiej gospodarki do polityki energetycznej zostało poważnie nadszarpnięte" – powiedział Achim Dercks, zastępca dyrektora generalnego DIHK, dodając, że rządowi nie udało się zapewnić przedsiębiorstwom perspektywy niezawodnych i niedrogich dostaw energii.
"Ci, którzy tego nie rozpoznają, w końcu będą świadkami deindustrializacji naszego kraju" – ocenił.
Ten proces przenoszenia przez zachodnie koncerny firm z Polski do państw z tańszą energia już trwa. Wycofały się, fabryka Lear Corporation, Levi Strauss, ABB, Infosys, z Olsztyna - Schwarte Group i dział produkcja ciężkich opon Michelin, NatWest, TE Connectivity, Nokia czy Stellantis. Jednym z kilku powodów jest cena energii.
Według Eurostatu średnia cena energii elektrycznej dla przedsiębiorstw w I połowie 2024 r. wynosiła w Polsce (bez VAT i innych podatków, których firmy nie płacą) 205 euro za MWh wobec średniej unijnej na poziomie 178 euro za MWh. Wyprzedzały nas pod tym względem tylko Cypr, Włochy i Dania. Zaraz za nami są Niemcy, ale PKB Niemiec jest 7-krotnie wyższe.
Niemiecki miks energetyczny opiera się w dużej mierze na paliwach kopalnych, z węglem jako kluczowym źródłem. OZE w pierwszej połowie 2025 roku stanowiły 60,9% energii elektrycznej. Węglowa produkcja energii spadła, lecz węgiel wciąż jest ważny, a zamykane kopalnie można w krótkim czasie uruchomić. Niemcy sprowadzają też tani węgiel z Kolumbii. Gaz pełni rolę stabilizatora energii z OZE. Jak ujawnia publiczny nadawca Südwestrundfunk (SWR), niemieckie przedsiębiorstwo energetyczne SEFE otrzyma w 2025 r. około 50 dostaw skroplonego gazu (LNG) z Rosji (poprzez Turcję i Indie). W zależności od ceny rynkowej odpowiada to wartości co najmniej dwóch miliardów euro.
Polska natomiast ma zlikwidować wszystkie kopalnie i elektrownie konwencjonalne i oprzeć system na OZE, gdy jeszcze nie będziemy mieli elektrowni jądrowych. W Polsce planuje się budowę dwóch elektrowni jądrowych o łącznej mocy 6-9 GW, a pierwsza z nich, w lokalizacji Lubiatowo-Kopalino, ma zacząć działać - teoretycznie - w 2036 roku i będzie kosztowała około 192 miliardy złotych. Do 2040 roku - teoretycznie - w polskim systemie energetycznym ma być miejsce na około 12 GW mocy jądrowej. Dla porównania największa elektrownia węglowa w Bełchatowie ma moc 5,472 GW i wg cen z 2012 kosztowałaby 33 mld zł. Do 2030 roku budżet państwa ma dać 100 mld zł dotacji na farmy wiatrowe. Gdy USA i Europa Zachodnia odchodzi od OZE, Polska chce władować w nie biliony złotych, gdy stoimy o krok od załamania się budżetu państwa. "Dochodzimy do sytuacji, gdy niestabilne finanse publiczne będą większym zagrożeniem dla kraju, niż widmo wojny krążące nad Europą. - Tak naprawdę przyszły rząd, ten od 2027 roku, będzie miał najtrudniejszą sytuację fiskalną w historii – mówił w niedawnym wywiadzie dla serwisu Wyborcza.biz dr Sławomir Dudek, ekonomista, były wieloletni pracownik Ministerstwa Finansów. Mamy najwyższy przyrost długu w całej Unii. Przegoniliśmy znajdującą się pod ścianą i rozpaczliwie tnącą wydatki Rumunię".
Co wybierasz?
Adam Socha
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.


Skomentuj
Komentuj jako gość