Zadzwoniła do mnie w piątek 7 lipca z Warszawy ikona walki o niepodległość Polski (nazwisko figuruje w każdym podręczniku historii, osoba bezpartyjna, ale że zadzwoniła prywatnie, nie ujawniam nazwiska).
Zadzwoniła, by wyrazić satysfakcję, że tacy działacze jak Iwona Arent wreszcie znikną z polityki.
Podzieliła się przy okazji refleksją. "Panie redaktorze, jak to jest, że Arent nie wyleciała za gigantyczną aferę Helpera, a sprawa syna kończy Jej karierę polityczną w PiSie?"
Odpowiedziałem, że teraz zaczął się morderczy bój o biorące miejsca na liście wyborczej, a wiadomo, że wtedy głównym wrogiem stają się pretendenci do tych miejsc. Tym bardziej, że wszystkie sondaże wskazują, że PiS w tych wyborach zdobędzie mniej mandatów niż w 2019 roku. W 2019 roku na Warmii i Mazurach Zjednoczona Prawica zdobyła 5 mandatów, dwa mandaty zdobyli kandydaci od Gowina: Wojciech Maksymowicz, Michał Wypij, pozostałe kandydaci PiS: Iwona Arent, Jerzy Małecki i Wojciech Kossakowski. Teraz zwolniły się dwa miejsca po gowinowcach.
Śmiertelny bój o "jedynkę"
Od wielu miesięcy kampanię na Warmii i Mazurach robią "spadochroniarze" z Warszawy: wiceminister rozwoju Olga Semeniuk-Patkowska i wiceminister spraw wewnętrznych Błażej Poboży. Niedawno doszlusował do tej dwójki szef Rządowego Centrum Analiz i sekretarz stanu w Kancelarii Premiera prof. Norbert Maliszewski. Jak bardzo mu zależy świadczy przybycie do Olsztyna wraz prezesem Orlenu Danielem Obajtkiem i złożenie obietnicy na konferencji prasowej, na murawie stadionu OKS Stomil, wprowadzenia drużyny piłki nożnej do ekstraklasy, a po wygranych wyborach - budowy stadionu.
Ale do startu szykuje się też sporo działaczy regionalnych, w tym wojewoda Artur Chojecki, który prowadzi od szeregu miesięcy bardzo intensywną kampanię (poprzednio startował trochę z musu i bez powodzenia).
W 2015 roku też rozegrał się morderczy bój o "jedynkę" pomiędzy Iwoną Arent a Jerzym Szmitem. Wówczas otrzymałem anonim na temat Helpera. Napisałem o tym. Jednak w tamtym czasie, gdy śledztwo jeszcze raczkowało, łatwo było Arent przedstawić moje teksty, jako spisek Szmita.
Budżetowe miliony szły do Helpera, a więc do ludzi mocno wówczas związanych z PiSem, w czasie rządów PO-PSL, więc na Nowogrodzkiej nie dano wiary, że to przekręt. Szmit wówczas ten pojedynek przegrał w podobnych okolicznościach, co teraz Arent.
"Gwoździem do politycznej trumny" Szmita okazał się też tekst w jednym z tabloidów,
ilustrowany zdjęciami Szmita z kochanką na zakupach. Tabloid wytknął, że w Olsztynie gra on rolę wzorowego męża i gorliwego katolika. Do tego doszła ponowna utrata prawa jazdy.
Przypomnę, że była to wówczas walka o być albo nie być PiSu na scenie politycznej. Po 8 latach "smuty" PiSu w opozycji, czyli po 8. latach rządów PO, kolejna przegrana PiSu oznaczałaby zejście tej partii ze sceny politycznej. Dlatego taka błahostka, jak kochanka eliminowała nawet murowanego kandydata z listy (błahostka, bo w PiSie roi się od rozwodników i nikt z tego nie robi problemu).
Obecne wybory są też dla PiSu "być albo nie być". Wiedzą w partii, że w razie przegranej spadnie na nich straszna zemsta totalnych. Toteż trwa bój na śmierć i życie o zdobycie immunitetu. W zwykłym czasie nikt by w centrali partii nie zwrócił uwagi na problemy posłanki Arent z synem, tym bardziej, że to 29-latek i od dawna odpowiada za siebie. Co prawda Arent niepotrzebnie przez pierwsze trzy dni kręciła, ale w zwykłych okolicznościach złożono by to na karb matczynego zaślepienia.
Czas szukania "haków"
Jednak obecny, gorący czas kampanijny to czas szukania "haków" na konkurentów z listy i czyhanie na potknięcie, żeby wyeliminować z listy konkurentkę/konkurenta.
Taką okazję dał artykuł w SE o oskarżeniu prze olsztyńską prokuraturę syna posłanki o pobicie kobiety.
Tylko ktoś naiwny uwierzy, że Super Express przypadkiem dowiedział się o śledztwie prokuratury w sprawie syna Arent i przypadkiem dziennikarz znalazł nagranie sceny bicia kobiety nagranej przez Michała A. jego komórką. "Cynk" i film musiał wyciec z policji lub prokuratury (redakcje mają na taką okoliczność specjalny fundusz, dlatego jeśli tylko jakiś polityk czy celebryta coś przeskrobie natychmiast to pojawia się w mediach).
Nie uwierzę też, że Iwona Arent sama z siebie nagle poczuła skruchę i wydała oświadczenie, że "zawiesza aktywność polityczną". Taki prikaz musiała posłanka dostać z Nowogrodzkiej. Jak informuje SE.pl,, prezes Kaczyński wezwał do siebie posłankę. Miał być szczególnie zirytowany Jej tłumaczeniem syna w mediach, że "syn przyznał się, że ze złości szarpnął ją za włosy i opluł, to wszystko" oraz filmem z pobicia.
SE twierdzi, że w centrali jeszcze nie zapadła ostateczna decyzja, co do Arent, czy wystartuje w wyborach i czy pozostanie pełnomocniczką PiS na okręg nr 86. O jej losie może przesądzić nowy szef sztabu wyborczego PiS Joachim Brudziński.
Czyżby to kolejna szansa Szmita?
Decyzje co do Arent muszą zapaść szybko, bo kampania nabiera coraz większych obrotów. Czy to oznacza szansę dla Szmita na powrót na olsztyńską scenę polityczną?
Przypomnę, że już raz wieszczono jego śmierć, gdy w 2015 popadł w niełaskę i wypadł z listy wyborczej. Jednak po wyborach to on nadal kierował partią, a nie posłanka Arent i to on rozdawał karty (przeszedł jego kandydat na wojewodę a nie kandydat Arent).
Wkrótce też poszedł "w ministry". Został podsekretarzem stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Budownictwa, ale blisko dwa lata później podał się do dymisji. Na początku 2018 roku został powołany na członka zarządu PKP Telkol, ale po dwóch latach został odwołany, wraz z całym zarządem, gdy spółka tonęła w długach. W październiku 2020 roku trafił do rady nadzorczej Banku Gospodarstwa Krajowego.
Dwa lata później prezes Jarosław Kaczyński odsunął go od kierowania regionem olsztyńskim i przekazał pełnomocnictwo w ręce Jego odwiecznej rywalki politycznej. Prezesowi zupełnie nie przeszkadzała sprawa Helpera.
Wydawało się, że tym razem polityczna kariera Szmita w PiS na zawsze jest skończona. Jednak Szmit nie dał za wygraną. Mimo że po rozwodzie przeniósł się do Warszawy, nie zniknął z Olsztyna. Przeciwnie. Założył wraz z grupą biznesmenów Fundację im. Piotra Poleskiego i został jej prezesem. Z tą legitymacją ciągle funkcjonował w mediach PiSu (Radio Olsztyn i TVP3 Olsztyna). Zorganizował cykl konferencji pod hasłem "Olsztyn Metropolią". Został publicystą portalu braci Karnowskich wPolityce. Ostatnio zaangażował się w obronę Gietrzwałdu przed Lidlem.
I chyba znów szczęście się do tej politycznej "wańki-wstańki" uśmiechnęło. Nastąpiła zmiana na stanowisku szefa Sztabu Wyborczego PiS. Z Brukseli prezes ściągnął Joachima Brudzińskiego. A przecież Szmit to człowiek "żelaznego" Joachima. Ten parasol został zwinięty, gdy Joachim poszedł w europosły. Teraz ponownie Brudziński rozdaje karty. Mamy na WiM pierwsze tego przejawy.
W czwartek prezes Jarosław Kaczyński podpisał posłowi z Ełku, Wojciechowi Kossakowskiemu powołanie na Pełnomocnika PiS w Okręgu nr 87. Dwa lata wcześniej prezes postawił na młodego wilczka Mateusza Szkaradzińskiego. - Bardzo się cieszę z tego wyboru - skomentował Jerzy Szmit na swoim portalu to powołanie jego człowieka. - Rok funkcjonowania Mateusza Szkaradzińskiego bardzo negatywnie zapisał się w działalności struktur PiS na Warmii i Mazurach. Jestem przekonany, że poseł Wojciech Kossakowski bardzo dobrze poprowadzi Prawo i Sprawiedliwość w zbliżającej się kampanii wyborczej jako szef okręgu.
Co prawda słuchy, które do mnie dochodzą świadczą, że w oczach prezesa Szmit jest raz na zawsze skreślony, ale prezes teraz musi się liczyć ze zdaniem "Jojo", jak mówią na Brudzińskiego koledzy z PiSu. Na "jedynkę" to na pewno Szmit nie ma co liczyć, ale na któreś tam miejsce na liście, kto wie?
Adam Socha


Skomentuj
Komentuj jako gość