W Dzienniku Gazeta Prawna ukazał się wywiad z prof. Władysławem Filarem, który przeżył rzeż na Wołyniu (ur. 18 lutego 1926 w Iwaniczach Nowych). Był żołnierzem 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Pułkownik Wojska Polskiego w stanie spoczynku, profesor zwyczajny nauk wojskowych. Wiceprzewodniczący Zarządu Okręgu Wołyńskiego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Przez wiele lat pracował nad pojednaniem polsko-ukraińskim. Teraz nie widzi woli pojednania ani po stronie ukraińskiej, ani polskiej. „Ponad 20 lat pracy na nic. Politycy nie chcieli słuchać. Nas politycy nie rozumieli” - ocenia.
Ukraińscy?
Nie, polscy. Chociaż ukraińscy też. Gdyby nasi politycy zorganizowali seminaria rządowe, zaprosili polityków ukraińskich, to...
To można by mówić o pojednaniu?
Tak. Byliśmy bardzo blisko.
W którym roku? W 2013?
Nie, wcześniej. W 2003 r. Kiedy w 1991 r. przeszedłem na emeryturę, pojechałem na 12. Zjazd 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK w Hrubieszowie. Wybrali mnie od razu na zastępcę prezesa. Zająłem się historią dywizji. Z rzetelności musiałem sięgnąć do tła, do rzezi wołyńskiej, do relacji polsko-ukraińskich, zacząłem studiować te relacje. Doprowadziłem do tego, że mieliśmy seminaria polsko-ukraińskie. Dwanaście takich seminariów z profesorami historii z Polski i Ukrainy. Były świetnie zorganizowane, bez awantur, pyskówek. Wypowiadali się historycy, inni mogli się przysłuchiwać. Gdyby było inaczej, tobyśmy nigdy jednego seminarium nie skończyli. Rozmawiałem z wieloma ukraińskimi historykami, którzy myślą tak samo jak ja.
Teraz wielu tamtejszych historyków neguje rzeź wołyńską, jak prof. Wołodymyr Wiatrowycz, szef Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej.
Dokumenty mówią same za siebie. Mam ich bardzo dużo, również dokumenty UPA. Poza tym, wtedy takich historyków nie było, nie dochodzili do głosu. Pokażę pani, jaki dyplom dostałem na swoje 80-lecie z uniwersytetu w Łucku. Oni mnie tam rozumieli i chcieli tego samego, co ja, czyli pojednania polsko-ukraińskiego. Część z nich dalej chce, tylko ja już nie pracuję, a oni w Polsce nie bardzo mają z kim rozmawiać. Polscy politycy chcą, żeby Ukraińcy uklękli i powiedzieli: przepraszamy.
A panu co by wystarczyło?
Próbowałem działać na różnych płaszczyznach, również językowej. Używałem i używam słowa eksterminacja ludności polskiej na Wołyniu.
Dlaczego nie ludobójstwo?
Właśnie ze względu na wyższy cel, na pojednanie. Mówię, że ta rzeź była zbrodnią przeciwko ludzkości.
Ucieka pan od słowa ludobójstwo.
Zawsze uciekałem. Nazwanie tego, co się wydarzyło w 1943 r., ludobójstwem nic nie zmieni. Chciałbym, żeby sąd stwierdził, na podstawie dokumentów, czy to było ludobójstwo, czy nie.
Po co?
Wtedy łatwiej rozmawiać.
Ukraiński sąd tego nie stwierdzi.
Teraz już nie. Powtarzanie, że to ludobójstwo, nie doprowadzi do pojednania. Nie wymagam przeprosin. Chciałbym, żeby kiedyś strona ukraińska, tamtejsi politycy, dojrzeli do tego, żeby powiedzieć – rzeź wołyńska to była zbrodnia przeciwko ludzkości i bardzo ciemna strona w historii, żeby powiedzieli, że banderowcy byli bandytami.
To jeszcze więcej niż przeproszenie. Pomniki Bandery stoją teraz na Ukrainie.
Wiem, że postawili pomniki w całej Ukrainie.
To jak mają teraz powiedzieć, że to był bandyta?
Na Ukrainie od lat działają siły, które nie chcą pojednania. Na tym cały wic polega. Ale wciąż są ludzie, którzy rozumieją, że gloryfikacja Bandery i UPA do niczego dobrego nie doprowadzi. Byłem wraz z prof. Leonem Kieresem na seminarium w Kijowie. Miałem referat. Po drugiej stronie byli Ukraińcy, w tym ostatni dowódca UPA Wasyl Kuk. W przerwie podszedłem do niego i mówię: pan najlepiej wiesz, jak było, jak mordowano Polaków na Wołyniu, bo przecież pan byłeś w kierownictwie. I zaczął się tłumaczyć, że to polityka, że inaczej teraz mówić nie może.
W Polsce jest pewnie 1,5 mln Ukraińców.
W.Filar: Oni niewiele wiedzą. W szkołach jest im wkładane do głów, że Bandera to bohater. Do Polski przyjeżdżają nie po pojednanie, tylko żeby zarabiać. W Polsce tez nie ma klimatu politycznego, żeby rozmawiać z Ukraińcami o strasznej histgorii. Niestety, Rosji to na rękę. Przez lata miałem świadomość, że wśró naszych wołyniaków działali rosyjscy agenci (…). Pamiętam, jak organizowaliśmy zjazd wołyniaków. Podbuntowano uczestników, żeby odwołać seminaria polsko-ukraińskie. Awantura (zarządziłem głosowanie) Na sali siedziało 800 osób, tylko 2 osoby się wstrzymały a reszta zagłosowała za tym, żeby dalej pracować nad poprawą polsko-ukraińskich relacji. I to był moment mojego małego zwycięstwa. Teraz nie widzę możliwości ani woli ze strony ukraińskiej, anie ze strony polskiej. Przegrałem pojednanie. Teraz, żeby wrócić do tego, do czego doszliśmy te 16 lat temu, potrzeba kilkudziesięciu lat.
Mieliście trzech wrogów: UPA, Sowietów i Niemców.
(…)
Myśmy nie zabijali Ukraińców, nie wchodziliśmy do wsi i nie mordowaliśmy ludzi. Nie działaliśmy tak jak UPA, jak banderowcy, którzy metodycznie mordowali ludzi. Mogę pani pokazać nasze rozkazy. Nam nie było wolno wejść do ukraińskiej wioski i rozprawić się z bezbronną ludnością. Za to była kara śmierci. Kara śmierci. Rozumie pani?
Historycy ukraińscy wskazują, że oddziały AK mordowały ludzi w ukraińskich wioskach.
Część ukraińskich historyków uważa Banderę za bohatera i neguje rzeź wołyńską. I tu nie ma miejsca na dyskusję. Nie ma i koniec. A wracając do pani pytania o zemstę. W naszej dywizji był rotmistrz z bogatą, piękną historią, służył w Legionach, potem w był w Kowlu, w Dowództwie Okręgu Wojewódzkiego AK. Okazało się, że namawiał kilku żołnierzy, którzy tak jak on stracili bliskich w rzezi, by mordować Ukraińców we wsiach. Efekt był taki, że sąd wojenny skazał go na karę śmierci. Został rozstrzelany. Nie było taryfy ulgowej.
Rozmawiała Małgorzata Rigamonti.
(opr. sa)
Rzeź wołyńska – ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich przy aktywnym, częstym wsparciu miejscowej ludności ukraińskiej wobec mniejszości polskiej byłego województwa wołyńskiego II RP (w czasie wojny należącego do Komisariatu Rzeszy Ukraina), podczas okupacji terenów II Rzeczypospolitej przez III Rzeszę, w okresie od lutego 1943 do lutego 1945.
Ofiarami mordów, których kulminacja nastąpiła w lecie 1943, byli Polacy, w dużo mniejszej skali Rosjanie, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Czesi i przedstawiciele innych narodowości zamieszkujących Wołyń. Nie jest znana dokładna liczba ofiar, historycy szacują, że zginęło ok. 50–60 tys. Polaków i w odwecie 2–3 tysiące Ukraińców.
Analogiczne ludobójstwo zostało przeprowadzone przez oddziały UPA na terenie Małopolski Wschodniej w pierwszej połowie 1944 roku.
Krwawa niedziela – 11 lipca 1943
O świcie (godzina 3.00 nad ranem) 11 lipca 1943 oddziały UPA dokonały skoordynowanego ataku na 99 polskich miejscowości, głównie w powiatach horochowskim i włodzimierskim pod hasłem Śmierć Lachom. Po otoczeniu wsi, by uniemożliwić mieszkańcom ucieczkę, dochodziło do rzezi i zniszczeń. Ludność polska ginęła od kul, siekier, wideł, kos, pił, noży, młotków i innych narzędzi zbrodni. Polskie wsie po wymordowaniu ludności były palone, by uniemożliwić ponowne osiedlenie. Była to akcja dobrze przygotowana i zaplanowana.
(Wikipedia)


Skomentuj
Komentuj jako gość