Niewątpliwie żyjemy w świecie, gdzie dramat i paradoks grają główne role. Ostatnie stulecie, które miało bronić człowieka w „imię człowieka” nie tylko go uśmierciło fizycznie, ale zabiło go także duchowo i moralnie. Człowiek XX wieku i początku XXI nie tylko odrzucił elementarne zasady życia społecznego i moralnego, ale posiłkując się ateizmem prometejskim i ateistycznym humanizmem, postanowił stworzyć inne, które można by sprowadzić do jednopunktowego kodeksu etycznego: „nie ma żadnych zasad”, co w praktyce oznacza, że człowiekowi wszystko wolno, wszystko mu uchodzi, wszystkiemu może przypisać tę samą wartość.
Człowiek przestaje być homo sapiens a staje się homo demens, zwracając się ku irracjonalnemu sposobowi myślenia, w którym nie ma miejsca na prawdę, na rzetelną wiedzę, ani na poznanie moralne, które pozwala oddzielić ziarno od plew. Homo demens tworzy własną aksjologię, gdzie dobro miesza się ze złem, subiektywne opinie z obiektywną wiedzą, irracjonalne przekonania z prawdą o rzeczywistości, a sens życia tworzy konsumpcja, użycie i zabawa. Co ciekawe, ten typ postczłowieka, wcale nie wstydzi się tego, że występuje przeciw prawdzie i zdrowemu rozsądkowi. Więcej nawet, bezwstydnie manifestuje swój brak wiedzy, niedostatki moralności, a w skrajnych przypadkach po prostu głupotę, skundlenie, brak wrażliwości etycznej, ślepotę na to, co kiedyś filozofowie nazywali sensus communis. Ów postczłowiek, jako wytwór postmodernistycznej kultury, jest obecny we wszystkich środowiskach, niezależnie od proweniencji społecznej, opcji politycznej, wyznawanej religii czy światopoglądu, a jego cechą szczególną jest bezwstyd, z którym publicznie się obnosi i bez zażenowania manifestuje. Oto kilka jego odsłon.
Odsłona I
Oprócz macic mamy mózgi
Pomysł zorganizowania „czarnego poniedziałku” podrzuciła kobietom aktorka Krystyna Janda. 24 września 2016 roku na swoim fejsbukowym profilu przypomniała, jak o swoje prawa walczyły mieszkanki Islandii. To tylko taka propozycja. Niestety wśród polskich kobiet nie ma solidarności za grosz – pisała aktorka w kontekście debaty nad okrutnym projektem ustawy, zgodnie z którym kobiety mają być wtrącane do więzienia za przerwanie ciąży. Czego domagały się w czasie czarnych protestów kobiety z parasolkami zaopatrzone również w wieszaki i transparenty? Przede wszystkim swobodnego dostępu do aborcji, a także rozprawienia się z „polskim seksizmem”, „agresją seksualną”, także słowną, „patriarchalnym” podejściem do kobiet. Chciały również wyrazić potrzebę rozszerzenia edukacji seksualnej w szkołach, pełnej legalności i refundacji środków antykoncepcyjnych i oczywiście krajowego programu wsparcia in vitro. Dorzuciły też postulat realizacji w praktyce świeckiego państwa.
Niestety, w demokracji jest tak, że do głosu dopuszcza się także tych, których poglądy wykazują znamiona głupoty, moralnego zdziczenia, prymitywizmu intelektualnego, poważnych niedostatków wiedzy i …bezwstydu. Oto więc na ulice wyszły kobiety(towarzyszyli im nieliczni mężczyźni), które jednoznacznie, bez żadnego skrępowania i onieśmielenia publicznie domagały się możliwości zabijania nienarodzonych dzieci (swoich i cudzych). Te, które nie mogły wyjść upubliczniały swoje fotografie jak na przykład nauczycielki z przedszkola w Puławach czy pielęgniarki położne z Poznania (sic!) Postawa tych tysięcy kobiet, które wzajemnie się nakręcały i dodawały sobie animuszu, pokazuje jak można zatracić poczucie własnej godności, w jakim stopniu trzeba upodlić się, by publicznie żądać, aby w świetle prawa można było eliminować nienarodzone ludzkie istoty. Jakież zdeformowane trzeba mieć sumienie, aby domagać się czynienia zła powołując się na wolność i partykularny interes. Gdyby chodziło tylko o penalizację osób zamieszanych w aborcję, jak początkowo sugerowano, wówczas słusznie trzeba by było rozważyć potencjalne konsekwencje takiego rozwiązania, ale tym osobom nie o to w istocie chodziło. Tak naprawdę chciały one zawalczyć o swobodną możliwość decydowania, czy inny człowiek ma żyć, czy też można go zredukować go do zawartości własnej macicy i jego swobodnego usunięcia. Marsze te odsłoniły prawdziwy bezwstyd demonstrujących, które pragnąc szacunku dla siebie i swoich wyborów odmawiały go innym, tym, którzy sami nie mogą wyrazić swojego stanowiska ani się obronić.
Robiły to zresztą w sposób ordynarny, wulgarny, skandaliczny, a nawet nieestetyczny. Było to świetnie widać w ich czarnych ubiorach, czarnych makijażach, akcesoriach, które ze sobą przyniosły (wieszaki, śrubokręty), a także na przykładzie haseł i transparentów prezentowanych przez demonstrujące. Charakter tych haseł pokazuje zdeprawowany, prostacki, obsceniczny i nieobyczajny sposób myślenia autorek/autorów tychże sloganów i czczych słów. Oto kilka z nich: Kaczyński, co ty kurwa wiesz o przewijaniu, Chcesz uwięzić moje łono jesteś tam, gdzie stoi zomo, Gdzie Jarek nie może tam babom zabroni, Siekiera, motyka, parasolka, PIS wymiecie, wściekła Polka, Konferencja Episkopatu Polek, Idźcie w Pis-du Zakaz aborcji zabija, Kobieta = człowiek nie zarodek, Jareczku, Hoserku nie uczcie matek dzieci rodzić, Moja cipka to nie twoja broszka, Piekło kobiet trwa, Moja cipka, moja decyzja, Macice wyklęte, Masz macicę znasz różnicę, Jestem tak wkurwiona, że aż musiałam, Rząd nie ciąża usunąć go można, Świecka wagina to nasze święte prawo, Możecie mi kliknąć, Kaczyzm jak faszyzm niszczy Polskę, Szydło do worka nie do macicy, Jeszcze broszka nie zginęła póki mi żyjemy, Rząd taki gibki że wchodzi nam w cipki, Odpierdolcie się od naszych macic. Z obfitości serca usta mówią – chciałoby się powiedzieć przekornie w odniesieniu do tych haseł i ich wstrętnej zawartości. Manifestujący nie czuli wstydu, byli bezwstydni i cyniczni fundując nam wszystkim wyjątkowo odrażające widowisko.
Odsłona II
Ekshibicjonizm zła
Jedna z uczestniczek marszu, niejaka Natalia Przybysz, polska piosenkarka, znana przede wszystkim z występów w zespole „Sistars”, poszła dalej. Chcąc wzmocnić postulaty demonstrujących w czarnych marszach, w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” wyznała, co następuje: Szłam na protest, by krzyknąć: „Moja broszka, moja sprawa!.” […]To historia o aborcji. I o uczuciach. O wpadce. Trafiła się ludziom dorosłym, rodzicom dwójki dzieci, którzy już mają jakąś wizję swojego życia. […] Podejmują decyzję, że nie wchodzą w tę nową historię. Nie chcą bezwładnie unosić się w życiu tylko na tym, co przynosi los. Zależy im też na jakości tego życia, które już mają. Nie chcą wracać do pieluch. Nie chcą szukać większego mieszkania teraz. 60 metrów kwadratowych ze wszystkimi książkami i zabawkami dzieci jest trochę ciasne, ale jest OK. […] Wchodzą więc na tę drogę i od razu zaczynają się różne wertepy związane z podziemiem aborcyjnym – dewastujące psychicznie i fizycznie. Na początku są tabletki. […] Tabletki na wrzody, cytotec, bardzo silne. Zazwyczaj te tabletki działają szybko, ale w przypadku tej dziewczyny nie – jest jak sejf, jak forteca. Jest wykończona, dostaje dreszczy, gorączki, boi się, bo ma poczucie nieodwracalności procesu, który już się zaczął, ale trwa zdecydowanie za długo. W końcu zjada ostatnią, 42. tabletkę. Myślała, że ma taki wrażliwy organizm, bo dostaje migreny po kawie. Tymczasem nic się nie dzieje poza tym, że czuje się fatalnie pod każdym względem – telepie nią gorączka, jest jak naćpana. Wraca do swojego lekarza i on mówi, że nic nie poradzi, i że może trzeba, gdzieś wyjechać. […]Trafia do kliniki na granicy z Polską, dokąd jedzie busem z Krakowa. Płaci tysiąc złotych. Zbiórka jest o pierwszej w nocy, są inne pasażerki, niektóre same, niektóre z partnerami, i bardzo miła pani, która się nimi zaopiekuje. Wiezie je do kliniki i opowiada różne historie. […]Przyjeżdża się rano. Należy napisać, że podczas ciąży miałaś krwawienie i zgadzasz się na oczyszczenie wnętrza twojej macicy. Dajesz badanie z grupą krwi. Opieka jest profesjonalna. To dobrze zorganizowana sytuacja, która daje poczucie bezpieczeństwa. Kładzie się do łóżka. Przychodzi anestezjolog, ona podaje rękę, zasypia. Po pięciu minutach budzi się na sali, pod kołdrą, jej chłopak jest koło niej. Wszystko trwało pięć minut. Pięć minut. I nagle przychodzi taki wielki oddech. Największy wydech świata. No, ta dziewczyna... To znaczy ja. Czuję wielką ulgę. Nagle cieszysz się wszystkim w swoim życiu, tym, co masz. Robisz postanowienia, jakby był Nowy Rok – że teraz zrobisz to i tamto. To najbardziej uskrzydlające przebudzenie. Pięć minut – i masz z powrotem swoje życie. Ja naprawdę nie chciałam tego dziecka. Nie widziałam się znów w pieleszach domowych, w pieluchach. Mój narzeczony jest wspaniałym ojcem i cudownie zajmuje się naszymi dziećmi, ale nie chciałam mu już tego dokładać. […] No właśnie, całe to tłumaczenie jest słabe. Po co? Po co przyprowadzać na ten świat niechciane dzieci? Po wszystkim bardzo dużo chorowałam, ciągnęły się za mną infekcje, te 42 tabletki strasznie skotłowały cały mój organizm. […] W pewnym momencie trafiłam do starszego lekarza, któremu powiedziałam, jak to się stało, że doprowadziłam się do takiego stanu. Powiedział: „Teraz jest Rok Miłosierdzia, proszę iść do kościoła, wyspowiadać się i to przejdzie”. Nawet sobie pomyślałam: kurczę, zrobię taki eksperyment. Ale bliscy mnie powstrzymali, powiedzieli, żebym tego nie robiła, że przeżyję traumę przy konfesjonale. Koniec cytatu. Czy Natalia Przybysz czuła wstyd wyznając prawdę o swoim czynie? Twierdzi, że nie. Czuła raczej ulgę, euforię, radość, wolność. Te emocje chciała przekazać w piosence, a także po wielu miesiącach w wywiadzie, obnażając swoją aborcyjną przeszłość i detale z nią związane. Bezwstyd u tej kobiety objawia się utratą umiejętności odróżniania dobra od zła i jakimkolwiek brakiem poczucia winy i odpowiedzialności. Artystka wydaje się wcale nie myśleć o zgorszeniu, jakie może wywołać u innych. Ludzie, choć popełniają grzechy lub czynią zło, mają na tyle samoświadomości i poczucia wstydu, że nie obnoszą się z tym publicznie. Człowiek normalnie reagujący w sensie moralnym, wie że uczynione zło nie jest nigdy powodem do dumy. Wstydliwie się je zaciera lub wyjawia w zaciszu konfesjonału. Natalia Przybysz przeciwnie, publicznie ogłasza: nie ma czego się wstydzić, aborcja jest cool! Trzeba, aby dostęp do niej był powszechny, bo daje to wolność! Wartość niezbywalna, jaką jest życie ludzkie, jest dla artystki poza jakąkolwiek refleksją. Myśli tylko o sobie i swoim partnerze. Jest obojętna na śmierć i cierpienie dziecka, którego w jej rozumieniu nie ma, za to jest balast, jest problem, jest lęk o swój komfort. Czy piosenkarka nie powinna jednak zamilczeć? Przynajmniej tyle, biorąc pod uwagę dobro żyjącej dwójki dzieci, które kiedyś te słowa przeczytają. W którym momencie informacja staje się bezwstydna? Informacja czy człowiek, który ją upublicznia…?
Odsłona III
Antyaksjologia nikczemności
Wyznanie Natalii Przybysz spotkało się z natychmiastową reakcją. Na swym blogu była polityk SLD prof. Joanna Senyszyn we własnym stylu podsumowała „spowiedź” piosenkarki. Dokonała rzeczy wspaniałej. Powiedziała prawdę o aborcji, na którą się zdecydowała, bo uznała, że w sytuacji jej rodziny to najlepsze rozwiązanie. Nic dziwnego, że odczuła ulgę. Tak czuje zdecydowana większość z 50 mln kobiet, w tym 150 tys. Polek, które rokrocznie przerywają ciążę. Nie istnieje żaden syndrom poaborcyjny. Kobietom się wmawia, że powinny go mieć. Stres i trauma są udziałem tych, które nie mogą usunąć niechcianej ciąży. Joanna Senyszyn nie kryje zadowolenia z faktu, że indywidualne zło wycieka w przestrzeń publiczną, że dodaje odwagi innym, że zaraża obojętnością na łamanie prawa boskiego i ludzkiego. Senyszyn cieszy się, że artystka nie ma wyrzutów sumienia, że lekceważy swój czyn, że lekceważy zgorszenie innych. W oczach pani profesor niczym jest ta część naszej cywilizacji i kultury, która nie jest obojętna na zło płynące z aborcji. W gruncie rzeczy ci moralizatorzy są tacy sami –podejrzewa Senyszyn - wszyscy korzystają i popierają aborcję, lecz nie chcą się do tego przyznać. Blogerka z nonszalancją, tupetem i pewnością siebie mierzy wszystkich własną miarą. Jeśli ktoś nie afiszuje się ze swoim grzechem, popełnionym złem, winą, to trzeba go do tego zmusić. Niech wyznaje prawdę, tak jak Przybysz, bo jeśli się nie przyzna, to my ją wyciągniemy. Bezwstyd mówienia o wszystkim, także o sprawach intymnych, była posłanka chce rozciągnąć na wszystkich, zwłaszcza na tych, którzy być może wstydzą się jakiegoś swojego niegodnego zachowania. Prof. Barbara Skarga, pisząc o bezwstydzie zauważyła, że podejrzliwość, zawiść –to zwykłe ludzkie cechy, lecz w tej bezwstydnej żądzy spektaklu tkwi coś więcej. Jest rzeczą oczywistą, że spektakl, którego aktorami są żywi znani ludzie, choć występują w nim wbrew woli, silniej podnieca. To nie iluzja, fikcje, to twarda rzeczywistość, która na próżno się kryła, to śmiałe obnażenie. Senyszyn chciałby więcej takich spektakli, gdyż widać pomaga to jej w znoszeniu własnego życia.
Odsłona IV
Niejasna transparentność
Biografia Hanny Gronkiewicz Waltz ma swoje meandry. Nie wszyscy wiedzą, że obecna prezydent Warszawy, to niegdyś uczestniczka spotkań Odnowy w Duchu Świętym, animatorka tego ruchu, katoliczka, której nieobce są pogłębione praktyki życia religijnego, jak na przykład rekolekcje ignacjańskie. Jeszcze w 1992 roku w „Życiu Duchowym” pięknie pisała: W rozeznawaniu woli Bożej pomaga mi ogromnie codzienny rachunek sumienia. To on właśnie pozwala mi zbliżyć się do prawdy o mnie samej i do prawdy o Bogu. Dzięki Ćwiczeniom odkryłam, że regularna praktyka rachunku sumienia jest bardzo ważna. Mimo że dzięki niej odkrywam wiele moich niewierności, to jednak za każdym razem widzę też ogrom Bożego miłosierdzia. Jednak to nie wiara, ale polityczne zobowiązania kierują jej decyzjami. Bo przecież nikt inny, jak pani prezydent, odwołała ginekologa profesora Bogdana Chazana z funkcji dyrektora szpitala po tym, gdy odmówił wykonania zabiegu przerwania ciąży i wskazania innej placówki, gdzie ten zabieg by zrobiono. Wcześniej, gdy była posłem głosowała raczej po linii partyjnej, a nie według wskazań społecznej nauki Kościoła. Obecne kłopoty prezydent Warszawy są jednak na tyle poważne, że najbardziej honorowym rozwiązaniem byłoby zrzec się przez nią piastowanej funkcji lub poddać się w referendum ocenie mieszkańców Warszawy. Gronkiewicz-Waltz, rządząc stolicą od lat dziesięciu, ponosi bowiem odpowiedzialność za tak zwaną aferę reprywatyzacyjną, której efektem są wyrzucenia tysięcy ludzi na bruk, gnębienie ich, dręczenie, a nawet śmierć, jak to było w przypadku spalonej Jolanty Brzeskiej, walczącej do końca z reprywatyzacyjną mafią. W tę aferę wpisuje się także przejęcie i sprzedaż przez rodzinę Hanny Gronkiewicz-Waltz, ukradzionej w wyniku oszustwa, kamienicy przy ulicy Noakowskiego w Warszawie. Rodzina byłej szefowej NBP, jak donoszą media, zarobiła fortunę na sprzedaży kamienicy ukradzionej prawowitym żydowskim właścicielom. Pani prezydent uparcie twierdzi, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem i o niczym nie wiedziała. Ustalenia tygodnika „W Sieci” to podważają. Na dodatek dziennikarz Marek Pyza utrzymuje, że część prawowitych spadkobierców kamienicy przy ul. Noakowskiego 16 w Warszawie wciąż żyje. Czy rodzina HGW zechce pomóc w naprawieniu wyrządzonych im krzywd? Czy potrafi zderzyć się z etycznym wymiarem całej sprawy? – pyta Marek Pyza w czasopiśmie „ W Sieci” i apeluje o ujawnienie wszystkich dokumentów dotyczących tej sprawy. Na razie bezskutecznie. Pytanie jednak czy godzi się pozostawać na urzędzie prezydenta osobie, której rodzina zamieszana jest w reprywatyzacyjne przekręty, a której obowiązkiem było czuwanie nad przestrzeganiem prawa i procedur w tej delikatnej materii, pozostaje. Pani prezydent bez żadnego wstydu i skrępowania odpowiada: „godzi się…”
Odsłona V
Pieniądze ważniejsze niż wdzięczność
Są osoby, które w każdej sytuacji potrafią wycisnąć ostatnią kroplę z wszystkiego. Może to być nawet strata najbliższych. Po katastrofie smoleńskiej wiele osób jakby wyszło z cienia, stając się znane z tej racji, że ktoś bliski zginął tego tragicznego dnia. Kilkoro z nich pojawiło się w polityce, korzystając z nazwiska zmarłego i startując w wyborach w tych okręgach skąd pochodzili bliscy. W jakimś stopniu takim przypadkiem jest kariera drugiej żony śp. Przemysława Gosiewskiego, Beaty Gosiewskiej, której notabene nie przeszkadzało, że pierwsza żona o tym samym nazwisku już w polityce działa. Obecna europosłanka, Beata Gosiewska, której przebojowości w działaniu trudno odmówić, nie spoczęła jednak na politycznych laurach. Wdowa po Przemysławie Gosiewskim domaga się od rządu rekompensaty za śmierć męża. Po 1,25 mln zł dla niej i każdego z dwojga dzieci oraz po 400 tys. zł. odszkodowania oraz dodatkowej renty w wysokości 2 tys. zł dla każdego dziecka, choć syn i córka dostają już od kilku lat świadczenia od państwa. Deputowana wyliczyła, że gdyby nie katastrofa, jej mąż miałby przed sobą 21 lat aktywności zawodowej! Nawet gdyby pominąć dynamiczny rozwój jego kariery politycznej i za punkt odniesienia przyjąć osiągane przez niego dochody sprzed katastrofy, budżet rodziny zmarłego zostałaby przez niego zasilony kwotą ponad 3,5 mln złotych. W momencie katastrofy znajdował się u szczytu kariery politycznej, w każdych kolejnych wyborach uzyskiwał coraz wyższe poparcie, a ponieważ w planach miał kandydowanie do PE, to wiązałoby się z olbrzymim awansem finansowym, jego uposażenie wzrosłoby dwukrotnie. (sic!) Swoje żądanie tłumaczy też tym, że mieszka w małym mieszkaniu i potrzebuje pieniędzy na zajęcia terapeutyczne córki, która cierpi na …dyslekcję, a na które już jej nie stać. Warto jednak wspomnieć, że Beata Gosiewska w kwietniu bieżącego roku zadeklarowała, że za 2015 rok zarobiła ponad 97 tys. euro, a na koncie ma prawie 1,4 mln złotych i 107 tys. euro oszczędności oraz papiery wartościowe na sumę 290 tys. złotych. Owszem, pani poseł ma prawo domagać się kolejnych odszkodowań i o nie usilnie zabiegać, choć wyliczenia ile kosztowałaby (notabene państwo) publiczna służba męża, są wyrachowane i cyniczne. Jednak powody, które wymienia – brak pieniędzy na zajęcia sensoryczne dla dziecka lub małe mieszkanie należące do teściowej, są po prostu bezwstydne, biorąc pod uwagę jej dochody i odszkodowanie za śmierć męża. Szkoda, że pani poseł nie wzięła sobie do serca epitafium, które prawdopodobnie sama kazała wyryć na grobie zmarłego: Wdzięczność liczy się bardziej od pieniędzy.
Zalewająca fala bezwstydu
Czym zatem jest ów bezwstyd, który łączy wszystkie te historie? Czy jest to tylko prosty brak wstydu lub jego zaprzeczenie? Raczej nie. Wstyd jest bowiem pewnym mechanizmem obronnym, który chroni w osobie jej człowieczeństwo i godność. Jego głównym motywem jest to wszystko, co może obrazić lub już obraża godność człowieka. U osób wrażliwych w sensie moralnym, intelektualnym, obyczajowym, a nawet estetycznym pojawia się niejako samorzutnie. Ludzie nie mają wpływu na swoje poczucie wstydu, gdyż jest to spontaniczny odruch (słuszny albo i nie) pojawiający się wbrew woli, który chroni najgłębsze pokłady naszego jestestwa w sytuacjach, gdy własne czyny, myśli, słowa, ułomności nie są zgodne z wyznawanym systemem wartości. Wstyd umiemy (lub nie) jedynie maskować, gdyż niechętnie do wstydu się przyznajemy, wstydząc się raczej w samotności. Wstyd zatem jest zawsze subiektywny, indywidualny i osobny. Natomiast bezwstyd jest społeczny, objawia się zawsze w odniesieniu do kogoś – pojedynczej osoby, grupy osób czy społeczeństwa. Mówimy o kimś bezwstydny, gdy otwarcie, świadomie, często z premedytacją łamie pewne normy obyczajowe, moralne, społeczne niejako chcąc uczynić ze swojego postępowania nową zasadę. Bezwstyd nie jest zawsze taki sam. Ma swoje stopnie, które zależą od materii danego zachowania. Bezwstyd prostytutki obnażającej swoje ciało jest czymś innym niż bezwstyd uczonej, pracownicy uniwersytetu, która w czarnym marszu niesie tabliczkę z niedorzecznym hasłem Moja macica, mój wybór. Bezwstydu języka ulicznego lumpa nie można porównać z bezwstydem rynsztokowego języka wykształconego humanisty obrażającego na publicznym forum innych ludzi. Bezwstyd dobrowolnego przyznania się do zła, bez poczucia żalu, aby nim epatować i zarażać innych nie jest równoznaczny z bezwstydem jednorazowego zachowania czy wybryku połączonego ze skruchą. Wreszcie bezwstyd pazernej, posiadającej wpływy i koneksje posłanki żądającej milionów dla siebie i swych dzieci czy chorej artystki, która organizuje publiczną zbiórkę na leki, a ma poważny majątek ulokowany w nieruchomościach ma inny wymiar niż bezwstyd biednej kobiety, która kradnie w Tesco, na urodziny swej córki, pudełko czekoladek.
Bezwstyd, jako kategoria społeczna, może też być obecny w relacjach bilateralnych – w małżeństwie, w przyjaźni czy w koleżeństwie. Jeśli nawet w tych relacjach wstydzimy się mniej, to dlatego, że oczekujemy więcej: miłości, zrozumienia, akceptacji, cierpliwości, zaufania. Ale właśnie wówczas, gdy w tę relację wkradnie się bezwstyd pod postacią bezczelnego kłamstwa, wyrafinowanego oszustwa lub dwuznaczności, matactwa, fałszu, zdrady etc. Wówczas ów bezwstyd rani bardziej niż inny jego rodzaj. Najczęściej jego przeżycie jest na tyle silne, że prowadzi do zerwania więzi, do zburzenia fundamentu bliskości.
Czy bezwstyd jest zjawiskiem marginalnym? Otóż, nie! Jego przykłady można mnożyć. Szeroką falą rozlewa się w życiu publicznym, zagarniając coraz to nowe obszary i przekraczając nie tylko granice moralne, ale też granice dobrego smaku. Profesor Skarga w artykule „O bezwstydzie”, który ukazał się w 1998 w „Tygodniku Powszechnym” zauważa: ktoś powie, że to patologia. Ale ta patologia zakreśla zbyt szerokie kręgi. I nie wolno nam nie zadawać pytań, gdzie leżą źródła tego braku skruchy i dlaczego, dopowiedzmy, bezwstyd i brak poczucia winy za jego demonstrowanie rozlewa się zupełnie bezkarnie, przesuwając coraz dalej horyzont zwykłej przyzwoitości.
Zdzisława Kobylińska
(tekst ukazał się w listopadowym numerze miesięcznika "Debata")


Skomentuj
Komentuj jako gość