„Panie Prezydencie, jest pan w pułapce”, to tytuł artykułu holenderskiego pisarza i historyka Dawida Van Reybrouck jaki ukazał się na łamach francuskiego dziennika Le Monde w poniedziałek 16 listopada br. Artykuł ma formę listu otwartego do prezydenta Francji François Holland’a i jest reakcją na wojenną retorykę jakiej użył prezydent Holland w swoim wystąpieniu do rodaków po serii zamachów w Paryżu. (Tutaj przeczytasz oryginał po francusku).
Poniżej publikujemy jego streszczenie.
Wybór terminologii wojennej jakiej użył wielokrotnie prezydent Francji zwracając się do swych rodaków mówiąc o „zbrodni wojennej” (une crime de guerre), czy „armii terrorystycznej” (une armée terroriste) Van Reybrouck nazywa wyjątkowo nieprzemyślanym. Przytacza, dla przypomnienia, obszerny fragment prezydenckiej odezwy: „ To co stało się wczoraj w Paryżu i w dzielnicy Saint Denis, w pobliżu stadionu narodowego Stade de France jest działaniem wojennym, a w obliczu wojny kraj powinien podjąć właściwe decyzje. To działanie wojenne, którego dopuściła się armia terrorystyczna Daech, armia terrorystów występująca przeciwko Francji, przeciwko wartościom, których bronimy na całym świecie, przeciwko temu czym jesteśmy, przeciwko wolnemu państwu, które zwraca się do całego świata. To działania wojenne przygotowane, zorganizowane i zaplanowane poza naszymi granicami w oparciu o siły działające na terenie naszego kraju, które zostaną obnażone w trakcie dochodzenia. Jest to akt absolutnego barbarzyństwa.”
Zgadzając się wyłącznie z ostatnim zdaniem przytoczonego fragmentu przemówienia, Van Reybrouck zarzuca prezydentowi Hollande, że w sposób przerażający kopiuje, czasami słowo w słowo, to co powiedział Georges Bush po zamachach z 11 września (2001) przed Kongresem amerykańskim: „Wrogowie wolności dopuścili się działania wojennego wobec naszego kraju”. Następstwa tych historycznych słów są znane. To wojna w Afganistanie, a następnie szalona inwazja w Iraku doprowadzająca do kompletnej destabilizacji regionu, która trwa aż do dziś. Po wycofaniu się wojsk amerykańskich, Irak pozostał pogrążony w chaosie, a w jego północno-zachodniej, wyludnionej części graniczącej z rozdartą walkami Syrii znalazło się wystarczająco miejsca dla trzeciego gracza w regionie: państwa islamskiego czyli Daech. Nie byłoby państwa islamskiego gdyby nie idiotyczna inwazja zadecydowana przez G. Bush’a na Irak, pisze Van Reybrouck i podkreśla, że to co zdarzyło się w ubiegły piątek wieczór w Paryżu, to pośrednia konsekwencja retoryki wojennej głoszonej w 2001 r. przez prezydenta Bush’a.
Autor wypomina prezydentowi Francji użycie retoryki G. Bush’a w mniej niż 24 godziny po zamachach w Paryżu i wskazuje na przyczynę tego przewidywalnego zachowania: to zbliżające się wybory regionalne we Francji (6 i 13 grudnia), których sztandarowym hasłem będzie bezpieczeństwo narodowe. Prezydent Hollande ma bardzo słabe notowania, podczas gdy jego konkurenci polityczni tacy jak Nicolas Sarkozy (centroprawica) i Marine Le Pen (nacjonalistyczny Front Narodowy) depczą mu po piętach. I dlatego właśnie, stojąc na baczność, zrobił to czego oczekiwali terroryści: zadeklarował wojnę. Przyjmując zaś tak entuzjastycznie ich zaproszenie na świętą wojnę „dżihad” stwarza potworne ryzyko rozkręcenia spirali przemocy. W ocenie autora, nie jest to decyzja roztropna.
Dalej, Van Reybrouck podnosi, że nie ma czegoś takiego jak „armia terrorystyczna” albowiem te dwa słowa są sobie przeciwstawne. Tylko państwa lub organizacje posiadają armie, a jeśli takich nie są w stanie stworzyć, to mogą uciec się do terroryzmu, czyli jednostkowych aktów agresji skutkujących olbrzymim szokiem psychologicznym. Następnie dowodzi, że nie wiadomo czy zamachowcy byli bojownikami syryjskimi, którzy powrócili do Francji, czy też zostali tam wysłani. Nie wiadomo też czy zamachy zostały przygotowane w „kalifacie” czy też na przedmieściach Paryża lub w dzielnicach zamieszkałych przez ludność pochodzenia arabskiego. I chociaż pewne detale wskazywałyby na to, że może to być globalny plan zarządzany z Syrii, oświadczenie państwa islamskiego Daech przyznającego się do zamachów opublikowane zostało zbyt późno, by uwiarygodnić taką hipotezę. Być może zamachowcami byli obywatele francuscy, którzy przeszli indoktrynację ideologiczną i szkolenia militarne w Syrii i zdecydowali się w sposób niekontrolowany na dokonanie takich barbarzyńskich aktów w swojej ojczyźnie, ale nie jest to w żadnym razie „armia”.
Według autora, trzej zamachowcy sprzed stadionu narodowego wydają się raczej amatorami. Bardzo możliwe, że chcieli się dostać na stadion, aby wyeliminować prezydenta Francji, lecz samobójca, który wysadził się w pobliżu Mc Donalda zabił „tylko” jedną osobę, a śmierć„tylko” czterech osób we wszystkich trzech aktach autodestrukcji przed stadionem nie wskazuje na działania profesjonalistów, tym bardziej iż potencjalny cel stanowił przecież tłum kibiców liczący ok. 80 tys. osób. Ktoś, kto chciałby zdziesiątkować publiczność sali koncertowej bez zablokowania wyjść awaryjnych, nic nie wie o strategii, a ktoś, kto strzela do przypadkowych klientów restauracji jest tylko nędzną, tchórzliwą kreaturą nie mającą pojęcia o wojskowej taktyce. Być może ci zamachowcy to banda samotnych wilków, ocenia Van Reybrouck.
A zatem, według autora, mówienie o „armii terrorystycznej” nie jest uzasadnione, a określenie „działanie wojenne” wydaje się na wyrost, nawet jeśli ta wojenna retoryka została bez zahamowań przejęta przez premiera Holandii i ministra spraw wewnętrznych Belgii.
W ocenie holenderskiego pisarza, próby uspokojenia obywateli Francji przez prezydenta Holland’a zagrażają bezpieczeństwu na świecie, a odwoływanie się do mocnych słów wskazuje na słabość. Puentując, autor wskazuje, iż lepiej byłoby odwołać się do sztandarowych wartości Francji takich jak wolność, równość i braterstwo, niż używać języka wojny.
Marianna Hołubowska


Skomentuj
Komentuj jako gość