Napisałem kiedyś, że nie wierzę w złe intencje Donalda Tuska. W jakieś jego antypolskie knowania. Nigdy nie zarzucałem byłemu premierowi braku patriotyzmu, ani w ogóle nic z tych lub podobnych rzeczy. Podtrzymuję zdanie. Jestem nawet w stanie rozciągnąć owo mniemanie - domniemanie o „niewinności" na szereg innych postaci – do Komorowskiego i ciotki Ewki włącznie.
Bowiem nie w tym rzecz. Rzecz w tym natomiast, że ci ludzie w ogóle nie są zainteresowani krajem. Polska po prostu nie leży w ich polu widzenia. Nie o to im chodzi.
W Polsce, chociaż na pewno nie tylko tu, polityka nie jest sztuką kierowania krajem. Tworzenia ram życia społecznego. Rozwiązywania problemów. Czy coś tam. Nic z tych rzeczy.
W Polsce polityka jest metodą na robienie sobie dobrze. I tylko tyle. Przecież nie bierze się znikąd, że u nas polityka przyciąga i ogniskuje w sobie rzesze facetów i facetek o bardzo podobnym profilu osobowościowym, podobnych ograniczeniach mentalnych i porównywalnej miałkości, chociaż przyznaję, że prezentowane enturage potrafią być bardzo różnorodne. Przyłóżmy do rzeczywistości krajowej: narcyzm, egotyzm, skłonności manipulatorskie, arogancja, ignorancja, zamiłowanie do warcholstwa i agresji, płynne pustosłowie, brak skrupułów, cynizm i obłuda na raz, zaskakujące niedobory inteligencji przy obfitości cwaniactwa klasy cinkciarskiej, pogarda dla ludzi (o braku empatii nie wspomnę), absolutna niewydolność organizacyjna oraz patologiczna niezdolność podejmowania działań konstruktywnych. Można by tak długo, wystarczy jednak stwierdzenie, że jest to zespół cech pokrewny temu, który określa postawy socjopatyczne. Psychologiczny banał, ciekawsze jest pytanie, dlaczego tak się dzieje ?
Piłkarskie jedenastki narodowe wielkich zachodnich kultur, stanowiących do niedawna trzon cywilizacji europejskiej (Anglia, Francja), zdominowane są przez mniej lub bardziej śniadych chłopaków o dziwacznie brzmiących nazwiskach. Jest to poniekąd efekt owego multitygla, w jaki przerodziły się społeczeństwa zachodnie, ale działa tu mechanizm dodatkowy, mechanizm windy. Sport, jak żadna inna dziedzina życia, potrafi zaoferować błyskawiczny awans społeczny – z samego dołu na same szczyty. Piłka od zawsze była nade wszystko rozrywką plebsu (przepraszam za wyrażenie, ale sam się poczuwam) i od dawna – jego szansą. Ospałe, zaopatrzone we wszystko potomstwo sytych społeczeństw nie ma żadnej motywacji dla wytapiania tłuszczu i zbierania siniaków na podwórkowym klepisku. Emigranckie i postemigranckie społeczności, nawet jeśli wydobyte z biedy, wciąż mają wiele do wygrania.
Teoria windy raczej opisuje niż tłumaczy zjawiska. Za wyjątkiem jednego, tj. jak działa system doboru kadr. Jaką więc windę oferuje krajowa polityka, gdzie jest motywacja do zbierania siniaków na naszych klepiskach i na kogo ona działa ?
Sukces w polityce, znamionowany powodzeniem materialnym to jedno. Nigdzie indziej, poza polityką, nie da się żyć tak dobrze nic w zamian nie oferując. Personalny wykaz postaci, które nie dokonawszy niczego, dumnie i zasobnie funkcjonują w rodzimej polityce, musiałby być – gdyby go sporządzić - doprawdy imponujący. Przejrzyjcie biogramy prominentów III RP, pełno w nich funkcji i stanowisk, ale nie dokonań. Od polityków nikt – ani ich własne środowiska, ani media, ani aktyw wyborczy - nie wymaga wiedzy, umiejętności, czy chociażby realizacji głoszonych koncepcji.
Do polityki jednak nie idzie się tylko dla pieniędzy. Dominująca jest możliwość łechtania ego, załapania się na miraż wielkości. Funkcje te zapewniają ekscytacje medialne, vipowskie exkluzywizmy, blaskomiotne tytuły na wizytówkach, eksponowane stanowiska. Nie ma to jak służbowa limuzyna, którą z ministerialnego biura jedzie się na nagranie do TVN. Jeśli ktoś ma wątpliwości, co do przewagi czynnika drugiego nad pierwszym, zapraszam do przestudiowania przypadków Ryszarda Kalisza, Romana Giertycha i Misiosława Kamińskiego. Każdy z nich większe ciaćki już zamienił lub zamieniłby na ciaćki mniejsze, ale związane z grzaniem się w blasku waaadzy.
Paweł Jasienica przywołał niegdyś obraz konia o zbyt krótkich jelitach, aby wytłumaczyć fenomen ottomańskiej Turcji, która nie potrafiła funkcjonować inaczej niż poprzez nieustanne aneksje coraz to nowych terytoriów. Nałóg wymaga od swojej ofiary nie tylko kontynuacji, ale i stopniowego zwiększania dawek. Stąd sukces polityczny nie jest ostateczny na żadnym szczeblu. Triumfator zawsze chce więcej, wyżej, dalej. Ambicja nie jest problemem, problemem jest sytuacja, w której nie służy ona niczemu.
Po zwycięskich bojach, delikwent obejmując stanowisko, nie myśli o niczym innym, jak o stanowisku następnym, najlepiej – wyższym. Proceder ma miejsce również i na szczeblach poślednich. Ponieważ nie dokonania, ale PR + odpowiednie znajomości zapewniają awans, w ruinę popada ustrojowa zasada, w myśl której instytucje stanowią „urząd obsługujący organ". Otóż u nas „urząd" obsługuje nie „organ", a konkretnego misiosława, który skupia się na bywaniu i robieniu wrażenia, bardzo często nie mając przy tym zielonego pojęcia, czym kierowana przez niego machineria się zajmuje. Minister prowadzący politykę zagraniczną poprzez wpisy na tłiterze, wojewoda funkcjonujący od święta strażaka do święta pogranicznika, dyrektor skupiony na iwentach dla departamentalnych zwierzchników. Tak to wygląda w praktyce.
Sukces in extremis wynosi zabiegaczy na krajowe szczyty, gdzie muszą oni – prędzej czy później – odpowiedzieć sobie na ww. krótkojelitowe pytanie: co dalej ? Zjednoczona Europa oferuje tu, dziękować Bogu, cały pakiet możliwości, a i inne „instytucje międzynarodowe" dostarczają dość korumpujących pokus. Udręczeni autochtońską siermiężnością wybitni rodacy muszą tylko zadać sobie trud pojęcia, czego się od nich wymaga, aby mogli wreszcie porzucić ową kamieni kupę.
Kolega Melchiora


Skomentuj
Komentuj jako gość