1 września 1939 roku – o znaczeniu tej daty dla nas, dzisiaj, mówię na Kanale Zero:
Widocznie trafił ten temat w czuły punkt, bo w ciągu 48 godzin ten 48-minutowy wykład miał już ponad 150 tysięcy wyświetleń. A przecież przypominam tylko historyczną prawdę: Niemcy napadły na Polskę, rozpoczynając (od 17 września w otwartej współpracy z ZSRR) najbardziej koszmarną okupację naszego kraju w historii.
To proste przypomnienie zderza się jednak z dwoma wielkimi, uzupełniającymi się wzajemnie kłamstwami, które mają Polaków przerobić na post-Polaków.
Jedno wyraził w imieniu Platformy Obywatelskiej wiceprezydent Gdańska Piotr Grzelak na obchodach rocznicy II wojny w swoim mieście. Powiedział tak. Cytuję dosłownie:
„Na początku było słowo, złe słowo. Słowo jednego przeciwko drugiemu. I to złe słowo było Polaka przeciwko innemu narodowi, Niemca przeciwko innemu narodowi. Europa została tym złym słowem podzielona…”.
Czyli: pierwszym źródłem II wojny, całego koszmaru, który spadł nie tyle na Polskę, ile na ukochaną Europę – jest „złe słowo Polaka przeciw innemu narodowi”. Czyli - za wybuch II wojny odpowiada na pierwszym miejscu polski nacjonalizm, na drugim – ewentualnie – niemiecki.
To powiedział wiceprezydent miasta, które szczególnie szczyci się 20-letnim epizodem w swej historii, gdy nazywało się „Freie Stadt Danzig”. To było wtedy miasto, które szczyciło się największym poparciem dla Adolfa Hitlera i jego NSDAP. W ostatnich wolnych wyborach do Volkstagu w Wolnym Miescie NSDAP zdobyła rekordowe 59 procent głosów.
Samorząd Gdańska z dumą utrzymuje dziś w najbardziej prestiżowym punkcie miasta, na Długim Targu, Muzeum Freie Stadt Danzig, gdzie jednak nie można dowiedzieć się nic o prawdziwej, morderczej historii jego wielbiących Hitlera mieszkańców. To nie oni zostali napadnięci przez mieszkającą w Gdańsku mniejszość polską. Oni ją wymordowali. Z radością, z entuzjazmem dla Wodza. To nie „złe słowo Polaka” było u początku, tylko zbrodnia niemiecka na Polakach.
Z Gdańska i okolic rekrutowało się 38 tysięcy ochotników Westpressen Selbstschutz, którzy pod komendą Ludolfa von Alvenslebvena, osobistego adiutanta Himmlera, stali się główną siła zbrodni ludobójstwa – tzw. zbrodni pomorskiej. Od września 1939 do początku 1940 roku niemieccy ochotnicy wymordowali swoich sąsiadów– Polaków z Pomorza w liczbie około 40-50 tysięcy.
Zabijali, tak jak później Ukraińcy na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej: widłami, deskami z gwoździami, siekierami, wspomagani nowocześniejszym sprzętem, karabinem, granatem. Od Lasów Piaśnickich i Szpęgawskich po Toruń i Bydgoszcz znaleźć można ślady tego niemieckiego „złego słowa przeciw Polakowi”.
Ale jest też drugie kłamstwo, z który trzeba się zmierzyć. Głoszą je ci nadużywający historii do swych fantazji i wymądrzań publicyści, którzy twierdzą, że jesli Polacy są ofiarami, to tylko z własnej głupoty. No bo przecież – twierdzą – można się było bez problemu dogadać z „akwarelistą”, jak pieszczotliwie, za swoim mistrzem bzdury, Kowin-Mikkem, nazywają Hitlera. Ten miły „akwarelista”, twierdzą, nic nie miał do Polski. Można się było dogadać.
No, to proszę, posłuchajcie Państwo, jeśli można, cierpliwie do końca tej audycji, i zastanówcie się.
II wojnę rozpoczęli Niemcy w imię swojego imperializmu, w imię „wielkiego planu” Histlera, zbudowania „niemieckiej przestrzeni życiowej na wschodzie”. Ta przestrzeń to nie Węgry, ani Czechosłowacja (wyjąwszy Sudety), ani Finlandia. Ta przestrzeń, którą Niemcy – niemal wszyscy Niemcy – uważali, za własną, to były ziemie II RP: Pomorze, Wielkopolska, Górny Śląsk.
A dalej – tylko podbijając Polskę można było rozbudować tę przestrzeń do Uralu, jak chciał „akwarelista”. Więc w imię ideologii „rasy panów” podbili. Jak powiedział wódz ochotników z Wolnego Miasta Gdańska, Ludolf von Alvensleben: „jedynym honorem dla Polaka jest to, że jego ścierwo będzie nawozem dla niemieckiej ziemi”. I razem z milionami swoich rodaków starał się ten plan urzeczywistnić.
Niemieckie państwo nie tylko nie chce zapłacić reparacji za zbrodnie wykonane przez NIEMIECKĄ Rzeszę (bo tak się nazywało państwo Hitlera), ale faktycznie robi wszystko, żeby sponiewierać pamięć polskich ofiar. Dowodem na to jest ten żałosny kamień, zrzucony z ciężarówki na tyłach Bundestagu w Berlinie. W miejscu, gdzie nikt, poza manifestantami w obronie „wolnej Gazy”, nie zagląda. To ma być całe upamiętnienie? Nie możemy się na taką podłość godzić.
Andrzej Nowak
NIEMIECKIE LUKI W PAMIĘCI o 1 września 1939 roku i zbrodniach Niemców na Polakach
Na WP.pl ukazał się artykuł kierowników Instytutu Pileckiego w Berlinie, Mateusza Fałkowskiego, Hanny Radziejowskiej w 87. roczncię napaści Niemiec na Polskę.
Niemieckie podejście do zadośćuczynienia i pamięci o polskich ofiarach niemieckich zbrodni z lat 1939-45 zawsze było polityką prokrastynacji – omijania, przekładania, mglistych obietnic oraz ładnej retoryki. Ale nawet tej ładnej retoryki, wobec obecnych sukcesów AfD, może być w przyszłości mniej. Tym bardziej potrzebujemy zmian w edukacji i praktyce upamiętnień.
Puste miejsce w niemieckiej pamięci
Wymiar zbrodni popełnionych w okupowanej Polsce nigdy nie został w pełni uświadomiony. Badanie wykonane w 2024 r. przez niemiecki IPSOS na zlecenie Instytutu Pileckiego pokazało, że zdaniem niemieckich respondentów ofiary Holokaustu pochodziły przede wszystkim z Niemiec, a represje były istotnie dotkliwsze w Niemczech niż w okupowanej Polsce.
Co więcej, niemieccy politycy, elity kierujące instytucjami polityki pamięci i niemieckie media de facto uznały, że zakotwiczenie niemieckiej edukacji obywatelskiej i dyskursu o niemieckiej winie wokół problematyki Holokaustu w zasadzie wystarczy. W zasadzie, bo w toku kolejnych debat uzupełniano ten dyskurs i edukację o wątki dotyczące kolonializmu, ofiar Romów i Sinti, ofiar homoseksualnych czy – upamiętnionych ostatnio nowym pomnikiem w sercu Berlina – Świadków Jehowy.
Na przepracowanie w przestrzeni publicznej i w edukacji winy za zbrodnie popełnione od 1 września 1939 r. wobec polskich ofiar, polskich miast i wsi brakowało miejsca, czasu i woli.
Polacy, jak przyznają sami uczestnicy niemieckiej debaty, stali się dla Niemców ofiarami drugiej kategorii – zauważył magazyn "Der Spiegel". Dieter Bingen, wieloletni szef Niemieckiego Instytutu Spraw Polskich w Darmstadt mówi, że niemieckie zbrodnie popełnione w okupowanej Polsce oraz polskie ofiary to "puste miejsce w niemieckiej pamięci".
Niemiecka polityka pamięci i zadośćuczynienia wobec Polski to niezmiennie polityka prokrastynacji – punktowo ładnej rocznicowej retoryki, kierowanej jednak głównie do Polaków (a nie do własnego społeczeństwa), oraz mglistych obietnic działania w dalszej przyszłości.
Prokrastynacja, czyli zagadać i odwlec
W 2024 r., w 85. rocznicę wybuchu wojny i 80. rocznicę Powstania Warszawskiego, a także po zmianie rządu w Polsce, wydawało się, że nadszedł moment, by po stronie niemieckiej pojawiły się nie tylko retoryczne zwroty i obietnice, ale konkrety. Niemcy chciały uniknąć rozmowy o reparacjach i odszkodowaniach – temacie położonym na stół przez poprzedni polski rząd. Nie podobał im się ani temat, ani forma rozmowy zaproponowana przez rząd RP. Ale jednocześnie Niemcy wiedziały, że jakąś rozmowę o zadośćuczynieniu muszą podjąć, bo presja społeczna z Polski była jednoznaczna.
Z nowym rządem nowa rozmowa była możliwa. Ale jaka? Don Draper w serialu "Mad Men" miał zwyczaj mówić: "jeśli nie podoba ci się, co mówi druga strona, zmień temat rozmowy". Niemcom nie podobała się rozmowa o odszkodowaniach, więc starali się zmienić ją na rozmowę o "geście humanitarnym".
Gdy Polska mówi coś, co się Niemcom nie podoba – nieważne, czy wcześniej politycy PiS, czy teraz mówią to politycy KO – Niemcy zagadują i zwlekają. Długo dotyczyło to upamiętnienia polskich ofiar w Berlinie (konkurs na pomnik w końcu, po latach, pod presją przyspieszył – trzeba to odnotować), dotyczy to również zadośćuczynienia. Niemcy lubią w takich wypadkach mówić, że ich kultura pamięci i kultura polityczna wymagają długiej dyskusji. Ale kluczowa nie jest tu kwestia kultury politycznej, lecz politycznej woli.
Świadoma prokrastynacja była i jest zasadą niemieckiej polityki w relacjach z Polską. Zasada ta brzmi: mów, że bardzo ci zależy i dużo o tym myślisz, ale konkrety odkładaj do dokładnego przemyślenia na później. Tak robili kolejni kanclerze: Kohl, Schröder, Merkel i Scholz.
Rząd niemiecki zaproponował wtedy jako całościowe rozwiązanie 200 mln euro, co polski rząd odrzucił jako kwotę zdecydowanie zbyt małą. Przedstawiciele Niemiec, m.in. ambasador czy pełnomocnik ds. relacji z Polską przy wielu okazjach sygnalizowali, że Niemcy zdają sobie sprawę z wagi zadośćuczynienia dla jeszcze żyjących ostatnich polskich ofiar, i że "prace nad tym trwają".
Odszkodowania dla ofiar napaści Niemiec. Rząd jeszcze nie ma kwoty i "wywiera presję"
Ale i to stało się ofiarą niemieckiej prokrastynacji. Dawny, wielokrotnie krytycznie omawiany "kicz pojednania" z lat 90. i 2000. powrócił w nowej odsłonie – jako kicz gestu humanitarnego.
Pamięć o wojnie jako walka z nacjonalizmami
Nakłada się na to język i praktyka elit w obszarze pamięci i edukacji historycznej. W 85. rocznicę wybuchu wojny Dom Niemiecko-Polski – instytucja określana przez ówczesną minister kultury Claudię Roth jako "najważniejszy projekt w niemieckiej polityce pamięci wobec Polski" – organizował 1 września 2024 r. uroczystości w miejscu dawnej Opery Krolla (gdzie w międzyczasie stanął tymczasowy pomnik).
Organizatorzy zaprosili polski zespół folkowo-punkowy "Hańba". Muzycznie i aranżacyjnie bardzo dobry, tekstowo też mocny. "Hańba" sięga po poetów dwudziestolecia międzywojennego – Juliana Tuwima, Władysława Broniewskiego, Tadeusza Hollendra czy Lucjana Szenwalda – i po ich ostrą krytykę przejawów polskiego antysemityzmu, polityki sanacji czy ONR.
Na koncercie w Polsce ten lewicowy radykalizm naszych poetów i muzyków jest częścią naszej kultury.
Ale gdy państwowa niemiecka instytucja organizuje 1 września w Berlinie obchody rocznicy napaści na Polskę – w teorii ku czci polskich ofiar niemieckiej agresji – i puentuje je opowieścią o zagrożeniu… polskim nacjonalizmem, coś jednak jest nie na miejscu.
Zaś rozdawany na tej uroczystości, z udziałem ministrów rządu RFN, śpiewnik z przetłumaczonymi na niemiecki – jako memento – krytycznymi tekstami polskich poetów o polskich nacjonalistach sprzed stu lat niewątpliwie mówi coś ważnego o niemieckiej polityce pamięci.
AfD: znormalizować niemiecką tożsamość
Język o zagrożeniu nacjonalizmem - kluczowy dla niemieckiej, ale świadomie uniwersalizującej opowieści o II wojnie światowej ("nigdy więcej wojny – nigdy więcej nacjonalizmu") - napotyka w ostatnich latach na inną tendencję z prawej strony politycznego spektrum. Rozwijająca historyczny rewizjonizm Alternative für Deutschland (AfD) ma już w ogólnoniemieckich sondażach 28 proc. poparcia i osiem punktów procentowych przewagi nad rządzącą CDU.
Rocznica agresji hitlerowskich Niemiec na Polskę w ostatnich latach zbiega się z wyborami landowymi w Niemczech. Gdy dwa lata temu pod Urzędem Kanclerskim w Berlinie "Hańba" śpiewała o polskich nacjonalistach, tego samego dnia odbywały się wybory w Turyngii i Saksonii, wygrane wówczas przez AfD. W tym roku już 6 września czekają nas wybory do parlamentu kraju związkowego Saksonia-Anhalt. Sondaże zapowiadają zdecydowaną wygraną AfD z poparciem 41–43 proc. Oznacza to najprawdopodobniej samodzielne rządy tej partii w Magdeburgu.
AfD deklaruje otwarcie, że jej celem jest wyprowadzenie społeczeństwa niemieckiego z poczucia winy. Rozliczenie z przeszłością przedstawia jako coś Niemcom narzuconego, od czego muszą zostać uwolnieni. A jako metodę tego wyzwolenia politycy AfD proponują już nie empatię wobec ofiar i przyznanie się do winy (jak Weizsäcker w 1985 r.), ale "normalizację" niemieckiej tożsamości.
AfD: odrzucić kompleks winy, zbliżyć się do Rosji
Program wyborczy AfD w Saksonii-Anhalt (dostępny pod adresem: afd-regierungsprogramm.de) jest programem wojny kulturowej. AfD uważa, że "utrwalanie kompleksu winy" doprowadziło do "zaburzenia tożsamości" i popycha Niemcy ku narodowej dekadencji. W związku z tym potrzebna jest nowa, patriotyczna polityka kulturalna, która przywróci Niemcom poczucie własnej wartości. Zaś Saksonia-Anhalt, gdzie AfD ma szansę sformować samodzielny rząd, ma się stać laboratorium takiej wzorcowej polityki kulturalnej – do późniejszego wprowadzenia w całych Niemczech.
Marsz AfD po władzę. W tle kontrowersyjne słowa liderki
Co ma zawierać taka polityka, opisana szczegółowo w obszernym programie wyborczym? Jest tam m.in. ograniczenie badań proweniencyjnych, czyli badań nad pochodzeniem dzieł sztuki znajdujących się w niemieckim posiadaniu. AfD ocenia, że "badania te są prowadzone całkowicie bez uzasadnienia, nawet jeśli ani poprzedni właściciel, ani spadkobierca nie domagają się restytucji". Oznacza to de facto zablokowanie procesu, który umożliwia zwrot zagrabionych dzieł sztuki. Politycy AfD postulują w mediach społecznościowych zwrot o 180 stopni w polityce pamięci. Ich zdaniem Niemcy nie mogą być dłużej "narodem sprawców", bo "każdy naród ma jakieś ciemne karty".
Florian Russ przemawia na kongresie młodzieżówki AfD © East News | JENS SCHLUTER
Program AfD w Saksonii-Anhalt wprost postuluje też wsparcie dla nauki języka rosyjskiego: "Obecna polityka wroga wobec Rosji, prowadzona przez tradycyjne partie, nie leży w interesie Niemiec. Dzieli ona Europę w interesie obcych sił. Aby dać wyraźny sygnał sprzeciwu i położyć podwaliny pod lepszą przyszłość, dołożymy wszelkich starań, aby utrzymać nauczanie języka rosyjskiego w Saksonii-Anhalt, a jeśli to możliwe – nawet je rozszerzyć".
AfD zamierza również przywrócić i wspierać wymianę uczniowską z Rosją: "osobisty kontakt z Rosjanami jest najlepszym lekarstwem na prowadzoną obecnie nagonkę i podsycanie konfliktów".
Jakie to wszystko ma znaczenie dla pamięci o 1 września, o polskich ofiarach niemieckiej okupacji i o zbrodniach popełnionych w Polsce przez totalitarne siły okupacyjne? Niestety duże. Polityka pamięci – miejsca pamięci, instytucje edukacji obywatelskiej – oraz programy szkolne w federalnych Niemczech są finansowane, projektowane i prowadzone w dużej mierze na poziomie landów. Saksonia-Anhalt może więc istotnie stać się laboratorium także w obszarze, który interesuje nas najbardziej.
Ograniczanie badań proweniencyjnych, wpływanie na edukację, walka z "zaburzeniem tożsamości" narodu sprawców i rozwijanie kontaktów w polityce kulturalnej i edukacyjnej przede wszystkim ze stroną rosyjską – to wszystko może prowadzić do negatywnego zwrotu w i tak już złej, niekorzystnej z polskiej perspektywy, sytuacji w niemieckiej kulturze pamięci.
Fala rewizjonizmu
Zmianom tym sprzyjają tendencje zauważalne w mediach społecznościowych. Kiedy niemieckojęzyczna redakcja Polskiego Radia zamieściła ostatnio wywiad z Philippem Martim, autorem książki o Heinzu Reinefarthcie – kacie warszawskiej Woli – na niemieckojęzycznym profilu Polskiego Radia wylała się fala komentarzy o charakterze rewizjonistycznym czy wręcz negacjonistycznym. Komentujący podważali niemieckie zbrodnie popełnione w Warszawie na powstańcach i ludności cywilnej oraz bronili Reinefartha.
Mamy tu do czynienia z ujawnieniem się poglądów, które istniały wcześniej, ale teraz znalazły moment i miejsce, by być głoszone z otwartą przyłbicą. Rosnące znaczenie i poparcie wyborcze AfD sprzyjają takiemu wyjściu z ukrycia. Dowodzi to powierzchowności niemieckiej kultury pamięci i słabości jej systemu instytucjonalnego.
Niemiecka niewiedza o realiach okupacji w Polsce wynika bowiem częściowo z konkretnej polityki pamięci. W dawnej fabryce Adlerwerke we Frankfurcie nad Menem, gdzie po Powstaniu Warszawskim trafiło do utworzonego tam obozu KZ Katzbach ponad 1500 Warszawiaków, a ponad 500 osób zginęło, urządzono niewielką wystawę o pracy przymusowej. Nie zmieściło się w niej jednak ani Powstanie, ani narodowość większości ofiar, ani charakter samego obozu, który był czymś więcej niż tylko "pracą przymusową stosowaną przez przedsiębiorstwo wobec wielu narodowości".
Ta niewiedza staje się dziś kontekstem wzmagającej się wojny kulturowej, której ogniska możemy obserwować choćby w programie wyborczym AfD w Saksonii-Anhalt przed wyborami 6 września czy w koncercie zorganizowanym przez zupełnie inny niemiecki obóz ideowy i polityczny 1 września 2024 r.
Niewiedza jako forma przemocy
I to musi nam dawać do myślenia.
Poza wszystkim bowiem niemiecka niewiedza o realiach okupacji w Polsce jest formą przemocy wobec ofiar – kontynuacją przemocy w innej formie, 87 lat po wrześniu 1939 r.
Jest przy tym pewnym paradoksem, że stosunek do Polski i polskiej historii w Niemczech oraz kultywowana przez dekady prokrastynacja i odkładanie sprawiedliwości zbudowały znakomity grunt pod AfD. Źródeł tej sytuacji należałoby zapewne szukać w niemieckiej kulturze strategicznej, której pewne elementy w odniesieniu do wschodu Europy i do samej Polski pozostawały niezmienne.
AfD wyobraża sobie Niemcy z czasów ich zamożności i siły, z czasów koncertu mocarstw – a więc widzi ich źródła we współpracy niemiecko-rosyjskiej czy w potędze Prus i zjednoczonych Niemiec w XIX w., gdy Polska była traktowana jako przedmiot, a nie podmiot.
Aby temu przeciwdziałać, polskie instytucje powinny teraz wzmacniać starania na rzecz wprowadzania polskiej historii do niemieckiego systemu edukacji oraz obecności i słyszalności głosu polskich ofiar w niemieckich miejscach pamięci – dawnych obozach koncentracyjnych; działać na rzecz rozwoju badań proweniencji dzieł sztuki, by uprawdopodobnić restytucję zagrabionych dzieł kultury. Także na rzecz dokumentowania losu polskich robotników przymusowych, polskich więźniów i działaczy polskiego ruchu oporu.
Trzeba pamiętać, że swoją obecność w Niemczech wzmacniają 87 lat po wybuchu wojny również inne państwa. Izrael zdecydował w tym roku o otwarciu pierwszego zagranicznego centrum edukacyjnego Yad Vashem – w Monachium, z filią w Lipsku adresowaną do regionu i krajów sąsiednich, w tym Polski – by prowadzić tam pracę edukacyjną "skierowaną do Niemców i państw ościennych".
Polska, mając Instytut Pileckiego w Berlinie, tę pracę już prowadzi i rozwija programy dla szkół i nauczycieli. Taka praca może być korzystna dla samych Niemców – otwierając społeczeństwo na historię, demokratyzując dostęp do historii, dając podstawy do partnerskiego dialogu historycznego i kończąc z prokrastynacją.
Autorzy kierują Instytutem Pileckiego w Berlinie
MŁODZI NIEMCY NIC NIE WIEDZĄ O ZBRODNIACH NA POLAKACH, STARZY MAJĄ TO GDZIEŚ
Młodzi Niemcy nie wiedzą zbyt dużo o tym, co się wydarzyło 1 września 1939 r. - powiedziała dr Agnieszka Pufelska, historyczka Nordost-Institut. Jej zdaniem bez nowego języka pamięci temat będzie tracił znaczenie.
Najważniejsze informacje
W Niemczech szkolna nauka o II wojnie skupia się głównie na Holocauście, planie Barbarossa i froncie zachodnim.Wspólny polsko-niemiecki podręcznik historii istnieje, ale nauczyciele sięgają po niego rzadko. Agnieszka Pufelska ocenia, że bez szerszej narracji pamięć o wojnie będzie słabnąć w Polsce i w Niemczech.
Historyczka zwróciła uwagę, że niemiecka opowieść o przeszłości ma dziś inny punkt ciężkości niż w Polsce. Jej zdaniem wpływa na to także demografia: ok. 30 proc. mieszkańców Niemiec ma rodzinne korzenie poza tym krajem, więc szkolna narracja ma włączać także potomków migrantów, a nie skupiać się wyłącznie na relacjach polsko-niemieckich.
Dr Pufelska podkreśliła, że historia pozostaje w niemieckich szkołach obecna, ale zwykle omawia się przede wszystkim najważniejsze wydarzenia związane z II wojną światową.
Program koncentruje się głównie na Holocauście i ogólnie na planie Barbarossa czy wojnie w Europie Zachodniej. Powstał owszem wspólny polsko-niemiecki podręcznik historii, ale nie jest obowiązkowy. To nauczyciele decydują, czy po niego sięgnąć czy też nie. Ponieważ sięgają po niego tylko nieliczni, nie jest on wykorzystywany powszechnie - powiedziała.
Jak młodzi Niemcy patrzą na historię?
Zdaniem badaczki młodsze pokolenie w Niemczech nie szuka już przede wszystkim narodowej perspektywy. Studenci, z którymi rozmawia, wolą patrzeć na przeszłość szerzej i globalnie.
Chłoną nowe pojęcia, szukają nowego spojrzenia na przeszłość. Szanse na przekonanie ich do tej wąskiej, narodowej perspektywy historycznej, która dominuje w Polsce, są nikłe. Z kolei starsze pokolenie, bardziej zakorzenione w przeszłości, jest już zmęczone żądaniami reparacji wojennych, irytuje ich propagowanie przez polską prawicę negatywnego obrazu Niemców - powiedziała ekspertka.
Historyczka oceniła też, że polska pamięć o II wojnie pozostaje zbyt zamknięta na inne doświadczenia. Zwróciła uwagę na słabą obecność Zagłady w polskiej narracji o wojnie, choć ofiarami byli także obywatele II Rzeczypospolitej.
Nie ma przyszłości bez przeszłości. Spróbujmy połączyć przyszłość z przeszłością w teraźniejszości i szukać nowych dróg porozumienia. Przestańmy myśleć tylko kategoriami narodowymi - mówiła w rozmowie z PAP dr Agnieszka Pufelska.
Pamięć o II wojnie w Polsce i w Niemczech
Według historyczki w Niemczech od lat rośnie też tendencja do patrzenia na własną historię przez pryzmat różnych grup ofiar. W debacie pojawiają się wypędzenia, przesiedlenia, niemieccy więźniowie polityczni czy osoby prześladowane z powodu orientacji seksualnej. To sprawia, że prosty podział na kata i ofiarę staje się tam coraz mniej jednoznaczny.
Niemcy chcą postrzegać siebie także jako ofiary II wojny światowej. Stąd ta dyskusja o wypędzeniach czy też przesiedleniach. Sporo mówi się o niemieckich więźniach politycznych, o ludziach zamykanych w obozach z powodu orientacji seksualnej. Słowem mit ofiar i kata w Niemczech jest bardziej zróżnicowany - podkreśliła.
Dr Pufelska przypomniała, że w Berlinie otwarto tymczasowe Miejsce Pamięci dla Polski 1939-1945, a w planach pozostaje także Dom Polsko-Niemiecki. Jej zdaniem to ważne sygnały, ale nie wystarczą, jeśli niemieckie muzea i instytucje nie włączą polskiego spojrzenia do własnej opowieści o okupacji. Dodała też, że młodzi Polacy również wiedzą dziś coraz mniej o II wojnie światowej.


Skomentuj
Komentuj jako gość