logodebata

Wspomóż jedyny portal na Warmii i Mazurach, który nie boi się publikować prawdy o politykach i jest za to ciągany po sądach. Nigdy, przez 18 lat istnienia, nie dostaliśmy 1 grosza dotacji publicznej. Redaktorzy i autorzy są wolontariuszami. Nr konta bankowego Fundacji „Debata”: 26249000050000450013547512. KRS: 0000337806. Adres: 11-030 Purda, Patryki 46B

poniedziałek, lipiec 20, 2026
  • Debata
  • Wiadomości
    • Olsztyn
    • Region
    • Polska
    • Świat
    • Urbi et Orbi
    • Kultura
  • Blogi
    • Łukasz Adamski
    • Bogdan Bachmura
    • Mariusz Korejwo
    • Adam Kowalczyk
    • Ks. Jan Rosłan
    • Adam Jerzy Socha
    • Izabela Stackiewicz
    • Bożena Ulewicz
    • Mariusz Korejwo
    • Zbigniew Lis
    • Marian Zdankowski
    • Marek Lewandowski
  • miesięcznik Debata
  • Baza Autorów
  • Kontakt
  • Jesteś tutaj:  
  • Start
  • Wiadomości
  • Polska

Polska

Ukraina postawiła na Niemcy, dlatego atakuje Polskę. Co robić?

Szczegóły
Opublikowano: wtorek, 07 lipiec 2026 10:28
Jan Śliwa

Co dalej z Ukrainą? - pyta Jan Śliwa w piśmie Wszystko Co Najważniejsze. Tak jak prawie wszyscy Polacy po rosyjskiej agresji był zdecydowanie po stronie Ukrainy. Tym bardziej, że pojawiła się historyczna, realna szansa na sojusz ukraińsko-polski, który zatrzyma rosyjski walec, który od 300 lat usiłuje nas rozjechać. Niestety, konkluduje autor, tę wizję przekreślił prezydent Zełenskistawiając na Niemcy,przyłączając się do gloryfikacji OUN-UPA i atakując Polskę.Poniżej główne wątki artykułu Jana Śliwy.

(...) Tom Wielkiej Sowieckiej Encyklopedii z roku 1940 mówi: „POLSKA, tak nazywało się państwo powstałe w X wieku. / W 1939 r. reakcyjna, oparta na wyzysku Polska doszła do swojego historycznego końca”. W tym suchym tekście słyszę zadowolenie autora. A nam zależy, by takim ludziom to zadowolenie zepsuć.

Poza tym była to walka Dawida z Goliatem – Dawid był zwinny i sprytny, Goliat ociężały i brutalny. Oczywiście znaliśmy sprawę rzezi wołyńskiej, ale wydawało się, że w obecnych bojach Ukraińcy zdobędą nowych bohaterów, a decydującym czynnikiem będzie wspólnota interesów strategicznych. Nie było to marzycielstwem, to właśnie była Realpolitik.

Ale Ukraina zwróciła się w stronę Niemiec i zaczęła okazywać wrogość Polsce. A to przecież ta Polska, pod rządami PiS, udzieliła Ukrainie natychmiastowej wielkiej pomocy w krytycznym momencie, gdy ważyły się jej losy. Problem narastał od dawna, szalę goryczy przelało nadanie ważnej jednostce wojskowej nazwy „Bohaterów UPA”, wzmocnione ostatnio planami budowy narodowego Panteonu, oddającego cześć osobnikom wielce podejrzanego autoramentu. Jakby tego było mało, ze źródeł ukraińskich – rządowych, intelektualnych i prywatnych – wylała się nieprawdopodobna fala hejtu, obwiniającego Polaków o wszystkie problemy Ukrainy od stworzenia świata. Materiały są często solidnie przygotowane (graficznie, nie merytorycznie), co sugeruje od dawna przygotowaną akcję. Po tak brutalnym ataku czuję się zwolniony z jakiejkolwiek troski o honor Ukrainy, jako że takowego nie widzę. Nie przechodzę na stronę Putina, bo Rosja to dalej Rosja. Ale jeżeli Putin mówi o tendencjach nazistowskich na Ukrainie, a ja widzę czarno-czerwone flagi oraz pomniki Bandery i Szuchewycza, to trudno.

Jak silna jest Ukraina?

(...) Posiadając własną nowoczesną broń, może więc samodzielnie kontrolować drabinę eskalacyjną. Nie wszystkim się to podoba. Patrząc z perspektywy mniejszego kraju, nie byłem zadowolony, że można kupić broń, którą strategicznie będzie zarządzał producent. Z drugiej strony mniejszy kraj czasem chce się podrażnić z wielkim przeciwnikiem – zniszczyć mu strategiczny most, spalić rafinerię na zapleczu itp. Ale drażniony niedźwiedź może się odwinąć. Incydent może być katalizatorem wielkiego konfliktu, jak strzały w Sarajewie. Wielkie mocarstwa o tym myślą, chcą uniknąć wojny światowej. Ma to sporo sensu. W geopolitycznych szachach nie można zapominać, że przeciwnik też ma figury.

Dotyczy to zwłaszcza broni nuklearnej. Ukraina była w Związku Sowieckim ważnym centrum techniki rakietowej, kosmicznej i nuklearnej. Technikę rakietową odtworzyła. Być może również w technice nuklearnej zasoby intelektualne są do odtworzenia. Ukraina oddała tę broń w 1994 r. w ramach memorandum budapeszteńskiego, za co otrzymała gwarancje nienaruszalności granic. Gwarancje te okazały się bezwartościowe, Ukraina poczuła się oszukana. Jest jednak pewne, że próby zbudowania własnej bomby spotkałyby się z ostrą reakcją. Myślę, że Rosję powoli denerwuje to, że nikt już się nie boi jej gróźb nuklearnych. Może dojść do wniosku, że czas przypomnieć, że wciąż je traktuje poważnie.

Wygląda na to, że Ukraina chciałaby pełnić rolę „Izraela Europy Wschodniej”. Dominuje militarnie, pręży muskuły i wysyła wokół pogróżki. W konsekwencji jest skonfliktowana ze wszystkimi sąsiadami. Zakłada, że ma odległego sponsora i sojusznika – Niemcy – dla którego na miejscu wykonuje brudną robotę. Izrael ma jednak w Ameryce lobby żydowskie, a nie ma silnego lobby ukraińskiego w Niemczech. Przeciwnie – istnieje lobby rosyjskie. Do tego sytuacja wewnętrzna Niemiec jest bardzo napięta, o czym powiemy jeszcze dalej.

Aktorstwo i polityka

(...) Po wybuchu wojny wydawało się, że okazał się Zełenski faktycznie mężem stanu. Ale nastawienie Ukrainy do Polski zaczęło się zmieniać. Pojawiały się niepokojące sygnały o narastającym kulcie UPA. Przez jakiś czas myślałem: dobry car, źli bojarzy. Ale po nagłym zwrocie, gdy Zełenski zaczął na międzynarodowym forum ostro atakować Polskę, prezydenta Dudę i innych polskich przywódców, zacząłem mieć wątpliwości. Był to zdecydowany, publiczny atak, bez żadnej próby koncyliacji, tak jakby ktoś mu przekręcił jakąś wajchę w mózgu. Pamiętamy, jak we wrześniu 2022 r. wspólnie z prezydentem Dudą odsłonił jego pamiątkową tablicę, inaugurującą kijowską Aleję Odwagi. Pamiętamy jego mocne uściski z polskimi przywódcami i głębokie spojrzenia w oczy. Czy już wtedy były zagrane, czy aktor za pieniądze zagra każdą rolę? Kiedy jest szczery, kiedy gra?

Nazizm wraca na salony Europy?

Zaskakująca jest reakcja Zachodu na spór między Polską a Ukrainą. Większość mediów daje duży tytuł o mocnej decyzji prezydenta Karola Nawrockiego, by odebrać prezydentowi Zełenskiemu Order Orła Białego, dodając dyskretnie w tekście, o co chodziło, unikając brutalnych szczegółów. Działa tu też odruch warunkowy, by krytykować „prawicowo-nacjonalistycznego prezydenta Polski”. W ten sposób zapomina się, że mówimy tu o celebrowaniu nazistowskich kolaborantów, ludobójców. Ofiarami ich byli nie tylko dający się pominąć Polacy, ale też w wielkiej liczbie Żydzi. Jeżeli chodzi o ukraińską kolaborację z nazistami, przypomnijmy osławiony obóz szkoleniowy w Trawnikach, którego „absolwenci” uczestniczyli w akcji Reinhardt (eksterminacja 1,8 miliona Żydów), likwidacji gett i masowych egzekucjach, byli też strażnikami w obozach pracy i śmierci. Niezależnie od tego, która dokładnie formacja brała udział w której akcji, wyciąganie tematu ukraińskich „bohaterów” z tego okresu to słaby pomysł.

Okaże się jeszcze zresztą, kto na tym bardziej straci, a kto być może zyska. Na razie komentarze zachodnie krytykują raczej Polskę, jako że narusza to misterny plan Zachodu zagospodarowania Ukrainy. Nawet komentarze żydowskie są oszczędne, chociaż gdyby chodziło o swastykę namalowaną w toalecie gdzieś na Podlasiu, spowodowałoby to interwencję prezydenta i pięciu rabinów, z artykułem w „New York Times” do kompletu. Nie widzę też solidarności brukselskiej centrali z państwem członkowskim, choć wydaje się ona oczywista. Niemniej informacja powoli wypływa. To ważne, ponieważ sprawa rzezi wołyńskiej jest nieznana na Zachodzie. W Parlamencie Europejskim trwają przepychanki dotyczące upamiętnienia (lub nie) polskich ofiar. W tej chwili (2.7.2026) widzę, że temat ten może zostać poruszony (lub nie) w Parlamencie Europejskim podczas dyskusji na temat procesu akcesyjnego Ukrainy i Mołdawii. Ukraińscy komentatorzy uważają poruszenie tego tematu za polski sztylet wbity w plecy. Ale czego się właściwie spodziewali?

Najwyraźniej potępienie oddawania czci nazistom nie jest sprawą automatyczną. Ciekawe, dokąd nas ten proces relatywizowania zbrodni jeszcze doprowadzi i kogo zobaczymy na unijnych sztandarach.

Czy Niemcy to stabilny partner?

Założeniem obecnej polityki Ukrainy jest mocne oparcie się na Niemcach. Dla udowodnienia lojalności była ona gotowa zepsuć swoje relacje z dotychczasowym ważnym sojusznikiem – Polską. Ale na ile Niemcy są solidnym partnerem? Kanclerz Merz mówi o bezwzględnym wsparciu dla Ukrainy, ale ja mu za bardzo nie wierzę. Jednak niemieckie partie i stronnictwa traktują to poważnie i uważają go za niebezpiecznego podżegacza wojennego. Co do stronnictw, w rządzących partiach CDU i SPD wciąż silni są zwolennicy Merkel i Schrödera, budowniczych gazociągu Nord Stream. Opozycyjna AfD jest jednoznacznie za współpracą z Rosją, jako że odejście od taniego rosyjskiego gazu zabija niemiecką gospodarkę.

Ten układ sił nie jest zbyt stabilny. Ponieważ kanclerz Merz ze swoich zapowiedzi wyborczych nie zrealizował właściwie niczego, jego sytuacja jest chwiejna. Opozycyjna AfD już dawno przegoniła CDU, teraz wszyscy obserwatorzy czekają na Wielką Mijankę: AfD 30 proc. – CDU 20 proc. Zbliżają się wybory w landzie Saksonia-Anhalt. AfD może zdobyć absolutną większość, tak że żadna, nawet najbardziej abstrakcyjna koalicja jej nie zatrzyma. Opcją jest oczywiście (liberalny) pucz. (...)

Tak więc aktualne trendy w Niemczech mogą je doprowadzić na skraj wojny domowej – lub poza. To spowoduje radykalną rewizję układu w ramach Unii Europejskiej. Być może Unia wytoczy najcięższe działa właśnie przeciw Berlinowi, być może sama się rozpadnie. No i jaka będzie reakcja Ameryki, zwłaszcza że i tam nie wiadomo, kto będzie rządził. Ukraińskie stawianie na trwałość aktualnego układu sił jest ryzykowne.

I co dalej? Sojusze matematyczne i realne

W tej zagmatwanej sytuacji pojawia się klasyczne pytanie: co robić? Realpolitik uczy, że należy przeanalizować potrzeby i możliwości, strategiczne przepływy i strumienie dostaw oraz uważnie spojrzeć na mapę. Ale w życiu tak nie jest, potrzebne jest jeszcze zaufanie. Chiński biznesmen podobno najpierw zaprasza przyszłego partnera na kolację i rozmawia o życiu i rodzinie. Ani słowa o konkretnych interesach, żadnych liczb. Po co mam rozmawiać o szczegółach, jeżeli mu źle z oczu patrzy? Do tego przyszły takie czasy, że można wszystko podpisać, ale jeszcze trzeba mieć kanonierki do wyegzekwowania podpisanej umowy.

Gdy spojrzeć na mapę, to blok z Ukrainą się narzuca. Ale atmosfera została katastrofalnie zatruta. Polski przywódca, który okaże choćby cień sympatii dla Ukrainy, może zapomnieć o wyborach. No chyba że chodziłoby o jakąś wyrachowaną transakcję, o jasnych kosztach i zyskach, dającą się wyegzekwować. Ewentualnie gdyby pojawiło się wielkie, wspólne zagrożenie. Albo gdy zmieni się tam władza i uwiarygodni. Tyle że nasze interesy się różnią. My się boimy Niemców, a Ukraińcy absolutnie nie. Raczej wspólnie z Niemcami chcą nas wyłączyć z gry.

Kiedyś nawet mówiono o intensywnej współpracy z Niemcami. W wielu punktach się uzupełniamy. Ale Niemcy najpierw muszą uporządkować swoje sprawy. To samo dotyczy Unii Europejskiej, która może nie przetrzymać (wywołanych przez siebie) problemów gospodarczych i migracyjnych. Może też nie przetrzymać przyszłorocznego szoku wyborczego, mając do wyboru radykalne zmiany lub liberalną dyktaturę, która może doprowadzić do jeszcze potężniejszego wybuchu. W praktyce najbardziej sensowna wydaje się współpraca z USA, gdzie oczywiście rozwój sytuacji również jest niepewny. I nie należy się nadmiernie konfliktować z Chinami i Rosją, bo wielcy się mogą ze sobą ułożyć jak na kongresie wiedeńskim lub w Jałcie. Pytanie, czy potraktują nas jako łup do podziału czy jako (junior) partnera.

Podsumowując – należy obserwować wszystkie kierunki i nie popadać w dogmatyzm, ale też unikać naiwności. Najważniejszy na przyszłość jest jednak sojusz polsko-polski, by zakończyć wyniszczającą dwuwładzę. Niech o przyszłą strategię spierają się think tanki, niech polityka nie sprowadza się do docinków na mediach społecznościowych. Z niepokojem myślę o przyszłych opracowaniach historii Polski z 1. połowy XXI wieku. Pomijając to, że nie dożyję, nie chcę tam widzieć tekstu: „POLSKA, tak nazywało się państwo powstałe w X wieku. / W 20xx r. targana wewnętrznymi konfliktami, przegrywająca wszystkie historyczne szanse Polska doszła do swojego historycznego końca”.

Jan Śliwa

Pasjonat języków i kultury. Informatyk. Publikuje na tematy związane z ochroną danych, badaniami medycznymi, etyką i społecznymi aspektami technologii. Mieszka i pracuje w Szwajcarii.

Na zdjęciu: 15 marca 2022 roku, a więc niespełna miesiąc od agresji Rosji na Ukrainę, z inicjatywy premiera Morawieckiego i prezesa Jarosława Kaczyńskiego, pojechali z nimi pociągiem do Kijowa   premierzy Czech i Słowenii. Ich podróż trwała 12 godzin. Kolejnych pięć godzin politycy spędzili na intensywnych rozmowach z ukraińskimi partnerami, w tym prezydentem Wołodymyrem Zełenskim. Ambasador RP w Kijowie Bartosz Cichocki pamięta, że w dniu wizyty ulice Kijowa były puste. Mieszkańcy miasta w obawie przed rosyjskimi bombardowaniami albo wyjechali, albo ukrywali się w bezpiecznych miejscach.

„Bardzo długo brał udział w tych rozmowach prezydent Wołodymyr Zełenski. To była bardzo konkretna rozmowa o (samolotach) MiG-ach, o misji NATO na Ukrainie. Wtedy była też próba sprawdzenia, na ile wspólnota międzynarodowa gotowa jest wesprzeć Ukrainę” – ujawnił ambasador. Zdaniem dyplomaty wizyta czterech polityków wywołała na Ukrainie ogromne wrażenie. „Jej uczestnicy mają tablice ze swoimi nazwiskami w Alei Odwagi na Placu Konstytucji przed parlamentem w Kijowie” – podkreślił.

Czytaj więcej: Ukraina postawiła na Niemcy, dlatego atakuje Polskę. Co robić?

Komentarz (0)

Poradnik portiera: Jak zrobić profesurę na polskiej uczelni

Szczegóły
Opublikowano: czwartek, 02 lipiec 2026 21:31
Andrzej Bronisław Adamowicz

Jak się dziś robi profesurę. Poradnik, którego nikt nie wydał, a wszyscy znają. Nawet ja, portier.

Mówią, że nauka to maraton. Na niektórych wydziałach to raczej sztafeta, w której biegnie wielu, a medal odbiera jeden. Zwłaszcza tam, gdzie liczyć i mierzyć efektywność potrafią lepiej niż gdziekolwiek indziej, bo to przecież ich zawód.

Istnieje bowiem pewna teoria – niepotwierdzona, rzecz jasna, czysto hipotetyczna – że w niektórych miejscach dorobek naukowy nie tyle się tworzy, ile montuje. Bywają zespoły, w których gwiazda może być tylko jedna, a reszta dba o to, by świeciła jak najjaśniej. Ustala się wtedy ścisłą kolejność rozbłysków: najpierw ta wyznaczona jako pierwsza, potem następni, każdy w swoim przydzielonym czasie. Pisze się, liczy, bada, a na liście autorów, przedziwnym trafem, zawsze pojawia się to samo nazwisko. Niezależnie od tego, kto naprawdę zarwał noc nad arkuszem danych. Czysto teoretycznie, ma się rozumieć.

Słyszy się też – bo przecież tylko się słyszy – że finansowanie badań dziwnie koreluje ze współautorstwem. Projekt jakby łatwiej dostać, gdy na okładce wniosku błyśnie odpowiednie nazwisko. Młody badacz błyskawicznie uczy się wtedy akademickiego savoir-vivre’u: hojność wobec cudzego dorobku to lokata kapitału, a nie strata. Nikt tego nigdzie nie zapisał w regulaminie. To się po prostu wie.

Dziś prawdziwą sztuką nie jest już zresztą samo odkrycie, ale alchemia punktowa.

Współczesny uczony nie szuka prawdy, lecz punktów z listy ministerstwa. Ta pogoń zrodziła nową gałąź nauki: cytowalność wzajemną. Tworzy się ciche spółdzielnie i kółka wzajemnej adoracji bibliograficznej. Ty zacytujesz mnie, ja ciebie, a nasz wspólny patron dopisze nas do swojego artykułu w zagranicznym czasopiśmie, którego i tak nikt nie przeczyta. Punkty się zgadzają, system płacze ze wzruszenia, a nauka idzie naprzód. Głównie w tabelkach Excela.

Mówi się też o pielgrzymkach. Bywają wydziały, na których klucz do tytułu leży nie na własnym korytarzu, lecz w cudzych gabinetach – gdzieś daleko, u kogoś, kto „ma dojście” i zasiada tam, gdzie trzeba. Kariery nie robi się wtedy nad probówką czy komputerem, tylko w podróży służbowej. Trzeba pojechać, pokazać się, ukłonić, przypomnieć o swoim istnieniu. Są tacy, którzy „załatwią”, i tacy, którym się „załatwia”. Sam tytuł, choć ustawa każe wiązać go z wybitnym dorobkiem, bywa raczej certyfikatem lojalności niż geniuszu. Hipotetycznie, rzecz jasna. W naszej nauce profesury się przecież nie załatwia. Nadaje się je za zasługi. Pytanie tylko: czyje i w jakiej kolejności?

Osobny rozdział tej sagi piszą recenzenci.

Gdy wniosek profesorski trafia do oceny, uruchamia się subtelna machina dyplomacji. Recenzent, człowiek z natury krytyczny, potrafi wykazać się niezwykłą ślepotą na braki, o ile kandydat potrafi odwdzięczyć się tym samym przy innej okazji. To piękny, akademicki ekosystem symbiozy: dzisiaj ja przymknę oko na twój skromny dorobek, jutro ty zrecenzujesz mojego habilitanta. Karawana jedzie dalej, a stopnie naukowe sypią się jak konfetti.

Awanse na urodzinach profesora

Słyszy się wreszcie o urodzinach. Bywają wydziały, które na imieniny czy jubileusz właściwego profesora potrafią wyjechać tłumnie, niemal w komplecie, jakby kalendarz towarzyski był integralną częścią obowiązków służbowych. To nie tort jest jednak główną atrakcją takiego wyjazdu, lecz coś znacznie trwalszego. Gdzieś tam, między trzecim toastem a życzeniami zdrowia, ważą się losy przyszłych wniosków awansowych. Jedzie się nie dla solenizanta, ale dla tego, co solenizant może później wziąć pod swoje bezpieczne skrzydła. Hipotetycznie, rzecz jasna, bo przecież w nauce na urodziny jeździ się wyłącznie z czystej sympatii. Profesury rozdają się same, a zbieżność dat i awansów to czysty przypadek.

Profesorzy jak lekarze, pracują w kilku miejscach naraz

I jeszcze jedno na koniec – czysto rachunkowe, bo to akurat na wydziale od rachunków powinni docenić najbardziej. Gdy się zliczy etaty, projekty, funkcje, komisje, rady i delegacje niektórych osób, wychodzi doba znacznie dłuższa niż ta, którą wyznacza obrót Ziemi. Człowiek nauki potrafi być w trzech miejscach naraz i brać za to cztery pensje. To osiągnięcie godne osobnej publikacji. Najlepiej wieloautorskiej. I z najwyższą liczbą punktów.

Piszę to, rzecz jasna, wyłącznie jako satyrę. Wszelkie podobieństwo do realnych wydziałów, gabinetów, uczelni i karier jest całkowicie przypadkowe, niezamierzone i, jak mawiają prawnicy, nieprzesądzone. A jeśli ktoś, czytając to, poczuł nagłe ukłucie w klatce piersiowej, to zapewne wyłącznie wyrzut sumienia czytelniczego, nie autorskiego. Bo ja przecież nikogo konkretnego nie miałem na myśli. Pytam tylko zza swojego portierskiego biurka, jak to się dziś robi.

Z czystej, nienaukowej ciekawości.

Z poważaniem,
Andrzej Bronisław Adamowicz,

portier na jednym z polskich uniwersytetów

Czytaj więcej: Poradnik portiera: Jak zrobić profesurę na polskiej uczelni

Komentarz (2)

W obcych butach przebaczenia (co wynika z wojny orderowej)

Szczegóły
Opublikowano: sobota, 27 czerwiec 2026 19:47
Bogdan Bachmura

Nie oceniaj, zanim nie przejdziesz się w cudzych butach. Z praktycznym zastosowaniem tej jakże mądrej maksymy nasze egoistyczne usposobienie miało zawsze problem. Tym większy jest on w czasach, gdy egoizm, pozbawiony dawnych, religijno-obyczajowych hamulców, został podniesiony do rangi cnoty. Ten jednostkowy wzorzec odnalazł się w masowych systemach politycznych, gdzie „egoizm narodowy” oraz „interes narodowy” stały się podstawowymi narzędziami uprawiania polityki wewnętrznej i zewnętrznej.

W takich systemach, gdzie tzw. interes narodowy jest wartością nadrzędną, a jego artykulacja skierowana jest do masy nazywanej suwerenem, siekiera konfliktu nieustannie wisi w powietrzu. A żyjący z zarządzania konfliktami politycy są ostatnimi, którzy są zainteresowani wkładaniem „cudzych butów”. Dlatego w przestrzeni publicznej coraz częściej przeważają hasła sprymitywizowanego, antychrześcijańskiego nacjonalizmu, głoszącego przekonanie o egoizmie narodowym jako jedynym systemie etycznym w życiu publicznym.

Taką klasyczną siekierą wiszącą nad stosunkami polsko-ukraińskimi jest sprawa zbrodni wołyńskiej.

Jej ostatni epizod, związany z nadaniem przez Wołodymira Zełenskiego jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy imienia „Bohaterów UPA” kolejny raz pokazał, jak trudne i ryzykowne dla reprezentantów obu interesów narodowych jest wkładanie „cudzych butów”. Cechą charakterystyczną odgrzanej mody na obronę interesów narodowych jest bowiem uznanie istnienia jedynie własnych, oraz tych, które są z nimi akurat zbieżne. Inne nie istnieją, albo są błędnie rozumiane. Przykładem takiej postawy jest Patryk Jaki, który twierdzi, że takim postępowaniem Ukraina szkodzi swoim interesom. Dla Witolda Jurasza, byłego dyplomaty, a dzisiaj publicysty „Onetu, to jest obelga w stosunku do Polski, biorąc szczególnie pod uwagę skalę pomocy udzielonej przez nas Ukrainie. Podobne głosy można mnożyć.

Z polskiej perspektywy są one jak najbardziej zrozumiałe. Wyrazem tych emocji jest zamiar odebrania prezydentowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Problem w tym, że podobne, moralnie motywowane emocje bywają tyleż szczere, co wybiórcze. W stosunkach międzynarodowych kozaczymy do tych, których się nie boimy lub mamy niewiele do stracenia. W sprawie ekshumacji w Jedwabnem – o czym na tych łamach już wspominałem – siedzimy cicho ze strachu przed Żydami i wspierającymi ich Amerykanami. Przemysław Czarnek krzyczy o pluciu Polakom przez Zełenskiego w twarz. Ale gdy Donald Trump wygadywał upokarzające polską wrażliwość głupoty pod adresem Rosji i Putina, Czarnek udawał, że deszcz pada. Interes narodowy okazał się dla naszych etatowych obrońców wiary ważniejszy nawet wtedy, gdy Trump odkrył w sobie Chrystusa.

Nad masowymi zbrodniami Izraela w Strefie Gazy moralno-dyplomatycznych szat nie rozdzieramy. Ale już Victor Orban to co innego. Na niego można było spokojnie zza węgła poszczekać. Taka postawa z punktu widzenia polityki realnej wydawać się może słuszna, tylko trudno się dziwić, że waluta moralnego oburzenia ulega wyraźnej dewaluacji.

Z kolei demonstracja z odbieraniem Zełenskiemu Orderu Orła Białego była tyleż łatwa, co błędna. Powody dla których prezydent Ukrainy został odznaczony – jak powiedział, w imieniu narodu ukraińskiego - najwyższe polskie odznaczenie, nie zmieniły się. Kult Bandery i UPA także był wtedy na Ukrainie obecny. Ryzyko przyznawania orderów obcym politykom, zwłaszcza czynnym, jest oczywiste i musi być brane pod uwagę. Gorzej, że prezydent Karol Nawrocki, zwlekając z ostateczną decyzją, pomimo wydanej opinii Kapituły Orła Białego, zamienił swój błąd w farsę, urągającą powadze tego znamienitego odznaczenia. Tak to wygląda w momencie oddawania tego tekstu do druku. I niezależnie od tego co prezydent ostatecznie zrobi, dobrego wyboru już nie ma.

Pytanie, czy reakcje w Polsce są dla prezydenta Ukrainy zaskoczeniem, czy też wkalkulowaną w zyski stratą? Warto się pochylić nad opinią prof. Łukasza Sroki z Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, że kluczowe znaczenie dla Ukrainy od początku wojny mają zasoby ludzkie. A te pochodzą głównie z zachodniej Ukrainy. Bohaterstwo tych ludzi, ich patriotyzm wiąże się, jak w każdym wojsku, z symboliką adekwatną do aktualnych wyzwań. A kult UPA, jako formacji walczącej wbrew wszystkim i wszystkiemu z Sowietami, nadaje się do tego doskonale. Innej wersji UPA ukraińscy żołnierze na ogół nie znają.

Relacje z Polską, choć dla Ukrainy ważne, w porównaniu z wagą czynnika ludzkiego mają znaczenie wtórne. W polskim arsenale istnieją oczywiście środki, którymi możemy mocniej niż utrata orderu przemówić do wyobraźni przywódcy Ukrainy. Jak choćby nagłe i nieprzewidziane trudności z płynnością dostaw przez Jesionkę. Ukraińcy podobny sygnał doskonale by zrozumieli. Im aż do wyborów na Węgrzech przeciągała się naprawa Rurociągu Przyjaźń. Problem w tym, że takie retorsje nie leżą w naszym interesie, o czym Zełenski doskonale wie.

Czy ktoś z polskich, coraz liczniejszych wyznawców szkoły politycznego realizmu, postępowałby na miejscu Zełenskiego inaczej? Zwłaszcza, że według pierwotnej propozycji jaką złożyli ukraińscy żołnierze, jednostka miała nosić imię „Kłyma Sawura” (właśc. Dmytro Klaczkiwski), dowódcy okręgu UPA-Północ na Wołyniu, rzeczywistego autora planu, rozkazu i głównego wykonawcy eksterminacji Polaków. Zełenski tego dekretu nie podpisał, proponując w zamian „Bohaterów UPA”. Możemy uznać taką zmianę za dalece mało satysfakcjonującą, tylko co z prawem do wybierania sobie własnych bohaterów? Czy prawo do walki z „pedagogiką wstydu”, o które walczyła polska prawica, dostaliśmy na wyłączność?

Jarosław Hrycak, znany ukraiński historyk i rzecznik polsko-ukraińskiego pojednania, od lat apeluje o zrozumienie ukraińskiej perspektywy historycznej. „Od dawna tłumaczę Polakom, że Bandera jest w Ukrainie bohaterem narodowym głównie dlatego, że stał się symbolem oporu wobec Rosji. Jestem już zmęczony powtarzaniem tego, że odwoływanie się do dziedzictwa UPA nie ma wymiaru antypolskiego” – mówi Hrycak. Dlaczego tacy ludzie jak Hrycak, po obu stronach granicy, mają z tym pojednaniem tak mocno pod górkę? Przykład Żydów, głuchych na naszą perspektywę oceny historii, zwłaszcza okresu II wojny światowej, powinien nam dać do myślenia.

Zadziwiające, jak oszczędnie gospodarujemy swoim oburzeniem w kwestiach symbolicznych, gdy chodzi o sprawy wewnętrzne. Choćby na bliskim nam przykładzie olsztyńskich „szubienic”. Gdyby ta sprawa spotkała się z reakcją adekwatną do antyrosyjskiej retoryki Donalda Tuska, po pomniku chwały zbrodniarzy dawno ślad by zaginął. Jeden tweet premiera, jeden partyjny rozkaz, i sprawa byłaby pozamiatana. Tymczasem były prezydent Olsztyna, inspirowany autorytetem profesora historii, przy wsparciu radnych Koalicji Obywatelskiej, bezkarnie pozwala sobie na prorosyjską hucpę. Państwowe i samorządowe instytucje tak się zapędziły w ochronie tego „dzieła”, że niewygodną „wdzięczność” w jego nazwie zastąpiły miłym dla ucha „wyzwoleniem”. Zaś obecny prezydent, choć mógłby natychmiast wycofać skargę z NSA i dokonać deklarowanej „dekonstrukcji”, bynajmniej się nie spieszy. Pomnik jak stał, tak stoi, nawet go ostatnio na koszt miasta oczyszczono z wrogich napisów. Sprawa się rozbija o koszty. Jakieś dwa-trzy miliony złotych! Tyle w praktyce kosztuje nasza narodowa duma i patriotyzm. Ukraińcy posowieckie pomniki u siebie zburzyli, u nas kult sowieckiego „wyzwolenia” znalazł schronienie w cieniu artystycznej estetyki. Jeśli zatem w sprawie pomnika sowieckich zbrodniarzy górę bierze forma nad treścią, to dlaczego czepiamy się ukraińskiego kultu Bandery, skoro wiadomo, że robią to w dobrej wierze, i mają ku temu dużo ważniejsze powody?

Z tą pielęgnacją pamięci o zbrodni wołyńskiej też różnie u nas bywało, o czym łatwo w atmosferze oburzenia na prezydenta Zełenskiego zapomnieć. Prezydent Andrzej Duda nie wziął udziału w obchodach 80 rocznicy krwawej niedzieli na Wołyniu. Nie znalazł też czasu na spotkanie z rodzinami ofiar rzezi wołyńskiej. Jeszcze na tydzień przed obchodami, na warszawskim pomniku, upchniętym w zapomnianym zakątku Marymontu, stojącym w towarzystwie kontenera pokrytego graffiti, w najlepsze rosły chwasty. O tym, ile dostało się ks. Tadeuszowi Isakowiczowi-Zalewskiemu za zaangażowanie w sprawy pamięci zbrodni wołyńskiej wspominał nie będę. To wszystko prowokuje do pytania o teatralizację i polityczną instrumentalizację pamięci o tragedii wołyńskiej.

W butach polityki historycznej

O polityce historycznej jako mechanizmie masowej edukacji służącej interesom narodowym na tych łamach już pisałem. Wchodzenie w czyjeś narodowe buty jest tutaj zajęciem najmniej pożądanym. Dlatego Ukraińcy nie będą masowo edukowani ze zbrodni popełnionych przez ich rodaków na Ukrainie, a Polakom będą oszczędzane lekcje traktujące o przyczynach raptownej, zbiorowej nienawiści ludzi, którzy żyli po sąsiedzku w zgodzie, często zawierając mieszane, polsko-ukraińskie małżeństwa. Przeciętny Polak żyje w przeświadczeniu, że jego ukraiński odpowiednik ma wiedzę na temat rzezi wołyńskiej, lecz wypiera ją, jako niewygodną dla jego narodowej dumy.

Z kolei wielu Ukraińców uważa, że Polacy są świadomi historycznych źródeł niechęci do Polaków na zachodniej Ukrainie. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie i nikt po obu stronach granicy nie zamierza, w imię spójności tzw. polityki historycznej, mieszać ludowi w głowach niepotrzebną wiedzą. Tak więc obywatele Ukrainy na długo pozostaną ze świadomością, że żołnierze UPA jedynie bohatersko stawiali czoła Sowietom. Dominuje tam przekonanie, że polsko-ukraińskie podziemie prowadziło tam wojnę w wyniku której ucierpiała ludność cywilna - polska i ukraińska. Z kolei mieszkańcom kraju nad Wisłą ma wystarczyć, że UPA wymordowała ok. 100 tyś. Polaków na Wołyniu. W Polsce oczywiście wiemy o aktywnym i masowym udziale w zbrodniach cywilnej ludności ukraińskiej.

Proszę zatem czytających ten tekst o przypomnienie sobie, ile razy wśród rozlicznych, publicznych rozmów czy debat, próbowano wyjaśnić przyczyny wspomnianego, masowego szaleństwa? Ile wiemy o postrzeganiu „polskich panów” przez tamtejsze chłopstwo? O ich brutalnej rozprawie z powstańcami styczniowymi? O niszczeniu polskich dworów, folwarków i zasiewów, zarówno podczas rewolucji 1905-1907, jak i w latach 1917-1921? Ruski czy ukraiński chłop, słusznie czy nie, kojarzył swoją niedolę z Polakami. Dla nich „pański świat” powrócił wraz z II Rzeczpospolitą, a jej polityka sprzyjała szerzeniu się antypolskich nastrojów. O spaleniu ok. 140 cerkwi łatwo się nie zapomina. Lubimy przypominać, że w 1939 r. Żydzi na Ukrainie witali Armię Czerwoną bramami triumfalnymi. Trudniej nam przychodzi wiedza, że podobnie postępowała młodzież chłopska na Wołyniu, gdzie wcześniej absolutnie dominowała Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy. Tam też, a szczególnie na opanowanym przez komunistów Polesiu, rozpoczęły się pierwsze i najbardziej krwawe mordy.

Ofiarą tego zbiorowego szaleństwa padli polscy chłopi, często biedniejsi od ukraińskich, ale kojarzeni poprzez język i wiarę ze światem „polskich panów”. To było najłatwiejsze, zwłaszcza podczas panującego w warunkach wojennych chaosu i anarchii. Według kapitana Wincentego Romanowskiego, dowódcy Okręgu AK Zdołbunów, w mordach Polaków brały udział setki tysięcy chłopów. Bez ich masowego wsparcia – pisał kpt Romanowski - takich masowych mordów nie dokonałaby najlepiej zorganizowana organizacja terrorystyczna.

Długa historia polsko-ukraińskich relacji przygotowała bombę, której odpalenie na taką skalę było możliwe dzięki sączonej przez nowe, rewolucyjne elity Europy, obłędnej ideologii nacjonalizmu. Na jej wrogim celowniku znaleźli się wszyscy bez wyjątku, bez względu na wiek, płeć czy pochodzenie. Wystarczyła na nowo rozumiana, narodowa przynależność, której dotarcie na sam dół społecznej drabiny wykorzystali ukraińscy nacjonaliści z UPA.

Porzucenie długo pielęgnowanych, własnych mitów o „walce o naszą i waszą wolność”, solidarności i rycerskości, nie jest tak samo możliwe, jak wyrzeczenie się ukraińskiego mitu Bandery. Ta wybiórczość myślenia na temat historii, jest podstawą obecnej, nadal narodowej tożsamości, więc politycy będą ją pielęgnować i wykorzystywać przy każdej nadarzającej się okazji. Masową świadomość buduje się na emocjach i stereotypach, bo w ten sposób opakowany, polityczny towar sprzedaje się najlepiej. Udało się doprowadzić do stopniowego odblokowania ekshumacji ofiar zbrodni wołyńskiej, ale pozostał kult Bandery. Problem o wiele trudniejszy, bo świadomości historycznej Ukraińców nie da się zmienić jednym dekretem prezydenta. Dla nich – jak zauważa dr Łukasz Adamski, dyrektor Centrum Dialogu im. Juliusza Mierosławskiego - spełnienie polskich oczekiwań oznaczałoby w praktyce delegitymizację części ukraińskiej tradycji niepodległościowej. Czy dzisiejsza, pozostająca w stanie wojny Ukraina, może sobie na to pozwolić?

Nie ulega wątpliwości, że kult Bandery i UPA nie pomaga Ukrainie nie tylko w relacjach z Polską. Ale nie to przeważa na szali ich politycznych kalkulacji. Nie są w takim myśleniu odosobnieni. Instytut Yad Vashem także zaprotestował przeciwko nadaniu ukraińskiej jednostce imienia „Bohaterów UPA”, z powodu Żydów planowo mordowanych przez żołnierzy UPA. Jednocześnie bieżący interes narodowy podpowiada Izraelowi masowe zbrodnie na ludności cywilnej w Strefie Gazy, bez oglądania się na wizerunkowe skutki tego krwawego procederu. Czy ktoś da radę wybić Izraelczykom z głowy kult uczestników tych zbrodni? Tak się złożyło, że Ukraina ma dzisiaj setki nowych bohaterów i w konfrontacji z nimi pamięć Bandery w przyszłości niewątpliwie przyblaknie. To być może jedyny sposób, poza upływającym czasem, aby ten oścień tkwiący w naszych wzajemnych stosunkach zaczął mniej uwierać.

Przebaczamy i prosimy o przebaczenie

Wiadomo, że stare spory najlepiej odgrzewa się na nowym ognisku. Obok „starego” Bandery mamy zatem nowy spór o ocenę wzajemnych długów wdzięczności związanych z agresją Rosji na Ukrainę. Zażartych sporów o to, kto komu więcej zawdzięcza i w jaki sposób powinien to okazać, wystarczy zapewne na kolejne pokolenia.

Tymczasem koniec wojny rosyjsko-ukraińskiej otworzy nowy rozdział w naszych stosunkach z Ukrainą. Za naszą wschodnią granicą będziemy mieli to samo, ale nie takie samo państwo. Z wielkimi kłopotami, ale z bitną, uzbrojoną po zęby armią. Na długo wrogą Rosji, ale też często z nieufnymi wobec Polski elitami. Rosja się nie zmieni, a pozostające zawsze wielką niewiadomą Niemcy zaczynają się zbroić. Te okoliczności podpowiadają jak wiele będzie zależało od naszych przyszłych relacji. Wzajemna umiejętności zakładania „cudzych butów” będzie miała znaczenie kluczowe. Nie jest to zadanie łatwe, bo ich wnętrze, ze względu na historyczne zaszłości, może nas mocno uwierać. Ten wysiłek jest równie trudny, jak ważny. Aby nasze dzieci i wnuki nie doświadczyły powtórki z tego, co nas dzisiaj wzajemnie zatruwa.

Naszym wielkim, milczącym jak dotychczas atutem, jest Kościół. Jego głos skoncentrowany był do tej pory na apelach o odblokowanie ekshumacji ofiar zbrodni wołyńskiej. Tyleż moralnie słuszny, co społecznie nośny. Skierowane do Niemców w 1965 roku Przebaczamy i prosimy o przebaczenie podpowiada, co należałoby zrobić dzisiaj. Nie zapominając o własnych krzywdach, w imię chrześcijańskiego Miłuj bliźniego swego jak siebie samego, Kościół kardynała Stefana Wyszyńskiego „wszedł w niemieckie buty”. Świadomy ryzyka tego gestu, ale także szansy jaka otwiera się w stosunkach obu narodów i państw. Najlepszym momentem na podobny gest byłoby zakończenie wojny na Ukrainie. Czy Episkopat, podzielony i pozbawiony autorytetu na miarę Wyszyńskiego, na to stać? To trudne pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Ale jeśli nie Kościół, to kto?

Polityka w jednym pudełku zamknięta

W momencie pisania tekstu w papierowej Debacie nie znałem ostatecznej decyzji prezydenta Karola Nawrockiego w sprawie odebrania Orderu Orła Białego prezydentowi Wołodymirowi Zełenskiemu. Teraz, gdy znany jest ciąg dalszy, chciałbym kilka słów dorzucić.

Na dzień dzisiejszy materialny bilans tej orderowej farsy, jeśli dobrze policzyłem, to jeden order odebrany i sześć zwróconych. W tym pięć do Polski i jeden (Jarosława Kaczyńskiego) na Ukrainę. Pełnej listy wzajemnie obdarowanych nie znam, więc zacząłem się martwić, że tej wojny na zasoby możemy nie wygrać.

Kryzys orderowy szybko pokazał, że zostaliśmy z Orderem Orła Białego w pudełku jak przysłowiowy Himilsbach z angielskim. I zapewne o to prezydentowi Nawrockiemu chodziło – o najbliższy nam od czasu upadku I Rzeczpospolitej polityczny oręż „dawania świadectwa”. Wraz z nieodłącznym uczuciem krzywdy i pretensji do tych, którzy nas zawiedli, albo zdradzili. Nasze wykształcone na kolejnych, honorowych klęskach narodowe geny prezydenta Nawrockiego nie zawiodły, o czym szybko przekonały go sondażowe słupki. Prezydent dostał, co chciał, a my mamy kolejną lekcję politycznego realizmu, z której jasno wynika, że za naszą wschodnią granicą narodził się nowy naród: dumny ze swojego oporu wobec rosyjskiego najeźdźcy, o silnej, nacjonalistycznej tożsamości, na której tak boleśnie przejechał się Putin.

Jego przywódcy nie będą przepraszali za zbrodnie sprzed ponad 80 lat, o których większość narodu nie ma pojęcia, bo Zełenski nie jest politycznym samobójcą. Buńczuczna zapowiedź utworzenia panteonu bohaterów, równoznaczna z eskalacją sporu z Polską o Banderę, to działanie na użytek wewnętrzny, mające wywołać „efekt flagi”. Czy ktoś – sięgając po ulubioną metaforę Donalda Trumpa – ma w ręku dość mocne karty, aby Ukraińcy zmienili zdanie? Order Orła Białego na pewno z tej tali nie pochodził. Jeśli mamy inne, to ze względu na interes własny z rąk ich wypuścić nie możemy. Zełenski doskonale o tym wie, więc gra takimi kartami, jakie ma aktualnie w ręku. Trump już to doskonale zrozumiał, zaś jego serdeczny kumpel z Polski ciągle gra w „Piotrusia”, w nadziei, że Zełenski go wyciągnie, przepraszając za „Bohaterów UPA”.

Dzisiejsza Ukraina to obraz państwa bitnego oraz po zęby uzbrojonego, silnie nacjonalistycznego i w perspektywie wielu lat biednego, z ciągle żywym dziedzictwem mentalności postkomunistycznej. To groźna mieszanka wybuchowa, którą trzeba, dla naszego dobra, rozbroić. Na szczęście Ukraińcy to naród, zwłaszcza po napaści Rosji, ciążący ku Europie, a ku Unii Europejskiej w szczególności. To najlepsze z dzisiaj dostępnych narzędzi wymuszających walkę z instytucjonalną korupcją oraz uczynienia z Ukraińców narodu konsumentów. To droga, którą przeszły wyczerpane dwoma wojnami narody Europy. Przy wszystkich wadach UE trudno dzisiaj o lepszą receptę, jeśli chcemy mieć w przyszłości Ukrainę po swojej stronie. Wielu twierdzi, że wchodząc do UE Ukraina będzie musiała się zmierzyć z całym dziedzictwem Bandery. Jeżeli tak będzie, to raczej deklaratywnie, bo utwierdzone w swoim dziedzictwie narody długo zachowują zdanie odrębne. Ale dobre i to.

Z lubością przypominamy Ukraińcom o ich oligarchicznym systemie i postsowieckim sposobie uprawiania polityki. Ostatnio jeden z ekspertów zarzucił Zełenskiemu, że rządzi państwem będącym w stanie wojny w sposób autorytarny (!) Towarzyszy temu przekonanie, że u nas jest zgoła inaczej, i nasi reprezentanci kierują się przede wszystkim dobrem wspólnym. I choć na mocnym przykładzie służby zdrowia, do której brak dostępu uśmierca tysiące Polaków, jasno widać, że mamy do czynienia z rządami partyjnych oligarchii, których interesy są rozbieżne z reformowaniem systemu służby zdrowia, to w przypadku relacji z Ukrainą jak ślepcy wierzymy, że tutaj akurat jest inaczej.

Chłód cynizmu na zimno realizowanej przez zbrodniarzy z UPA czystki etnicznej na Wołyniu i gorączka oszalałej z nienawiści ukraińskiej czerni. Ta składająca się w jedną, tragiczną całość dychotomia nie daje dziś spokoju, gdy widzę z jednej strony cynicznych „handlarzy towarów, którymi dusza się żywi”, z drugiej zaś gorączkę tłumu, tak skorego do kolejnych rozliczeń.

Żyjemy w czasach, gdy technologie, także te służące zabijaniu, oraz metody manipulacji ludzkimi masami, wymykają się percepcji przeciętnego człowieka. Porzucając nauczanie Kościoła, pozbyliśmy się jedynego narzędzia będącego stałym punktem odniesienia i weryfikacji poczynań rządzących nami ludzi. Świeżo wydana Encyklika Papieża Leona XIV „Magnifica Humanitas” („Wspaniałe człowieczeństwo”) tylko na pozór ogranicza się do problemów związanych ze sztuczną inteligencją. To dokument tak nasycony treścią, że trudno złapać oddech. 25 stron poświęconych powracającej „kulturze potęgi” to odpowiedź papieża na coraz bardziej rozedrgany świat, na nowo poszukujący rozwiązania swoich problemów w wojnie. Z takich podrozdziałów jak „Rzekomy realizm polityczny”, „Rozbroić słowa”, „Spojrzeć oczami ofiar”, „Na nowo ożywić dialog”, łatwo wywieść kontekst polsko-ukraiński.

Bolesne wydarzenia potrzebują zarówno rzetelnego opisu historycznego, jak i zachowania w pamięci: tego pierwszego, aby próbować opowiadać fakty, a drugiego, aby dawać świadectwo o tym, co zostało przeżyte (…) Kościół czuje się zobowiązany uczynić własnym zarówno głos poległych w minionych wojnach, jak i głos żyjących, którzy nadal noszą ich rany, aby ich krzyk stawał się wezwaniem do pokoju i zgody, a nie zapowiedzią nowych konfliktów – pisze papież Leon XIV.

Czy pamięć ofiar rzezi wołyńskiej domaga się nowych konfliktów? Czy brak pamięci, bądź zdeformowana pamięć narodu - spadkobierców zbrodniarzy wołyńskich, woła o kolejne rozliczenia? Świat hołdujący takim regułom, to przedsionek piekła.

Ilu polityków, zwłaszcza tych odwołujących się do dziedzictwa św. Jana Pawła II (do którego Leon XIV nawiązuje) przeczytało w duchu refleksji ten ważny tekst? Ilu Polaków -chrześcijan, zamiast pozostawać instrumentem w rękach polityków, potrafi, idąc za głosem papieża, stać się podmiotem tytułowego „wspaniałego człowieczeństwa”?

A do nieszczęsnego Orderu Orła Białego wracając, to warto przypomnieć, że do jego odebrania doszło wcześniej tylko raz. Dotyczyło to Wincentego Witosa, któremu Order nadano w 1921 r., a odebrano po haniebnym procesie brzeskim w 1932 r. Przywrócono zaś w 1939 r. Wtedy także zapomniano, że „Kto daje i zabiera …”.

 

Bogdan Bachmura

Koniec epoki Giedroycia

(Od redaktora portalu)

Polecam rozmowę Arlety Bojke w Kanale Zero ze Zbigniewem Parafianowiczem, dziennikarzem Wirtualnej Polski, korespondentem wojennym, autorem książki o wojnie Rosji z Ukrainą, a teraz wydał  "Kłopot z Zełenskim".  W rozmowie mówi o złamaniu przez Wołodymyra Zełenskiego dżentelmeńskiej umowy z Polakami, żeby gloryfikowanie UPA nie odbywało się na szczeblu państwowym. Tłumaczy motywacje prezydenta Ukrainy. Analizuje też jego polityczną drogę, wskazując, że jest to postać, która już zapisała się w historii Europy. Parafianowicz zaznacza, że dla polskich polityków metody działania Zełenskiego są ogromnym wyzwaniem.

Dla mnie najważniejszy wątek w analizie reportera, to stwierdzenie, że wraz z "wojną orderową" zakończył się definitywnie etap patrzenia na relacje z Ukrainą oczami Giedroycia, który kazał nam być "akuszerem państwowości Ukrainy"

Parafianowicz zauważa, że Ukraina dzisiaj już nie potrzebuje "akuszera". Obroniła swoją państwowość, ma najpotężniejszą 800-tysięczną armię w Europie, jest dumna i pewna swego. Bezwzględnie i cynicznie walczy o swój interes narodowy. Decyzja prezydenta Nawrockiego pokazała, że Polska (a przynajmniej duża część polskiej prawicy, bo nie rząd Domnalda Tuska) wreszcie pozbyła się sentymentalnej naiwności w podejściu do Ukrainy i jest gotowa walczyć równie asertywnie o swoje interesy.

Adam Socha

 

Czytaj więcej: W obcych butach przebaczenia (co wynika z wojny orderowej)

Komentarz (4)

Nie jestem zaskoczony patologią w Szpitalu Południowym w Warszawie

Szczegóły
Opublikowano: środa, 24 czerwiec 2026 11:36
Adam Jerzy Socha

„Tam giną ludzie, bo ktoś się uczy. To jest sedno całego zamieszania – ujawnił dr Emil Jędrzejewski, były ordynator chirurgii Szpitala Południowego w Warszawie 23 czerwca w Kanale Zero przerażające szczegóły skutków zatrudnienia w Szpitalu Południowym na stanowisku szefa SOR-u Dawida Kacprzyka, 28-letniego lekarza zaraz po studiach, bez specjalizacji, radnego KO, szefa młodzieżówki KO.

dr Jedrzejewski wyjasnił, że dr Kacprzyk, uczył się na pacjentach, jak na fantomach, intubacji. Twierdzi, że zna dwa przypadki doprowadzenia z tego powodu do śmierci pacjentów.

"Pacjenci przyjęci na SOR umierali niezaopiekowani, pracownicy oddziału „przypominali sobie” o nich po kilku godzinach. Jednego z pacjentów znaleźli po 4 godzinach martwego w łazience – opowiedział dr Jędrzejewski. - Martwemu wykonali tomografię, żeby w dokumentacji wszystko grało. „Każdy przypadek śmierci na SORze powinien być przeanalizowany”– ujawnił były ordynator oddziału chirurgii Szpitala Południowego.

Zupełnie inaczej byli traktowani w tym szpitalu działacze KO, dla których dr Kacprzyk stworzył „salonik VIPów”, gdzie dzoiałacze tej partii byli przytjmowani bez kolejki, nawet z błahymi objawami, jak kac czy ból głowy i wykonywano im komplet badań.

Dr Jędrzejewsk informował o o nieprawidłowościach Rafała Trzaskowskiego, kilkanaście tygodni później stracił pracę.

Po programie w Kanale Zero prezydent Warszawy, wiceprzewodniczący KO Rafał Trzaskowski, który chlubił się tym, że zbudował ten szpital i mówił, że to jego „największe osiągnięcie życiowe, napisał, że zawiadomił prokuraturę.

– Prokuratura nie wie, gdzie jest Dawid Kacprzyk. Nie sądzę, aby się gdzieś ukrywał. Jego przesłuchanie jest absolutnie niezbędne – tak na pytania Kanału Zero odpowiedział minister sprawiedliwości, prokurator generalny Waldemar Żurek. Podczas konferencji prasowej prokurator generalny ujawnił, że na przestrzeni trzech lat doszło do 12 zgonów na SOR w Szpitalu Południowym, o których informowana była prokuratura.

Dlaczego mnie nie dziwi horror w Szpitalu Południowym w Warszawie. Bo od 2012 roku opisywałem patologie w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Olsztynie, który podlegał pod ówczesnego prorektora ds. Collegium Medicum prof. Wojciecha Maksymowicza, działacza partii Jarosława Gowina i później wiceminister w jego resorcie.

Kto stworzył „folwark” w szpitalu uniwersyteckim?

Kto sfałszował podpis na dokumencie, na który powołał się prof. Maksymowicz?

Prof. Maksymowicz grozi procesem, prof. Dulak komentuje i proponuje rozmowę

Dr Grabarczyk zwolniony ze szpitala uniwersyteckiego. Prof. Maksymowicz górą

Dlaczego za eksperymenty medyczne płacą chorzy?

„Mama zmarła przez błędy lekarzy szpitala uniwersyteckiego”

W przypadku tego artykułu proces cywilny przegrał Szpital, ale córka pacjentki, do śmierci której doszło w USK, od 10 lat próbuje postawić przed sądem karnym lekarza, który bez uprawnień dokonał trudnego zabiegu, na skutek którego pacjentka zmarła. W tym celu jej córka skończyła prawo. Obecnie w Sądzie Rejonowym w Olsztynie jest jej zaskarżenie decyzji prokuratury o umorzeniu śledztwa w tej sprawie.

Opisywałem patologie w Szpitalu Płucnym, w którym stołek dyrektora dostała działaczka ZSL/PSL Irena Petryna.

Człowiek jest najważniejszy III*

List otwarty do Janusza Piechocińskiego, prezesa PSL

Opisywałem patologię związana z olsztyńskim Szpitalem MSW w Olsztynie pod dyrekcją działacza PO Janusza Chełchowskiego.

Janusz Chełchowski: „Znakomity przywódca” czy... ?

Nikomu włos z głowy nie spadł. Prof. Maksymowicz nadal uczy etyki studentów Wydziału Lekarskiego UWM, Irena Petryna odeszła na emeryturę, gdy już dawno przekroczyła wiek emerytalny. Zastąpiła ją też działaczka partyjna KO Wioletta Śląska-"Wonder Woman" - Zyśk ".

Nie widzę szans, by ten rząd, dokonał prawdziwej rewolucji w systemie opieki zdrowotnej. Wszak tworzył te patologie za pierwszego rządu PO (2007-2015), kontynuował je rząd PiS, a od 2024 roku rządząca „Uśmiechnięta Koalicja” doprowadziła te patologie do ekstremum. Stworzyła szpitale dla swoich, a reszta niech zdycha. Mieliby się sami zreformować, odebrać sobie NFZ, rady nadzorcze szpitali i dyrekcje szpitali? Jedyna nadzieja, że naród – suweren się obudzi. Pytanie, czy ich następcy będą w stanie narazić się potężnym lobby medycznym?

Adam Socha

Czytaj więcej: Nie jestem zaskoczony patologią w Szpitalu Południowym w Warszawie

Komentarz (6)

Więcej artykułów…

  1. Prof. Nowak: Dlaczego prezydent Zełenski (Wowa) "odpalił" antypolską bombę?
  2. Prezydent RP odebrał Order Orła Białego Prezydentowi Ukrainy

Strona 2 z 540

  • start
  • Poprzedni artykuł
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • Następny artykuł
  • koniec

Komentarze

To tytułowe zapytanie: "Dlaczego nie rozliczono..." wywołuje moje zdziwienie, widzę w nim jakąś tzw. odklejkę, i to nawet w wersji ekstremalnej.
Może...
Red. Słowik: „Dlaczego przez 5...
6 godzin(y) temu
Szpital w Biskupcu ma milion straty miesięcznie w 2025 i też jest dobrze
Sprostowanie wicestarosty bart...
1 dzień temu
czy po ostatecznym zwycięstwie planowana jest zmiana nazwy hali na UPAnia?
Spółka Hala Olsztyn – „Tygrys”...
1 dzień temu
cytujesz, lekko modyfikując, partyjną koleżankę Rembiszewską- Piątek?
to ty odp... się od Pana Biznesmena
Proponuję utworzenie Warmia In...
1 dzień temu
Czemu przez tyle lat nie rozliczono P. Grzymowicza i olsztyńskie ski... Itp...? Bo król, królowi głowy nie obcina a polityka to immunitet...
Red. Słowik: „Dlaczego przez 5...
1 dzień temu
No i tak skompromitowany i kontrowersyjny i do tego mocno zadłużony szpital jest obecnie promowany przez lokalnych włodarzy Olsztyna i lokalnych polit...
Red. Słowik: „Dlaczego przez 5...
1 dzień temu

Ostatnie blogi

  • Apel o optymizm na wypadek wojny Dwadzieścia rosyjskich dronów, które ostatnio wleciały do Polski wzbudziły u wielu moich rodaczek i rodaków głęboki niepokój, a często przerażenie… Zobacz
  • Barbarzyński atak "silnych ludzi" Tuska na praworządność Zbigniew Lis Motto Tuska: Będziemy stosować prawo, tak jak my je rozumiemy, czyli uchwałami Sejmu i rozporządzeniami zmieniać ustawy, wg zasady –… Zobacz
  • Co trzeba zrobić, żeby PiS wygrało kolejne wybory? Zbigniew Lis Wielu Polaków głosujących nie za opozycją, tylko przeciw PiS, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji ich decyzji oraz z powagi… Zobacz
  • Michał Wypij, Paweł Warot – komentarz osobisty Bogdana Bachmury Bogdan Bachmura Dużo łatwiej o krytykę osób, których nie darzymy sympatią, z którymi jesteśmy w sporze lub konflikcie. Ale tym razem jest… Zobacz
  • 1

Najczęściej czytane

  • Wyborcza sporządziła listę osób do zwolnienia z pracy, związanych z PiS
  • PSL wypiera się, iż podejrzany o pedofilię Ariel Sz. z Kętrzyna, był ich działaczem
  • Wiceprezydent Olsztyna ds edukacji i kultury udostępniła wulgarny wpis Gretkowskiej
  • Podsumowanie 7 miesięcy rządów Koalicji Obywatelskiej, Lewicy i Trzeciej Drogi w 50 punktach
  • Prokuratura bada, czy wpis radnego znieważył ukraińskość dyrektorki szkoły w Bartoszycach
  • Prof. Nowak: Dlaczego prezydent Zełenski (Wowa) "odpalił" antypolską bombę?
  • W Olsztynie rusza punkt transgranicznej pomocy prawnej dla Ukraińców
  • Radni KO i PSL z Sejmiku płacą grosze za mieszkania – ujawniła radna Astramowicz-Leyk
  • Prezydent Olsztyna potępił wulgarny post na FB swojej I zastępczyni. Opozycja żąda jej dymisji
  • Jak partie doprowadziły do bankructwa Szpital Powiatowy w Bartoszycach
  • "Uzdrowisko Górowo Iławeckie" otwarte. Koszty pokryje budżet gminy
  • Prezydent RP odebrał Order Orła Białego Prezydentowi Ukrainy

Wiadomości Olsztyn

  • Olsztyn

Wiadomości region

  • Region

Wiadomości Polska

  • Polska

O debacie

  • O Nas
  • Autorzy
  • Święta Warmia

Archiwum

  • Archiwum miesięcznika
  • Archiwum IPN

Polecamy

  • Klub Jagielloński
  • Teologia Polityczna

Informacje o plikach cookie

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.