logodebata

Wspomóż jedyny portal na Warmii i Mazurach, który nie boi się publikować prawdy o politykach i jest za to ciągany po sądach. Nigdy, przez 18 lat istnienia, nie dostaliśmy 1 grosza dotacji publicznej. Redaktorzy i autorzy są wolontariuszami. Nr konta bankowego Fundacji „Debata”: 26249000050000450013547512. KRS: 0000337806. Adres: 11-030 Purda, Patryki 46B

piątek, sierpień 14, 2026
  • Debata
  • Wiadomości
    • Olsztyn
    • Region
    • Polska
    • Świat
    • Urbi et Orbi
    • Kultura
  • Blogi
    • Łukasz Adamski
    • Bogdan Bachmura
    • Mariusz Korejwo
    • Adam Kowalczyk
    • Ks. Jan Rosłan
    • Adam Jerzy Socha
    • Izabela Stackiewicz
    • Bożena Ulewicz
    • Mariusz Korejwo
    • Zbigniew Lis
    • Marian Zdankowski
    • Marek Lewandowski
  • miesięcznik Debata
  • Baza Autorów
  • Kontakt
  • Jesteś tutaj:  
  • Start
  • Wiadomości
  • Polska

Polska

Jarosław Kaczyński – ostatni rewolucjonista III RP

Szczegóły
Opublikowano: środa, 20 styczeń 2016 22:27
Krzysztof Mazur

Opadł już bitewny kurz. Jarosław Kaczyński dopiął swego. Kilkoma zaskakującymi ruchami doprowadził do wyraźnego ograniczenia roli Trybunału Konstytucyjnego. Pewnie mówienie o „zmianie Konstytucji bez zmiany Konstytucji” jest retoryczną przesadą, jednak bez wątpienia autorytet Trybunału został mocno osłabiony. W efekcie jego rola ustrojowa ulegnie redefinicji. To dobry moment, by na chwilę wyjść poza mętlik paragrafów i kruczków prawnych przysłaniających nam istotę tego sporu. Spróbujmy spojrzeć na „wojnę o Trybunał” z szerszej perspektywy, rekonstruując generalny stosunek prezesa PiS-u do państwa prawa.
Wcześniej musimy się jednak zgodzić, że w tak ważnej dla ustroju kwestii chodziło o coś więcej, niż tylko o spór ilu sędziów TK ma prawo wybrać obecna koalicja rządząca (pięciu, dwóch czy żadnego?). Naszej uwadze nie powinien umknąć niedostatecznie znany fakt, iż kadencja pięciu wybranych przez PO sędziów mijała: 6 listopada (trzem), 2 grudnia (jednemu) i 8 grudnia (jednemu). Wybory parlamentarne odbyły się przy tym 25 października. Wystarczyło zatem, by prezydent zwołał pierwsze posiedzenie Sejmu nowej kadencji na 3 listopada, a nie byłoby całego zamieszania. Jak słusznie zauważa dr Jacek Sokołowski, „okazałoby się wtedy – najprawdopodobniej – że cała piątka wybrana przez PO wybrana została wadliwie, bo kadencje ich poprzedników kończyły się 6 listopada, czyli – w tym hipotetycznym scenariuszu – już w kadencji nowego Sejmu”. PiS mógł zatem zdobyć wpływ na wybór 5 sędziów TK bez rozpoczynania wojny politycznej.
Dlaczego tak się nie stało? Oczywiście mógł zadecydować przypadek i chaos związany z konstruowaniem nowego rządu.
Równie prawdopodobna jest jednak teza, że Kaczyński celowo chciał pójść na konfrontacje z Trybunałem. Jego intencją było wykorzystanie nadarzającej się okazji, by uderzyć w symbol porządku prawnego III RP, który to porządek prezes PiS-u krytykuje od wielu lat.
Co jeszcze bardziej zaskakujące, genezę tego sporu odkryjemy już w latach 70., przyglądając się akademickim korzeniom Jarosława Kaczyńskiego.
Przeciwko prawniczemu dogmatyzmowi
Każda książka biograficzna na temat lidera PiS-u musi wspominać postać prof. Stanisława Ehrlicha. Jego seminarium stało się kluczowym wydarzeniem formacyjnym dla młodego Kaczyńskiego. Ehrlich był promotorem jego pracy magisterskiej, a następnie doktoratu. Miał w zwyczaju spotykać się ze swoimi seminarzystami również na stopie prywatnej, gdzie kwestie akademickie ustępowały dyskusjom politycznym. Te wielogodzinne spotkania, często mocno zakrapiane alkoholem, były na tyle ważne, że Kaczyński nazwie swojego promotora jednym ze swoich mistrzów, na równi z Józefem Piłsudskim. Trudno o większy dowód uznania w ustach osoby mającej ogromny szacunek dla Marszałka.
Kim był Stanisław Ehrlich? Trzeba przyznać, że to niezwykła postać jak na mistrza przyszłego lidera prawicy. Ehrlich pochodził z żydowskiej spolonizowanej rodziny prawniczej o wyraźnych poglądach lewicowych, która przed wojną mieszkała w Przemyślu. W trakcie wojny służył w armii Berlinga, gdzie doszedł do funkcji zastępcy dowódcy brygady do spraw politycznych. Po wojnie kontynuował karierę prawniczą tworząc pismo naukowe „Państwo i Prawo” oraz zostając profesorem Uniwersytetu Warszawskiego. Od początku był ważnym członkiem ówczesnej elity politycznej, choć od lat 60. coraz mocniej dystansował się od komunizmu.
W kontekście „wojny o Trybunał” najbardziej istotne są jednak bardzo wyraziste poglądy Ehrlicha z zakresu teorii prawa.
Po pierwsze, w licznych pracach naukowych krytykował legalizm w jego tradycyjnym rozumieniu, czyli kwestionował pogląd, iż prawo jest źródłem legitymizacji władzy. W zamian opowiadał się za wykładnią kontekstową, upatrującą źródła legitymizacji w woli politycznej, czyli w ówczesnych realiach – w stale aktualizowanej woli Partii. Upraszczając, Ehrlich uważał zatem, że to wola polityczna jest nadrzędna wobec prawa, a nie prawo wobec woli politycznej. Świetnie oddaje to anegdota, gdy po wojnie zgłosił się do Romana Zambrowskiego, z informacją o chęci stworzenia pisma prawniczego. „To nie chcecie do polityki?”, zapytał ówczesny członek Biura Politycznego KC PPR. „Ja tak rozumiem politykę” – odparł Ehrlich.
Po drugie, warszawski profesor kładł wyraźny nacisk nie tyle na teorię prawa, co na praktykę jego stosowania. W ten sposób podważał swoisty realizm pojęciowy bazujący na założeniu, że wystarczy skodyfikować pewne reguły, by niejako z automatu zaczęły one obowiązywać w rzeczywistości społecznej. Praktyka nie zależy jednak wyłącznie od litery prawa, ale od realiów społeczno-politycznych jego stosowania. Dopiero analizując układ interesów kluczowych aktorów można przyjąć realistyczne spojrzenie na system prawny.
Po trzecie, w latach 60. Ehrlich zasłynął pracą analizującą grupy nacisku funkcjonujące w PRL-u. Zainteresowania te przeniósł następnie na swoje seminarium, gdzie często opowiadał swoim wychowankom o kulisach funkcjonowania państwa komunistycznego. Pochodną tych zainteresowań była praca magisterska Kaczyńskiego na temat sposobu działania Sekcji Nauki Związku Nauczycielstwa Polskiego. Po latach prezes PiS-u przyzna, że było to dla niego ważne odkrycie zaobserwować jak ZNP walczy w realiach monopartyjnych o status i wpływy swojego środowiska. „To się nie mieściło w obrazie zupełnie bezkonfliktowej rzeczywistości socjalizmu”, powie w Alfabecie braci Kaczyńskich.
Znając współczesne wypowiedzi Kaczyńskiego na temat prawa można się tylko uśmiechnąć, odkrywając ich oczywistą zbieżność z poglądami Ehrlicha sprzed pół wieku.
Światopogląd prawniczy prezesa PiS-u do dziś organizuje bowiem prymat czynnika politycznego nad prawnym, prymat praktyki stosowania prawa nad ujęciem teoretycznym oraz prymat ujęcia realistycznego nad idealistycznym (kluczowa rola grup interesu w kształtowaniu porządku prawnego).
„Do dziś Jarosław mówi jego językiem, te wszystkie ośrodki politycznej dyspozycji, te grupy interesów są właśnie z Ehrlicha”, spointuje w O jednym takim Maciej Łętowski, uczestnik tamtych seminariów.
My jednak o tym nie wiemy. W naszej postkolonialnej debacie publicznej nie sięga się do takich prac, jak Grupy nacisku w społecznej strukturze kapitalizmu (1962), Władza i interesy: studium struktury politycznej kapitalizmu (1967) czy Oblicza pluralizmów (1980). Choć ciągłość między tymi książkami Ehrlicha a współczesnymi diagnozami lidera obozu rządzącego jest czymś oczywistym, nikogo one dziś nie interesują. „Paradygmat legalistyczny” okazał się tak mocny w naszym środowisku prawniczym, że poglądy reprezentowane przez Ehrlicha zostały wypchnięte na margines. Na to nałożyła się dość powszechna wśród elit prawniczych niechęć do Kaczyńskiego. Łatwiej go demonizować, niż starać się zrozumieć. Niewiedza rodzi jednak bezradność. Gdy doszło do „wojny o Trybunał”, większość prawników miała trudność ze zrozumieniem jego paradygmatu działania.
Idea państwa prawa jako hamulec polskich reform
„Myślenie Ehrlichem” ukształtuje stosunek Kaczyńskiego do porządku prawnego III RP. Sam zainteresowany odnotuje taką zależność. Wspominając reakcje środowiska prawniczego na kolejne prace swojego promotora publikowane w okresie PRL-u powie: „broniono legalizmu, a przede wszystkim warsztatu naukowego prawników, a więc sensu ich pracy i ich zawodowej pozycji. Dyskusja ta była zapowiedzią ukształtowania się sposobu myślenia, które obowiązuje do dziś i często szkodzi przemianom w Polsce” (Alfabet braci Kaczyńskich). Zatem pytanie o to, na ile ustanowione w PRL-u prawo ma być podstawą działań przyszłych reformatorów budujących III RP stanie się jednym z kluczowych punktów sporu po ‘89 roku. Temu zagadnieniu poświęcił Kaczyński wystąpienie „Czy Polska jest państwem prawa?” wygłoszone w lutym 2010 roku w Krakowie na zaproszenie Klubu Jagiellońskiego, które następnie opublikowaliśmy na łamach kwartalnika „Pressje”.
Kaczyński swój wywód oparł na odrzuceniu naiwnego spojrzenia na koncepcję państwa prawa. Bezkrytyczni zwolennicy tej idei całe skomplikowane zagadnienie praworządności redukują do „procesu stosowania prawa przez sądy, sądy natomiast uznają za instytucje, które przestrzegają̨ prawa niejako same przez się, na mocy definicji”. Kierując się takim myśleniem w czasach transformacji ustrojowej doprowadzili do karykaturyzacji tej idei.
Zamiast tworzyć dobre standardy młodej demokracji, tak naprawdę doktryna „demokratycznego państwa prawnego” petryfikowała wpływy dawnej nomenklatury komunistycznej. Dlatego prezes PiS-u przeciwstawia naiwnemu podejściu do praworządności myślenie realistyczne, uwzględniające nie tylko model teoretyczny, ale również całą złożoność społeczno-ekonomiczną.
„Praworządność́, czy też państwo prawa są atrybutami określonej formy organizacji społeczeństwa. Nie jest to coś, co można uchwalić́, narzucić́ lub arbitralnie zadekretować́”, stwierdza Kaczyński.
Wszystko zaczęło się w drugiej połowie lat 80., gdy uruchomiono „proces jurydyzacji systemu komunistycznego. Zostało uregulowanych wiele spraw, które przedtem pozostawały bez regulacji, wprowadzono pewne instytucje, takie jak Trybunał Konstytucyjny, urząd Rzecznika Praw Obywatelskich, sady administracyjne. Proces ten zaszedł bardzo daleko” – powie Kaczyński. Nie chodziło wyłącznie o tworzenie fasady demokracji i rozpaczliwą próbę ratowania reputacji państwa komunistycznego chylącego się ku upadkowi. Chodziło raczej o przygotowanie gruntu dla dalszych przemian. Kolejnym krokiem było bowiem przyjęcie przez Sejm kontraktowy w ostatnich dniach grudnia 1989 roku ustawy „o zmianie Konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”. Kontrowersje budziło dokonanie tego przez Sejm, który nie został wybrany w wolnych wyborach, zatem nie miał pełnego mandatu społecznego. Doniosłe były również konsekwencje tej decyzji. Przez pierwsze osiem lat wolnej Polski obowiązywały artykuły Konstytucji z 1952 roku (tzw. konstytucja stalinowska). Co jednak najważniejsze, ta ustawa w art. 1 stanowiła, że odtąd „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym”. Ten fakt został zadekretowany z góry, nie poprzedził go jakikolwiek demontaż struktur państwa komunistycznego.
Jakie były tego skutki? Kaczyński wskazuje na dwa zasadnicze. Po pierwsze, nowelizacja Konstytucji mocno ograniczyła pole działania przyszłym reformatorom. Wszelkie dalsze posunięcia dekomunizujące państwo miały się odbywać na gruncie zastanego reżimu prawnego. Po drugie, w teorii prawa i w orzecznictwie przyjęto taką interpretację „demokratycznego państwa prawnego”, która koncentrowała się na ochronie praw nabytych. Wprowadzenie tej szczytnej idei w życie miało zatem na celu, w opinii Kaczyńskiego, „petryfikację stosunków społecznych, tak aby beneficjentom poprzedniego systemu nie groziła utrata nabytych dzięki niemu praw”.
U początków współczesnej Polski rozegrał się zatem spór żywcem wyjęty z teoretycznych rozważań Ehrlicha. Co w chwili reformy ustrojowej państwa jest ważniejsze: wyrażona przez naród w wyborach czerwcowych chęć odrzucenia dawnego ustroju czy wierność dorobkowi prawnemu PRL-u? Wola polityczna czy legalizm? Podobnie jak w latach 50. i 60. elity prawnicze wybrały legalizm, a Ehrlich ze swoimi koncepcjami po raz kolejny przegrał.
Wprowadzona odgórnie doktryna „demokratycznego państwa prawnego”, nie poprzedzona realnym demontażem państwa komunistycznego, zamiast służyć młodej demokracji tak naprawdę wiązała ręce reformatorom i gwarantowała „rentę nomenklaturową” ludziom poprzedniego systemu.
To w dużej mierze przez tę doktrynę nie była możliwa dekomunizacja, lustracja, pozbawianie funkcjonariuszy aparatu represji ogromnych emerytur, osądzenie winnych zbrodni komunistycznych czy skonfiskowanie majątku PZPR-u. W teorii mieliśmy demokratyczne państwo prawne. W praktyce – postkomunizm.
Dodajmy na marginesie, że sam Kaczyński początkowo przyjmował racje „legalistów”. Wraz z bratem akceptowali postanowienia Okrągłego Stołu i aktywnie współtworzyli nowe instytucje polityczne. „Odrzucenie przez nich III Rzeczypospolitej na gruncie moralnym – ale również filozoficzno-prawnym – nastąpiło dopiero wtedy, gdy ta właśnie Rzeczpospolita wyjęła ich spod prawa”. Stało się to w latach 1992-1993 za sprawą działań zespołu płk. Lesiaka. Ten powołany formalnie w MSW zespół miał za zadanie inwigilować i dezintegrować prawicową opozycję. III RP nigdy nie skazała byłego pułkownika SB za te działania, choć cała sprawa była „skandalicznym przykładem rzeczywistego gwałtu na demokracji”. „Jeżeli gdzieś szukać praźródła pogardy Jarosława Kaczyńskiego dla instytucji III RP – zwłaszcza dla instytucji kojarzonych z gwarancjami państwa prawa – to właśnie w tej historii”, spointuje opisujący całą sprawę na łamach Jagiellońskiego24 Jacek Sokołowski.
Społeczne warunki dla funkcjonowania państwa prawa
Wróćmy do wywodu Kaczyńskiego na temat praworządności. Wskazuje on następnie na cztery cechy państwa prawnego, których istnienie neguje w realiach III RP.
Po pierwsze, pluralizm społeczny. „W społeczeństwie musi działać wiele sił politycznych, społecznych, ekonomicznych i medialnych, tak aby żadna z nich nie była na tyle dominujący, by instrumentalizować prawo. W społeczeństwie musi panować stan stabilnej równowagi”. W III RP – zdaniem Kaczyńskiego – zamiast wprowadzenia mechanizmów gwarantujących pluralizm doszło jedynie do kooptacji części elit solidarnościowych do dawnej elity komunistycznej.
Po drugie, elita zakorzeniona w społeczeństwie. „Żaden system nie może być praworządny, jeżeli nie ma elity, która wartości prawne związane z życiem społecznym, w tym także moralne, traktuje jako autoteliczne, to znaczy obowiązujące niezależnie od warunków, niesłużące do jakichś innych celów. Jeżeli takiej grupy nie ma, żaden mechanizm kontroli nie może być skuteczny”. W III RP – zdaniem Kaczyńskiego – elity przeważnie skupione są na obronie partykularnego interesu swojej grupy. Do tego od reszty społeczeństwa oddala ich skrajnie liberalny światopogląd, co skutkuje brakiem ich zakorzenienia społecznego i deficytem autorytetu.
Po trzecie, zdrowe elity sądowe. System sądowniczy powinien być wolny od uwikłań w system komunistyczny. W III RP – zdaniem Kaczyńskiego – większość środowiska sędziowskiego „uczestniczyło w procesie stosowania represji i realizacji postanowień stanu wojennego. Środowisko to nie zostało oczyszczone. Do dziś mamy do czynienia ze skutkami wykonywania przez sędziów powierzonego im zadania i z powiązaniami, które wtedy powstały”. Sędziowie orzekający w latach 80. ukształtowali następnie kolejne pokolenie swoich następców w „głębokiej niechęci do spełniania represyjnej funkcji państwa”, co jest pochodną ich poczucia winy za „stosowanie represji w czasie stanu wojennego”.
Wreszcie po czwarte, istnienie opinii publicznej jako mechanizmu wewnętrznej, pozapaństwowej kontroli. Sercem takiej opinii publicznej są pluralistyczne media. W III RP – zdaniem Kaczyńskiego – media są jednostronne, co skutkuje brakiem realnej kontroli wewnętrznej. Widać to zwłaszcza w wymiarze lokalnym. „Nie chodzi o to, że nie ma prasy lokalnej, ale o to, że jest ona całkowicie podporządkowana miejscowym silnym – albo wprost samorządowi, albo różnym ludziom, którzy wyróżniają się na tle społeczności, najczęściej za sprawą swej mocnej pozycji ekonomicznej”. Brak pluralistycznych mediów sprawia, że nie ma silnej kontroli społecznej.
Brak tych czterech elementów – pluralizmu społecznego, elity zakorzenionej społecznie, zdrowego systemu sądownicznego oraz silnej opinii publicznej – prowadzi Kaczyńskiego do bardzo radykalnego wniosku: „Nie ma w Polsce przesłanek dla istnienia państwa prawa, państwa praworządnego”.
Skutkuje to imposybilizmem, czyli brakiem możliwości działania. Chodzi zarówno o imposybilizm wobec patologii społecznych; imposybilizm w wymiarze egzekwowania prawa, gdyż silni zostali obdarzeni specjalnym immunitetem i de facto „nie odpowiadają przed prawem”; imposybilizm polegający na wprowadzaniu kolejnych ograniczeń dla małych i średnich przedsiębiorstw, co bardzo negatywnie wpływa na obrót gospodarczy; wreszcie o imposyblizm dotyczący „niemożności realizacji wielkich zadań zbiorowych”.
Trybunał Konstytucyjny na ławie oskarżonych
Wystąpienie Kaczyńskiego, wygłoszone w realiach 2010 roku, siłą rzeczy nie koncentrowało się na kwestii Trybunału Konstytucyjnego. Jednak zrozumienie jego osi krytyki systemu prawnego III RP pozwala nam odtworzyć intencje rozpoczęcia „wojny o Trybunał”.
Stało za nią coś ważniejszego, niż jedynie chęć wykorzystania „prezentu” dostarczonego przez PO (wybór sędziów niezgodny z prawem) czy nawet intencja ograniczenia roli instytucji mogącej potencjalnie zahamować reformy nowego rządu. W istocie chodziło o uderzenie w symbol porządku prawnego III RP.
Trybunał odegrał bowiem ważną rolę w procesie kształtowania obecnego ustroju. Jego zmieniającą się funkcję bardzo sprawnie rekonstruuje Jacek Sokołowski, wskazując na trzy wyraźne etapy: rolę instytucji „rozszczelniającej” dyktaturę komunistyczną (1986-1989); rolę „współtwórcy ustroju” (1989-1999); rolę „moderatora polityki publicznej” (1999-2015). Dla naszego wywodu szczególnie interesujący jest okres środkowy. W tym czasie, wobec rozdrobnienia reprezentacji sejmowej oraz bardzo nieprecyzyjnych norm prawnych, Trybunał wszedł w rolę „współustrojodawcy”. „TK dookreślał system, dookreślał ustrój w wielu orzeczeniach, w których dokonywał bardzo daleko idących interpretacji norm”. Często korzystając z przywołanego już bardzo lakonicznego artykułu, iż „RP jest demokratycznym państwem prawnym” dokonał „wielu interpretacji czysto światopoglądowych, których uzasadnienia były filozoficzne, a nie prawne”. Sokołowski podsumowuje: „W ten sposób Trybunał został współtwórcą ustroju, bo wyznaczył granice działania państwa nie w zakresie prawnym, ale aksjologicznym, światopoglądowym”.
Wnioski nasuwają się same. Skoro Kaczyński głosi, że w III RP „nie zaistniały przesłanki dla istnienia państwa prawa”, a aktywną rolę w procesie kształtowania tego porządku prawnego odegrał Trybunał, to jego rolę musi oceniać negatywnie. I to była główna stawka obserwowanej przez ostatnie tygodnie „bitwy o Trybunał”. Chodziło o systemowe ograniczenie roli instytucji, która – zdaniem Kaczyńskiego – zamiast stać na straży praworządności, swoimi orzeczeniami sankcjonowała swoisty imposybilizm państwa.
Rewolucja czy ewolucja, czyli burzyć czy budować?
Dotąd próbowaliśmy jedynie odtworzyć sposób myślenia Jarosława Kaczyńskiego. Teraz spróbujmy zmierzyć się z jego racjami.
Kaczyński jest bardzo przenikliwy w swoich diagnozach dotyczących kształtu transformacji ustrojowej. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że ta krytyka ma charakter w dużej mierze historyczny i jest spóźniona o 15 lat.
W latach 90. spór o stosunek do dorobku prawnego PRL-u był rzeczywiście punktem wyjścia dla jakiejkolwiek diagnozy słabości państwa. Dziś już chyba tak nie jest. Obecnie imposybilizm III RP wzmacnia raczej podporządkowanie myśli strategicznej funduszom europejskim oraz automatyczne transponowanie dyrektyw unijnych do polskiego porządku prawnego, a nie dalszy wpływ „konstytucji stalinowskiej”. Dziś specjalny immunitet dla silnych nie dotyczy w pierwszej kolejności dawnej nomenklatury komunistycznej, ale preferencji legislacyjnych i fiskalnych dla globalnych korporacji, z którymi polskie firmy nie mają szans konkurować.
Oczywiście Kaczyński, nie zamykając oczu na zmieniające się okoliczności, może argumentować, że nie da się sprostać nowym wyzwaniom bez całościowej zmiany dotychczasowego porządku prawnego. Nie da się remontować kolejnych pięter domu, gdy fundamenty są wadliwe. Do tego dochodzi kwestia orzecznictwa, czyli dorobku wszystkich dotychczasowych uzasadnień i szczegółowych interpretacji norm prawnych zapisanych w ustawach. Oczywiście orzecznictwo nie stanowi źródła powszechnie obowiązującego prawa, jest jednak chętnie powielane przez sądy niższego szczebla. Zatem cały dorobek orzeczniczy Trybunału stanowi bardzo istotny punkt odniesienia dla polskich sądów, przez co nie da się odciąć współczesności od dorobku lat 90.
To bardzo mocny argument. Przeciwko niemu nasuwa się jednak inna wątpliwość: na ile tak radykalną diagnozę podzielają szerokie kręgi społeczeństwa? Czy istnieje dziś przyzwolenie społeczne dla całościowej zmiany porządku konstytucyjnego? Oczywiście twardy elektorat PiS-u, przyzwyczajony do bezpardonowej krytyki „układu okrągłostołowego”, z entuzjazmem przyjmuje propozycję jakiejkolwiek zmiany Konstytucji. Jednak to ciągle zbyt mało, by odzyskać „centrum” niezbędne do zdobycia większości konstytucyjnej. Najlepiej pokazały to ostatnie wybory prezydenckie i parlamentarne. Andrzej Duda wygrał, bo unikał haseł radykalnej zmiany, obiecując raczej zasypywanie sporów, „stanie na straży Konstytucji”, ewentualnie jej proobywatelską korektę (np. w zakresie referendów czy ordynacji wyborczej), a nie „demontaż republiki okrągłostołowej”. Podobna retoryka stoi za popularnością Beaty Szydło. Dlatego to Duda – jak słusznie zauważył Łukasz Warzecha – ponosi największy polityczny koszt „wojny o Trybunał”, co szybko znalazło odzwierciedlenie w badaniach zaufania publicznego. Większość wyborców „centrowych”, która w drugiej turze głosowała na Dudę, nie jest dziś gotowa na terapię szokową proponowaną przez Kaczyńskiego.
I tak dochodzimy do swoistego paradoksu obecnej sytuacji.
Droga do legalnej zmiany Konstytucji wiedzie przez polityczne „centrum”, które jednocześnie bardzo nieufnie odbiera działania Kaczyńskiego dokonywane w paradygmacie rewolucyjnym. Im bardziej prezes PiS-u jest skuteczny w naginaniu dotychczasowych zasad, tym bardziej traci szanse na zaproponowanie nowych reguł gry.
Im jest skuteczniejszy w „zmienianiu Konstytucji bez zmiany Konstytucji”, tym bardziej traci wiarygodność jako potencjalny architekt nowej ustawy zasadniczej. Te rozchodzące się oczekiwania „centrum” i rewolucyjne działania Kaczyńskiego można pokazać przynajmniej w czterech obszarach.
Po pierwsze, chcąc zmienić Konstytucję trzeba wykonać gruntowaną pracę intelektualną i społeczną, by przekonać Polaków do takiego kroku. W tym celu należałoby poszerzyć społeczną wiedzę zarówno o początkach ładu prawnego III RP, kulisach prac nad obecną Konstytucją, jak i strukturalnych problemach państwa, które ona generuje. Praca ta musiałaby zostać wykonana nie tylko w obszarze intelektualnym i objąć jak najwięcej ośrodków opiniotwórczych, ale również na poziomie kulturowym, by trafić do każdego obywatela. Biorąc zaś pod uwagę, że jest to materia bardzo niejednoznaczna i skomplikowana, to taki proces wymaga odpowiedniej ilości czasu. Tego zaś Kaczyński nie ma. Zdaje sobie bowiem sprawę, że kluczowe decyzje muszą być podjęte w ciągu kilkunastu najbliższych miesięcy, gdyż ogranicza go kadencja obecnego Sejmu. Dlatego przedkłada sposób działania rewolucjonisty nad długookresową zmianę społeczną.
Po drugie, chcąc pozyskać „centrum” dla swoich działań należałoby zaprezentować wizję pozytywną. Jej brak był bardzo widoczny w trakcie „wojny o Trybunał”, gdy PiS nie przedstawił docelowego modelu funkcjonowania TK, przez co jego działania były trudne do obrony poza twardym elektoratem. Dlatego Jarosław Gowin, czujący nastroje “centrum”, napisał w głośnym liście otwartym: „Mam świadomość, że rozwiązania, które zastosowaliśmy w ostatnich tygodniach, są ułomną i doraźną protezą. Konieczna jest pilna i dogłębna debata nad modelem sądownictwa konstytucyjnego”. Problem braku pozytywnej wizji nie dotyczy jednak tylko Trybunału. Kaczyński celnie diagnozuje, że stan sądownictwa jest jednym z kluczowych problemów III RP (według badań CBOS-u z 2015 funkcjonowanie sądów pozytywnie ocenia jedynie 25% Polaków!). Nie znamy jednak szczegółowego planu naprawy wymiaru sprawiedliwości, który PiS powinien mieć przedyskutowany od dawna. Kaczyński jest bardzo przenikliwy w swoich diagnozach. Jak zawodowy rewolucjonista wie, co należy zburzyć, by obalić stary porządek. Dużo rzadziej mówi jednak o tym, co należy zbudować, by powstał nowy ład.
Po trzecie, chcąc trwale zmienić polski system prawny należy wygrać wśród prawników wojnę o paradygmat, czyli powszechnie obowiązujący zespół poglądów i sposób myślenia. Nieprawdą bowiem jest, że Trybunał Konstytucyjny został zdominowany przez PO. Tak naprawdę od lat 90. nie rządzą nim politycy, ale pewna hierarchia wartości wyznawana przez elitę prawniczą zasiadającą w większości w Trybunale. Znowu celnie opisał to dr Jacek Sokołowski: „Jeśli sędzia TK miał dokonać interpretacji jakiegoś bardzo pojemnego przepisu, najbardziej go obchodziły opinie jego równie utytułowanych kolegów. Niewielkie znaczenie miała opinia polityków czy mediów”. Dla tego środowiska kluczowe znaczenie ma z kolei jakość użytej prawniczej interpretacji. „To jest bardzo charakterystyczne dla prawników w ogóle, a kompletnie hermetyczne dla laików – że człowieka ocenia się po rodzaju argumentacji, jakiej używa. Sędzia TK mógł po cichu, mniej lub bardziej świadomie, sprzyjać jakiemuś rozwiązaniu, ale musiał to uzasadnić zgodnie z regułami argumentacji prawniczej. I jeżeli dobrze uzasadnił, to koledzy byli gotowi przyznać mu rację, nawet jeśli nie zgadzało się to z ich sympatiami”. I to jest cel, który musi sobie stawiać każdy polityk, który chce trwale zmienić porządek prawny. Musi ustanowić nową elitę prawniczą, która byłaby w stanie używać kunsztownego sposobu argumentacji szanowanego przez całe środowisko. Takim sposobem argumentacji w trakcie „wojny o Trybunał” nie posługiwali się jednak ani Stanisław Piotrowicz, ani Marek Ast.
Po czwarte wreszcie, chcąc wypracować nową ustawę zasadniczą należy pozyskać do tego projektu szereg środowisk znajdujących się poza rdzeniem PiS-u. Przykład prac nad Konstytucją 1997 roku pokazuje, że była ona kompromisem pomiędzy „obozem Kwaśniewskiego” i „obozem Wałęsy”. Mazowiecki z kolei dołożył ważną cegiełkę proponując ostateczny kształt preambuły. Kluczowi wówczas aktorzy polityczni mieli zatem swój udział w wypracowaniu tego dokumentu. W efekcie miał on szerszy mandat, niż poparcie jednego tylko środowiska politycznego. Analogiczna praca musiałaby zostać wykonana tym razem. Wcześniej należałoby stworzyć warunki dla odbudowy silnej opinii publicznej niezależnej od państwa, gdyż sam Kaczyński uznaje ją za jeden z warunków istnienia państwa prawa. Konstytucja na miarę XXI wieku musiałaby zatem powstać w warunkach merytorycznej dyskusji przekraczając przynajmniej część obecnych podziałów.
„Wojna o Trybunał” pokazuje, że w naturze Kaczyńskiego nie leży szeroka konsultacja kluczowych decyzji. Bazuje raczej na wąskim gronie najbliższych współpracowników, by decyzje tam podjęte następnie egzekwować z żelazną konsekwencją. Stawia w ten sposób opinię publiczną i resztę klasy politycznej przed faktami dokonanymi.
Taki model znakomicie się sprawdza w paradygmacie rewolucji. Utrudnia jednak działania wymagające konsultacji, których celem jest przekraczanie podziałów i budowa szerokiego konsensusu.
Ostatni rewolucjonista III RP
Jarosław Kaczyński ostatecznie nie poszedł w ślady swojego intelektualnego mistrza. Pomimo licznych zachęt prof. Stanisława Ehrlicha nie pozostał wierny karierze akademickiej. Gdzieś w połowie lat 70. zaczął o sobie mówić, że wybrał drogę „samotnego rewolucjonisty”. W „wojnie o Trybunał” widać całą siłę, a zarazem słabość, tamtego wyboru. „Samotny rewolucjonista” ma wystarczająco dużo odwagi, by zakwestionować cały porządek prawny III RP. Ma wystarczająco dużo siły i determinacji, by zaskakującymi działaniami zmniejszyć rolę instytucji, którą środowisko prawnicze uznawało dotąd za nienaruszalny fundament. „Samotny rewolucjonista” nie ma jednak wystarczająco dużo siły, by zaproponować nowy ład instytucjonalny, który na kilkadziesiąt lat zmieni Polskę. Jarosław Kaczyński jest w ten sposób ostatnim rewolucjonistą III RP. Wystarczająco przenikliwym, silnym i konsekwentnym, by wygrać historyczną wojnę z Adamem Michnikiem. Chyba jednak zbyt słabym, by zbudować wymarzoną IV RP.

Krzysztof Mazur   http://jagiellonski24.pl/2016/01/18/jaroslaw-kaczynski-ostatni-rewolucjonista-iii-rp/
Doktor politologii, filozof, działacz społeczny; prezes Klubu Jagiellońskiego, członek redakcji Pressji; pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego; członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP.

Czytaj więcej: Jarosław Kaczyński – ostatni rewolucjonista III RP

Komentarz (15)

Polacy zaczną stawiać pomniki dla Merkel

Szczegóły
Opublikowano: poniedziałek, 18 styczeń 2016 21:45
Piotr Solis

Dziś w Niemczech wychodzi książka z prawdziwym życiorysem A. Merkel. Okazuje się, że wywodzi się ona z Kazmierczaków, tych Kazmierczaków.

Czytaj więcej: Polacy zaczną stawiać pomniki dla Merkel

Komentarz (20)

KOD dostępu

Szczegóły
Opublikowano: niedziela, 17 styczeń 2016 11:44
Małgorzata Todd

Szanowni Państwo! Kto dzierży kod dostępu do mamony, ten uważa się za posiadacza niewolników, z którymi może zrobić i robi co zechce. Utratę takiego przywileju postrzega jako wyjątkową krzywdę.

Czytaj więcej: KOD dostępu

Komentarz (4)

Małżeństwo z rozsądku-Unia Europejska według Jarosława Kaczyńskiego

Szczegóły
Opublikowano: piątek, 15 styczeń 2016 16:19

Jarosław Kaczyński to nie tylko jeden z najlepszych politycznych strategów, ale także jeden z najważniejszych ideologów w III RP. Jego diagnozy i idee często stanowiły punkt wyjścia do debaty, także na wrogich mu salonach. „Kaczyńskim” mówi dziś w wielu kwestiach niemal cała prawica, w tym także niekoniecznie popierająca PiS. Dotyczy to również spraw zagranicznych i miejsca Polski w Europie. To ogromny sukces Kaczyńskiego, zwłaszcza, że jego unijna „antysystemowość”, jest mocno naciągana.
Polityczny awans
Kluczowym celem polskiej polityki zagranicznej, jaki można zrekonstruować na podstawie wielu wystąpień Jarosława Kaczyńskiego, jest awans Polski w międzynarodowej hierarchii politycznej. To zadanie wymaga przede wszystkim wzmocnienia realnego wymiaru niepodległości, który można zdefiniować jako zdolność do definiowania i realizacji interesu narodowego. Zdaniem Kaczyńskiego wejście Polski do UE pozbawiło ją co prawda części formalnej niepodległości (suwerenności), ale nie pozbawia jej realnego wymiaru (podmiotowości). Co więcej, UE umożliwia jej wzmocnienie, dając nowe narzędzia i pola prowadzenia polityki poprzez wpływ na decyzje dotyczące Polski, aczkolwiek nie uważa akcesji jako „automatycznie” wzmacniającej podmiotowość. Wymaga to bowiem aktywności i wysiłku dyplomatycznego, a przede wszystkim determinacji i twardości w zabieganiu o polskie interesy.

To rozdzielenie formalnej i realnej niepodległości było przesłanką do poparcia przez Kaczyńskiego wejścia Polski do UE, w przeciwieństwie do innych polityków prawicy, nierozdzielających tych kwestii i z tego powodu ostro krytykujących wejście Polski do UE, jako decyzji pozbawiającej Polski możliwości decydowania o własnym losie.

W wypowiedziach lidera PiS-u często pojawiało się także niewyeksponowane wprost założenie o znaczącym zróżnicowaniu państw na arenie międzynarodowej wedle kryterium „bycia branym pod uwagę”, gdy idzie o decyzje dotyczące danego państwa. Innymi słowy, Kaczyński dzieli państwa na te, które są podmiotami i przedmiotami w stosunkach międzynarodowych. Jego zdaniem Polska nie osiągnęła statusu politycznego na miarę jej możliwości, a więc podmiotu gry międzynarodowej, który leży w zasięgu naszych możliwości. Status ten osiąga się za pomocą różnorodnych działań, ale warto podkreślić to, co dla Prezesa Prawa i Sprawiedliwości jest osobliwe.

Lider PiS-u uważa, że realizacji narodowemu interesowi służy otwarta manifestacja gotowości wchodzenia w konflikt. Z jednej strony twarda retoryka ma „oswoić” inne państwa, że z Polską należy się liczyć, a z drugiej „oswoić” Polaków z wyższym statusem własnego państwa i zwiększyć tym samym poczucie narodowej godności.

Ten pedagogiczny wysiłek, zdaniem Kaczyńskiego, jest potrzebny w narodzie, który wciąż odczuwa głębokie kompleksy i z tego powodu godzi się na to, że „mniej mu wolno”.
Należy przy tym podkreślić, że Kaczyńskiemu daleko było do wizji Polski jako mocarstwa. Zdawał sobie sprawę, że „bycie branym pod uwagę” dotyczy kwestii dotyczących bezpośrednio Polski, a nie zasad gry w Europie, nie mówiąc już o problemach globalnych. Jaki status międzynarodowej Rzeczpospolitej jest marzeniem Prezesa? Wielu publicystów, nie tylko tych niechętnych Kaczyńskiemu, wskazałoby zapewne Niemcy czy Rosję, ponieważ często podkreślał on konieczność asertywnej polityki Polski wobec swoich potężniejszych sąsiadów. Dwa tony za wysoko. Kilka lat temu Kaczyński powiedział, że chciałby, aby Polska grała w tej samej lidze co… Turcja. Warto zwrócić uwagę na jego uzasadnienie – Turcja, zdaniem Kaczyńskiego, to państwo „poważne”, bez którego nie są podejmowane decyzje bezpośrednio dotyczące Ankary. Tylko tyle i aż tyle.
Wymuszona antysystemowość
Wbrew powszechnej intuicji, Kaczyński sytuuje się w centrum między „mainstreamowymi” poglądami podkreślającymi konieczność pragmatycznej postawy w UE, a partiami prawicy narodowej i konserwatywnej podkreślającymi ideową pryncypialność w walce o „starą, dobrą” Europę. W innej konfiguracji podział ten wyznacza traktowanie Unii albo jako gry o zdobycie wpływu i zasobów do rozwoju, albo jako narzędzia realizacji określonej wizji świata. Wypośrodkowanie wartości i interesów wynikało z roli jaką Kaczyński chciał, aby PiS pełnił w systemie politycznym. W przeciwieństwie do innych partii prawicowych nastawionych nie na maksymalizację udziału we władzy, ale promowaniu określonych idei i wizji politycznych, PiS miał ambicję rządzenia, a nie jedynie ideologizowania pod hasłem „umierać, ale powoli”. O ile więc Prezes PiS-u retorycznie podkreślał ważne dla konserwatystów kwestie symboliczne, o tyle w politycznej praktyce bliżej było mu do partii „mainstreamowych”. Najbardziej adekwatnym przykładem jest zgoda na Traktat Lizboński, który zmieniał korzystny dla Polski nicejski system głosowania i pogłębił integrację europejską. Niespójność między retoryką a praktyką wynika więc w dużej mierze z konieczności utrzymania równowagi między koniecznością „obsługi” prawicowego elektoratu dyskursem narodowo-niepodległościowym, a koniecznością liczenia się z politycznymi realiami, które wymuszają akceptację współczesnego kierunku rozwoju integracji europejskiej.

Kaczyński z dystansem traktował także odwoływanie się do katolicyzmu w polityce zagranicznej oraz przedkładanie kondycji duchowej bytu narodowego nad materialną. To charakteryzowało dużą część prawicy narodowej i konserwatywnej, która z powodu odejścia od chadeckich korzeni integracji europejskiej na rzecz idei liberalno-lewicowych fundamentalnie odrzuciła Unię.

Różnice między poglądami Kaczyńskiego a politykami prawicy narodowej czy konserwatywnej nie powinny dziwić biorąc pod uwagę fakt, że podziały partyjne w III RP następowały w dużej mierze z klucza personalnego, a nie ideowego. Kaczyński był więc w ostrym sporze z politykami najpierw Unii Demokratycznej i Unii Wolności, a następnie z Platformą Obywatelską tylko częściowo w wyniku nieprzezwyciężalnej różnicy ideowych pryncypiów. W dużej mierze powodem konfliktu były podziały środowiskowe wynikające z nierespektowania przez Kaczyńskiego zastanej hierarchii towarzyskiej w ramach elity solidarnościowej i dystrybucji społecznego szacunku, które ta elita stworzyła. To nie ideowe przekonania, ale polityczne rozdanie wrzuciły więc Kaczyńskiego w prawicowe klimaty. W efekcie realne różnice w odniesieniu do wielu kwestii, w tym także dotyczących polityki zagranicznej, między Kaczyńskim a politykami tworzącymi republikę „Okrągłego Stołu”, z którymi lider PiS-u wspólnie działał i debatował w PRL-u, nie były fundamentalne. A już na pewno nie pokrywały się z ogromną różnicą retoryczną używaną przez Kaczyńskiego (jak i jego adwersarzy) na skutek oczekiwań prawicowego elektoratu i przyjętej przez PiS strategii wizerunkowej jako partii antyestablishmentowej. To spowodowało, że okres rządów Kaczyńskiego w latach 2005-2007, także w polityce zagranicznej, w tym europejskiej, stanowił rewolucję bardziej „semantyczną”, niż materialną.
Europa suwerennych państw
Kaczyński popiera wizję „Europy Ojczyzn”, opartą o współpracę suwerennych państw. Odrzuca więc wizję UE jako strukturę quasi-federalną, w której silną pozycję miałyby instytucje ponadnarodowe i gdzie zakres kompetencji przeniesiony z poziomu państwa na poziom UE obejmowałby kluczowe polityki publiczne. Wynikało to z braku zaufania co do woli i możliwości instytucji ponadnarodowych (Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego) skutecznego przeciwstawienia się interesom najsilniejszych państw członkowskich. Z tego powodu PiS nie godził się np. na rozwój wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa Unii Europejskiej, ponieważ uważał, że unijna polityka stanowiłaby wypadkową interesów najważniejszych państw. Tym samym osłabiałoby to, a nie wzmacniało realizację polskich interesów. Wspólna polityka zagraniczna byłaby polityką ugodową wobec Rosji i zdystansowaną wobec USA. Rozbieżność interesów Polski oraz Francji i Niemiec, zdaniem Kaczyńskiego, powoduje, że lepiej zachować możliwość prowadzenia własnej polityki zagranicznej.

Poparcie dla wizji UE jako „Europy Ojczyzn” wynikało więc w dużej mierze z odrzucenia dominującego w dyskursie europejskim optymistycznego założenia o zasadniczej zbieżności interesów państw tworzących UE, które uzasadniałoby przenoszenie kolejnych porcji suwerenności na poziom Unii. W odwoływaniu do idei dobra wspólnego Europy i haseł nawołujących do takiej polityki widział próbę wymuszenia przez silne państwa powściągliwości w realizacji interesu narodowego przez słabsze państwa. Uważał, że konieczne jest demaskowanie takich intencji, ponieważ nie służą wszystkim państwom członkowskim, w tym Polsce. Kaczyński nie przyjmował więc założenia o jakościowej zmianie sposobu uprawiania polityki w ramach UE polegającej na obecności w polityce państw ponad partykularnych motywów postępowania, opartych na dążeniu do realizacji tzw. idei europejskiej, czyli altruistycznego pogłębiania integracji państw w imię jedności politycznej, gospodarczej i kulturalnej Europy. Kaczyński nie zgadzał się z zapewnieniem o powściągnięciu egoizmu narodowego przez państwa członkostwie na rzecz dobra wspólnego Europy. Dlatego również postulował, aby Polska kierowała się w UE interesem narodowym.

Uważał więc integrację europejską nie za zakończenie rywalizacji państw o wpływy, ale jedynie za zmianę środowiska, w jakiej ta rywalizacja się odbywa i instytucji, które do tych celów są wykorzystywane. Należy jednak oddać Kaczyńskiemu, że w przeciwieństwie do innych polityków prawicy, podkreślał zwiększenie poczucia zaufania między państwami na skutek integracji, czego nie można bagatelizować.

Warto podkreślić, że odrzucenie idei jedności Europy wynika także z głębszych założeń Kaczyńskiego co do natury stosunków politycznych jako takich. Otóż jego polityczną myśl cechuje silny pesymizm antropologiczny, który zakłada sceptycyzm w kwestii zdolność do przezwyciężania konfliktów politycznych. Kaczyński jest hobbesowskim realistą, przyjmującym za naturalny konfliktowy charakter stosunków międzynarodowych hierarchiczność, znaczenie „twardych” zasobów i siły, a także kluczową rolę państw w międzynarodowej grze politycznej.
Niemcy i partia białej flagi
Największym zagrożeniem dla Polski, zdaniem Kaczyńskiego, jest przede wszystkim dyktat najsilniejszych – w pierwszej kolejności Niemiec, co może przejawiać się nie tylko formalnymi kanałami, ale także wpływem na instytucje ponadnarodowe, które nie mają wystarczającej siły, aby przeciwstawić się interesom najsilniejszych państw. Za główny problem w realizacji polskiego interesu narodowego PiS uznawał jednak nie tylko politykę Niemiec czy naiwną frazeologię paneuropejską, ale przede wszystkim brak odwagi w bronieniu polskich interesów narodowych. Przedmiotem krytyki innych partii najczęściej nie było niewłaściwe zdefiniowanie interesu narodowego, ale brak determinacji do jej obrony. Charakterystyczna była jego wypowiedź w debacie sejmowej na temat Traktatu Konstytucyjnego w 2003 r. (wówczas Jan Rokita powiedział słynny bon mot Nicea albo śmierć!): „Za wielki problem polskiej polityki, który odnosi się do Europy dzisiaj szczególnie, ale odnosi się do polityki w ogóle, jest kwestia ˝partii białej flagi˝, partii, która najwyraźniej nie poczuwa się do solidarności [z polskimi interesami – przyp. autora], a niekiedy najwyraźniej uznaje to, mówiąc słowami Jana Pawła II, wielkie i trudne dziedzictwo, któremu na imię Polska, za dziedzictwo zbyt ciężkie, zbyt trudne”.
Jako zagrożenie dla polskiego interesu PiS wskazywał także przenoszenie lojalności na poziom UE, wynikający z założenia, że UE lepiej rozwiąże polskie problemy niż polskie instytucje. Przenoszenie lojalności według Kaczyńskiego nie jest uzasadnione, ponieważ nie wykształciła się w dostateczny sposób ponadnarodowa tożsamość, która stanowi konieczny warunek realnej demokratyzacji UE.

Na skutek braku narodu europejskiego demokracja możliwa jest tylko w państwie narodowym, a wiec to na tym poziomie powinny być rozwiązywane kluczowe problemy.

Należy w tym kontekście podkreślić, że lider PiS-u, w przeciwieństwie do innych polityków prawicowych, broniąc interesu narodowego starał się wpisywać go w interes europejski. Dlatego odwoływał się także do zasad uniwersalnych, tj. sprawiedliwości, równości, a przede wszystkim solidarności. Kaczyński przyjmował zasadność ubiegania się o określone sprawy odwoływaniem do sprawiedliwości wyrównywania poziomu rozwojowego między państwami „starej” i „nowej” Europy czy do historycznej winy Zachodu, jaką była akceptacja włączenia państw Europy Środkowo-Wschodniej do radzieckiej strefy wpływów. Szczególne znaczenie ta idea miała w kontekście Niemiec, które jako bezpośrednio odpowiedzialne za wybuch II wojny są odpowiedzialne także za jej skutki, czyli włączenie Polski do bloku wschodniego powodujące zacofanie rozwojowe Polski i innych państw regionu. Odwołanie do idei solidarności odbywało się zazwyczaj w kontekście podziału budżetu UE na państwa bogate i biedne. Idea równości była z kolei przywoływana w kontekście dystrybucji wpływu między państwa duże i małe. Każda z trzech przywołanych zasad działała na korzyść Polski, więc ciekawe jest pytanie, na ile ich przywołanie było jedynie ukrytą formą interesu Polski, a na ile realną wolą kierowania się uniwersalnymi zasadami.

Korekta, nie rewolucja
Poglądy Jarosława Kaczyńskiego, także na sprawy europejskie, często są przedstawione w krzywym zwierciadle, choć sam autor robi niewiele, aby stało się inaczej. Za ostrym językiem, często kryje się jednak polityczny pragmatyzm i zrozumienie dla bezalternatywności wielu politycznych decyzji, jakie Polska musi podjąć w UE. Biorąc pod uwagę jedynie polityczne stanowiska, a nie retorykę, w polityce europejskiej w najbliższych latach nie należy więc oczekiwać nie rewolucji, nie restauracji, lecz korekty. Będzie ona oznaczała na pewno większą asertywność, ale nie fundamentalne przewartościowanie dotychczasowego kursu. Nie oznacza to, że proces ten będzie bezbolesny. Unijni decydenci nie są przyzwyczajeni do twardej postawy polskiego rządu, a już na pewno nie do twardego języka, co oznacza, że wielu z nich czeka nieprzyjemny „szok poznawczy”. Także drugą stronę czeka frustracja z powodów kolejnych groźnych min, jakie stroją eurokraci. Kaczyński Unii Europejskiej pewnie już nigdy nie pokocha. Kluczowe pytanie brzmi jednak: czy musi? Jego związek z Brukselą to przecież małżeństwo nie z miłości, ale z rozsądku.

http://www.jagiellonski24.pl/2016/01/11/malzenstwo-z-rozsadku-unia-europejska-wedlug-jaroslawa-kaczynskiego/

 

***

Dyskusja
Tak się złożyło, że przed opublikowaniem tekstu wymieniliśmy kilka zdań na ten temat. Oto one.

„Lider PiS-u uważa, że realizacji narodowemu interesowi służy otwarta manifestacja gotowości wchodzenia w konflikt. Z jednej strony twarda retoryka ma „oswoić” inne państwa, że z Polską należy się liczyć, a z drugiej „oswoić” Polaków z wyższym statusem własnego państwa i zwiększyć tym samym poczucie narodowej godności.”
Ten pedagogiczny wysiłek, zdaniem Kaczyńskiego, jest potrzebny w narodzie, który wciąż odczuwa głębokie kompleksy i z tego powodu godzi się na to, że „mniej mu wolno”.
P.S. Proszę, proszę nawet nie przypuszczałem, że tak wiele mnie łączy z Jarosławem Kaczyńskim. Niestety z jego olsztyńskim pomiotami (Arent+Szmit) nic mnie nie łączy.
Jacek Pachucki

***

Cześć Jacek

Dzięki za przesłaną analizę. Zawiera wiele cennych spostrzeżeń. Nie wynika z niej, czy autor aprobuje "otwartą manifestację gotowości wchodzenia w konflikt" czy też jest to jedynie, trafna moim zdaniem, diagnoza polityki Kaczyńskiego. Widzę natomiast, że Twoja ocena jest jednoznacznie pozytywna. W przeciwieństwie do mojej. Taką politykę "oswajania" zewnętrznego i wewnętrznego świata praktykuje Putin i jeżeli to mu się względnie udaje, to dzięki posiadaniu realnych, mocarstwowych atutów. W wykonaniu Kaczyńskiego taka praktyka przypomina mentalność Józefa Becka i większości politycznych elit II RP. Wbrew testamentowi politycznemu Piłsudskiego, który przestrzegał przede wszystkim przed walką na dwa fronty i dopuszczaniu do zbliżenia niemiecko-rosyjskiego. Polityka Kaczyńskiego to powielenie tego błędu, ponieważ prężeniem wątłych muskułów i tak się nikogo nie oszuka, a jedynie przywraca stan w którym Polska jest irytującym, niepotrzebnym nikomu "bękartem". Mądrość ludowa mówi: "Nie strasz, nie strasz, bo się z...". A na co liczy Kaczyński stojąc pomiędzy dwoma politycznymi mięśniakami? Na zatwardzenie? Mówiąc poważnie, sztuka istnienia pomiędzy takimi państwami polega na umiejętnym lawirowaniu i konsekwentnym rozpychaniu się łokciami własnej, budowanej bez niepotrzebnych fajerwerków potęgi. Jeżeli Kaczyńskiemu naprawdę marzy się status Turcji, to jej najnowsza historia jest potwierdzeniem takiej strategii. I jeszcze jedno: ciekawy jestem, jak długo taką agresywną pedagogikę "zwiększania poczucia narodowej godności" będą akceptowali ci wyborcy PiS, którzy uwierzyli w umiarkowany ton polityków PiS z kampanii wyborczej i dzięki którym ta partia uzyskała taką przewagę.

Pozdrawiam
Bogdan [Bachmura]

***

Witam!
Pozwolę sobie podpiąć się pod zdanie Bogdana. Całkowicie się z nim zgadzam. Oszukać można telewidzów i wyborców, zainteresowanych sąsiadów nie da się w żadnym razie. Boleśnie pokazał to rok 1939. Pod tym względem sytuacja nie zmieniła się, a jeśli nawet to o tyle, że dzisiaj jest łatwiej prześwietlić sąsiada. Nie wolno dać się łapać na piękne słówka. Kraje bardziej cywilizowane są grzeczne i nam schlebiają (Niemcy czy USA) a te na niższym poziomie kultury są nieco chamskie jak Ukraina gdy Poroszenko powiedział naszemu prezydentowi żeby spadał. Gdyby od nas cokolwiek zależało nigdy by sobie na to nie pozwolił.
Od siebie dodam (jako osławiony agent Kremla oczywiście), że naszym stałym i tragicznym w skutkach błędem jest brak alternatywy w razie załamania się obecnego układu. Jeszcze gorszą głupotą niż brak takiej opcji jest publiczne palenie za sobą mostów dzięki czemu nasi obecni sojusznicy wiedzą, że jesteśmy w sytuacji bez wyjścia i mają nas za darmo.
A gotowość do wchodzenia w konflikt - moja śp. babcia, mądra wiejska kobieta udzielała mi licznych porad - jedną z nich było: "Nie gryź jak nie możesz zagryźć". Swoją drogą to też wiem, że Rosja jest i zawsze będzie naszym wielkim sąsiadem - jak długo, i w czyim interesie, mamy hodować konflikt?
Poza tym, takie np. oswajanie Polaków z wyższym statusem własnego państwa nie może polegać na odstawianiu prawa za drzwi bo na skróty jest szybciej i wygodniej. Już i bez tego cierpimy na brak instynktu państwowego a po publicznym deptaniu sędziów trybunału i równie niesmacznej zamianie Prezydenta w długoPiS do podpisywania na kwitów na zlecenie, z oswajania wyjdzie to co zwykle. Nie można oswoić się z wysokim statusem nie szanując instytucji państwa a jak je szanować skoro Prezes wszystkich Prezesów daje pokaz ich lekceważenia.

Pozdrawiam
Adam Kowalczyk

***

Witam,
Wszystkie uwagi i spostrzeżenia obu Panów przyjmuję do wiadomości i postaram się do nich odnieść. Większości obaw nie podzielam.
Podzielam natomiast potrzebę zmian, które realizuje obecnie rząd PiS. Pan Prezes Kaczyński miał 8 lat na wyznaczenie celów działania, opracowanie strategii ich osiągnięcia, przydzielenia zakresów odpowiedzialności i obowiązków zgodnie z kompetencjami osób, jakie pozostają w jego zasobach personalnych. Moje pewne, niewielkie na razie rozczarowanie pierwszymi miesiącami rządów PiS bierze się jedynie z uchybień taktycznych, które przeciwnik skrupulatnie wykorzystał. Pisząc o przeciwniku, mam na myśli zarówno opozycję parlamentarną jak i grupy społeczne, zawodowe i biznesowe, którym kierunki polityki PiS odbierają dotychczasowe korzyści. PiS i jego sprzymierzeńcy nie działają w próżni. Przeciwnik także miał czas na przygotowanie planu obrony i kontrataku. Odebrania mandatu społecznego poparcia i wykolejenia PiSowskiej lokomotywy. Byłoby wielką naiwnością ze strony Prezesa Kaczyńskiego nie brać zawczasu pod uwagę z jak silnym oporem będzie miał do czynienia na forum instytucji UE. Przecież jednym z celów przeprowadzki Donalda Tuska z najbliższymi współpracownikami do Brukseli było budowanie opozycji przeciwko PiS w instytucjach UE. Ma po swojej stronie doświadczonych polityków, oficerów służb, posiadających gruntowną wiedzę o nastrojach społecznych, umiejętności prowadzenia skomplikowanych gier operacyjnych. manipulowania opinią publiczną.
Obecną sytuację oceniam jako zapowiadane pierwsze 100 lub 120 dni rewolucyjnych zmian, po których ma nastąpić stopniowe umacnianie zdobytych pozycji i wyciszenie walki, przynajmniej na poziomie medialnym.
Prezes Kaczyński ma zobowiązania wyborcze wobec środowisk o poglądach prawicowych, narodowych i patriotycznych. Prawdopodobnie jesteśmy w fazie PiSowskiego Drang und Sturm. Wkrótce przyjdzie czas umocnić zdobyte pozycje, uporządkować teren, zewrzeć szyk i okopać się przed następnymi zmaganiami za niecałe już 4 lata. Powinno tego czasu wystarczyć na zrealizowanie obietnic wyborczych, powinny już zadziałać przewidywane korzyści gospodarcze i dająca się odczuć poprawa kondycji ekonomicznej większości Polaków. Jestem przekonany, że tak będzie z wielu powodów. Dotychczasowy model rozwoju,w którym nasz przemysł wytwórczy był przedłużeniem zagranicznych, przeważnie niemieckich linii produkcyjnych wyczerpał się. Niemcy czeka trudny czas związany z utratą wielu zagranicznych rynków zbytu, a od zagranicznych rynków uzależniony jest w około 50% niemiecki PKB. Próby pobudzenia niemieckiego rynku wewnętrznego nie powiodły się. Oszczędni, starzejący się Niemcy jakoś niechętnie wydają zarobione środki. Forsowane przez Kanclerz Merkel zmiany niemieckiej energetyki, słynne Energiewende powoduje wzrost kosztów energii dostarczanej odbiorcom i zmniejszenie konkurencyjności niemieckiej gospodarki. Z kolei narzucanie innym krajom podobnych zmian idzie opornie. Tak zaplanowane działanie i miało zwiększyć produkcje sektora "zielonej energii", który obecnie zatrudnia wraz z zakładami produkującymi urządzenia dla Odnawialnych Źródeł Energii prawie połowę liczby pracowników zatrudnionych w niemieckim przemyśle motoryzacyjnym. Zatem i ta gałąź gospodarki, nastawiona na eksport zawodzi oczekiwania pani Kanclerz. Zawiodły niemieckie nadzieje na wspólne gigantyczne inwestycje związane z planowaną inwestycją infrastrukturalną "Nowego Jedwabnego Szlaku" w węzeł komunikacyjny stanowiący odnogę w kierunku Skandynawii. Ten kawałek chińskiego tortu wychodzi na to, że skonsumują Polacy. Są więc ogromne powody do niemieckich obaw o polską aktywność i zbyt daleko idącą samodzielność polskiego rządu.
Mało kto w Polsce interesuje się chińsko-amerykańską rywalizacją na Zachodnim Pacyfiku. W jej wyniku Chiny i sojusznik USA, Japonia wprowadzają do służby nowe lotniskowce, rozbudowują siły lotnicze i rakietowe do niesłychanych rozmiarów.
Jednocześnie wyludnia się i upada gospodarczo rosyjski Daleki Wschód. Wojna na Ukrainie, rosyjska interwencja w Syrii, ginący w zamachach rosyjscy opozycjoniści są widocznym znakiem, że zbliżamy się do zakrętu historii.
Jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę wspólne niemiecko-rosyjskie inwestycje w systemy pozyskiwania, transportu, przechowywania i dystrybucji gazu, a zwłaszcza słynne Nordstream II obchodzące łukiem Polskę, staje nam w oczach obraz znany z naszej wspólnej historii, obraz niemiecko-rosyjskich kleszczy zaciskających się na Polsce. W tym kontekście likwidacja WSI przez Antoniego Macierewicza i obecna akcja w centrum eksperckim NATO są komentowane jako porażka rosyjska na miarę klęski, jaką dla Rosjan była Bitwa Warszawska 1920 roku.
Zatem są powody do tego, aby obecne polskie podniesienie głowy i stawienie czoła nowym wyzwaniom uznać za pozytywny przełom w dotychczasowej polityce okrągłostołowej republiki i patrzeć w przyszłość z nadzieją i otuchą. Naród Polski stając przed kolejnym zakrętem swojej historii wykazał zbiorową mądrość stawiając na Dobrą Zmianę.

P.S. Niestety, patrząc na marazm liderów naszego olsztyńskiego PiS mój optymizm cichego sojusznika PiS, członka Ruchu Narodowego wystawiony jest na ciężką próbę.

Jacek Pachucki
Ruch Narodowy - Olsztyn

***

Grupa Wyszehradzka to medialny produkt uboczny unijnych przepychanek. Nikt w tej grupie nikomu nie jest w stanie zapewnić, żadnych gwarancji bezpieczeństwa. Ale brzmi dobrze.

CIA ma zupełnie inne propozycje. Cywilne ramie CIA, Stratfor głosi program Polska - Rumunia. Tam idzie kasa amerykańskich podatników, w Polsce i Rumunii instalowane będą systemy antyrakietowe, składy sprzętu amerykańskiego i bazy, jeśli nie NATO to amerykańskie. To się trzyma kupy i to się już dzieje. Priorytetem amerykańskim jest odseparowanie Rosji i Niemiec. Stąd Nordstream. Antyniemiecka akcja amerykańska już wystartowała. Destabilizacja demograficzna i ekonomiczna. Stąd uchodźcy i afera VW. To dopiero początek. Musimy czekać z bronią u nogi, odcinać kupony i nie wyrywać się jako pierwsi. Antyrosyjska retoryka rządu Kopaczowej to był blef, tania propaganda. W rzeczywistości jak wymknęło się Sienkiewiczowi, "Polski już nie ma". A tu proszę MY jesteśmy, a ICH już nie ma!
Co do tego unijnego zgiełku., mamy to już przećwiczone z Targowicą.

Trochę modyfikując wieszcza Broniewskiego:

Są w ojczyźnie rachunki krzywd,
obca dłoń ich też nie przekreśli,
Waszej krwi utoczymy na beczki:
wysączymy ją z waszej piersi.
Cóż, że nieraz smakował gorzko
na tej ziemi więzienny chleb?
Za tę dłoń podniesioną nad Polską -
kula w łeb!

Tusk zabiega o interwencje w berlinie i Brukseli, a do Moskwy to chyba Cioska poślą, albo lepiej gen. Dukaczewskiego

To wypada słowa innego wieszcza przywołać, ku przestrodze watażki Putina:

Gdzież jest król, co na rzezie tłumy te wyprawia?
Czy dzieli ich odwagę, czy pierś sam nadstawia?
Nie, on siedzi o pięćset mil na swej stolicy,
Król wielki, samowładnik świata połowicy;
Zmarszczył brwi, - i tysiące kibitek wnet leci;
Podpisał, - tysiąc matek opłakuje dzieci;
Skinął, - padają knuty od Niemna do Chiwy.
Mocarzu, jak Bóg silny, jak szatan złośliwy,
Gdy Turków za Bałkanem twoje straszą spiże,
Gdy poselstwo BRUKSELSKIE twoje stopy liże, -
Warszawa jedna twojej mocy się urąga,
Podnosi na cię rękę i koronę ściąga,
Koronę Kazimierzów, Chrobrych z twojej głowy,
Boś ją ukradł i skrwawił, synu Wasilowy!

Oczywiście ci co kończyli szkoły przed reformami SLD i PO zbędne jest tłumaczenie, że to ponadczasowa (nieco zmodyfikowana) relacja mistrza Adama Mickiewicza.

Kończę tym patriotycznym akcentem i zapewniam, że bywaliśmy w gorszych niż obecnie opałach.

Pozdrawiam / Regards
Jacek Pachucki

Czytaj więcej: Małżeństwo z rozsądku-Unia Europejska według Jarosława Kaczyńskiego

Komentarz (15)

Więcej artykułów…

  1. Otwarta opcja niemiecka
  2. Szybszy marsz donikąd

Strona 466 z 542

  • start
  • Poprzedni artykuł
  • 461
  • 462
  • 463
  • 464
  • 465
  • 466
  • 467
  • 468
  • 469
  • 470
  • Następny artykuł
  • koniec

Komentarze

Tu nie o wiedzę chodzi, a o charakter...
Prokuratura ściga "Debatę", a ...
3 godzin(y) temu
Zapewne ci wybitni prokuratorzy to absolwenci sławetnego Wydziału Prawa i Administracji UWM, którzy kończą studia PO układach stąd te niedobory elemen...
Prokuratura ściga "Debatę", a ...
5 godzin(y) temu
Polecam ciekawy tekst na:
https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/furia-czyli-prymus-pryncypala,216135
albo na:
https://opinie.olsztyn.pl/olsztyn/furia-...
W lipcowej "Debacie" Bachmura ...
22 godzin(y) temu
Sześć przykazań przetrwania:
• pierwsze – nie myśl i nie oceniaj otaczającej cię rzeczywistości
• drugie – jeśli myślisz, to przynajmniej nic nie mó...
Prokuratura ściga "Debatę", a ...
1 dzień temu
Naprawdę bardzo mi przyjemnie, że już nie muszę z racji wykonywanego zawodu uczestniczyć w wykonywaniu niektórych prokuratorskich postanowień. Z niema...
Prokuratura ściga "Debatę", a ...
około 2 dni temu
Pani Bożeno, w takim razie proszę dać dobry przykład odwagi. Przy okazji warto sięgnąć do uznanych autorów badających współczesną zachodnią demokracj...
Prokuratura ściga "Debatę", a ...
około 2 dni temu

Ostatnie blogi

  • Apel o optymizm na wypadek wojny Dwadzieścia rosyjskich dronów, które ostatnio wleciały do Polski wzbudziły u wielu moich rodaczek i rodaków głęboki niepokój, a często przerażenie… Zobacz
  • Barbarzyński atak "silnych ludzi" Tuska na praworządność Zbigniew Lis Motto Tuska: Będziemy stosować prawo, tak jak my je rozumiemy, czyli uchwałami Sejmu i rozporządzeniami zmieniać ustawy, wg zasady –… Zobacz
  • Co trzeba zrobić, żeby PiS wygrało kolejne wybory? Zbigniew Lis Wielu Polaków głosujących nie za opozycją, tylko przeciw PiS, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji ich decyzji oraz z powagi… Zobacz
  • Michał Wypij, Paweł Warot – komentarz osobisty Bogdana Bachmury Bogdan Bachmura Dużo łatwiej o krytykę osób, których nie darzymy sympatią, z którymi jesteśmy w sporze lub konflikcie. Ale tym razem jest… Zobacz
  • 1

Najczęściej czytane

  • Remont PDK bez końca. Pisz oddaje dotację, a sprawę bada prokuratura
  • Wyborcza sporządziła listę osób do zwolnienia z pracy, związanych z PiS
  • W Olsztynie rusza punkt transgranicznej pomocy prawnej dla Ukraińców
  • Prezydent Olsztyna „ukarał” wiceprezydent Sylwię Rembiszewską-Piątek
  • Red. Słowik: „Dlaczego przez 5 lat nie rozliczono prof. Maksymowicza?”
  • To politycy stworzyli ludobójczy system NFZ, lekarze z niego korzystają
  • Dzierżawca parkingu odpowiedział filmem na rolkę Prezydenta Olsztyna
  • Rada Gminy Gietrzwałd jednomyślnie przyjęła Plan Ogólny, ze strefą na wielkie magazyny
  • Czy Skarb Państwa odzyska 34 mln zł od Helpera?
  • Kto z Warmii i Mazur został wyrzucony z PiS wraz z Morawieckim?
  • Zarobki lekarzy na Warmii i Mazurach. Oto rekordziści ze szpitali wojewódzkich
  • Prokuratura ściga "Debatę", a nie rozdawnictwo milionów na solaria

Wiadomości Olsztyn

  • Olsztyn

Wiadomości region

  • Region

Wiadomości Polska

  • Polska

O debacie

  • O Nas
  • Autorzy
  • Święta Warmia

Archiwum

  • Archiwum miesięcznika
  • Archiwum IPN

Polecamy

  • Klub Jagielloński
  • Teologia Polityczna

Informacje o plikach cookie

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.