Każde dziecko w Polsce wie, że najlepszym, najbardziej poszukiwanym lekarzem, jest lekarz - znajomy. A najlepiej kilku – różnych specjalizacji. Taki, co to odbierze telefon i przyjmie bez kolejki. Nie słyszałem o kimś, kto miałby przed takim postępowaniem skrupuły. Wiadomo, zdrowie własne i rodziny najważniejsze…
Różnica między tym powszechnym i akceptowalnym społecznie procederem, a aferą w warszawskim Szpitalu Południowym jest taka, że działacze Koalicji Obywatelskiej podeszli do tego systemowo. Druga różnica, znacznie istotniejsza dla wściekłych z powodu afery Polaków jest taka, że parasola tej „lecznicy” udzieliła partia dzisiaj odpowiedzialna, a w dłuższej perspektywie współodpowiedzialna za katastrofę w służbie zdrowia.
Przyznam szczerze, że ta historia mojego ciśnienia szczególnie nie podniosła. wywołała jedynie zdziwienie, że robili to do tego stopnia „na rympał”. Wielokrotnie pisałem o mafijnych strukturach dwóch największych w Polsce partii, które na zmianę opanowały Polskę centralną i samorządową. Rzeczona afera to jedynie wynik wewnętrznego rozpasania i pychy pewnych swego, warszawskich struktur politycznej mafii.
O zaradnym doktorze Dawidzie Kacprzyku, Szpitalu Południowym i możliwych skutkach politycznych tej afery powiedziano już tyle, że szkoda języka strzępić. Dla mnie to okazja aby przypomnieć o wydarzeniu znacznie większego kalibru, także dotyczącym służby zdrowia, na dodatek bliższym ciału, bo tutejszym.
Mam na myśli podjętą osiem lat temu przez prof. Wojciecha Maksymowicza próbę konsolidacji dwóch, ewentualnie trzech olsztyńskich szpitali, która jak wiadomo, zakończyła się klęską. Opór radnych był tak zajadły, że zorganizowanie prezentacji prof. Maksymowicza w Sali Sesyjnej RM wymagało specjalnych zabiegów. A co najważniejsze, dokonało się to w iście chrześcijańskiej atmosferze ponadpartyjnej konsolidacji. Hasłem, które zjednoczyło radnych ponad podziałami, była powtarzana przy każdej okazji obrona „naszego szpitala”. Dlaczego mieszkaniec Olsztyna i potencjalny pacjent miał traktować zadłużony już wtedy na 6 mln Szpital Miejski jako szczególnie „swój”, nikt nie próbował wyjaśniać. Grunt, że radni wiedzieli o co chodzi.
Dzisiaj, z powodu tamtego grzechu zaniechania, mamy awanturę wokół kolejnej próby konsolidacji szpitali. Tyle że role się odwróciły. Dzisiaj jedną z wiodących stron jest, teraz zadłużony na 70 mln, Szpital Miejski. A konkretnie ci sami ludzie, którzy wtedy i obecnie zasiadają w RM. Ze szczególnym uwzględnieniem Roberta Szewczyka, dzisiaj prezydenta i jednej z twarzy obecnej konsolidacji, oraz przewodniczącego RM Łukasza Łukaszewskiego.
Tamten przypadek nie budził tyle emocji, bo raz, że lokalny, a dwa, że brak mu było aferalnego paliwa. Jednak jego rzeczywista szkodliwość, jak zawsze przy błędach strukturalnych, była daleko większa, co widać po obecnej sytuacji Szpitala Miejskiego i Szpitala Uniwersyteckiego.
Przed politycznym tsunami jakie wylało się z warszawskiego Szpitala Południowego chroni się kto może. Lista pacjentów leczonych pod specjalnym nadzorem chroniona jest lepiej niż lista gości Epsteina. I nawet „magicznemu” Donaldowi Tuskowi zabrakło dobrych pomysłów. W Olsztynie zaś wszystko po staremu. Nikt nie pyta, więc karawana jedzie dalej. Szpital Miejski jest nadal „nasz”, a radni milcząco skonsolidowani.
Bogdan Bachmura


Skomentuj
Komentuj jako gość