„Moja była żona Katarzyna K. od samego początku miała wiedzę o tym, że prowadzenie środowiskowych domów samopomocy to jest dobry biznes. Nie trzeba mieć żadnego wkładu własnego. Sto procent pochodzi z budżetu państwa. Trzeba tylko było napisać dobre wnioski i mieć poparcie do nich” - zeznał Arkadiusza Sz., jednego z czworga głównych oskarżonych w procesie Helpera.
Na początku postępowania prokuratorskiego podczas przesłuchań Arkadiusz Sz. kluczył i zasłaniał się niepamięcią. Zmienił swoją postawę, gdy jego pełnomocnikiem został Roman Giertych. W dniu 19 czerwca 2019 roku przyznał się do winy i złożył obszerne zeznanie. Obejmują one okres 4 lat, sprzed powołania stowarzyszenia Helper w 2010 roku, do 13 maja 2013 roku, gdy odeszła od niego żona i zakończył pracę w Helperze jako kierownik Środowiskowych Domów Samopomocy w Marcinkowie i Prejłowie, gm. Purda. Zakres jego wiedzy był ograniczony, bowiem wszystkie decyzje podejmowały prezes Katarzyna K. i skarbnik Marzena H.
Katarzyna i Arkadiusz pobrali się w 2003 roku, następnie 2 lata pracowali w USA. Po powrocie, przed powołaniem Helpera, Arkadiusz prowadził jednoosobową firmę transportowo-budowlaną, która nie przynosiła dochodów. Żona Katarzyna, prawniczka, zapisała się do PiS i była dyrektorką biur poselskich Iwony Arent, Jerzego Szmita i Wojciecha Kossakowskiego oraz europosła Jacka Kurskiego w Olsztynie, następnie asystentką wojewody, dyrektorką w OHP. Pracowała też w centrali PiS w Warszawie. Mają dwoje dzieci. Przed Helperem wyprowadzili się od jego rodziców na Dajtkach, do kupionego domu przy ul. Radiowej, który remontowali.
Pierwszy raz w życiu rozmawiałem z Arkadiuszem Sz. pod koniec 2015 roku, gdy już było wiadomo, że w sprawie Helpera toczy się śledztwo. Jedyne co mi wówczas powiedział, to: „sprawa zostanie zamieciona pod dywan”.
Jak zaczął się proces, w styczniu 2025 roku, przysłuchiwał się wyjaśnieniom składanym przez kierownictwo Helpera: prezes Katarzynę K., kolejnego prezesa Tomasza Kaczmarka, skarbnik Marzeny H. i jej męża Jacka. Składając po nich wyjaśnienia Arkadiusz Sz. odniósł się do ich twierdzeń. Odczytane na sali sądowej wszystkie swoje zeznania ze śledztwa potwierdził i je znacząco uzupełnił.
Poniżej cytuję z akt sprawy obszerne fragmenty wyjaśnień Arkadiusza Sz.
JAK POWSTAŁ HELPER
„Chcę składać wyjaśnienia w sprawie, przyznaję się do części zarzuconych mi przestępstw. Uczestniczyłem w zorganizowanej grupie przestępczej, ale nie przyznaję się do kierowania tą grupą. Zmieniłem swoje nastawienie do tej sprawy, w momencie, gdy dostałem profesjonalnego pełnomocnika. Po rozmowie z nim i analizie dokumentów postanowiłem przyznać się do winy. Zamierzam powiedzieć całą prawdę, którą znam, dotyczącą funkcjonowania Stowarzyszenia Helper, ponieważ chciałbym skorzystać z instytucji „małego świadka koronnego”. Mam nadzieję, że moja szczerość będzie miała wpływ na wymiar kary. Uczestniczyłem w procederze wyłudzeń związanych jedynie z funkcjonowaniem środowiskowego domu w Marcinkowie, w Prejłowie już pobocznie, w których byłem kierownikiem.
Moja była żona Katarzyna K. od samego początku miała wiedzę o tym, że prowadzenie środowiskowych domów samopomocy to jest dobry biznes. Nie trzeba mieć żadnego wkładu własnego. Sto procent pochodzi z budżetu państwa. Trzeba tylko było napisać dobre wnioski i mieć poparcie do nich. Katarzyna pracowała wcześniej w Urzędzie Wojewódzkim w Olsztynie jako asystentka wicewojewody Jacka Mrozka i widziała, jak ten cały proceder wygląda, jak się zakłada takie domy. Na tamten czas wierzyłem żonie, że wszystko to co robi, robi dobrze, nie wiedziałem, że będzie to mega niemoralne, nie byłem tego świadomy. Byłem bardzo zakochany.
Sędzia Iwona Litwińska-Palacz: Czy w związku z utworzeniem tych środowiskowych domów samopomocy Katarzyna K. angażowała jakieś własne środki finansowe?
- Nie, nie angażowaliśmy. To był jej pomysł, żeby za państwowe pieniądze, zero wkładu własnego, otworzyć środowiskowy dom. Na początku to nie było zamysłu wyciągania tak znacznych kwot, to miał być nasz sposób na życie, na pracę, mamy wypłatę. Traktowaliśmy to jako swój biznes, o który dbaliśmy. Była żona wiedziała, że trzeba założyć stowarzyszenie, żeby takie domy prowadzić, ale wiedziała, że tego sama nie pociągnie, dlatego zaproponowała współpracę Marzenie H. Marzenę poznała podczas pracy w Zarządzie Budynków i Lokali Komunalnych w Olsztynie. Marzena pracowała tam jako zwykła urzędniczka. W tym momencie z państwem H. weszliśmy na stopę koleżeńską, zaprzyjaźniliśmy się, odbywały się liczne spotkania towarzyskie. Pani Marzena jest osobą bardzo mądrą, bystrą i inteligentną. Jacek, mąż Marzeny zajmował się wynajmowaniem kilku pokoi w ich domu i wcale im się nie przelewało. Jak pani Marzena zgodziła się na współpracę, to zaczęły tworzyć stowarzyszenie, wymyśliły nazwę Europejskie Centrum Wsparcia Społecznego Helper (pomocnik). Zebranie założycielskie wyglądało tak, że były cztery osoby, czyli ja, moja była żona, Marzena H. i jej mąż Jacek H. Każdy zobowiązał się do zdobycia części podpisów na dokumentach założycielskich. Podpisy zdobyliśmy głównie od naszych rodzin, rodziców, rodzeństwa i krewnych. Do zarejestrowania stowarzyszenia potrzeba było 15 podpisów. Osoby, które podpisały się na dokumentach założycielskich nie miały jakiegokolwiek wpływu na stowarzyszenie. Nie było żadnego zgromadzenia założycieli, nie było żadnych zebrań, uchwał. Członkowie stowarzyszenia nie płacili składek członkowskich. Wszystkie decyzje podejmowała moja była żona z Marzeną H. Ja o niczym nie decydowałem.
Biuro mieliśmy w kamienicy na ul. 11 Listopada, w której mieściły się też biura poselskie Iwony Arent i Jerzego Szmita. Moja była żona zajmowała się częścią prawną a Marzena ogarniała część finansową.
„WÓJT PURDY UFAŁ MOJEJ ŻONIE BEZGRANICZNIE”
Najpierw dziewczyny pojechały do wójta Jonkowa, ale nie miał wolnego budynku. Dowiedziały się, że pusty budynek po kasynie wojskowym jest w gminie Purda, w Marcinkowie. Pojechały do wójta Jerzego Laskowskiego. Wójt się zgodził na współpracę, bo miał pustostan do remontu i dziewczyny miały poparcie od księdza Henryka Błaszczyka z Klebarka Wielkiego.
Jak już było zarejestrowane stowarzyszenie, był budynek, podpisana umowa dzierżawy, to Gmina Purda ogłosiła konkurs na prowadzenie ŚDS-u. Konkursy były tak robione, że wiadomo było kto je wygra. (Przed ogłoszeniem konkursu włodarze gmin podpisywali z Helperem wieloletnie umowy na bezpłatną dzierżawę budynku, a to przesądzało, że ofertę mógł złożyć tylko Helper – przypis A.Socha). Jak już był budynek, to trzeba było go wyremontować. Wykonawców szukaliśmy po znajomych budowlańcach. W pierwszym etapie remontowaliśmy tylko parter i uruchamialiśmy działalność. Pewną część prac w Marcinkowie wykonywali więźniowie. W 2011 roku zaczęliśmy remont I pietra, to zakres prac wykonywanych przez więźniów był dużo większy.
W chwili podpisania umowy o powierzenie realizacji zadania nie było możliwe wykonanie prac remontowych w Marcinkowie do końca grudnia 2010 roku, bo zakres prac był zbyt duży. Potwierdzają to historia kolejnych remontów, żaden z domów nie był oddany do użytku w terminie, zgodnie z umową. Prace adaptacyjne przedłużały się na kolejny rok. Mieliśmy stres, że będziemy musieli zwracać dotacje do gminy. (Niezakończenie remontu w terminie zawartym w umowie, za deklarowaną kwotę, automatycznie zobowiązywało gminy do zerwania umowy. Gminy ani razu tego nie zrobiły – przypis A.Socha).
Dziewczyny odetchnęły po rozmowie z wójtem Laskowskim. Przekonały go, że placówka powstanie, ale z małym poślizgiem.
Wójt ufał mojej żonie bezgranicznie, w stu procentach. Opierał się tylko i wyłącznie na tym, co ona mu mówi. Moja była żona grała rolę osoby nieskazitelnej. Miała bardzo duży dar przekonywania. Uspokajała go, że wszystko będzie dobrze, że nie musi się o nic zamartwić. Aby wyrobić sobie dobrą opinię w gminie, to stowarzyszenie wyremontowało mieszkanie socjalne w Purdzie.
Przed podpisaniem pierwszej umowy w 2010 roku, to kwota 554.000 zł na remont w Marcinkowie była oszacowana przez nas. Ale przyszedł moment, że zabrakło pieniędzy. Wykonawcy czekali na wypłaty. Stowarzyszenie nie miało innego źródła finansowania jak tylko dotacje.
Oficjalnie otworzyliśmy dom 1 stycznia 2011 roku, mimo że wykonanie było na poziomie 30-40% i wtedy żona napisała kolejny wniosek o dotację na bieżącą działalność i te środki za styczeń, luty, marzec zostały przekierowane na dokończenie remontu parteru. Dostaliśmy dotację mimo, że ŚDS ruszył dopiero od kwietnia 2011 roku. Dlatego przy kolejnych remontach dziewczyny już w ogóle nie przejmowały się opóźnieniami. Katarzyna miała takie powiedzenie: „najważniejsze, żeby rozgrzebać, a potem już to się załatwi”.
Wracając do Marcinkowa, na dobry pomysł wyciągnięcia dodatkowej dotacji wpadła moja była żona, na pokrycie strat spowodowanych zalaniem sprzętu AGD i RTV i na remont piwnicy po zalaniu. Zalanie było fikcją. W Marcinkowie rzeczywiście na początku stała woda gruntowa, lecz nie wyrządziła szkód materialnych. Wypompowaliśmy wodę, przerzuciliśmy zamoknięty pellet i osuszyliśmy piwnicę. Sprzęt AGD i RTV, który rzekomo miał być zalany dziewczyny rozdawały na prawo i lewo, znalazł się też u pani Iwony Arent. (Poseł Iwona Arent odpisała mi: „Wszystko, co na mój temat pada w tej sprawie, to insynuacje bez żadnych dowodów” – przypis A.Socha).
Pamiętam jak dla pana wojewody Mariana P., zepsuła się pralka, to Kaśka dostarczyła mu nową. Jak raz się udało, to dziewczyny powtarzały „zalania” w kolejnych domach.
Już przy Marcinkowie było widać, że słaba jest kontrola nad tymi budowami, że wojewoda przyjmuje wszystko co mu się podsunie i szły coraz większe pieniądze, coraz większe dofinansowania. To zaczęło się szybko, wręcz lawinowo rozwijać.
„POMOC SPOŁECZNA TO JEST NIEZŁY BIZNES”
Katarzyna mi powiedziała, że muszę podjąć studia podyplomowe, żeby zostać kierownikiem ŚDS w Marcinkowie. Taki był przepis. Sam nie wybierałem kierunku, tylko z moją byłą żoną i Marzeną, z którą razem studiowałem.
Dopiero od kwietniu 2011 roku zaczęliśmy przyjmować podopiecznych do Marcinkowa, początkowo zmieściliśmy 40 osób, bo gotowy był tylko parter. Pozyskiwaniem podopiecznych do Marcinkowa ja się zajmowałem. Moja była żona zeznała, że to ona jeździła z 2-letnim synem po domach namawiać osoby do ŚDS-u, ale to nie miało miejsca. W GOPS-ie był powołany zespół do poszukiwania podopiecznych. Jeździła ze mną pracownica GOPS-u pani Teresa Chrostowska, obecna wójt, po domach przedstawiając ofertę ŚDS. Osoby, które wyraziły chęć, to tylko jedna czy dwie były chore psychicznie, pozostałe były tylko zaniedbane, samotne, ale wszyscy musieli mieć skierowanie od psychiatry. Jak uzbierała się grupa chętnych, to przyjeżdżała z Olsztyna pani psychiatra Małgorzata Borkowska-Sztachańska i wystawiała po kilku minutach rozmowy skierowanie. Mówiła mi, że u każdego można wykryć chorobę. (Stowarzyszenie zatrudniło psychiatrę na stałe – przypis A.Socha).
Zależało nam na frekwencji uczestników, bo za tym szły pieniądze. Jeżeli było 100% frekwencji, to przy 60 osobach, za każdą osobę dostawaliśmy 1000 zł, więc dotacja na bieżącą działalność wynosiła 60.000 zł. Jeżeli podopieczny pojawił chociaż na jeden dzień, to prosiłem o podpisy na liście obecności za cały miesiąc z „góry". Żeby było 100% dofinansowania trzeba było przebywać w ŚDS minimum 11 dni.
Kolejnym etapem było zatrudnienie pracowników. Pracownicy byli miejscowi, z pobliskich wniosek. Moja była żona zeznała, że musiała zatrudniać partyjnych z PiSu. To nieprawda. Za moich czasów wyjątkiem był syn pani Iwony Arent, który był na liście, ale nie przyjeżdżał i ówczesny partner pani Arent [Adam Sz], który pracował w ŚDS w Olsztynie. Pani Arent od samego początku brała udział przy zakładaniu stowarzyszenia.
Pracownicy byli bardzo kreatywni, wymyślali różne zajęcia dla podopiecznych, stawali na głowie, aby pozyskać coś za darmo (np. zrobili zbiórkę używanej odzieży), zorganizować jakieś występy czy zabrać gdzieś podopiecznych. Jedna z pracownic poprosiła swoją koleżankę, żeby przyjechała jako wolontariuszka i zrobiła kosmetykę i fryzury podopiecznym. Przyjechała ze swoim sprzętem. Za moich czasów nie było żadnych urządzeń pielęgnacyjnych. Moja była żona zeznała, że zakupiliśmy sprzęt i kosmetyki wysokiej klasy. To nieprawda. Zakupiłem zwykłe rzeczy z marketu. Jakiś student w ramach pracy dyplomowej zrobił ogródek warzywny. Podopieczni mieli za zadanie go pielęgnować.
Na zdjęciu: jedna z sal w ŚDS w Marcinkowie, 19.11. 2025 r., fot. A. Socha
Pracownicy wykonywali polecenia przełożonych, nie wnikali w szczegóły, raziło ich tylko, jak mi powiedzieli „bogactwo zarządu”. Komentowali między sobą, że „pomoc społeczna to jest niezły biznes”, bo na samym początku Katarzyna przyjeżdżała starą Hondą. Jak już zaczęliśmy dostawać dotacje kupiła sobie Audi Q5 a Tomaszowi Kaczmarkowi Mercedesa klasy V za 300 tys. zł. oraz Porsche Cayenne,w którym mieli stłuczkę w Warszawie, opisywana przez tabloidy. (Zarząd Helpera wynajmował od zarejestrowanych na siebie spółek dwa auta: Mercedes-Benz Klasy V 250 CDI oraz Audi Q5, płacąc z dotacji 5 tys. zł miesięcznie – przypis A.Socha), a podopieczni byli wożeni starymi furgonetkami, które ciągle się psuły. Jeden przejęliśmy po ośrodku Zakonu Maltańskiego w Klebarku Wielkim, a drugi dostaliśmy od Inspekcji Transportu Drogowego.
Ja, moja była żona i Marzena zarabialiśmy dużo więcej od personelu, ale Katarzyna i Marzena przyjeżdżały „do pracy” tylko z okazji świąt, na które zapraszały prominentnych gości albo, żeby zrobić film czy zdjęcia do kampanii reklamowej i wtedy Katarzyna sama podawała posiłki. To nieprawda, że te przyjęcia organizowała firma zewnętrzna. Wszystkie imprezy przygotowywali sami pracownicy z podopiecznymi, piekli ciasta, dekorowali salę, robili część artystyczną. Później Zarząd Helpera wszystkie zasługi personelu przypisywał sobie.
Jeżeli były kupowane ciasta czy bukiety na fakturę Helpera, to na nasze potrzeby, czyli moje, mojej byłej żony, Marzeny i Jacka H., bo np. szliśmy na urodziny. Wszystkie nasze domowe zakupy braliśmy na Helpera.
„HELPER BYŁ POD PARASOLEM OCHRONNYM URZĘDU”
My nie musieliśmy dużo wydawać z dotacji na prowadzenie ŚDS-ów. Stowarzyszenie uzyskiwało darowizny. Z tego co pamiętam to meble dostaliśmy z firmy Szynaka i Ikea, od kogoś komputery używane. Z hurtowni warzywnej dostawaliśmy dobre jeszcze owoce i warzywa. Chleb dostawaliśmy od pana Zbigniewa Dąbkowskiego. Wszystkie produkty były przekazywane nam za darmo, stowarzyszenie w żaden sposób tego nie rekompensowało. Jedynie dla Banku Żywności Jacek H. musiał wpłacić chyba 1 % od wartości dostarczonego jedzenia.
Ile dokładnie było zdefraudowanych pieniędzy w Marcinkowie to nie wiem. Pieniądze w stowarzyszeniu rozliczała pani Marzena.
Jak tak dobrze poszło nam z Marcinkowem, to wójt Laskowski zaproponował, żebyśmy otworzyli kolejny dom w nieczynnej szkole w Prejłowie.
W tym czasie zaprzyjażniliśmy się z dyrektorką Wydziału Polityki Społecznej Urzędu Wojewódzkiego panią Edytą Jędrzejewską i jej mężem, której podlegały środowiskowe domy samopomocy. Nawet byliśmy nawet na wspólnych wakacjach w Egipcie. Pani Edyta ma dom w gminie Purda.
Nad Helperem rozciągnięty został tzw. parasol ochronny. Jeżeli były jakieś błędy w sprawozdaniach, to był telefon z urzędu, że tam i tam jest błąd, i w tym momencie była drukowana jeszcze raz poprawiona karta i ja albo ktoś inny, zaufany zawoził tę kartkę do urzędu, była ona podmieniana i w sprawozdaniu było wszystko w porządku.
Zarząd Helpera wiedział pierwszy gdzie, ile i kiedy będą pieniądze z urzędu na dotacje na ŚDS-y, więc mógł pisać wnioski, a wojewoda nie kwestionował ich zasadności i wszystko bezkrytycznie podpisywał, a potem, jak zeznała moja była żona i pan Tomasz Kaczmarek, był problem z wydaniem tych pieniędzy do końca roku, bo za dużo ich było.
Adam Socha (priv mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.)
PS. Ciąg dalszy zeznań Arkadiusz Sz. pt. "Czy Katarzyna K. opłacała Iwonę Arent i wojewodę Mariana P.?" ukaże się w miesięczniku "Debata", w punktach sprzedaży Kolportera i księgarniach Domu Książki już od piątku 13 marca.
Na zdjęciu, na tle ŚDS w Marcinkowie, od lewej Tomasz Kaczmarek, prezes Helpera Katarzyna K. i skarbnik Marzena H., na wieczorze wyborczym PiS w Olsztynie, w Hotelu "Dyplomat", 25 pażdziernika 2015 roku, fot. A.Socha
Czytaj też na ten temat:
„Męczeństwo św. Katarzyny K. od Helpera” (relacja z procesu sądowego
JESTEŚMY ORGANIZACJĄ POŻYTKU PUBLICZNEGO. PROSIMY o 1,5% Wspomóż jedyny portal na Warmii i Mazurach, który nie boi się publikować prawdy o politykach i jest za to ciągany po sądach. Nigdy, przez 18 lat istnienia, nie dostaliśmy 1 grosza dotacji publicznej. Redaktorzy i autorzy są wolontariuszami. Nr konta bankowego Fundacji „Debata”: 26249000050000450013547512. KRS: 0000 337 806. Adres: 11-030 Purda, Patryki 46B


Skomentuj
Komentuj jako gość