Z olsztyńskim radnym Jarosławem Babalskim o kulisach usunięcia z PiS rozmawia Adam Jerzy Socha.
- Gdy do Ciebie zadzwoniłem i zapytałem, jak się czujesz znów w szeregach bezpartyjnych, to powiedziałeś, że dobrze i że poczułeś ulgę. Czym ta ulga została spowodowana?
Jarosław Babalski: Ja się coraz gorzej czułem w szeregach swoich kolegów, „dusiłem się”. Ten mój wpis na Fb to nie był nagły wybuch frustracji. To narastało stopniowo, a przyśpieszyło po wyborach w 2023 roku i pogłębiało się systematycznie od wyborów samorządowych 2024 roku.
- Ile minęło od odejścia przez Ciebie z zawodowej służby wojskowej do startu w wyborach samorządowych?
JB: Zostałem przyniesiony do rezerwy 1 września 2012 roku (na własny wniosek), po 31 latach służby zawodowej.
- Jak to się stało, że w cywilu postanowiłeś wejść w politykę? Czy to był wpływ twojego brata Zbigniewa, byłego wojewody warmińsko-mazurskiego, wiceministra rolnictwa, długoletniego posła PiS, do 2023 roku (wycofał się ze startu do Sejmu po tym, jak dostał na liście siódme miejsce z okręgu elbląskiego)?
JB: Nie. Brat nie miał w tym żadnego udziału. To była moja samodzielna decyzja.
- Dlaczego wybrałeś karierę w wojsku?
JB: Rozumiem do czego zmierzasz. Każdy na etapie swojego rozwoju staje przed pytaniem, co chce robić w dorosłym życiu. Ja po ukończeniu szkoły średniej zdecydowałem się na założenie munduru. To mnie wtedy fascynowało. Dorastałem w Ostródzie w środowisku koleżanek i kolegów, których ojcowie byli zawodowymi żołnierzami. W rodzinie nie było tradycji wojskowej, więc nie było to takie proste. Pamiętam, że kiedy zakomunikowałem, jaką drogą chcę pójść, nie odebrano tego przychylnie. Jednak zaakceptowano moją decyzję. Dziś wiem, że wiedzieli coś, o czym ja wtedy nie miałem pojęcia. Wracając do pytania - obserwowałem to z bliska. Ostróda to było miasto koszar. Blok, w którym mieszkałem znajdował się pomiędzy dwoma jednostkami (ok 1500m w linii prostej). Wokoło były bloki wojskowe i tylko mój jeden był spółdzielni mieszkaniowej…wciśnięty pośrodku. Można powiedzieć, że nasiąkałem wojskiem. Poszedłem do szkoły wojskowej w 1981 roku w okresie tzw. „Karnawału Solidarności”.
Uprzedzę dalsze pytania. Kto mógł przypuszczać, że 13 grudnia wprowadzą stan wojenny? Pierwsza JW to był pułk przeciwlotniczy w Gołdapi (skierowanie). Ścieżka zawodowa? Od dowódcy plutonu do szefa OPL brygady. Poligony (rakietowe strzelania bojowe w Kazachstanie i tu w Polsce po upadku Układu Warszawskiego, dyżury bojowe, szkolenie, kontrole) jednym słowem „linia” i praca z ludźmi. Druga część drogi zawodowej to adm. wojskowa.
Odejście? To był proces, który rozpocząłem planowo. Pamiętam, że kiedy złożyłem wypowiedzenie wywołało to duże zaskoczenie dla przełożonego i moich znajomych. Próbowano mnie od tego odwieść, ale koniec (termin) był przemyślany i nie było żadnego odwołania. To było skutkiem prostej oceny. Osiągnąłem pułap na tej ścieżce rozwoju zawodowego. Nadszedł czas aby zając się czymś innym. Dziś z perspektywy czasu mam poczucie spełnienia w tym zawodzie. Służba w Wojsku Polskim to był dobry wybór. To była prawdziwa szkoła życia.
Odnalezienie się w nowych realiach nie sprawiło mi kłopotów. Na dyplomie ukończenia studiów zawodowych jest napisane „specjalność wojska obrony przeciwlotniczej – rakiety przeciwlotnicze”. Wejść na rynek pracy z czymś takim było niemożliwe. Dlatego już pod koniec mojej drogi zawodowej podnosiłem swoje kwalifikacje. W ramach tzw. rekonwersji ukończyłem (1999r.) studia podyplomowe na kierunku ekonomia w AON. Ukończyłem (2000 r) studia podyplomowe w zakresie obronności państwa. W 2012 uczęszczałem tu na UWM na kurs dwu semestralny dokształcający w zakresie rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Mógłbym jeszcze wymieniać kolejne zdobyte kwalifikacje, ale nie to jest tematem naszej rozmowy.
Krótko mówiąc spełniałem wymogi formalne, aby się „zaczepić”. Miałem osiąść na laurach i siedzieć w domu? Nie, to nie wchodziło w grę. Polityka jest w każdym z nas. Wreszcie mogłem swobodnie się włączyć. Dysponowałem czasem, więc zacząłem chodzić na otwarte spotkania. Kogo? To co mi grało w duszy - PiSu. Długo opowiadać dlaczego właśnie tu.
- Twoim problemem w środowisku PiS nie była zawodowa służba wojskowa, tylko to, że zapisałeś się w 1985 roku do PZPR. I to w szczególnym okresie, rok po zamordowaniu ks. Jerzego Popiełuszki. Jak do tego doszło?
JB: Pytasz o tę bestialską zbrodnię. Oglądałem relacje z procesu zabójców w telewizji. Wtedy byłem w szkole. Byłem na IV roku podchorążówki. Realizowałem to, do czego przyszły żołnierz zawodowy jest powołany. Wstąpienie do PZPR to był raczej 1984 r, nie pamiętam dokładnie. Najchętniej wymazałbym ten epizod z mojej historii. Ale trzeba stać w prawdzie. Nie dręczy mnie sumienie z tego powodu. Tu nie ma nic do ukrycia. Wstąpiłem jak wielu innych. W kadrze oficerskiej raczej było to wówczas normą. W 1985 roku zostałem promowany na pierwszy stopień oficerski. W PRL w wojsku była taka pragmatyka (drabinka) awansów. Z podporucznika na porucznika - trzy lata; z porucznika na kapitana - cztery lata; z kapitana do majora - pięć lat. Widzisz, że wokół ciebie awansują, bo się zapisali do partii i stoisz przed alternatywą, czy mam być wiecznym porucznikiem albo kapitanem? Nikt pod lufą karabinu mnie nie zapisywał. Coś za coś.
Czy ta przynależność mi w czymś pomogła? Raczej nie. Podam przykład. Zdałem egzaminy do Akademii Obrony Narodowej (to było chyba w 1992 r.!). Kiedy wróciłem do jednostki wybito mi z głowy szybką ścieżkę rozwoju. Kiedy dociekałem powodów tej zmiany to dowiedziałem się, że na drodze stanęła AK ( to sprawdzona z pewnego źródła informacja jak zostałem prześwietlony). Skąd ta AK? Moją żoną została córka żołnierza AK. Dziś dziękuję opatrzności, że tak się stało. Bo to śp. teść, żołnierz 6 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej ps. „Raszyn” „otwierał szerzej” moje oczy. Po wojnie (1947) ujawnił się i posadzili go na 15 lat. Wronki, Rawicz, przesłuchania, tortury. Dostał 12 lat za „bandycką działalność”, dołożyli mu 3 lata za „obrazę sądu” (zasnął wyczerpany podczas kolejnej rozprawy). Wyszedł z więzienia po październiku 1956 roku. Teść bardzo nade mną pracował. Pytał np. o zdarzenia z najnowszej historii Polski. Jak odpowiadałem, że nic nie wiem, to wręczał mi książkę (broszurę) do przeczytania. I potem rozmawialiśmy (spisywałem jego wspomnienia).
Często odwiedzali go ludzie piszący liczne monografie nt. AK. W 2007 roku 11 listopada towarzyszyłem małżonce podczas uroczystości wręczania najwyższych odznaczeń państwowych w Pałacu Prezydenckim w Warszawie. Moja żona odebrała z rąk Pana Prezydenta RP Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski (odznaczenie pośmiertne). Nie zapomnę tego. Taka była metoda teścia mojej reedukacji politycznej. Skuteczna, jak się okazało po latach. Historia mojego śp. ojca potoczyła się inaczej. Koniec wojny zastał go w Anglii. Służył w 5 Małopolskim Bat. Strzelców. Zdecydował się na powrót do „wolnej” Polski. Powrócił w 1946 roku. Takie to moje rodzinne „Wichry Wojny”.
„Wychodziłem mandat radnego”
- Nie miałeś w tyle głowy czegoś takiego, że może pójść do Platformy, bo tam przyjmują ludzi z PZPR i SB z otwartymi ramionami, a w PiS mogą mi wyciągać ten PZPR?
JB: Od razu powiedziałem Jerzemu Szmitowi, że mam epizod w PZPR. Nie robił z tego problemu. Zresztą, ja nie wziąłem od razu deklaracji. Wiedziałem, że trzeba jednak popracować, wykazać się. Jak to się zaczęło? W 2014 roku zostałem umiejscowiony na pozycji numer 3, w okręgu numer 3, z listy PiS do Rady Miasta Olsztyna. Byłem usatysfakcjonowany, że miałem możliwość startu z list PiS. Byłem niezrzeszony. Wziąłem się do roboty. To była kampania od „drzwi do drzwi”. Ja wtedy „zrobiłem” 6,5 tysiąca mieszkań na Nagórkach, Oś. Kościuszki, Śródmieściu, Kormoranie. 3,2 tys. skutecznie, w tym sensie, że zostały otwarte przede mną drzwi. Zaczynałem o godz. 11 i kończyłem o 19 tej. To trwało prawie 4 tygodnie.
- Jak się przedstawiałeś? Jaki był Twój przekaz?
JB: To były ułamki sekund, żeby się przedstawić. W pierwszych słowach przepraszałem za najście, przedstawiałem się, z imienia i nazwiska, trzymałem w ręku ulotkę, jestem bezpartyjny, startuję z listy PiS i miałem jedno zdanie, które powtarzałem cały czas jak katarynka, „startuję do Rady Miasta i proszę Pana (Panią), o oddanie głosu na mnie”. Niektórzy zamykali drzwi od razu. Były też i miłe reakcje…wyzwiska i inwektywy. Dzisiaj bym tego manewru już nie powtórzył. Jesteśmy w zupełnie innym okresie. Od 2014 roku społeczeństwo zostało przez rządzących tak skutecznie zantagonizowane, że taka akcja dziś jest, w mojej ocenie, nieskuteczna. Ten duopol partyjny zrobił swoje.
- I wychodziłeś mandat radnego.
JB: Do dzisiaj pamiętam swój wynik: 447 głosów z tych 3.2 tys. otwartych drzwi. To pokazuje ogrom pracy jaką wykonałem. Nikt mi niczego nie podarował. Wpuszczono mnie tylko na listy. Osiągnąłem założony cel. Byłem zaskoczony takim finałem. 22 wynik w 25 osobowej Radzie Miasta. Jak na debiutanta, to miałem powody do pewnej satysfakcji. Teraz trzeba było pokazać, że postawiono na właściwą osobę. Chyba nie zawiodłem tych, co na mnie zagłosowali. W pierwszej mojej kadencji w radzie miasta można powiedzieć wchodziłem w problematykę samorządu. Sprawy miejskie: gospodarka, inwestycje, oświata itd. Uczyłem się samorządu. Robię to po dzień dzisiejszy, ale już jako niezrzeszony.
- Po wygranych wyborach przez PiS w 2015 roku zostałeś jednym z pełnomocników wojewody Artura Chojeckiego. Zabiegałeś o to?
JB: To była zdaje się druga połowa 2016 roku. Nie, to pan Chojecki mnie ściągnął do siebie. Pamiętam, że mój brat odradzał wojewodzie żeby mnie brał do urzędu wojewódzkiego. Dziwne? Pryncypia zadziałały (uśmiech). W polityce nie jest to dobrze oceniane. Ja to rozumiem, ale wydaje mi się, że swoją pracą, a nie protekcjonizmem wykazałem swoją przydatność w realizacji zadań jakie mi postawiono. Na dzień dobry powiedziałem Wojewodzie „Jesteś przedstawicielem rządu w terenie. Czy to nie będzie dla ciebie jakimś obciążeniem, że byłem w PZPR?” Decyzja o włączeniu mnie do zespołu była odpowiedzią. Tak się zaczęło. Byłem dyspozycyjny i lojalny. Byłem przy Wojewodzie do zmiany władzy w 2023 roku.
- Dopiero po 8 latach zostałeś przyjęty do PiS, w 2020 roku. Długo Szmit trzymał ciebie w „poczekalni”
JB: To prawda. Trzymano mnie jakiś czas w poczekalni. Deklaracja w leżała „zamrażarce” i tyle. Nie pamiętam kiedy dokładnie ją złożyłem. Przyjęto mnie we wrześniu 2020 roku. Myślę, że szybko dostrzeżono moją „rogatą duszę”. Od 2014 roku byłem już zaangażowany w prace rady miasta. Wojsko skutecznie trzymało mnie w ryzach, ale w innych realiach do głosu doszło moje drugie ja (uśmiech). Nie siedzę cicho jak zdecydowana większość radnych. Czytam, analizuję i pytam. Jak mam wątpliwości, to mówię patrząc w oczy swoim adwersarzom. To chyba m. in. dlatego ćwiczono moją cierpliwość. Nie skarżyłem się. Uważałem, że muszę się pokazać, że jestem wartościowy, że można na mnie liczyć. Uczestniczyłem w kampaniach wyborczych, wręcz te kampanie prowadziłem, prowadziłem sprawy administracyjno-biurowe, organizacyjne itp. Byłem w tym, czego się podejmowałem i co robiłem, rzetelny, lojalny i pryncypialny. Moja ocena jest oczywiście subiektywna, ale szczera. Czy popełniałem błędy? A któż ich nie popełnia.
„Liczy się protekcjonizm, a nie praca”
Po wyborach w 2019 roku poseł Iwona Arent zostaje namaszczona przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego na pełnomocnika na Warmię i Mazury, po tym jak odsunął na boczny tor Jerzego Szmita. Arent wymiata cały miejski komitet na czele z Dariuszem Rudnikiem i ciebie powołuje na pełnomocnika miejskiego PiS w Olsztynie.
JB: To była jesień 2022 r. Nie zabiegałem o to. To był chyba jej wybór. Nie wiem tego. Zapytała: „Czy weźmiesz to?” „Jeśli uważasz, że nie ma lepszych ode mnie, to proszę bardzo. Spróbuję to pociągnąć”. Pamiętam, że zapytałem o oczekiwania wynikające z tej zmiany. Nie doczekałem się konkretów. Wystarczyły mi dokumenty normatywne, mam na myśli statut partii (wytyczne, zarządzenia, instrukcje), do działania. Od tego zacząłem realizację tego zadania. Jak to wyszło przez ten krótki czas? To pytanie do ludzi (członków i sympatyków PiS). Chyba za bardzo się zaangażowałem. Tak to dziś oceniam.
- Czy nie miałeś wewnętrznych oporów? Przecież było tyle publikacji na temat Helpera i roli w tym poseł Arent?
JB: Wszyscy to wiedzą (mam na myśli liczne publikacje medialne), ale to nie moja sprawa. Ja skupiłem swój wysiłek na pracy w strukturze miejskiej.
- Byłem na kongresie w Warszawie „Polska Wielki Projekt” przed tym zwycięstwem PiS w 2015 roku. Rozmawiałem tam z prof. Ryszardem Legutko. Powiedziałem mu, że „czarno to widzę” jak PiS dojdzie do władzy, patrząc na jakość i morale kadr na dole. Uspokajał mnie, że prezes zna się na ludziach, ma już ekipę kompetentnych ludzi. Patrząc, przez pryzmat naszego regionu, moje obawy były słuszne. Szmit stracił stanowisko wiceministra infrastruktury, potem odwołano skompromitowany cały zarząd spółki kolejowej, w której zasiadał. Za jego tu szefowania zaczęło się obsadzanie stanowisk „tłustymi kotami”.
JB: Adam. Stawiasz trudne pytania. To temat rzeka. Wszyscy to wiedzą, bo w tym siedzą od wielu lat. Szkoda tylko, że wybierają szemranie po kątach. To jedna z przyczyn, która osłabia a nie wzmacnia strukturę komitetu miejskiego. Jak trzeba szczerej rozmowy to nabierają wody w usta. Z tego rodzą się plotki i nieporozumienia. Ludzkie ułomności - wiesz. Jednym słowem proza życia.
- No dobrze, ale chyba możesz powiedzieć, co robiłeś przez rok, jak 3 października 2022 r. zostałeś pełnomocnikiem miejskim?
JB: Uporządkowałem sprawy administracyjnie, biurowe, finanse, sprawy członkowskie. To zajęło mi chyba trzy miesiące. Kwerendę tego, co zastałem najlepiej określić jednym słowem „chaos”. Przejście od „makulatury” do cyfrowego skatalogowania danych, to wymagało trochę czasu. Dziesiątki telefonów, rozmów, e-maili, weryfikacja danych itd., to praca, którą wykonałem. Do tego sprawy bieżące, wynikające choćby ze statutu. Jest co robić. Paradoksalnie ta robota była bardzo poznawcza. Kiedy sięgasz do trzewi, to rysuje się pewien obraz dotąd tajemniczy, nieznany.
- Tam byli dziwni ludzie. Taka pani, która miała za uszami wyrok za defraudację pieniędzy związkowych. Czy ty z takimi ludźmi pracowałeś, czy też ich odsunąłeś?
JB: Nie dam się wciągnąć w ten obszar. Odpowiem tak. Nie moim zadaniem było prześwietlanie życiorysów członków. Wystarczyło mi, że poznałem, kto z kim pogrywa. Wiedziałem, że aby nadać mojej pracy nowy wymiar, musiałem odciąć się od pewnych ludzi, zarysować kierunek, w jakim chcę iść, zaprosić do współpracy nowych ludzi. Nie do końca mi się to zresztą udało, ale postęp był. Może to brzmi zbyt filozoficznie, ale ci którzy obserwowali efekty mojej pracy doskonale wiedzą, co mam na myśli (jak to przeczytają). Od samego początku natrafiłem nazwijmy to na opór. W czym się to przejawiło? Mój poprzednik nie przejawiał ochoty, aby przekazać (protokólarnie) mi dokumentację. W ogóle nie odbierał telefonu. Wykonałem ich x 3 w różnych odstępach dni…głuchy telefon. Spróbowałem poprzez inne osoby i też bez pozytywnego skutku. Wreszcie poprosiłem o interwencję szefa okręgu panią poseł. Wtedy zadziałało. Jak to się odbyło to daruj, ale musiałbym użyć języka mało dyplomatycznego. Cały czas mówię o tej części adm.-ewidencyjnej.
Jeśli chodzi o część finansową (raporty, druki, majątek ruchomy) bo to oddzielna część przejęcia - przeszła (po zgodach i uzgodnieniach) sprawniej. Na marginesie tej „szarpaniny” dodam, że niektórych rzeczy nie doprosiłem się do końca mojego szefowania. Wtajemniczeni wiedzą, co mam na myśli. Tak to w telegraficznym skrócie wyglądało. Taki był start. Potem jak już rozpędzałem się w tej pracy nie było wiele lepiej. Tego wywiadu nie zakończyłbyś dzisiejszego wieczora. Jest takie powiedzenie „wodzów wielu, a żołnierzy jak na lekarstwo” czy jakoś tak, ale to oddaje klimat w jakim przyszło mi realizować zadanie, którego się podjąłem.
Wszystkie moje działania skrupulatnie opisywałem. Sporządzałem Raporty (półroczny, potem roczny). To statutowy wymóg. Składałem to na ręce Szefa Okręgu. Tam były wnioski i propozycje dalszych działań. Czy Pani poseł to czytała (pytanie retoryczne)? Właśnie to jest najgorsze…harujesz, poświęcasz swój czas, a to wszystko w piach. Oni twoją pracę mają za nic. To co zrobiłeś, to się nie liczy. Liczy się kto z kim itd. Liczy się protekcjonizm, a nie praca. Inaczej to sobie wyobrażałem w 2014 roku jak w to wchodziłem. Kompletne frajerstwo.
- Ano właśnie, jaką miałeś wizję partii w państwie demokratycznym?
JB: Pytasz o demokrację? Wiesz, jaka jest różnica między wolnością, a demokracją? Znasz to? Demokracja jest wtedy, jak dwa wilki siedzą z owcą i deliberują, co dzisiaj będziemy jeść na obiad. A wolność jest wtedy, kiedy uzbrojona po zęby owca siedzi z wilkami i to ona decyduje, co będzie dzisiaj obiadem. Taka jest subtelna różnica. Ja zostałem ukształtowany w instytucji zhierarchizowanej, z regulaminami, tam jest (było) wszystko opisane, więc tam nie było wolnej amerykanki, improwizacji. Wykonujesz polecenia i tyle.
Tu przyszedłem do organizacji demokratycznej, gdzie polemika, ścieranie się, wymiana zdań powinna być normą. Takie było moje wyobrażenie o partii w wolnym demokratycznym państwie. Szybko zorientowałem się, że moje wyobrażenia rozjeżdżają się z rzeczywistością. Tu jest jak w wojsku. Jeden zabiera głos, reszta siedzi, słucha, albo jak gadają, to tak, żeby się nie narazić. Myślałem sobie, że to minie, to ten człowiek narzuca taki styl. Jak przyjdzie inny, to będzie inaczej. Zaproponowałem inny styl pracy, zmieniałem anturaż spotkań, wprowadziłem nową agendę spotkań. Dążyłem do realizacji spotkań, nie tylko otwartych z udziałem sympatyków, ale przede wszystkim członków partii. Bali się ostrej dyskusji i że sympatycy się obrażą? Wydaje mi się, że rdzeniem wszystkich działań są członkowie partii. To wszystko ma odzwierciedlenie w dokumentach, które po mnie zostały. Nie muszę nikomu nic udowadniać, a że tak do końca nie było. No cóż, pewnych rzeczy nie dało się wyperswadować. Są ludzie, którzy to potwierdzą jeśli trzeba.
- Na Ciebie się skarżyli, jako na pełnomocnika miejskiego, że wprowadziłeś „kapralski dryl”.
JB: Tak mogą mówić tylko ludzie z jakimś urazem z przeszłości. Może w wojsku dostali za mocno w pewną część ciała…mają uraz, nie mogą znieść, że ktoś inny zaprezentował coś nowego, co ma pozytywny wydźwięk. Docierały do mnie różne komentarze, że np. Babalski tylko o składkach potrafi mówić. Tak, był to stały element zebrań. Skarbnik przedstawiał np. sprawozdanie z wpływów i wydatków. Było tak co miesiąc. Potem zgodnie z wnioskiem, jaki padł podczas jednego z zebrań, takie sprawozdania skarbnik przedstawiał kwartalnie. Finanse i ich przejrzystość zabolało widocznie albo zaczęło niektórych uwierać (uśmiech).
„Tłuste koty zapomniały o płaceniu składek”
- No właśnie, zarzucają ci teraz, że od innych wymagałeś a sam płaciłeś tylko 5 zł, a nie 100.
JB: 5 zł zacząłem płacić jak mnie wywalili. Ale to wymaga wyjaśnienia. Jak zostałem pełnomocnikiem miejskim, to zabrałem się do porządkowania „stajni Augiasza”. Na skarbnika powołałem wspaniałą, uczciwą Panią (jest zresztą po dzień dzisiejszy). Kiedy już się mnie pozbyli, ona dalej realizowała (realizuje) to zadanie. Dziękuję jej za tę pracę przy każdej sposobności. Dobra księgowa to klucz do sukcesu każdej instytucji. To chyba oczywista oczywistość (uśmiech). Z sekretarzem, przyznaję, ociągałem się. Sam wolałem wszystkiego dopilnować. To raczej wynikało z mojego ograniczonego zaufania w ogóle. Owszem ta osoba pomagała mi, ale to nie było to czego oczekiwałem. Nie narzekałem z tego powodu. To jest osoba jednak do innych zadań (nie wiem czy zostanę dobrze zrozumiany, nie chcę go urazić). Wszystko sformalizowałem. Pieczątki, druki ścisłego zarachowania, sejf, zasady obiegu informacji w zarządzie i oczywiście w komitecie miejskim. Żadne załatwiane spraw na przysłowiową „gębę”, a o pieniądzach już nie wspomnę. Na wszystko są faktury itp. Wszystko transparentne, rozpisane na nuty. Niech tę robotę, jaką wykonałem, ocenią inni. Ja dążyłem do takiej organizacji pracy.
Wspomniałem już wcześniej o kwerendzie dokumentów. To, czemu szczególnie poświęcałem czas, to uporządkowanie spraw finansowych (składki)! Tę pracę wykonałem sam. Jak złapałem przysłowiowego „byka za rogi” dopiero wtedy zaprosiłem do pracy skarbnika i przygotowałem tzw. start. To co uchwyciłem i zanim to zbilansowałem, to niejednokrotnie weryfikowałem bezpośrednio z osobami wobec, których miałem wątpliwości (białe plamy). To samo zrobiłem porządkując ewidencję członków. Taka była metodologia mojej pracy. W ten sposób powstała lista osób, przy których stwierdziłem braki udokumentowanych dowodów wpłat. Temat był (jest) delikatny. Jak drążyłem, to okazywało się, że są tacy, którzy odprowadzają składki do centrali. Pytam…dlaczego nie tu, w komitecie miejskim? Nie powiem ci co usłyszałem w odpowiedzi. Musiałem to weryfikować w porozumieniu ze skarbnikiem okręgowym. To wszystko bardzo mi wydłużało pracę. Podobnie z ewidencją. Podam przykład z porządkowania tej ewidencji. Kiedy poinformowałem pewną zacną Panią, że nie mam jej w ewidencji i trzeba będzie powtórzyć sprawy formalne (jak się okazało wieloletni członek partii), to pani poczuła się urażona (nie dziwię się). Przestała przychodzić na zebrania. Bardzo mi na niej zależało. Wyprostowałem to i Pani ponownie zaczęła się pojawiać na zebraniach. Takich przypadków miałem wiele np. ludzie z Dobrego Miasta w strukturze komitetu miejskiego Olsztyn. Pytam…dlaczego wybrali Olsztyn. W odpowiedzi usłyszałem, że tam nic się nie dzieje, a jeśli cokolwiek to jest to fikcja. Czy to normalne? Ludzie, do których docierałem, mieszkali już od lat np. w Białymstoku, Toruniu, Jezioranach itd. To wszystko znalazło się w sprawozdaniu rocznym w formie załącznika, który utajniłem i wręczyłem w zalakowanej kopercie Przewodniczącej okręgu. Poinformowałem o swoich działaniach również członków partii na jednym z zebrań. Zaproponowałem sposób rozwiązania tej delikatnej sprawy.
Wsadziłem kij w mrowisko. No i się zaczęło. Jest w dokumentacji określającej obowiązki członka partii coś takiego jak Regulamin kasowy. Tam jest określone, kto i w jakiej wysokości ma obowiązek odprowadzać składkę członkowską. Nic nadzwyczajnego przecież. Należysz do klubu golfowego, brydżowego, a co dopiero do poważnej organizacji partyjnej to odprowadzasz składkę. To są pieniądze na wynajęcie sali dla potrzeb przeprowadzenia zebrania, kwiaty, podstawowy catering, zakupy materiałów biurowych itd. To wszystko określa regulamin (wysokość środków na to co powiedziałem, pozostałe pieniądze trafiają do skarbnika okręgu i odprowadzane są do centrali). Zaczynając od posłów (posłowie mnie nie obchodzili, bo płacą w centrali), prezydentów miast, burmistrzów, wójtów, radnych poszczególnych szczebli samorządowych do szeregowych członków. Co się okazało po kwerendzie? Szeregowi w przeważającej większości płacili, a działacze na lukratywnych stołkach mieli z tym problem! Zrobiłem listę tych roztargnionych „milionerów”, i rozpocząłem pielgrzymkę. Siedemnaście nazwisk. Pokazuję tę listę Przewodniczącej okręgu i mówię, że coś trzeba z tym zrobić. Drążę temat. Dzwonię do centrali w tej sprawie i mówię, że tak nie może być. Ja w instrukcji kasowej mam luki i nie wiem, co mam zrobić np. z prezesami, dyrektorami, z tymi ludźmi, którzy są na stanowiskach i nie płacą składek, ponieważ nie są wyszczególnieni w instrukcji. „A czego pan ode mnie oczekuje? - słyszę w odpowiedzi. - że ja panu zmienię regulamin kasowy?” I ja sobie wtedy myślę - to ja jestem jakimś ciężkim frajerem. Ja odprowadzam 1200 zł rocznie jako radny, a „tłuste koty” nie płacą od lat? Pada tu na miejscu pytanie do mnie jak ja sobie to wyobrażam?
Ktoś „roztargniony” ma np. zapłacić za pięć lat wstecz? Ja na to: „zaczynamy egzekwować składki od momentu, jak zostałaś pełnomocnikiem. To chyba jest uczciwe. Za to ponosimy odpowiedzialność. Punkt zero. „A ile mają płacić ci których pomija instrukcja kasowa?” Mówię, że co najmniej tyle ile radny, czyli 100 zł. Składka jest deklaratywna. Niech zadeklarują co łaska, ale nie mniej niż radny wojewódzki. A co z tymi, którzy ze względu na pełnioną funkcję zawiesili się w prawach członka? Dla takich „cwaniaków” wręczałem druki darowizny. Jak poważna partia może prowadzić działalność za 5 zł od emerytów? Idę do wojewody i mówię, „(…) nie może tak być! Tu jest siedemnaście nazwisk osób na stanowiskach, które nie płacą, a tą listę otwiera ….”. Tak to w wielkim skrócie wyglądało. Pominę już te żenujące dla mnie rozmowy z roztargnionymi „tłustymi kotami”.
„Czasy partyzantki się skończyły”
- Chojecki chyba się nie obraził, bo po przegranych wyborach przez PiS w 2023 roku a wygranych dla niego, bo został posłem, powołał ciebie na sekretarza zarządu wojewódzkiego 8 grudnia 2023 roku, a 23 grudnia, tracisz zaufanie Chojeckiego, bo nie poszedłeś pod TVP Olsztyn zapalić świeczkę w proteście przeciwko siłowemu przejmowaniu telewizji publicznej.
JB: Za co miałby się niby obrazić? Za skuteczną pracę jaką wykonywałem?! Dyscyplina finansów się poprawiła i to znacząco, ciągle był z tym problem, ale „prostowałem te kręte ścieżki”. Owszem. Parę osób się wykręciło sianem piętrząc wymówki. Kiedy zrezygnowałem z tych „zaszczytów” nie musiałem już świecić frajerskim przykładem w odprowadzaniu określonej dla radnego stawki (niech pokażą mi, że zaległości uregulowali inni). Pytasz o moją błyskotliwą rolę sekretarza? Zostałem powołany 4 grudnia, ale bardziej zapamiętałem inne zdarzenie. 13 grudnia sekretarze i skarbnicy okręgowi zostali wezwani do centrali. Spotkanie poświęcone było sprawom organizacyjnym (sprawozdawczość, finanse, metody działań usprawniające pracę), krótko mówiąc to miało zaktywizować tzw. doły partyjne). Wyobrażasz sobie co ja tam usłyszałem? Dokładnie to, z czym tu się szarpałem. Pamiętasz te wezwania w ogólnopolskich przekazach medialnych o wpłacanie na konto partii bo „Uśmiechnięci” dotację wycieli?
Wróciłem do Olsztyna i jak myślisz co zrobiłem? Przelałem to na papier i wysłałem do pełnomocników powiatowych w całym województwie. Co tam było? Zadania i terminy realizacji. Skoro mam to zrealizować musiałem poznać, co dzieje się w terenie. To była jazda (śmiech). Od czterech pełnomocników otrzymałem to, o co poprosiłem m.in. od mojego brata (powiat ostródzki). Przekazał, ale skomentował to, w sposób szczególny. „Jak stawiasz zadania, to nie wszystkim się to spodoba. Długo nie powalczysz”. Tak to chyba mi przepowiedział…23 grudnia złożyłem rezygnację. „Istny cyrk” - centrala stawia zadania, ale zapomina trząchnąć „tuzami” w terenie.
W tym sensie mój brat to przewidział. Miał rację też w innej kwestii. Chojeckiemu był potrzebny koń roboczy, a nie jakaś praca organiczna i wzmacnianie struktur. Sprawy były wówczas bardzo dynamiczne (awantura z TVP). On w pewnym momencie przestał ode mnie odbierać telefony, a ja go pilnie potrzebowałem (sprawy wymagające jego decyzji). Nie mogłem przecież w swoich działaniach pominąć Szefa. Zapadł się pod ziemię. Wkurzyłem się, zadziałała przypowieść - jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. W momencie tego przesilenia, on dzwoni do mnie. Ja wiem, co się dzieje. Nie trzeba być jasnowidzem. Aha, jestem potrzebny. Aha, jest akcja, to dzwoni. On się do mnie dobija, ja nie odbieram. W końcu odbieram od Pani prowadzącej jego biuro. Pada pytanie, „Jarek, dlaczego nie odbierasz telefonów? Chojecki nie może się do ciebie dodzwonić. A ja mówię: powiedz mu, że jak nie odbierał ode mnie telefonów, to obieg informacji jest w obie strony…ja też nie odbieram. „Ale tak nie możesz, trzeba zorganizować akcję pod TVP. I wtedy mu się postawiłem. Powiedziałem: „harcerstwo się skończyło. Takie zgromadzenie trzeba zgłosić w urzędzie. Bo jeśli ja to zwołam, a ktoś komuś da po gębie, ktoś rzuci cegłą i wybije szybę, to kogo będą tam brać za kołnierz? Tego, co rzucił i uciekł, czy tego, który zwołał to zbiegowisko? Mówię, „jestem za stary już i na takie harcerstwo. Ja nie będę takiej partyzantki robił. Gdyby tu pod ośrodkiem TVP stanął poseł Chojecki i Arent, których chronił immunitet, to inna sprawa, tak jak w Warszawie pod TVP poszli posłowie PiS, to proszę bardzo. A w Olsztynie pod budynek TVP kto przyszedł? Szmit z kilkoma swoimi ludźmi. Widzisz tę partyzantkę? I tak się dzieje tu od lat. Tak ma wyglądać?
- A ja myślałem, że Ty nie poszedłeś pod TVP, bo też uznałeś, że TVP Kurskiego przyczyniła się do utraty władzy przez PiS, bo to była sama propaganda. Pamiętam, że wówczas przyznałeś mi, że ta klęska nie wziął się znikąd, tylko z głębokich błędów, mówiłeś o partiokracji i że wystosowałeś list do członków partii. Czy możesz teraz ujawnić, co w nim napisałeś?
JB: List był napisany w momencie, kiedy Chojecki mówi do mnie „straciłem do ciebie zaufanie, musimy się rozstać”. A ja mu odpowiadam, „(…) chciałbym poznać uzasadnienie …” „… nie Ty będziesz mnie zwalniał, tylko ja rezygnuję”. I wtedy napisałem list, wyjaśniając dlaczego odchodzę.
- A co napisałeś w tym liście? Możesz teraz ujawnić?
JB: Nie, nie mogę ujawnić treści rozmowy i treści tego listu. Jestem związany słowem, które mu dałem. W liście nie ma niczego sensacyjnego. Wyjaśniłem powody, dlaczego nie mogę realizować zadań wynikających ze statutu.
„Układanie list wyborczych to pospolite kumoterstwo”
- Porozmawiajmy zatem o Tobie jako radnym. Byłeś zawsze przygotowany na sesję. Czytałeś wszystkie projekty uchwał. Byłeś więc w stanie je na sesji merytorycznie ocenić i skrytykować. Naparzałeś się politycznie z prezydentem Piotrem Grzymowiczem, który stał się gorliwszym wrogiem PiS od radnych PO. A z drugiej strony psułeś to, atakując radnych PO ad personam, wdawałeś się w pyskówki. Wszedłeś w buty Rudnika, pod tym względem. Gdyby nie to, to radni Platformy nie odwołaliby cię z wiceprzewodniczącego rady.
JB: Dzięki za tą ocenę. To wynika z mojej osobowości. Jestem impulsywnym człowiekiem. Staram się nad tym panować, ale czasami jak widzę, że ktoś mi tak ewidentnie nawija makaron na uszy, to ja po prostu nie mogę się powstrzymać.
- Pamiętam taką rozmowę z Tobą po wyborach samorządowych w 2024 roku. Byłeś sfrustrowany, że naharowałeś się, a nie zostałeś doceniony w klubie radnych PiS. Zgłosiłeś swoją kandydaturę na wiceprzewodniczącego rady i szefa klubu radnych i przegrałeś. Dostałeś tylko jeden głos, chyba swój?
JB: Nie, nie jeden, a trzy głosy. Przy tej okazji wyszło kłamstewko osoby, wobec której najbardziej jestem rozczarowany. Moja przegrana była przewidywalna. Na układy nie ma rady. To jak rozdzielili się rolami to kpina i żałosna farsa.
To ma być opozycja? To kompromitacja. W tym miejscu warto przybliżyć działaczom mechanizm układania list. Jak jeszcze byłem szefem Komitetu Miejskiego, ogłosiłem na zebraniu: „Kto chce zawalczyć o mandat radnego, czuje, że ma predyspozycje, to proszę zgłaszać się do mnie, otwieram listę i przekażę gdzie trzeba. Oczywiście od razu zastrzegałem, że to nie ja będę o tym decydował. Kto się na liście znajdzie i na którym miejscu. I zgłosiły się do mnie 22 osoby. Listę przekazałem dla pani radnej Edyty Markowicz, bo to ona na krótko po mnie została szefem struktury miejskiej. Nie miałem już wpływu na ten proces.
Zabieg był prosty - wycięto działaczy, bądź zaproponowano im miejsca w tzw. ogonach. Na listach pojawili się i to na jedynce i dwójkach, ludzie, którzy w ogóle nie działali w PiS albo mieli z partią tyle wspólnego, co ja z Eskimosami. I co? Ktoś podskoczył? Przypominam, na którym miejscu mnie umiejscowiono w 2014 roku. Mam etyczne prawo o tym głośno mówić. Czy to jest w porządku? Rozumiem wpływ „góry” na obsadzanie list w sejmiku (tu też mam swoje spostrzeżenia), ale do poziomu rad gmin, rad miejskich, odbierać prawo do kształtowania list bezpośrednio członkom struktur?!
- Dla mnie to było zaskoczenie, że Chojecki jednak dał Ci jedynkę, mimo że wcześniej mu podpadłeś, bo nie poszedłeś zapalić świeczki pod TVP. To coś wspaniałomyślnego jak na polityka.
JB: Nie żartuj sobie. Ja też byłem zaskoczony. Miałem podstawy, aby mieć wątpliwości. Doszło do mnie z trzech niezależnych źródeł, że publicznie (podczas Zarządu okręgu, który zatwierdzał listy do wyborów), padł tekst: „… żadnych Babalskich na liście …”.
- Kto był na tyle mocny? Iwona Arent?
Myślę, że jednak Ona, ale to tylko przypuszczenie. Jak zaczynałem z nią pracować, to określiłem swoje warunki: „Ja będę pracował, ale chcę mieć gwarancję, że mam pewną jedynkę”. Czy to jest kumoterstwo, czy uczciwe postawienie sprawy? Ja ze swoich zobowiązań się wywiązałem. Mierzyłem w sejmik, po dwóch kadencjach harówy w radzie miasta, to chyba naturalna kolej rzeczy. Ale wiedziałem, że Pani poseł jest „za słaba”, abym mógł znaleźć się na liście do sejmiku. Tam znaleźli się ludzie, bez doświadczenia samorządowego, i to na jedynkach. Na zasadzie „znajomy królika”. Jak pytasz o wyniki w wyborach i przyczyny, że KO od lat trzęsie miastem i regionem, to jedną z przyczyn jest to, kto układa listy do rad gmin, powiatów i do sejmiku.
- Myślę, że tu działa też mechanizm zabezpieczenia swoich ludzi. Dlatego Chojecki powstawiał na listy ludzi z urzędu wojewódzkiego, którzy stracili pracę. No i tych, którzy dali mu kasę na kampanię.
JB: Nazywaj to jak chcesz. Dla mnie to pospolite kumoterstwo, fraternizacja w najlepszym wydaniu. To pasuje jak ulał do opisywanego ostatnio sensacyjnego zatrudnienia w UW (wiceprzewodniczącego rady miasta Grzegorza Smolińskiego – przypis A.Socha). Dawno to przewidziałem. Pytanie było tylko gdzie i kiedy? Ale to świadczy tylko jak bardzo upadły w partii pryncypia. Wyjaśnienia, że to przecież ludzkie podanie ręki, jak to określiła liderka PSL na WM? Ciekawe co ma do powiedzenia innym, którzy wykazali się kompetencjami (są tacy w PiS), a potraktowano ich z „buta”. Niestety, ale członkowie partii są potrzebni tylko do noszenia szturmówek albo do wieszania banerów, improwizacyjnych masówek, bo tego oczekuje centrala! I to mnie zaczęło irytować.
- Jak porównam pierwsze składy rady miejskiej a teraz, to różnica jest kosmiczna. Teraz jest totalne upartyjnienie. Aczkolwiek jest jedna niespodzianka w klubie PiS – Adam Andrasz, który został wzięty na listę z Solidarnej Polski. Ma starannie przygotowane, merytoryczne wystąpienia na sesjach i propozycje na konferencjach prasowych. To jest w tej chwili gwiazda na tle całej rady miejskiej.
JB: Zgadzam się, to jest pozytywna niespodzianka. Z takimi ludźmi warto pracować. Jeszcze się uczy, ale takich ludzi w radzie potrzeba więcej.
- Dlaczego przegrałeś wybory na wiceprzewodniczącego rady i szefa klubu z Grzegorzem Smolińskim i Zdzisławą Tołwińską, statystami w radzie?
JB: Już to wyjaśniałem. Prawa „demokracji” zadziałały (śmiech). Ja tego wyboru nie zaakceptowałem i uzasadniłem dlaczego. Zaproponowałem swoją osobę. Słyszę w odpowiedzi, że ciebie nie wybiorą. Słyszysz co oni mi odpowiedzieli? Nie przypominam sobie, że Prezes Kaczyński pytał KO czy może do prezydium sejmu delegować Panią Witek? Chyba nie muszę tego dalej rozwijać.
- Czy to od tego momentu się odsunąłeś, bo przesiadłeś się na drugą stronę sali sesyjnej, gdzie siedzą radni Koalicji?
JB: Nie. To, że się przesiadłem, to był efekt tego, że zostałem zawieszony w prawach członka klubu.
- Za co zostałeś zawieszony?
JB: Przestałem przychodzić na posiedzenia klubu, bo poczułem się zlekceważony. Przed sesjami spotykamy się w gronie klubu, gdzie powinniśmy ustalić strategię, jak głosujemy, gdzie wchodzimy w polemikę, kto się przygotowuje. Niestety to tylko teoria. To w większości była strata czasu. W lutym br. przyszedłem na klub jak zawsze. Na klubie zjawiło się jeszcze dwóch radnych. Ja, członek PiS i 2 radnych niezrzeszonych (jest nas w klubie 8). Upraszczam tę sytuację, bo sprawa była jeszcze bardziej komiczna. Klub prowadzi nie członek partii, bo takie otrzymał plenipotencje od nieobecnej szefowej klubu. Jak to nazwiesz? Tam były ciekawsze sytuacje, które obrazują pracę i podejście tych ludzi. Dajmy spokój, szkoda czasu aby to rozwijać.
- I za to Cię zawiesili?
JB: Nazbierało się, to mnie zawiesili. Wyleciałem za ten nieszczęśliwy wpis na whatsappie pod adresem przewodniczącej klubu. Wtyka w klubie już to doniosła do pewnego ambitnego lokalnego medium, aby uderzyć we mnie. Problemem nie był donosiciel, tylko ten mój niegrzeczny wpis "Ta durna dziunia nic nie rozumie".
Spieraliśmy się w sprawie głosowania jednej z uchwał. Ja mówiłem, że absolutnie nie powinniśmy głosować „za”. A przewodnicząca klubu wprowadza dyscyplinę głosowania. Mówię jej: „jesteś na pasku Koalicji”. Głosowałem „za”, no bo dyscyplina partyjna, ale mnie dodatkowo wkurzyła swoim wystąpieniem na sesji przed głosowaniem, dlaczego klub PiS będzie „za”. Nie wytrzymałem i napisałem komentarz – jak sądziłem – wyłącznie do radnego Andrasza. Niestety, nie zmieniłem komunikatora i poszło na okólnik klubu.
- Po utracie władzy przez PiS, przyznałeś mi, że stała się fatalna rzecz, że prezes Kaczyński ogłosił „nie ma rozliczeń, nie tłumaczymy się z błędów”, że to się zemści. Jak widzimy po sondażach, miałeś rację.
JB: Nie wiem czy miałem rację, ale widzimy co się dzieje. „Komentariat” (ten centrowy) nie ma wątpliwości, że ta jazda w dół, to nie jest chwilowe zjawisko. Jedno już jest raczej pewne. To jest koniec wyłączności dla jednej partii po prawej stronie sceny politycznej. Kongres w Katowicach, który miał być nowym impulsem, otwarciem na pomysły programowe, okazał się niewypałem. Afera z działką sprzedaną przez KOWR, która była potrzebna do budowy kolei dla CPK przelała moją czarę goryczy.
- Przejrzałem Twoje profile na Facebooku. Facebook radnego, merytoryczny, poruszasz tylko sprawy miejskie. Tylko na prywatnym profilu jest polityka. Cytujesz wystąpienia liderów PiS, Prezesa, Prezydenta. Zero hejtu w komentarzach. I nagle bum! Taki wpis:
"To zapętlenie Tusk i Kaczyński jest niszczące. Czy tak musi być? Przestałem się łudzić, że nastąpi budowanie silnej ekonomicznie, suwerennej Polski. Oni już niczego sensownego nie stworzą (ponad 30 lat klinczu i wzajemnego obrzucania się przysłowiowym błotem). To już wyłącznie walka o stołki i żaden rebranding zwaśnionych stron nic tu nie zmieni. Skorumpowani, zblatowani i zepsuci do szpiku na wszystkich poziomach".
JB: Za ten wpis wyleciałem.
- Czy wezwano ciebie na posiedzenie zarządu i czy wiesz jaki był jego przebieg?
JB: Nie. Nie poproszono mnie. Nie dano mi takiej możliwości. Nigdzie nie jest to jednak opisane, że tak powinno się to odbyć. To kwestia raczej wyczucia mam na myśli stworzenie możliwości wypowiedzenia się przed takim gremium. Najwidoczniej nie widzieli takiej potrzeby aby zapytać mnie face to face. Dlaczego tak się zradykalizowałem raptem (w tym wpisie na fb)? Nie wiem może zabrakło im odwagi aby wysłuchać co mam do powiedzenia. Prawda bywa bolesna. Nie każdy jest gotowy aby tego wysłuchać. Nie znam przebiegu tego zarządu. Przeczytałem tylko, że jeden głos był przeciw skreśleniu mnie z PiS. Ta osoba wykazała się dużą odwagą. Dziś wiem kto tak zagłosował. To co opowiedziałem odpowiadając na Twoje pytania dziś, to są wyłącznie fakty. Co napisałem (fb), tom napisał. Nie wycofuję się z tego.
Chyba nasza dwugodzinna już rozmowa uzmysłowiła ci, że to we mnie narastało od dłuższego czasu. Mógłbym godzinami wymieniać te skandaliczne sprawy. Jak np. sekretarza generalnego Sobolewskiego i jego żony na pięciu etatach. Został usunięty dopiero, jak zrobił się „smród” w mediach. A przecież prezes mówił, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy. Ja się z tym dusiłem. Taka jakaś oddolna niemoc, spijanie z ust, łykanie tego wszystkiego. Takie stadne myślenie. To co idzie z Warszawy to wszystko trzeba klepać i ani na milimetr odstępstwa. I to mnie zaczęło męczyć. Przecież ja żyję wśród ludzi, rozmawiam z ludźmi. Wiem, jakie są reakcje, komentarze.
CPK to przecież było flagowe przedsięwzięcie partii. Powstał ponadpartyjny, społeczny ruch TAK dla CPK. Ludzie zbierali podpisy. A tu wychodzi na jaw ordynarny wałek. To był ten punkt przełomowy. Po czymś takim przyzwoity członek partii nie może, nie powinien milczeć. Ja tutaj przez tyle lat nadstawiałem policzek za partię, naparzałem się z prezydentem Grzymowiczem, a tu wychodzi były minister i nawija makaron na uszy, że on nic nie wiedział o tej działce, on tylko pojechał do Dawtony z gospodarską wizytą i żeby nabyć tubki na kampanię, bo była okazyjna cena. Jak słyszę takie tłumaczenie, to mówię sobie: traktują swój elektorat jak stado idiotów, jak powiedział wasz strateg od PR „ciemny lud to kupi”. I „my nie będziemy przed nikim się tłumaczyć”. No to nie jest już moja partia. Zastanawiam czy wokół Prezesa Kaczyńskiego powstał jakiś kordon izolacyjny i on jest po prostu okłamywany. Gierka też wozili i pokazywali mu piękne drogi, fabryki, umyte krowy, umalowane murawy i on myślał, że wszystko gra…jesteśmy 10-tą gospodarką świata. Czy Prezes wie jaki marazm tu na dole panuje? Jak rachityczne tu funkcjonują struktury?
- Tydzień przed wyrzuceniem Ciebie z partii zadzwoniłem do Chojeckiego w sprawie zatrudnienia radnego Smolińskiego w urzędzie wojewódzkim. Nie widział problemu, bo wiceprzewodniczący rady miasta z ramienia PiS zawiesił członkostwo w partii.
JB: Czytałeś komentarz na portalu Szmita na ten temat?
- Czytałem: „Gdzie jest w tym wszystkim lojalność wobec tych, którzy potracili swoje funkcje w imię partyjnej wierności, nie mając majątku Smolińskiego? Patrząc na tę sytuację, można odnieść wrażenie, że w polskiej polityce zasada jest prosta: czystka kadrowa ma zero litości dla szeregowych działaczy, ale zatrzymuje się na progu bogatych i najlepiej skomunikowanych liderów, którzy są cennymi pionkami w rozgrywkach”. Ale jak ja dzwoniłem do posła Chojeckiego, jako szefa regionu PiS, to nie było jeszcze tego komentarza. Proszę o komentarz w sprawie zatrudnienia wiceprzewodniczącego Smolińskiego, w urzędzie, czy w tym momencie nie stał się on i cały klub radnych PiS zakładnikiem Koalicji? Chojecki na to, że on nie widzi tutaj żadnego problemu, bo radny Smoliński zawiesił swoje członkostwo w partii. Pytam wobec tego, jak to jest, zawieszacie radnego Babalskiego za wpis na Fb a poseł Arent, która tyle razy skompromitowała PiS, włos z głowy nie spadnie? Chojecki, wyraźnie wystraszony moim pytaniem, uciął: „Pan mnie nie wciągnie w tę rozmowę”. Albo ten szef PiSu z Mrągowa, który nawet nekrolog działacza podziemnej Solidarności wykorzystał, żeby kłamać, że on z nieboszczykiem działał w podziemiu. Im wszystko uchodzi na sucho. A na górze, taki poseł Mejza. Mazurek pytał w „Kanale Zero”, dlaczego wy takich ludzi trzymacie?
JB: Odpowiedź jest prosta. Karierę robią ci, na których mają trzymanie.
- Ale tak jest w mafii. W mafii możesz każde świństwo zrobić, możesz zgwałcić, zabić, mafia będzie cię bronić, dopóki jesteś wobec niej lojalny. Ale my tu mówimy o partiach politycznych. Przy tym, żeby nie było. Jedna mafia KO, PSL, SLD walczy z drugą, z PiS, o przejęcie monopolu.
JB: Ja też pracowałem u wojewody i byłem wiceprzewodniczącym rady miasta. Nie jestem (nie byłem) i nie czuję się „żołnierzem układu”.
- To była inna sytuacja, bo wojewoda był z tej samej partii co ty, a w radzie byłeś w opozycji do KO.
JB: Wiesz doskonale, że reforma samorządowa była okrzyknięta jako wielki sukces III RP. A dzisiaj sam współtwórca tej reformy Jerzy Stępień mówi, że to poszło w złym kierunku. Prezydent, burmistrz, wójt ma wszystkich w kieszeni i nikt go nie pokona. No więc dwukadencyjność jest kapitalnym rozwiązaniem (na marginesie dorzuciłbym do tego sejm i senat). Tylko, że sprytny wójt przygotowuje sobie następcę i będzie przekazanie władzy takie jak Jelcyn przekazał Putinowi, a Putin Medwiediewowi. Włos mu z głowy nie spadnie.
- Ostatnie pytanie, czy kończysz z polityką? W trakcie naszej rozmowy zadzwonił polityk innego ugrupowania, zapewne będzie chciał Ciebie pozyskać.
JB: Wiesz, że ja jestem polityką przesiąknięty. Ja nie wykluczam, żadnej sytuacji. Ja poglądów nie zmieniłem, nie zmieniłem też zdania, co do kierunku w jakim „szła” Polska w czasie rządów PiS. Natomiast były też niestety wpadki i to duże. Jako były wojskowy wiem, że jeśli się wykonuje zadanie i coś pójdzie nie tak, to wprowadza się korekty (przegrupowuję środki, zmieniam ludzi, którzy zawiedli) i uderza się ponownie, aby osiągnąć cel. W cywilu sypie się głowę popiołem i przepraszam się mówi. Ale jak słyszę, „nic się nie stało, nie oglądamy się za siebie, idziemy naprzód, nie będziemy nikogo przepraszać…, to ja mówię koleżanki i koledzy, wy już do władzy samodzielnej nie wrócicie. I teraz odpowiadając na Twoje pytanie. Rozdział pt. „Prawo i Sprawiedliwość” w takim wydaniu zamknąłem. Natomiast moje poglądy są i pozostaną po prawej stronie.
Rozmawiał Adam Socha


Skomentuj
Komentuj jako gość