Niektórzy nazwali to Hyde Parkiem, ale akurat tego, co się wydarzyło 3 września w Sali Sesyjnej Rady Miasta Olsztyna, porównać do miejsca kojarzonego ze swobodą wypowiedzi żadną miarą się nie da. Raczej do Sejmu Niemego z 1717 r., z tym, że wtedy posłowie na Sejm zostali pozbawieni głosu, a tutaj miejscy radni sami postanowili milczeć.
Ale po kolei. Pomysł radnych i działaczy Koalicji Obywatelskiej aby zorganizować cykliczne spotkania radnych z mieszkańcami Olsztyna to być może reakcja na wniosek 23 działaczy dawnej Solidarności przywrócenia zlikwidowanej w 2017 r. możliwości wypowiedzi przed sesją RM. Pomimo wykrętnej i nie odnoszącej się do istoty wniosku odpowiedzi przewodniczącego Rady Miasta Łukasza Łukaszewskiego, presja z różnych stron zaczęła rosnąć. Zamiast możliwości kilkuminutowej wypowiedzi przed sesją RM wymyślono więc specjalne, cykliczne spotkania mieszkańców z radnymi. W zaproszeniu skierowanym do mieszkańców Olsztyna czytamy, że zadaniem nowej inicjatywy jest „tworzenie przestrzeni do konstruktywnej wymiany opinii i realnego wpływu mieszkańców na kierunki rozwoju Olsztyna”. Pomysł co do zasady dobry, gdyby jego realizacja miała cokolwiek wspólnego z rzeczywistym przebiegiem spotkania, przypominającego raczej sesję terapeutyczną dla lokalnych frustratów.
Aby zabrać głos należało wypełnić formularz zgłoszeniowy z podaniem miejsca zamieszkania i tematu/ów wystąpienia. O dopuszczeniu do głosu decydował przewodniczący RM. Ostatecznie zgłosiło się 27 osób. Tego dnia głos dano ośmiu osobom. Trzem odmówiono, a w tym gronie znalazłem się ja, o czym zostałem powiadomiony telefonicznie dzień wcześniej.
Moje wystąpienie miało dotyczyć Listu otwartego do radnych RM z 4 kwietnia tego roku, w którym zwróciliśmy uwagę na opłakane dla pracy RM i lokalnej demokracji skutki upartyjnienia radnych i powrotu do Ratusza „radnego bezradnego”. Poza Jarosławem Babalskim nie odpowiedział nikt. Gdy, korzystając z nadarzającej się okazji, chcieliśmy zapytać o to radnych bezpośrednio, nie zostaliśmy dopuszczeni do głosu.
W formularzu zgłoszeniowym napisałem, że wprawdzie od sześciu lat nie jestem mieszkańcem Olsztyna, ale – poza faktem, że tu się urodziłem i mieszkałem 61 lat – to występuję w imieniu 23 zasłużonych dla ojczyzny działaczy Solidarności, w znakomitej większości mieszkańców Olsztyna. W związku z powyższym poprosiłem Wojciecha Kozioła, także jednego z sygnatariuszy listu, który miał wystąpić w dwóch innych sprawach, o odczytanie kilkuzdaniowego, adresowanego do przewodniczącego Łukaszewskiego podziękowania „za lekcję demokracji i praworządności”. Gwałtowne próby odebrania Wojtkowi głosu przez przewodniczącego nie odniosły skutku tylko dzięki uporowi i konsekwencji Wojtka.
Można by to uznać za heroiczną obronę przyjętych zasad, gdyby nie poprzedzający wystąpienie Wojtka głos pewnej pani, mieszkającej od czterech lat w Olsztynie lewicowej działaczki. Otóż owa pani, podchodząc do mikrofonu oznajmiła, że wprawdzie zgłosiła przewodniczącemu inne tematy które chciała poruszyć, ale w ostatniej chwili się rozmyśliła i postanowiła zwrócić się z apelem do radnych i władz miasta o bliżej nieokreśloną pomoc w sprawie dramatycznej sytuacji Palestyńczyków w Strefie Gazy.
Tym razem nikomu, na czele z przewodniczącym Łukaszewskim, nie przyszło do głowy sprowadzenie tej pani na twardą ziemię przyjętych zasad, bo „kłanianie się okolicznościom” to partyjny elementarz przystosowania do życia w stadzie.
Nikt z radnych, poza oklaskami, nie odniósł się do apelu w sprawie Palestyny i nie zaproponował jakieś formy pomocy głodzonym i mordowanym przez Izraelitów Palestyńczykom. Problem w tym, że nie tylko tutaj radni tak się zachowali. Warto było przyjść i zobaczyć, jak dopuszczeni do głosu mieszkańcy miasta zgłaszają swoje pomysły czy uwagi w kierunku siedemnastu znudzonych, czekających końca tego przedstawienia radnych. Bo innej okazji nie będzie, ponieważ – w przeciwieństwie do obrad sesji RM – spotkanie nie będzie transmitowane w sieci. Urobek z tego popołudniowego spotkania to wyrażona przez przewodniczącego nadzieja, że odpowiednie służby miejskie zainteresują się zgłoszonymi problemami.
Jeżeli uznamy, że były to „pierwsze koty za płoty”, to zapowiadany ciąg dalszy tych spotkań wymaga poważnego namysłu. Dotyczy to przede wszystkim celu jaki im przyświeca. Demokratyczny minimalizm który nam zafundowano nie był przypadkowy. Jego przyczyną jest chęć opędzenia się od natrętów, którzy od pewnego czasu uczepili się pomysłu powrotu do dawnej możliwości krótkiego wystąpienia przed sesją RM. W zakulisowych rozmowach radni ponad podziałami mówią o uciążliwości takiego sposobu dialogu z mieszkańcami. Przeważa opinia , co wyraził przewodniczący RM w odpowiedzi na nasz wniosek, że wystarczy możliwość merytorycznego wystąpienia podczas posiedzeń komisji RM. A skoro nie, to wymyślono publiczne wysłuchanie przed niemym obliczem przedstawicieli lokalnej społeczności.
Jest dla mnie oczywiste, i nie spotkałem się dotychczas z inną opinią, że takie spotkania, pomyślane jako wypuszczający społeczne ciśnienie wentyl bezpieczeństwa, są pozbawione sensu. Trudno nie dostrzec, że największą bolączką, nie tylko demokracji lokalnej, jest systematyczny zanik obywatelskiej aktywności. Nie są nią zainteresowani także mocniej uzależnieni od partii niźli wyborców radni. Mamy więc do czynienia z poważnym, bo strukturalnym konfliktem interesów pomiędzy strefą komfortu radnych, a rzeczywistym interesem miasta. W tej pierwszej kwestii próbowaliśmy zabrać głos w formie Listu otwartego do radnych. Jak wiadomo, bez odpowiedzi i możliwości zabrania głosu na ten temat. Co do interesu miasta i gminy jako wspólnoty mieszkańców, to jestem przekonany, że eksperyment z 3 września wymaga dwóch podstawowych korekt:
Po pierwsze, radni miejscy muszą być aktywnymi i bezpośrednimi uczestnikami rozmowy z mieszkańcami. Rozmowa, czy jak kto woli debata, powinna być słowem-kluczem takich spotkań. A ponieważ zgłaszane sprawy czy postulaty mogą znajdować się na etapie realizacji, należałoby rozważyć obecność przedstawicieli odpowiednich służb miejskich.
Po drugie, kwestia uprawnień do zabierania głosu. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czemu służy sztywne kryterium zamieszkania jako warunek dopuszczenia do debaty w sprawach Olsztyna. Skoro prawo pozwala na pełnienie funkcji prezydenta Olsztyna mieszkańcowi Jonkowa, czy nawet Nowego Targu, to dlaczego, nie ograniczeni żadnym prawem, na własne życzenie radni i władze miasta nie chcą wysłuchać osób, które, dajmy na to, miesiąc temu przeprowadziły się do sąsiedniej gminy, będąc do tej pory aktywnymi mieszkańcami Olsztyna? Dlaczego prezes zarejestrowanego w Olsztynie stowarzyszenia, który zmienił miejsce zamieszkania, nie może zabrać głosu w jego imieniu? Dlaczego mieszkaniec Poznania, patrzący świeżym okiem na funkcjonowanie Olsztyna podczas kilkumiesięcznego, okazjonalnego pobytu, nie może się podzielić swoimi uwagami z radnymi oraz innymi mieszkańcami? Jeden z radnych z którymi rozmawiałem bronił zasady formalizmu zameldowania kwestią płacenia lokalnych podatków. A co z osobami prowadzącymi tutaj firmy? Równie dobrze, trzymając się kontekstu podatków, można zapytać, co upoważnia Polaków żyjących poza granicami kraju do udziału w wyborach?
Trzecia sprawa, to transmisja spotkania do sieci. Jej konieczność jest tak oczywista, że szkoda fatygi na uzasadnienia. Mam nadzieję, że jej brak to tylko wypadek przy pracy i z przebiegiem kolejnego spotkania każdy będzie mógł się zapoznać.
Na koniec tej wyliczanki kwestia postulowanego w naszym wniosku do przewodniczącego RM powrotu do możliwości wypowiedzi przed sesją RM. Nadal uważam taką formę udziału mieszkańców bądź lokalnych organizacji w pracach RM za pożądaną, ale ograniczoną do kwestii podnoszonych podczas danego posiedzenia Rady Miasta.
Jak napisałem powyżej, jest wiele powodów dla których radni Koalicji Obywatelskiej, przy biernej akceptacji radnych PiS, woleli w taki, a nie inny sposób opędzić się przed społecznymi naciskami na społeczny dialog. Jeśli to był eksperyment, to zupełnie nieudany. Jeśli inicjatywa ma być kontynuowana, to na pewno nie w ten sposób. Powyższe propozycje przedstawiam po dziesięciu dniach od spotkania, aby móc powiedzieć, że są nie tylko moimi, ale wielu osób, także radnych, z którymi rozmawiałem. Adresuję je przede wszystkim do przewodniczącego RM i radnych Koalicji Obywatelskiej, bo to oni byli inicjatorami tego pomysłu i od nich zależy jego modyfikacja.
Bogdan Bachmura


Skomentuj
Komentuj jako gość