Czy możliwość pięciominutowej, obywatelskiej wypowiedzi na początku sesji Rady Miasta to sprawa dla lokalnej demokracji ważna? Niewątpliwie tak, skoro Rada Miasta Olsztyna głosami radnych Platformy Obywatelskiej i Klubu Piotra Grzymowicza taką możliwość w 2017 r. zlikwidowała.
Dyskusja z przedstawicielami partii, która sama w sobie jest wizytówką demokracji, a zatem najlepiej wie, co jest dla demokracji najlepsze, nie jest zadaniem łatwym. Dlatego napisanie wniosku do przewodniczącego RM Łukasza Łukaszewskiego o przywrócenie owych pięciu minut demokracji bezpośredniej przez grupę 23 byłych działaczy NSZZ Solidarność mogło być różnie odebrane. Przecież demokracja to nieustanny postęp, a PO to jego awangarda. Zatem powoływanie się we wniosku na postulaty Solidarności, spisane wiele lat temu na pożółkłym dziś ze starości papierze, mogły trącić archaiczną konserwą.
Jeśli jednak zdecydowaliśmy się na taki krok, to w nadziei, że wraz z ewentualną odmową przychylenia się do naszego wniosku, przewodniczący RM z ojcowską cierpliwością wytłumaczy nam słuszność obecnej linii rozwoju demokracji, której na obecnym, trudnym etapie, takie spontaniczne wystąpienia mogą zagrażać.
Ale to, niestety, nie wszystko. Niesieni resztkami zapału obywatelskiej aktywności wystosowaliśmy List otwarty do olsztyńskich radnych (zamieściliśmy go w kwietniowym numerze Debaty). Zwróciliśmy w nim uwagę na degradację radnego do znanego z czasów komuny poziomu radnego-bezradnego. Na posiedzenia RM, które zamieniły się w rytualne, z góry wyreżyserowane przedstawienia, których wyniki ustala się na posiedzeniach partyjnych kół. I na samą Radę Miasta, która, zamiast być żywym organizmem, stała się maszynką do głosowania, opłacaną nie z funduszu partii, lecz z budżetu miasta.
Co na to przewodniczący oraz pozostali radni? Łukaszewski, owszem, odpowiedział, że sesje Rady służą przede wszystkim podejmowaniu uchwał i zwięzłemu omawianiu zagadnień. Co oznacza – przekładając z języka dyplomacji na nasze – że nieliczni mieszkańcy, którzy mieli coś do powiedzenia radnym, przeszkadzali w utrzymaniu zwięzłości obrad. Jak zwięzłych, każdy, kto choć raz tam był, doskonale wie.
Przewodniczący Łukaszewski przypomniał natomiast o innych możliwościach kontaktu z władzą lokalną. Możemy zatem spotkać się z radnymi osobiście, albo – w ramach jawności działania - posłuchać o czym mówią na sesji lub podczas obrad komisji (na tych ostatnich trzeba się zapowiedzieć).
Niestety, Regulamin Rady Miasta kontaktu z radnymi poprzez formułę listu otwartego nie przewiduje. Zapewne dlatego nikt, poza Jarosławem Babalskim, na list 23 działaczy Solidarności nie odpowiedział. Równie dobrze można było tak pisać do radnych w PRL-u. Tylko że wtedy gwarantowane było spotkanie wyjaśniające niestosowność takich pomysłów.
Władza się przejmowała i chciała, poprzez powołanych do tego pośredników, tym uczuciem z autorami się podzielić. Dzisiaj to zupełnie coś innego. Mamy wolność pisania, i nie odpowiadania. Zwłaszcza, gdy odpowiedź na głupawe, prowokacyjne listy mogłyby przynieść uszczerbek powadze reprezentacji mieszkańców.
Kłopot byłby w zasadzie z głowy. Wystarczy odrobina pokory wobec lokalnych autorytetów, którzy na demokracji i na kości, którą im partia dała do ogryzania, zęby zjedli. I bezzębnymi niemal dziąsłami zaświadczają o swej niezłomnej wobec niej postawie. Wystarczy zaufać. Działacze-murzyni, zrobili dla swoje i mogą spokojnie odejść.
Gdyby tylko satysfakcji z dobrze wykonanej roboty nie zakłócały coraz liczniejsze głosy analityków demokracji, że z komunistycznych zaświatów wrócił radny-bezradny. Że okoliczności, które temu sprzyjają dalekie są od fundamentów demokracji lokalnej. Pomimo usilnych starań partii politycznych nadal to wolni, świadomi, aktywni i zaangażowani obywatele są fundamentem demokracji i społeczeństwa obywatelskiego. Są najcenniejszym społecznym kapitałem, bez którego demokratyczne systemy władzy nie są w stanie funkcjonować (…) Oznacza to, że budowa warunków do obywatelskiej partycypacji jest możliwa tylko wówczas, gdy obie strony wyrażają gotowość i chęć do wspólnego działania.
Tym cytatom, zaczerpniętym z opracowania dr hab. Agnieszki Lipskiej-Sandeckiej „Partycypacja obywatelska a samorząd terytorialny. Dylematy obywatela”, towarzyszy niepokój o celowe przewartościowanie ustroju politycznego w taki sposób, by jego organy i instytucje zachowały swój fasadowy charakter, stając się karykaturą demokracji w XXI w. Kluczowe pytanie brzmi, czy tak być musi? A może radny-bezradny, zajęty ogryzaniem kości z partyjnego koryta, to ustrojowa, bezalternatywna determinanta?
Pomocny w rozwiązaniu tego dylematu może być inny cytat, tym razem z początku XIX wieku. Alexis de Tocqueville w swoim dziele „O demokracji w Ameryce” pisał tak: Nierzadko widzi się wówczas na szerokiej arenie świata, a także i u nas, pospólstwo reprezentowane przez paru ludzi. Tylko oni przemawiają w imieniu nieobecnych lub obojętnych mas. Tylko oni działają pośród powszechnej inercji. O wszystkim decydują wedle własnego widzimisię, zmieniają ustawy i jak chcą – tyranizują obyczaje. I aż dziw bierze na widok tej niewielkiej garstki marnych i niegodnych ludzi, w których ręce może wpaść naród.
Przestroga to, czy proroctwo? Proszę samemu rozstrzygnąć.
Bogdan Bachmura
Tytuł od redakcji.
Zdjęcie: Mieszkańcy mają prawo zabrać głos na sesji Rady Miasta Olsztyna tylko raz w roku (jak zwierzęta w wigilię), przed sesją absolutoryjną. Na zdjęciu przemawia Anna Niszczak.


Skomentuj
Komentuj jako gość