Gdy piszę ten tekst do rozstrzygającej drugiej tury wyborów prezydenta Olsztyna pozostały dwa dni. Z powodu dużej przewagi w pierwszej turze panuje powszechna opinia, że zwycięzcą zostanie Robert Szewczyk. Jeżeli tak będzie w istocie, to w historii Olsztyna zamknie się pewien ważny rozdział.
Patrząc na poczet prezydentów Olsztyna od 1989 r. trzeba powiedzieć, że Czesław Małkowski był pod każdym względem postacią wyjątkową. Gdyby nie seksualny świr, najprawdopodobniej byłby w gronie krajowych rekordzistów liczby kadencji włodarzy miast.
Za komuny robił karierę lokalnego kacyka w Wielbarku, a później szefa okręgowej cenzury w Olsztynie. Ale jego prawdziwym żywiołem, pozwalający rozwinąć polityczne skrzydła okazała się demokracja. Małkowski to inteligentny, bystry obserwator, który szybko dostrzegł możliwości jakie daje masowość systemu. Posiada niezbędną charyzmę i niespotykaną konsekwencję uwodzenia ludzi słowem i publicznymi pieniędzmi. Jego największym atutem jest brak oporu i zawstydzenia kłamstwem, dzięki czemu ten niezbędnik politycznego rzemiosła podniósł do rangi mistrzowskiej.
Gdyby nie to, los Małkowskiego byłby dawno przesądzony, choć warto pamiętać, że za każdym razem pomocną dłoń w postaci słabych kandydatów wyciągały doń partie polityczne.
Małkowski mało kogo pozostawił obojętnym wobec swojej osoby. Z jednej strony opinia męża opatrznościowego miasta, z drugiej przeszłość czerwonego kacyka, komunistycznego cenzora i ciężar oskarżeń natury obyczajowej i moralnej. Od referendum w 2008 r. , aż po ostatnie wybory, mieszkańcy Olsztyna musieli zmierzyć się z tym nietypowym dla wyborów lokalnych dylematem.
Choć dotyczył sfery publicznej, to tutaj praktycznie nie istniał. Rozlewał się podskórnie w domowych rozmowach, w miejscach pracy czy przy okazji towarzyskich spotkań. W mediach lokalnych brylował Małkowski ze swoimi zapewnieniami o niewinności, zaś wyborczy rywale Małkowskiego przyjęli wygodną zasadę, że takie kontrowersje mogą im zaszkodzić.
Łukasz Adamski po wyborach w 2018 r. na łamach portalu „wPolityce.pl” wyraził radość z „przepędzenia upiora”, ale także uczucie „złości i wstydu” z powodu tak wielkiego poparcia dla Małkowskiego, również prawicowego elektoratu. Przypomniał milczenie olsztyńskich feministek na czele z Moniką Falej i kunktatorską postawę szefa lokalnych struktur PiS Jerzego Szmita. Ale też postawy przeciwne: apel znanego satyryka Piotra Bałtroczyka, poparcie dla Piotra Grzymowicza większości partii politycznych i listy protestacyjne ponad podziałami politycznymi. Doszło do tego, że Piotrowi Grzymowiczowi, nie kryjącemu swoich lewicowych sympatii, rzutem na taśmę trzeba było załatwiać udział w programie Telewizji Trwam!
Wygląda na to, że w tych wyborach uratowaliśmy się przed hańbą i kompromitacją nieco łatwiej, ale przejście Małkowskiego do drugiej tury, po wieloletnim, przerywanym kampaniami wyborczymi uśpieniu, nie upoważnia do szczególnej radości.
Wbrew pozorom Czesławowi Małkowskiemu zawdzięczamy bardzo wiele. Zręcznie przebierając się w ornat, zafundował nam społeczne rekolekcje, które treścią wypełniła każda zmuszająca do moralnej refleksji rozmowa, każde wspólne działanie przeciwko złu, ale także każdy grzech zaniechania.
Niestety – trzeba to wreszcie powiedzieć głośno – zabrakło w nich lokalnego Kościoła. Nic dziwnego, że szerokim echem odbiła się przed laty msza odprawiona w olsztyńskiej konkatedrze w intencji Czesława Małkowskiego. Wtedy to usłyszałem od jednego z kapłanów dobrze zapamiętane słowa: Pan Małkowski dał pieniądze na Kościół, na Pana Kościół!
I tak już pozostało. W społecznym odbiorze milczenie w tej sprawie Kościoła i wiarę w neofickie nawrócenie Małkowskiego ułatwiła materialna przychylność prezydenta Olsztyna. Według mojej wiedzy arcybiskup Edmund Piszcz posiadał informacje na temat molestowanych kobiet, choć nie on o nie zabiegał. To samo dotyczy ks. Juliana Żołnierkiewicza i ówczesnego proboszcza parafii w Klebarku Wielkim ks. Henryka Błaszczaka (ten ostatni w dość zawoalowanej formie odniósł się do sprawy molestowanych kobiet).
Tak czy owak, moralne nauczanie Kościoła i katolicka nauka społeczna, o ile nie są martwą literą, miały tutaj idealne zastosowanie. Tymczasem strach przed „mieszaniem się do polityki” już dawno sparaliżował nauczanie dotyczące moralności w sferze polityki. Nie inaczej było w przypadku prezydenta Małkowskiego. Sam fakt dopuszczenia do przedawnienia oskarżeń kobiet o molestowanie był sygnałem, że instytucje państwa zawiodły i pozostawiły te kobiety samym sobie. Fundamentalne zasady społecznej nauki Kościoła mówią o ochronie godności osoby ludzkiej, obronie ubogich i słabych oraz solidarności z nimi. Jeżeli to nie jest stosowny moment na działanie, to kiedy będzie lepszy?
Kontrowersje wokół Czesława Małkowskiego podzieliły mieszkańców Olsztyna ponad podziałami politycznymi czy światopoglądowymi. Tak naprawdę nie brak wiedzy na jego temat, sięgającej jeszcze czasów komuny, decydował o tak wielu osób. Najważniejsze było zamknięcie umysłów na prawdę. Odrzucenie natrętnych faktów na rzecz wytworzonego ciężką pracą mitu zbawiciela i opiekuna. Ze względu na powikłaną, powojenną historię, Olsztyn jest miastem specyficznym. Były prezydent dał nam do ręki lustro byśmy się przekonali jak bardzo. Pięć lat temu napisałem na łamach „Debaty” tekst „Szatan w Olsztynie”.
Porównałem w nim przypadek Czesława Małkowskiego do syndromu Hitlera, za co ten groził mi publicznie sądem. Rozumiem zdenerwowanie, ale nie o okrucieństwa przywódcy Niemiec mi przecież chodziło. Użyłem tej analogi właśnie ze względu na masowe zamknięcie Niemców na dostępną prawdę. Wybór Hitlera i traktowanie go jak zbawiciela było wynikiem szczególnych, obiektywnych okoliczności w jakich znaleźli się Niemcy w czasach Republiki Weimarskiej. Istotna różnica jest taka, że Małkowskiemu udało się sprzyjające mu okoliczności samodzielnie stworzyć. Jeśli więc historia polityczna Czesława Małkowskiego na tych wyborach się zakończyła, to dzięki niemu lustro zostanie z nami na dłużej.
Bogdan Bachmura


Skomentuj
Komentuj jako gość