Ustaliłem, że w piwnicy domu Andrzeja Gierczaka, w Dajtkach, ulotki drukował TW „Antek”, czyli Roman Kosiorek, student Wydziału Geodezji Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, w latach 1980-90. Kosiorek potwierdził mi ten fakt. Uwiarygodnił się w kręgach opozycyjnych po „pobiciu” przez ZOMO podczas demonstracji w Gdańsku, po Mszy z udziałem Jana Pawła II na Zaspie 12 czerwca 1987.
Przypomnę, że o drukarni w piwnicy Andrzeja Gierczaka pisałem w cyklu artykułów pt. „Bohaterka podziemnej „S” czy mitomanka?” na łamach „Debaty”, na temat Władysławy Winiarskiej, która uzyskała status kombatanta, jako działaczka opozycji antykomunistycznej i osoba represjonowana z powodów politycznych. Protest w tej sprawie do prezesa Urzędu wystosowała Komisja ds. Osób Represjonowanych w Stanie Wojennym przy wojewodzie warmińsko-mazurskim. Obecnie, po tym proteście i moich artykułach, Urząd wznowił postępowanie w sprawie przyznania statusu Winiarskiej.
Jednym ze świadków, na którego powołała się Winiarska, swojej rzekomej działalności w podziemiu antykomunistycznym, był członek Zarządu Regionu „S” w Olsztynie, internowany w stanie wojennym Andrzej Gierczak z Olsztyna. Winiarska twierdziła, że regularnie nocą przyjeżdżała do Gierczaka po odbiór ulotek drukowanych w piwnicy jego domu. Andrzej Gierczak potwierdził mi, że w latach 1987-88 udostępnił piwnicę na druk pism podziemnych, ale nie wie, kto i co drukował?
Jedynym śladem jest protokół rewizji dokonanej przez SB w jego domu 28 kwietnia 1988 roku i wyrok Kolegium ds. Wykroczeń (50 tys zł grzywny) za posiadanie powielacza i nielegalnych pism. Po rewizji już więcej drukarze się u Gierczaka nie pojawili. Podczas moich rozmów z Andrzejem na temat drukarni w jego piwnicy w pewnym momencie zasugerowałem, że może to była prowokacja SB? Okazało się, że intuicja mnie nie myliła.
KAPERZYŃSKI: ROMAN BYŁ DLA MNIE BOHATEREM...
- To Roman Kosiorek drukował w piwnicy Andrzeja Gierczaka – poinformował mnie Przemysław Kaperzyński z Olsztyna, po lekturze moich artykułów. Najpierw w tej sprawie zadzwonił do Danuty Gulko, z którą ściśle współpracował w podziemiu solidarnościowym, a Danuta przekazała mi kontakt i zapewniła, że ręczy za prawdomówność Kaperzyńskiego.
Przemysław Kaperzyński ur. 1963 roku, studiował polonistykę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie w latach 1982-89. Do współpracy z olsztyńskim podziemiem wciągnęła go Halina Pietkiewicz, zatrudniona w zakładzie poligraficznym WSP, po tym, jak po internowaniu za kolportaż ulotek zwolniono ją z OZGrafu. W ten sposób Przemek znalazł się w kręgu osób związanych z Danutą Gulko i Józefą Mielnik. U „Ziuty” poznał Romka Kosiorka, który już wówczas był legendarną postacią, z powodu pobicia w Gdańsku w 1987 roku. O tym pobiciu opowiadała mu „Ziuta”: „ZOMO-wcy wlekli go za nogi, głową tłukł po bruku”. „Ziuta” była Kosiorkiem oczarowana. Roman odbierał od niej ulotki i od Haliny Pietkiewicz.

Przemysław Kaperzyński (zdjęcie z archiwum P.Kaperzyńskiego)
- On zawsze w plecaku nosił ulotki – wspomina Kaperzyński. - Pewnego wieczoru, kilka dni przed 13 grudnia 1987 roku, przyjechał po mnie. „Czy pójdziesz ze mną na całonocną akcję? - zapytał – Nie bój się, nic ci nie grozi”. Mój ojciec wyraził zgodę i poszedłem z nim. Dotarliśmy na Dajtki, do domu jednorodzinnego, wejście do piwnicy było od tyłu. Romek poszedł do drzwi frontowych i wrócił z właścicielem. Poznałem go! To był Andrzej Gierczak, na rocznicy śmierci ks. Jerzego niosłem z nim w Warszawie transparent olsztyńskiej „S”. Andrzej dał Romkowi klucz, nie wszedł z nami do piwnicy, jedynie rzucił „tylko posprzątajcie”. Było widać, że Romek nie jest tutaj pierwszy raz, bo wiedział, gdzie co jest. Drukował te ulotki na rocznicę stanu wojennego na sitodruku do świtu, a ja pakowałem. Podziwiałem go, bo ja już na nos padałem, prosiłem „kończymy”, a on był niezmordowany, na twarzy miał wypisaną ogromna miłość do Ojczyzny i nienawiść do komuny. Około 5-6 rano tę część ulotek, która dał mi, rozrzuciłem pod swoim byłym LO I i na WSP.
Później Roman dawał mu do kolportażu m.in. pismo Federacji Młodzieży Walczącej WiM „Larwa”. - Ostatni raz widziałem się z nim w 1989 roku, gdy zakładał Partię Zielonych i zaciągnął mnie na ich zebranie – mówi Przemek. - Gdy w 2010 roku dowiedziałem się, że Romek był TW „Antkiem”, to przeżyłem szok! On był dla mnie bohaterem, pobitym przez ZOMO, byłem w niego wpatrzony jak w obraz, rękę bym sobie wówczas dał za niego uciąć!
ZGORZAŁEK: ROMAN ZAWIÓZŁ MNIE DO PIWNICY GIERCZAKA
Po rozmowie z Przemkiem Kaperzyńskim odbyłem jeszcze wiele rozmów z przyjaciółmi i znajomymi Kosiorka. Tak trafiłem na jeszcze jedną osobę, która poprzez Romka dotarła do piwnicy Gierczaka.
Zbigniew Maciejewski (pierwsze nazwisko Zgorzałek), ur. 1956, architekt, działacz ROPCiO z Gdańska, w 1985 roku wrócił do rodzinnego Kętrzyna, po roku zwolniony z pracy jako nauczyciel przedmiotów zawodowych w Zespole Szkół Budowlanych w Kętrzynie, z powodu bojkotu pochodu pierwszomajowego przez uczniów, których był wychowawcą. W 1987 roku na pielgrzymce na Jasną Górę poznał Adama Dydzińskiego z Kętrzyna, który w 1985 roku, jako uczeń, był aresztowany za rozrzucenie ulotek "Solidarność Żyje". Z jego pomocą powołał w tym mieście Federację Młodzieży Walczącej Warmii i Mazur i redagował pismo Federacji „Larwa”.

Zbigniew Zgorzałek (zdjęcie z archiwum Z. Zgorzałka)
- Kosiorka poznałem w Olsztynie, w mieszkaniu „Ziuty” Mielnik w roku 1987 na wykładzie prof. Tadeusza Jasudowicza z Torunia. – opowiada Zbigniew Maciejewski (Zgorzałek). - To było po tym słynnym pobiciu Romka w Gdańsku.
Romka od tego czasu często spotykał na różnych uroczystościach kościelnych, Mszach za Ojczyznę, zapraszali go państwo Langowscy, których bardzo dobrze znał. - Poznał mnie z nimi Jasiu Zapolnik z ROPCiO i od tego czasu przywoziłem im bibułę z Gdańska – wspomina Zbigniew. - Nie ukrywałem przed nimi, że chcę zorganizować FMW w Olsztynie. Dawali mi namiary na różne osoby, ale były bardzo wystraszone i nic z tego nie wyszło. Wówczas zacząłem obserwować Romka i wypytywać o niego. Każdy bardzo pozytywnie się o nim wypowiadał. Bywałem często u Sławomira Olka i on też mówił, że ma bardzo dobry kontakt z Romkiem. (R. Kosiorek w rozmowie ze mną twierdził, że pomagał Olkowi w druku znaczków pocztowych „S” i ich sprzedaży - przypis A.Socha).
Po paru miesiącach obserwacji i zbierania opinii postanowił wejść z Romanem w bliższy kontakt. – mówi Zbigniew. -- Wypytałem go na temat pobiciu w Gdańsku. Ja też wówczas byłem z grupą młodzieży FMW na Mszy z Janem Pawłem II, a później szliśmy w demonstracji, ale gdy ZOMO zablokowało wejście z ulicy Miszewskiego na al. Grunwaldzką, to nie nadstawialiśmy głów pod pały, wycofaliśmy się na dworzec i wróciliśmy do Kętrzyna. Romek twierdził, że był tam w grupie działaczy Ruchu Wolność i Pokój i oni usiedli na jezdni, gdy ZOMO zaatakowało. Powiedział, że został strasznie pobity, walczył 2 miesiące o życie w szpitalu w Gdańsku. Fakt pobicie potwierdziła mi Janina Wehrstein, przedstawicielka Komisji Interwencji i Praworządności NSZZ „S” państwa Romaszewskich.
Romek powiedział Zbyszkowi, że intensywnie działa w NZS, mieszka w Kortowie w akademiku z żoną i dzieckiem. Zapraszał go do siebie. - Zapytałem, czy zajmował się drukowaniem? - mówi Zbigniew. - Tak, miał kontakt z drukiem wydawnictw NZS ART, ma też bardzo dobre kontakty z podziemiem. Znał prawie wszystkie ważniejsze osoby z olsztyńskiej Solidarności.
- Uwiarygodniał się w różny sposób – kontynuuje opowieść Zbigniew. - Idziemy raz ulicą i on zapytał, czy mogę z nim podejść do Warmińskiego Seminarium Duchownego? A po co? „Coś ciekawego pokażę, jeśli interesują Cię bardzo dobre teksty bez cenzury, to będziesz zadowolony”. Romek zadzwonił na domofon. Powiedział: „Tu Romek do Janka Rosłana” i od razu drzwi się otworzyły, ja zostałem, on wszedł, był z 10 minut. Po wyjściu pokazał mi „szczotki” artykułu z zaznaczonymi ingerencjami cenzury. Był to artykuł Jana Rosłana o stanowisku Kościoła wobec marca 1968 roku. Oddał mi te „szczotki”. Później przywiózł mi cały plik tych szczotek z cenzury, przeczytałem i przekazałem ks. Andrzejowi, proboszczowi w Mołtajnach k. Kętrzyna.
*
Ks. Jan Rosłan w rozmowie ze mną zaprzecza, by przyjmował Romana podczas swoich studiów w WSD. Znał Romana, jako ucznia Szkoły Podstawowej w Orzyszu i członka drużyny harcerskiej, którą kierował. Przypuszcza, że wszedł do środka, zagadał siostrę zakonną i po kilku minutach wyszedł, a „szczotki” mógł już wcześniej dostać od SB. Ks. Jan potwierdza, że był autorem takiego artykułu, liczył on 24 strony maszynopisu i cenzura z tego wyrzuciła połowę. Otrzymywał „szczotki” swoich artykułów od sekretarza redakcji „Posłańca Warmińskiego” Ryszarda Kułakowskiego, ale nikomu ich nie przekazywał. Ponownie, od czasów harcerstwa, ujrzał Kosiorka, gdy został w 1988 roku wikarym w parafii w Ostródzie. Kosiorek nagle go odwiedził, wypytywał i pokazał zdjęcia z pobicia w Gdańsku. Przenocował i wyjechał. Od tego czasu ks. Rosłan go nie widział.
*
- Zacząłem robić z Romanem akcje ulotkowe – opowiada dalej Zbigniew Zgorzałek. - Rozrzucaliśmy ulotki przed kościołem NSPJ, na pochodzie 1-Majowym. Powiedziałem Adamowi Dydzińskiemu, że chyba znalazłem człowieka w Olsztynie. Postanowiliśmy dać mu zadanie i zobaczyć, czy się sprawdzi. Przekazałem Romkowi decyzję Rady Koordynacyjnej FMW WiM, że będzie odpowiedzialny za tworzenie struktur FMW w środowisku studentów ART i wydawanie gazetki FMW „Larwa”. Romek był bardzo zadowolony, przyjął ksywkę „Paweł”. Narzekał, że nie ma sprzętu do drukowania. „A czy masz lokal w Olsztynie?” - zapytałem. „Tak, mam bardzo dobry lokal. To pewne miejsce, dom znanego Tobie działacza Solidarności”. Powiedziałem Romanowi, żeby do mnie przyjechał, do Kętrzyna, po „drukarnię”.
- W Kętrzynie wręczyłem mu torbę, w której były matryce „Larwy”, z programem działania FMW WiM. Prosiłem, żeby nie otwierał torby. Wrócił do Olsztyna, a ja przyjechałem pociągiem wieczorem. Było to 26 stycznia 1988 roku. Romek mnie odebrał, pojechaliśmy kawałek jedną taxi, przesiadka i drugą taxi dojechaliśmy do domu jednorodzinnego Andrzeja Gierczaka. Na dworze było już ciemno. Romek poszedł zameldować się do Andrzeja, ja Gierczaka nie widziałem, od razu wszedłem do piwnicy. Tam było wszystko czego potrzebowałem, stół, zlew, woda. Otwieram torbę i widzę na „Gazecie Olsztyńskiej”, którą położyłem na wierzchu, pomazane długopisem rysuneczki, a ja owijałem przedmioty w czystą gazetę. „Romek, otwierałeś torbę!?” „Ale ja tylko tak zajrzałem i zaraz zamknąłem” - tłumaczył się.
- Wkręciłem żółta żarówkę, żeby nie prześwietlić emulsji, naświetlałem matryce ponad 20 minut, po naświetleniu nie mogłem wypłukać emulsji spod liter. Całą noc walczyłem z tą emulsją, zmniejszałem i zwiększałem czas naświetlania, zmywałem nadmanganianem i wybielałem pirosiarczanem sodu i nic. Wkurzony zapytałem: „Romek, czy odkręcałeś czarny, plastikowy pojemnik?”. „Nie, skądże” – zapierał się. Przypuszczam, że odkręcił i prześwietlił emulsję. Ja byłem wyczerpany psychicznie, a on tryskał humorem i podtrzymywał mnie na duchu. Poddałem się, gdy już zaczynało świtać.
- I nie zapaliła się panu w tym momencie lampka ostrzegawcza?
- Nie, naprawdę długo go sprawdzałem, wszyscy mieli o nim dobre zdanie.
- A skąd brał pan emulsję światłoczułą, bo mnie Kosiorek powiedział, że on kupował w Peweksie w Warszawie?
- W Peweksie emulsji nie było, mógł ją kupić każdy plastyk i student ASP w sklepie plastycznym.
- Już świtało, gdy odwiózł mnie taxi na dworzec – mówi dalej Zbigniew. - Byłem wkurzony, bo szedł za mną do pociągu. Mówię mu „zostań!”, ale wsiadł ze mną do przedziału. W tym momencie wszedł do przedziału facet, starszy od nas o 10 lat, popatrzył z poważną miną i poszedł dalej. Kosiorek w końcu pożegnał się i powiedział, że przyjedzie wieczorem, pogadamy, co dalej? Planowałem, że wyskoczę w Korszach i wrócę do Kętrzyna kolejnym pociągiem, ale byłem tak zmęczony, że obudziłem się przed samym Kętrzynem. „Trudno – mówię sobie, - niech się dzieje wola boska”, wysiadam i na peronie wita mnie czwórka ubeków, wśród nich były kolega z klasy w liceum Andrzej Lichodziejewski. „Dzień dobry panie Zbyszku, pójdzie pan z nami”. Na komendzie wyłożyli zawartość torby na stół, obfotografowali i zadzwonili do Olsztyna.
Z Olsztyna przyjechała ekipa pod dowództwem por. Gausa. Wieczorem zabrali mnie nyską milicyjną do mieszkania i zrobili rewizję, szukali nawet w majtkach. Nazbierali sporo materiałów. Zobaczyli kasetę. Gaus polecił mi ją włączyć, a ja tam miałem nagrane kontakty z ludźmi z FMW. Włączając magnetofon włączyłem nagrywanie i taśma się przewijał i kasowała. Gdy taśma się skończyła, Gaus jeszcze raz sam ją włączył i był tylko szum.
- Nagle dzwonek do drzwi, słyszę głos Romka, „dzień dobry ja do Zbyszka”. Nie odezwałem się. „W jakiej sprawie?” - zapytał ubek. „Ja do pana Zbyszka od księdza”. Nie podjąłem żadnej rozmowy. Romek był w przedpokoju, ja w pokoju i go nie widziałem. Ubek krzyknął do niego „na kolana!”, ale zaraz go wyprowadził. Jak Romka wyprowadzili, usłyszałem za oknem klaskanie. To był umówiony znak z Adamem Dydzińskim. Należało odpowiedzieć jakimś znakiem, np. mrugnięciem światła, a że z mojej strony nie było odzewu, Adam już wiedział, że jest „kocioł” i uniknął wpadki. Ubecy do końca nie wiedzieli, że szef FMW „Klemens” to Adam Dydziński, myśleli, że to ja.
- Konsekwencje wpadki były uciążliwie, dostałem w lutym 1988 roku na kolegium karę grzywny, zrobili mi jeszcze jedną rewizje, znaleźli pistolet-zabawkę i miałem oddzielną sprawę, za „terroryzm”. Jak Gorbaczow przyjeżdżał do Polski „Gazeta Olsztyńska” zamieściła informację, że w Kętrzynie zatrzymano niebezpiecznego terrorystę, u którego znaleziono broń. To było o mnie.
- Po tym incydencie spotkałem się z Romkiem – opowiada dalej Zbigniew. - Żalił się, że milicjant po wyprowadzeniu go z mieszkania, bardzo go pobił po głowie. Liczył, że opublikujemy o tym informację w „Larwie”. Ale mnie to dało do myślenia. Po co miałby go milicjant tłuc po głowie? „Pod blokiem stała nyska milicyjna, musiałeś ją widzieć – mówię Romkowi. - Dlaczego więc wszedłeś do mnie?”. „Wiesz, widziałem, ale nie wiedziałem do kogo oni przyjechali” - odparł.
- Czy „lampka” się panu w głowie zapaliła, po tej wpadce?
- Nadal do głowy mi nie przyszło, że to Romek zadenuncjował, po takich uwiarygodnieniach ze strony tak wielu działaczy w Olsztynie – tłumaczy Zbigniew. - Nie, raczej byłem przekonany, że to ten człowiek, który zajrzał do przedziału, był „ogonem”, który szedł za Romkiem. Żeby komuś uczynić tak potworny zarzut, trzeba mieć dowody. Zarzuciłem mu tylko, że jest za pochopny i za mało ostrożny. Nie powinien był wchodzić ze mną do pociągu, bo jako znany działacz podziemia mógł być obserwowany.
- Po mojej wpadce Romek deklarował chęć dalszego działania – kontynuuje Zbigniew. - Powiedziałem mu, że zanim wrócimy do druku, zrobimy kilka akcji ulotkowych, żeby się nie nudził. Wykazywał się dużą aktywnością, ale nie taką, jakiej oczekiwaliśmy. Wyjeżdżał w Polskę i przywoził dokumenty podpisane przez niego np. z organizacją rolników, jako: „Paweł NZS i FMW WiM”. On liczył, że my to opublikujemy. Odmówiliśmy, bo co FMW miała wspólnego z rolnikami z południa Polski? Takie dziwne dokumenty podrzucał. My chcieliśmy, by tworzył strukturę FMW wśród studentów i uruchomił druk „Larwy”. I wtedy Romek „pękł”. Zaprosił mnie do siebie, do akademika. Gdy przyjechałem, dał mi do zrozumienia, że te zadania, które przyjął od FMW, przekraczają jego możliwości. On jest bardzo chory, wcześniej mi tego nie powiedział, jego żona potwierdzała. Dodała, że mają chorego synka. W pewnym momencie Romek padł na ziemię i zaczął się trząść. ”No tak właśnie jest z Romkiem, ma padaczkę” – powiedziała jego żona Elżbieta, podała mu lek i prosiła, żeby przestać Romka zajmować, on nie jest zdolny, by wykonywać bardziej odpowiedzialną pracę w podziemiu. Wzbudzili we mnie litość. Życzyłem mu zdrowia i się pożegnałem.
- Pewnego razu jadąc autobusem na trasie Olsztyn - Kętrzyn spotkałem Stefana Śnieżkę – mówi Zbigniew. - Pan Stefan zaprosił mnie do siebie, mówiąc, że ma bardzo, bardzo ważną sprawę. W mieszkaniu, szeptem, bo miał podsłuch, dał do zrozumienia, że Romek jest osobą niepewną, że powinniśmy z niego zrezygnować, ale żadnych dowodów mi nie przedstawił.
*
Dziś 85-letni Stefan Śnieżko kojarzy zarówno Zgorzałka, jak Kosiorka, ale nie pamięta już żadnych szczegółów.
*
- Romana jeszcze spotykałem w Komitecie Obywatelskim „S” w Olsztynie, bo ja założyłem Komitet w Kętrzynie i pracowałem podczas kampanii wyborczej kandydatów „S” – kończy opowieść Zbigniew. Roman ostatni raz skontaktował się ze Zbigniewem po 1989 roku. - Zadzwonił do mnie i się pochwalił, że jest dyrektorem Mazur-Tom, zagranicznej firmy produkującej gwoździe pod Olsztynem i dobrze mu się wiedzie. Życzyłem mu sukcesów i kontaktów nie podtrzymywałem.
- Czy zwrócił się pan do IPN o swoją teczkę? - zapytałem Zgorzałka.
Z. Zgorzałek: Tak. W mojej teczce z IPN było o zatrzymaniu mnie na dworcu, był raport esbeka, „otrzymaliśmy informację, że Z. Zgorzałek przyjedzie pociągiem o 9-ej godzinie do Kętrzyna”, ale nie napisano, od kogo mieli informację. Dopiero od historyków IPN dowiedziałem się, że konfidentem był tw „Antek”.
KRUK: KOSIORKOWI ABSOLUTNIE UFAŁEM
Pierwszy publicznie zdemaskował TW „Antka” Cezary Kruk, po tym, jak otrzymał w 2010 roku z IPN swoją teczkę. Kruk pochodzi z Puław. Po ukończeniu Technikum Pszczelarskiego, w 1982 roku zdał na Wydział Zootechniki ART.

- Jako sympatyk „Solidarności” zaangażowałem się od początku studiów w tworzenie sieci konspiracyjnych „trójek” – opowiada Cezary Kruk. - Od 1982 roku NZS w Kortowie był fikcją, zresztą podziemie „S” w Olsztynie też było słabiutkie, oceniam że faktycznie działało maksymalnie 10-50 osób, a wspomagało kolejnych 50. Tak było do 1985 roku. Później działalność podziemia była szczątkowa. Ja miałem na prawie wszystkich wydziałach ART w sumie 35 stałych odbiorców prasy i książek podziemnych, a oni mieli zadanie, przekazywać je dalej , na zasadzie „trójek”. Po porwaniu i zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki w 1984 roku przyjęliśmy nazwę Niezależna Grupa Studencka „Solidarność Kortowo” (NGS). Uważaliśmy się za kontynuatorów NZS. Trzonem tej sieci było 4 studentów z Wydziału Zootechniki, oprócz mnie, Ryszard Ustyjańczuk, Zbigniew Bielecki i Bogdan Godliński. Malowaliśmy na murach prosolidarnościowe hasła, niszczyliśmy komunistyczne symbole (osobiście rozbijałem cegłami gabloty PZPR pod rektoratem), rozlepialiśmy plakaty.
- Głównie jednak kolportowaliśmy ulotki i książki z podziemnych wydawnictw, w sumie około 20 różnych tytułów prasy II obiegu z całej Polski, ale dominowały pisma z Gdańska. Regularnie dochodziło do nas kilka pism: Tygodnik Mazowsze, pismo Solidarności Walczącej oraz „Solidarność” Gdańska. Docierały też w ograniczonych ilościach książki z podziemnych wydawnictw takich jak: Nowa, Krąg, Kontakt, Głos, Zeszyty Kultury Paryskiej. Na ich bazie stworzyliśmy Latającą Bibliotekę. Magazynek na książki, matryce, szablony, farbę offsetową miałem w w skrytce, w budynku Jury AZS Olsztyn, który nazywaliśmy „Budą”. Był to drewniany budynek na rurach, wyniesiony około 5 metrów nad ziemią, do sędziowania zawodów hippicznych. Obecnie budynek ten już nie istnieje. Miałem do niego dorobiony klucz. Tam drukowałem ulotki i plakaty.
- Pierwszy raz byłem przesłuchiwany w styczniu 1985 przez kpt. Stanisława Lasikowskiego z SB na KW MO w Olsztynie. Przesłuchanie miało charakter „ostrzeżenia” oraz zawierało propozycję „współpracy z SB”. Kategorycznie odmówiłem i treść rozmowy szczegółowo powtórzyłem kolegom. Nadal zajmowałem się drukiem i kolportażem. W dniu 3 marca 1987 roku o 6 rano rozpoczęła się rewizja u mnie i u pozostałych sportowców z sekcji lekkoatletycznej AZS. Jednym z funkcjonariuszy SB dokonującym rewizji u mnie był kpt. Stanisław Lasikowski. Mieszkałem wówczas w pawilonie Zakładu Pszczelnictwa ART.
U mnie nic nie znaleźli, natomiast znaleźli książki II obiegu u Andrzeja Matrasia, którego zatrzymano na 48 godzin oraz u Janka Gabrusia, którego przez kilka godzin przesłuchiwano. Ale oni nic nie powiedzieli. Natomiast „pękł” Marian Rękawek i powiedział, że ja rozprowadzam „bibułę” i gdzie ją trzymam. Mieli na niego „haka”, bo był słabym, wiecznym studentem i mogli go w każdej chwili wyrzucić ze studiów i posłać w „kamasze”. Tak w łapy SB wpadło całe moje archiwum ukryte w „Budzie” AZS wraz z zeszytem, w którym miałem kontakt na moich 35 „trójek”. Na szczęście zapisywałem je cyfrowym szyfrem i na przesłuchaniu powiedziałem, że pierwszy raz ten zeszyt widzę. W kółko powtarzałem: „Nie znam nikogo, nic nie widziałem, nic nie słyszałem, kolegów nie mam, nie interesuje się polityką”.
- Oficjalnie przesłuchiwano mnie na okoliczność „Próby wysadzenia obiektu przemysłowego - reduktora gazu ziemnego doprowadzającego gaz do Olsztyna - przy trasie Warszawa – Olsztyn”. Ten reduktor był na trasie naszych treningów w lesie kortowskim. Funkcjonariusze SB twierdzili, że podejrzewają mnie o to, że „w nocy z 12 na 13 grudnia 1986 roku usiłowałem, jako sympatyk podziemnej Solidarności, dokonać aktu dywersji dla upamiętnienia stanu wojennego”. To było sfingowana sprawa. Oficjalnie szukali „broni i materiałów wybuchowych”, w rzeczywistości nielegalnej literatury i ulotek solidarnościowych. Po przesłuchaniu zostałem zwolniony i byłem śledzony. Dlatego nie nocowałem u siebie, tylko w mieszkaniu kolegi Jana Gabrusia, pracownika ART. O 6 rano, 4 marca zostałem u niego aresztowany przez 4 funkcjonariuszy SB. Jednym z nich był kpt. Lasikowski. W areszcie przebywałem do 6 marca 1987 roku i byłem przesłuchiwany na okoliczność przynależności do podziemnych struktur „Solidarności” oraz zajmowania się drukiem i kolportażem wydawnictw niezależnych. Przesłuchanie prowadzili: kpt. W. Kornatowicz, por. E. Gaus, kpt. S. Lasikowski i por. J. Wasiak.
W dniu 6 marca 1987 wezwano w mojej sprawie do szefa SB w Olsztynie płk Romualda Białobrzeskiego, rektora ART prof. Włodzimierza Barana i mojego promotora doc. Jerzego Bobrzeckiego. Oświadczyłem w ich obecności: „Jestem niewinny i jestem bezprawnie aresztowany przez SB. Do niczego się nie przyznaję”. Poinformowałem, że funkcjonariusze SB w trakcie zatrzymania grozili mi pobiciem. Płk Białobrzeski powiedział: „Takich macie studentów”. Powiedział też, że „jestem fanatycznym wrogiem PZPR i PRL”. Rektor i promotor mocno uścisnęli mi dłoń na pożegnanie. Odebrałem to jako gest solidarności ze mną. Wypuszczono mnie i zrobiono kolegium. Sekretarz KU PZPR Zbigniew Puchajda zażądał skreślenia mnie z listy studentów. Obronili mnie prof. Ryszard Tomczyński i mój promotor. Powiedzieli, że póki nie ma wyroku, człowiek jest niewinny
- Czy domyślał się pan wówczas, kto was zadenuncjował, czy podejrzewał pan Romana Kosiorka?
- Nie, do Romana miałem absolutne zaufanie, tak jak i do pozostałych kolegów z sekcji LA AZS – tłumaczy Cezary Kruk. - Nikt z sekcji nie należał do PZPR, wszyscy byli nastawieni prosolidarnościowo. Zawsze grożono nam, że jak nie pójdziemy na pochód 1 Maja, to AZS nie da naszej sekcji funduszy na obozy sportowe. Inne sekcje AZS brały udział w pochodach, z naszej sekcji nikt i według mojej wiedzy nikt nigdy nie poszedł na komunistyczne „wybory”. Na komunistycznej uczelni jaką była ART Olsztyn, to był niebywały ewenement. Praktycznie wszyscy członkowie sekcji LA czytali podziemne książki i biuletyny, jakie im dostarczałem. Niektóre osoby były mocno zaangażowane w podziemiu. W latach 1982-1987 przez sekcję mogło przewinąć się nawet do 30 osób, ale rdzeniem było około 10-15 osób.
- Roman nie interesował się polityką. Chciał pieniędzy, sławy, splendoru. Był chorobliwie ambitny, uczył się jednocześnie kilku języków, a mimo to był „wiecznym studentem”, studiował aż 10 lat, ja skończyłem studia w 1987, a on w 1990. Lekko się jąkał, zwłaszcza gdy się zdenerwował, na tym tle miał kompleksy, po studiach zapisał się na trening psychologiczny i wyszedł z tego. Głównie kręciły go pieniądze, był na nie wręcz łapczywy, dorabiał w różny sposób, również nielegalny, np. handlował wódką w akademiku geodezji nr 4, czego nie pochwaliliśmy. Chyba w 1985 roku dostał paszport i na pół roku wyjechał do Anglii,zaraz po ślubie. Po powrocie handlował różnymi rzeczami przywiezionymi stamtąd. Był bardzo obrotny. Był też notorycznym mitomanem, np. będąc w reprezentacji uczelni - biegał na 3, 5 i 10 km - mówił, że jest w kadrze narodowej, że ociera się o igrzyska olimpijskie, że wkrótce ustanowi rekord Polski, a miał zaledwie II klasę sportową.
- Chęć zaangażowania się w działalność podziemną przejawił wiosną 1986 roku. Zaczął ode mnie dostawać po kilka książek i czasopism do kolportażu, ale na bardzo małą skalę. Chciał ode mnie uzyskać kontakty, ale powiedziałem mu, że jestem tylko drobnym trybikiem, znam tylko 2 osoby z mojej trójki i jedną osobę nade mną i on sam musi stworzyć swoją „trójkę”. Na jesieni 1986 sam złapał kontakt z panią Ziutą Mielnik, Stefanem Śnieżko i Ryszardem Kułakowskim. Gdy po aresztowaniu zrobiono mi kolegium, to Romek zaprowadził mnie do Stefana Śnieżki, żeby ten udzielił mi pomocy prawnej. Śnieżko skierował mnie do mecenasa Jarosława Urbanowicza. Romek od tego momentu cały czas mi towarzyszył, wiedział o każdym moim kroku, wiedział, jaka będzie moja linia obrony, jak będę zeznawał na rozprawie, był też jednym z moich świadków. Zdziwiło mnie tylko, że zeznając zaatakował innego świadka, który mnie wydał Mariana Rękawka, a ten zeznawał bezpośrednio przed nim, więc Romek nie mógł wiedzieć, co powiedział. Przegrałem i dostałem w sumie do zapłacenia 50 tysięcy złotych grzywny.
RWE: ZOMO SKATOWAŁO STUDENTA Z OLSZTYNA
- Romek opozycjonistą „pełną gębą” stał się po pobiciu w Gdańsku 12 czerwca 1987 roku – opowiada dalej Cezary Kruk. - Pojechaliśmy z grupą studentów ART i WSP na Mszę z Janem Pawłem II na Zaspie, po Mszy ruszyliśmy z pochodem Solidarności ulicami Gdańska. To był pierwszy tak olbrzymi pochód od czasu stanu wojennego, później prasa podziemna podała, że było nas 50-60 tysięcy. Ja ciągle z Romkiem parłem do przodu i tak trafiliśmy na samo czoło. Przed wejściem z ulicy Miszewskiego w aleję Grunwaldzką zatrzymał nas kordon ZOMO. Pamiętam każdą sekundę od ataku ZOMO do zatrzymania. Trwało to 15-20 minut. ZOMO wezwało do rozejścia, a z pochodu wzywano, by usiąść na ulicy. Jedni usiedli (z Ruchu Wolność i Pokój), inni klęczeli i się modlili. Natomiast ja wyszedłem spośród modlących się, między nami a kordonem ZOMO było 50 metrów, podszedłem na 25 metrów, krzycząc: „Służcie Polsce, nie Moskalom! Precz z komuną! Nie ma wolności bez Solidarności!”. Widziałem, że za moment nastąpi szturm ZOMO, bo są wydawane komendy. Ktoś nas z balkonu filmował. W pierwszym szeregu siedział Romek. Gdy ruszył atak ZOMO, wyciągnąłem dwie ręce ze znakiem V i siadłem przed pierwszym szeregiem. Dwóch ZOMO-wców wykręciło mi ręce i prowadziło 70-80 metrów do „suki”, dwóch ZOMO-wców biło mnie pałkami, jeden cywil w kraciastej kurtce podbiegł do mnie i 2-3 razy uderzył pięścią w potylicę, po czym zostałem wrzucony do „budy”, jako pierwszy, za mną chłopak ze Śląska, konduktor i jako trzeci Romek.
- Romek był identycznie doprowadzony jak ja, wykręcone ręce i pod drodze był bity pałkami, ale nie było to katowanie. Ja dostałem na tym odcinku 10-15 razy pałką, kilka kopniaków i 2-3 razy pięścią w potylicę. Tak samo był potraktowany ten konduktor i Romek, ale Romek miał 3 lata wcześniej poważny wypadek samochodowy, ledwo wyszedł z niego żywy, robili mu trepanację czaszki i po tej operacji miał ataki epilepsji. Po wrzuceniu do „budy” też dostał atak i stracił przytomność. Krzyczałem więc do ZOMO-wców, że on ma epilepsją i jest po trepanacji czaszki, chwytałem ich za pałki. Wtedy funkcjonariusz SB w kraciastej kurtce, który nas bił pięścią w potylice, wydał komendę zaprzestania bicia. (Jak powiedział mi Kosiorek, przed atakiem ZOMO stał za nim facet w kraciastej marynarce i to on miał dać znak ZOMO-wcom, by go zaatakowali – przypis A.Socha).
- W sumie wcisnęli nas do „suki” 15 osób i powieźli do aresztu, do Tczewa, a Romka do szpitala – kończy Cezary Kruk. - Powtarzam, Romek był potraktowany standardowo, tak jak reszta, tylko dostał ataku epilepsji.
- Co to był za wypadek samochodowy?
- Na 4 roku studiów Romek sobie dorabiał podczas wakacyjnej praktyki geodezyjnej, na taxi, którą jeździł jego szwagier. W dzień miał praktykę, a w nocy sobie dorabiał na taxi. Opowiadał nam, że ze zmęczenia zasnął za kierownicą i dachował – mówi Cezary Kruk.
Inną wersję tego wypadku, heroiczną, Roman opowiedział przyjacielowi ze szkoły podstawowej w Orzyszu Kazimierzowi Stachelskiemu: - Mówił, że padał deszcz, nagle na jezdnię wbiegła dziewczynka i on gwałtownie skręcił do rowu – relacjonuje Stachelski. - Widziałem Dacię po tym wypadku, była doszczętnie rozbita, odwiedziłem wówczas Romka w szpitalu, miał obrzęk mózgu, było z nim krucho. Po tym wypadku miał ataki epilepsji.
*
O skatowanym przez ZOMO studencie z Olsztyna Romanie Kosiorku, podczas demonstracji w Gdańsku 12 czerwca 1987 roku, stało się głośno w Polsce. Do szpitala, w którym leżał Kosiorek dotarli działacze Solidarności Walczącej z Gdyni. Józefa Mielnik przekazała informację o pobiciu Kosiorka do Komitetu Helsińskiego, z którym współpracowała. Informację tę wielokrotnie podawało Radio Wolna Europa. Biuletyn gdańskiej „Solidarności” zamieścił zdjęcie Kosiorka leżącego w szpitalu i informację: „Na oddziale Chirurgii Urazowej Akademii Medycznej w Gdańsku przebywa Roman Kosiorek, 27-letni student geodezji Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, zam. Orzysz ul. Ełcka 34/3, (żonaty, 1,5 roczne dziecko). Zatrzymany w czasie demonstracji po Mszy na Zaspie 12.06.br w okolicy ul. Miszewskiego we Wrzeszczu. Pobity w milicyjnej „Nysie”, zabrany po utracie przytomności na pogotowie, leży w szpitalu w stanie poważnym, z podejrzeniem pęknięcia podstawy czaszki. Trzy lata temu przeszedł trepanację czaszki po wypadku samochodowym”.

Cezary Kruk po wypuszczeniu z aresztu w Tczewie przekazał informację o pobiciu Romana księżom w Olsztynie, odprawiono msze w intencji jego powrotu do zdrowia.
Dwa dni od rzekomego pobicia do Kosiorka dotarł Ryszard Czajkowski, z Radiowej Agencji Solidarności w Gdańsku, który wraz z przyjaciółmi też był w tym pochodzie, jednak gdy ZOMO zaatakowało po prostu wszyscy uciekli. Był zaskoczony, że Kosiorek zamiast uciekać, stoi jak słup. Dotarł do niego na chirurgię z kolegą, żeby mu przekazać jedzenie i dać znać, że „Solidarność” mu pomoże. Wbrew temu co mówiła RWE Kosiorek był przytomny, nie walczył o życie, nie był zmasakrowany i miał tylko kilka siniaków (W rozmowie ze mną Kosiorek twierdził, że był tak zmasakrowany, że matka go w szpitalu nie poznała – przypis A.Socha). - Roman odpowiadał flegmatycznie, ale logicznie – wspomina Czajkowski. - Zaskoczyło mnie, że rozmawia z nami otwarcie, przecież widział nas pierwszy raz w życiu, mogliśmy być prowokatorami z SB. Dlatego uznałem, że on nie nadaje się do konspiracji. Zdążylismy zamienić dosłownie kilka zdań, gdy weszła jego rodzina. Powiedzieliśmy, że jesteśmy z „S” i że Roman może liczyć na naszą pomoc. Podziękowali i zostawiliśmy ich samych.
Wkrótce też z Romanem zobaczył się Cezary Kruk.
- Po wypuszczeniu z aresztu pojechałem do Gdańska odwiedzić Romana w szpitalu – opowiada Cezary Kruk. - Lekarz kazał mi zabrać kolegę. „On jest symulantem i oszustem – powiedział mi lekarz, - symulował, że jest nieprzytomny, zajmuje łóżko dla prawdziwie chorych. Niech się ubierze i idzie”. Nie wiedziałem, co mam o tym myśleć… - mówi Kruk. - Później w sprawie jego pobicia składałem zeznania w Sądzie w Gdańsku. Została przez Romana Kosiorka wygrana wiosną 1989. Sąd zasądził wysokie odszkodowanie za utratę zdrowia.
- Ja za udział w demonstracji w Gdańsku dostałem kolejne kolegium i grzywnę 50 tys złotych, w sumie więc z poprzednią grzywnę miałem do spłacenia 105 tysięcy złotych – opowiada Cezary Kruk. - Wtedy Romek wręczył mi 100 tys. złotych, które przekazała mi pani Ziuta Mielnik na pokrycie grzywny.
- Od czasu tego pobicia Romek zmienił wygląd, nie zgolił brody i wąsów, które mu wyrosły podczas pobytu w szpitalu, zostawił dłuższe, lekko kręcone włosy i stał się wielkim opozycjonistą – kontynuuje Cezary Kruk. - Ja w czerwcu 1987 zdałem egzamin magisterski i wyjechałem do Puław, do pracy i tam kontynuowałem działalność podziemną, a Roman jesienią 1987 stał się przedstawicielem WSP i ART w Krajowej Komisji Koordynacyjnej NZS. Wcześniej był nikim w podziemiu. Domagał się cały czas od mnie kontaktów, nawet do Puław przyjechał do mnie w tej sprawie.
Przyjaciele Kosiorka byli zaskoczeni jeszcze jedną jego przemianą. - Komentowaliśmy między sobą nagłe nawrócenie Romka – mówi jego najbliższy przyjaciel Jan Gabruś, który z Romanem poznał się podczas wojewódzkich zawodów sportowych szkół średnich i to Roman namówił go na studia na ART. - Romek nagle zaczął biegać na Msze za Ojczyznę, na spotkania Olsztyńskiego Duszpasterstwa Akademickiego, chodzić na pielgrzymki…
Jaki był prawdziwy powód zaangażowania opozycyjnego i nagłego nawrócenia się Romana Kosiorka dowiedzieli się dopiero w 2010 roku, gdy Cezary Kruk otrzymał dostęp do swojej teczki w IPN.
Adam Socha (Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.)
Cdn
PS. Poszukuję studentów ART, którzy w 1988 roku powołali NZS w ART, Wojciecha Rynkowskiego z Białegostoku, studiował Rybactwo, Piotra Stachowiaka też studiował Rybactwo oraz Marka Sokołowskiego z Ochrony Wód. A także kpt SB Stanisława Lasikowskiego, ur. 15-04-1949 w Dobrym Mieście. Imię ojca: Tadeusz. Imię matki: Leokadia
Na zdjęciu czołówkowym: Roman Kosiorek prowadzi w Olsztynie spotkanie z Andrzejem Gwiazdą (chyba 1989 rok), fot. J.Kondracki z archiwum Wojciecha Froma


Skomentuj
Komentuj jako gość