Sam nie wiem, co mnie natchnęło. Prawdopodobnie jeden z tych gigantycznych, zaśmiecających krajobraz bilbordów w wersji z panem Krzysztofem zachęcającym do niepotrzebnego wydawania naszych pieniędzy na kolejną niepotrzebną rzecz. W zasadzie nie ma sprawy, pan Krzysztof pracował na swoją twarz latami, właściwie całe życie, a żyjąc w wolnym kraju wolnych ludzi, ma prawo ją sprzedawać za dowolną kwotę i w dowolny sposób. Nawet, jeśli miałoby to być zaśmiecanie krajobrazu na gigantyczną skalę.
Zresztą, nie on jedyny. Już od czasów Anny Patrycy stało się jasne, że szczerzenie zębów do tamponów, napojów gazowanych i niegazowanych, aparatów telefonicznych albo bankowego oprocentowania, nie jest niczym zdrożnym ani obciachowym. Było, nie było, dubeltowy prezydent wyzwolonej Rzeczpospolitej ma na koncie udział w reklamie mebli domowych, a polityczny niedołęga Wszechczasów, ulubieniec słabo poinformowanych, czyli Michaił Gorbaczow, wystąpił w reklamie MacDonalda. I świat się nie zawalił.
Pana Krzysztofa lubi cały kraj. Bo taki miły, bo tak ładnie się uśmiecha. Uwodzi z gadającej nawigacji wokalem niezrównanym. Ale Olsztyn pana Krzysztofa wielbi. Bo on nasz. Tymczasem, mieszkając tutaj, nie mamy zbyt wielu obiektów do wielbienia. Wielbienie Hołowczyca porównać można, co najwyżej, do kultu Mariana Bublewicza, a klasyczne kryteria jedności miejsca (urodzenia obu panów), czasu (widzów i kibiców tychże rajdowców) oraz akcji (dyscypliny sportowej) sprawiają, że wielbienie owe uzyskuje dodatkowy poziom metafizyczny.
Problem z Hołowczycem (którego nie było z Bublewiczem), polega na tym, iż stał się on już dawno – na własne życzenie – osobą publiczną z racji daleko pozasportowych. I nie w tym rzecz, że sportowcowi nie wolno być znanym inaczej niż jako sportowiec. Jednak w przypadku pana Krzysztofa, cała publiczna jego działalność posiada walory wątpliwe. Precyzyjnie rzecz ujmując: jest pod psem.
Pan Krzysztof Hołowczyc, jako wybraniec narodu do Parlamentu Europejskiego (2007 r.), nie zreformował kulejących struktur unijnych, nie zaszczepił Zjednoczonej Europie nowych wartości, nie wywalczył Rzeczpospolitej dodatkowych środków z brukselskich zasobów, nie ożywił debaty o wielkich problemach współczesności, bo - w ogóle nic nie zrobił. Nikt nie wie, po jaką cholerę pan Krzysztof w ogóle do PE się wybrał, chyba nawet on sam tego nie wie. Sugestia, że uczynił to ze względu na fajny zapis w biogramie, wydaje się pozostawać niezadowalająca.

Pan Krzysztof, lubiący prezentować się jako bojownik - „Chcę być rycerzem Boga" oznajmia z okładki tygodnika „DoRzeczy" - ale bardziej chyba o to chodzi, że pan Krzysztof bardzo lubi „być", a chyba nie za bardzo może wytrzymać, kiedy go nie ma. Jako osoba znana i lubiana, posiada moc sprawczą, którą wykorzystuje na swój sposób. Nawołując do wyrzynania drzew przydrożnych, przyczynia się do zgładzenia warmińskiego krajobrazu. Przyczyniając się do obwieszania miasta wyświetlaczami reklamowymi, paskudzi je i trywializuje. Odmawiając zapłacenia mandatu za przekroczenie prędkości, dowodzi po raz kolejny, że oto są równi i równiejsi. Tak, ja wiem, nie o te marne parę stów idzie, ale o zasady. W imię zasad, pan Krzysztof godzi się, abyśmy to my wszyscy płacili za jego fochy oraz urodzony z tychże sądowy tasiemiec.
Stanowczo trzeba mieć nadzieję. Że skończy się czas wcinania ośmiorniczek podczas „prywatnych" kolacyjek opłacanych za publiczne pieniądze. Że będzie troszkę milej żyć w kraju, i w tym mieście. A będzie, kiedy ci, którym się uda, którym się powiedzie, zobaczą we własnym sukcesie coś więcej, niż tylko możliwość wykarmienia swego imperatywnego ego.
Kolega Melchiora


Skomentuj
Komentuj jako gość