12 maja zapraszamy na spotkanie z pisarzem Stanisławem Srokowskim, autorem scenariusza do nowego filmu Wojciecha Smarzowskiego o roboczej nazwie „Wołyń". Spotkanie o 17 w Olsztynie przy ul. Prostej 38 (Wojewódzki Dom Rzemiosł). Publikujemy fragment najnowszej powieści pisarza pt. Spisek Barbarzyńców".
Głównym tematem spotkania będzie scenariusz do nowego filmu Wojciecha Smarzowskiego o roboczej nazwie „Wołyń". Autor scenariusza wprowadzi nas w jego kulisy i może zdradzi parę szczegółów z produkcji, która ma się pojawić na ekranach w przyszłym roku.
Drugim niewątpliwie ważnym tematem będzie promocja świeżo wydanej książki Stanisława Srokowskiego „Spisek Barbarzyńców", której fragment zamieszczamy.
Spotkanie zorganizowało Towarzystwo Wołynia i Polesia w Olsztynie.
FRAGMENTY KSIĄŻKI SPISEK BARBARZYŃCÓW STANISŁAWA SROKOWSKIEGO
WYDAWNICTWO 2 KOLORY
I
... I zobaczył, jak szyderczo wykrzywia mordę ten łotr z Wrocławia, zakała literatury i sztuki, nędza poezji, January Kwiek. Minister był zdruzgotany jego widokiem. Zagryzł wargi i przecierał ze zdumienia oczy. Gdy znowu go dostrzegł, Poeta pokazywał mu język.
Obrzydliwy, grafomański język, którym tak wulgarnie i prymitywnie opluwał rozkwitającą rzeczywistość. Widział więc Minister jego podłą błazeńską gębę, zmarszczone żółte czoło, nieforemną lśniącą łysinę i zdeformowane jadem nienawiści usta. - I on tu?!
Wściekły pies! –wciąż się przyglądał nieznośnej fizjonomii znienawidzonego twórcy, który nie chciał się podporządkować żadnym regułom poprawności politycznej. - Niepotrzebnie zlekceważyłem namowy Dyrektora Wydziału - pluł sobie teraz w garść – by wyeliminować go całkowicie z życia miasta. I dlatego mam go teraz
na karku. Cholera! - przeklął w duchu, choć – jako człowiek nowoczesnej kultury nigdy nie przeklinał. - Przecież likwidowałem każdy jego ślad, wołał w duchu. Nie miał prawa wstępu do żadnej mojej rozgłośni, do żadnego studia telewizyjnego, które kontrolowałem.
Żadna biblioteka miejska nie mogła go zaprosić na spotkanie. Ani żaden dom kultury na odczyt. Wysłałem też sygnały do ościennych województw, by zamknęli mu drogę do publicznych występów. Jego sylwetka twórcza znikła ze wszystkich encyklopedii miejskich. A zaprzyjaźnieni krytycy skoczyli do gardła i zagryźli go
na śmierć. A to parszywe bydle wciąż żyje i szczeka – patrzył spode łba na pogardzanego typka. A gdy opuścił wzrok, dostrzegł z osłupieniem koźle nogi. Nie! To niemożliwe! - znowu przetarł oczy.
Cap jakiś? Poeta Cap?! - patrzył przygnieciony ciężarem absurdu.
II
... - Podstawą mego rządzenia, Bon, obok umiejętności stopniowania przymiotników będzie... - zawiesił głos Premier i strzelił: - filozofia miłości.
- Co?!- niemal się nie udławił Minister. Nigdy nie słyszał, by w jakimkolwiek kraju fundamentem rządów było uczucie. A tu taka niespodzianka. Ba, przewrót myślowy, rewolucja intelektualna, już chwytał się za głowę.
- Filozofa miłości, Bon – odparł poważnie Premier. – Zaskoczony? – wbijał pytający wzrok w oszołomionego Ministra.
- Zachwycony, Panie Premierze. Co za błysk?! – Minister istotnie był porażony wyznaniem Premiera. – Jakie nowatorskie ujęcie problemu!
Miłość niby nie polityka, a polityka! Tylko geniusz może na coś takiego wpaść, nie mógł wyjść ze zdumienia.
- Chwytasz sens? – Premier znowu się ku niemu nachylił. – Łapiesz ideę?
- Nie może być lepszej, Panie Premierze. - I już chciał stopniować, „lepszej, najlepszej, wybitnej, najwybitniejszej, genialnej, najgenialniejszej", gdy Premier łaskawie się uśmiechnął i spytał. - Nie kadzisz mi, Bon? – zmrużył oczy.
- Jakże bym śmiał? – z oburzeniem odrzekł Minister.
- Bo wokoło mnie pełno klakierów. Całe stada klakierów. Kadzą mi ponad miarę, sądząc, że ja się na tym nie znam i poddam się ich gładkim słówkom. Ale ja się nie poddam, Bon, bo ja i owszem, przyjmuję ten wyjątkowy dar szacunku i uznania, ale w pychę nie wpadam, w próżności się nie pogrążam.
Jakże potężny charakter! - zastygł Minister. - Co za głębia moralna! - nie mógł się nadziwić temu wyznaniu. I mnie to mówi, prostemu
ministrowi, jednemu z wielu, nie żadnemu wicepremierowi, nawet nie ministrowi Obrony Narodowej, ani Ministrowi Spraw Wewnętrznych, a to tuzy, wielkie tuzy, tylko mnie, szarakowi. Minister był przejęty i nad wyraz wzruszony.
- Znowu się zamyśliłeś, Bon – odezwał się zatroskany Premier. A Minister pomyślał: Jak ojciec przemawia!
- Ale ja... ja – zaczął się jąkać Minister... - ja... Panie Premierze... z największym szacunkiem... estymą i ukontentowaniem... Jestem pod wrażeniem. To moc ducha! Filozofia miłości!! Majstersztyk! – Minister nie wiedział, jak wyrazić swój zachwyt i entuzjazm.
- Więc uważasz, że tego nam trzeba? – poważnie spytał Premier.
- Właśnie tego, Panie Premierze, tego nam trzeba! Miłości nam trzeba, wszechogarniającej ludzkość miłości, podniósł problem na wyżyny światowe. Ale widząc uniesione brwi Premiera, natychmiast zrewidował swój punkt widzenia i sprowadził miłość do problematyki lokalnej, mówiąc: - Brakuje nam miłości, jako aktu
jednoczenia się obywateli wokół jakiegoś centralnego zagadnienia, jednej wszechogarniającej idei naszego kraju. A tym centralnym zagadnieniem, tą ideą, jest właśnie miłość, miłość obywatelska, Panie Premierze. Brwi Premiera od razu wróciły na swoje miejsce.
A Minister odetchnął z radości, że nie popełnił błędu.
- Czyli dobrze trafiłem w potrzeby naszego elektoratu? – Premier
penetrował głębokie wnętrze Ministra. (...)
III
... - Pod hasłami wolności i swobód obywatelskich wypchniemy za granicę nową generację, by się otarła o cywilizację Zachodu, o jej nowoczesne zdobycze, urządzenia techniczne, styl życia, poglądy, przekonania, twórcze ambicje. By ci młodzi chłopcy spod wiejskich strzech i gnojowisk, i te hoże dziewoje z czerwonymi rękami od rycia w ziemi, wszyscy razem przeszli w Londynie, Paryżu, Rzymie i Berlinie przyspieszony kurs świadomości obywatelskiej, by zobaczyli, jak żyją ich rówieśnicy, by dostrzegli nowy świat nie z perspektywy kreta, a z perspektywy pełnoprawnego mieszkańca nowoczesnego kontynentu. By nie wytrzeszczali gał na widok dwu obejmujących się i całujących na ulicach dziewczyn, by nie zatykało ich na widok kochających się w parkach mężczyzn, by wreszcie nie dziwili się, że jednopłciowe małżeństwa są czymś naturalnym i zwyczajnym. I by wiedzieli, że małżeństwa takie adoptują dzieci, wychowują je i kształcą... A dzieci te publicznie się onanizują, bo to naturalna potrzeba organizmu. By nie byli zaskoczeni, że seks uprawia nie tylko mąż z żoną, ale i ojciec z córką i z synem, a syn z matką i siostrą, bo to normalne - nabrał powietrza i ciągnął:
- I w końcu, by zobaczyli na właśnie oczy puste kościoły na Zachodzie, jako symbol wyzwolenia z pęt parafiańszczyzny...
IV
... Redaktor aż się cofnęła. Przypomniała bowiem sobie, że w tamtej chwili zobaczyła świeczkę, która do niej przemówiła. Ale przecież nie mogła przemówić, bo żadna świeczka na świecie do nikogo nie przemawia. Nie mogła więc i do niej przemówić. Ale z drugiej strony – redaktor Jeżozwierz zzieleniała ze strachu – bo ta świeczka naprawdę do niej przemówiła. Doskonale pamięta ten moment. Zatkało ją wtedy. Jakże jednak teraz do tego się przyzna. Byłaby to straszna hańba. Sromota na całe życie. Że z widmami gada. Ona, światła obywatelka. Przecież to niedopuszczalne. A rzeczniczka nie ustępowała:
- Z kim, kochana, ucinasz sobie pogawędkę – słodziutko zaszczebiotała.
Na filmie widać wyraźnie jak redaktor Jeżozwierz istotnie porusza ustami i gestykuluje, przechylając głowę to w prawo, to w lewo. I nagle rzuca:
- Jak to się nie da? Ja sama już wiele rzeczy przemilczałam. I dało się.
- Do kogo ty mówisz? – jadowicie spytała rzeczniczka.
A redaktor Jeżozwierze znowu sobie przypomniała tamą scenę. I widziała oczami wyobraźni, jak świeczka wprost do niej powiada:
- Ale tego się nie da!
Rzecz jednak nie w tym, że na filmie nie ma ani świeczki, ani nie słychać jej głosu. Ale w tym, że redaktor głowę by dała sobie uciąć, że widziała świeczkę i słyszała jej głos. Jakże to tak? – patrzyła teraz przerażona na obraz. Tam była, a tutaj jej nie ma. Tam ją widziała, a tutaj nie. Czyżby kamery i mikrofony tego nie zarejestrowały, zastanawiała się zdruzgotana. Na dodatek rzeczniczka znowu ją zaatakowała:
- Przecież widać jak na dłoni, że z kimś rozmawiasz – bezczelnie napierała.
Redaktor Jeżozwierz poczęło się kręcić w głowie. Bo ponownie zobaczyła świeczkę, która do niej wrzasnęła:
- Ty zdziro! Chcesz przemilczeć zbrodnie?
Ale na filmie nic takiego nie było. Był tylko obraz, na którym widać, jak słynna dziennikarka chwyta się za głowę i wzywa pomocy dwu przyjaciółek. Właśnie pisarki Tamary Pilarczuk i feministki Kazi, mniejsza o nazwisko. Wzywa pomocy i woła:
- Nie widzicie? – wskazując nieistniejący byt.
- O czym ty, Niusia? – znowu słodko zaszczebiotała rzeczniczka.
Redaktor Jeżozwierz poczuła, jak pot jej spływa po czole. Dyskretnie otarła czoło, nie wiedziała jednak, co ma odpowiedzieć rzeczniczce, bo obraz nie kłamał. Ona rzeczywiście zadała to pytanie i przyjaciółki na filmie jej odpowiedziały: - Czego nie widzimy? - a ona wskazując nieistniejące zjawisko, dodała: - No, jej? Tam... płynie.. - I śledziła ruchy oddalającej się świeczki, aż zjawa niknęła. Naturalnie, na filmie zjawy nie widać. Ale doskonale widać zachowanie redaktor Jeżozwierz.
- Co ta scena znaczy, Niusia? – przyczepiła się rzeczniczka.
Redaktor Jeżozwierz kompletnie załamana uniosła bezradnie ramiona.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że na sali znajdowało się wielu jej przyjaciół i żaden z nich za nią się nie ujął. Niczego nie podpowiedział. Niczego nie zasugerował. Nawet się nie roześmiał, by rozładować tak strasznie napiętą sytuację. Słowa nikt nie pisnął. Panowała zimna i pełna strachu atmosfera. (...)
V
... stan wojenny zasiał w ludziach strach. Bo taki był jego cel. Zasiać nieufność, podejrzliwość i strach. Mówiła to każdemu, kogo spotkała. Zniszczyć w Polakach odwagę i poczucie ryzyka. Zmusić do milczenia. Chcą, byśmy się zamknęli sami w sobie, tłumaczyła. Byśmy pogrążyli się w samotności. Chcą rozbić więzi społeczne, relacje towarzyskie i rodzinne, mówiła. By brat bał się brata, matka syna, a córka ojca. Tak jak za Stalina. By zapanował wszechogarniający lęk. By wszyscy bali się wszystkich. Ciągle wracała do tego strachu. Jakby strach był najważniejszy. Bo w strachu można bezkarnie rządzić, wyjaśniała. I zakładać ludowi pętle na głowy. Tworzyła własną filozofię strachu. Odegrała ta filozofia nawet pewną rolę w pozyskiwaniu konspiracyjnych mieszkań. Z pozoru wydawała się absurdalna, ale gdy się jej dokładniej przyjrzeć, można było znaleźć w niej ziarno prawdy. Tak, czy inaczej, Aneta Mak znalazła klucz do psychologii strachu. Wedle jej doświadczeń, o paradoksie, ci, którzy się bali, byli wrażliwsi, delikatniejsi, z większą wyobraźnią. I mieli czulsze sumienia. Nie zdradzali. Natomiast ci, którzy twierdzili, że niczego się nie boją, nie rozumieli sytuacji. Konrad nie zawsze się z nią zgadzał. Twierdził, że należy ludziom ufać, bez względu na to, czy się boją, czy nie. Jednak fakty przemawiały za Anetą. Ci, którzy twierdzili, że niczego się nie boją, pierwsi zaczynali sypać. (...)"
Spisek barbarzyńców to druga część planowanej przez Stanisława Srokowskiego trylogii, którą rozpoczął wydanymi w 2012 roku przez wydawnictwo Arcana "Barbarzyńcami u bram". Spisek kontynuuje zderzenia konwencji – groteski i realizmu, ponownie zestawia los patriotów zaangażowanych w Solidarność Walczącą z karierami komunistów i oportunistów po '89 roku, konsekwentnie również prowadzi autor narrację w dwóch czasach – stanu wojennego i współczesnym.
O autorze:
Stanisław Srokowski - poeta, prozaik, dramaturg, krytyk literacki, publicysta. Urodzony w Hnilczu, k. Podhajec, woj. Tarnopol. W 1945 r. wypędzony z Kresów, osiedlił się wraz z rodzicami w Mieszkowicach, woj. Szczecin. Debiutował w 1958 r. w Opolu. Autor wielu tomików wierszy, powieści, zbiorów opowiadań i sztuk teatralnych: Miłość i obłąkanie, Lęk, Duchy dzieciństwa, Repatrianci i trylogia kresowa: Ukraiński kochanek, Zdrada, Ślepcy idą do nieba oraz zbiór opowiadań Strach. Tom opowiadań kresowych Nienawiść został wyróżniony w 2007 r. Nagrodą Literacką im. J. Mackiewicza i stał się kanwą dla scenariusza filmu pt. Wołyń, przygotowywanego przez W. Smarzowskiego.
Link do wywiadu z autorem Spisku barbarzyńców przeprowadzonego z okazji ukazania się na rynku pierwszego tomu trylogii oraz link do recenzji.
http://www.pch24.pl/nadchodzi-epoka-barbarzyncow,11790,i.html
http://www.pch24.pl/barbarzyncy-u-wladz,11529,i.html


Skomentuj
Komentuj jako gość