Najnowszy kryminał Zygmunta Miłoszewskiego pt. „Gniew" wprawi w szok olsztyniaków zakochanych w swoim „mieście-ogrodzie", czemu dają wyraz nalepiając na autach napis :„Kocham Olsztyn".
W książce Miłoszewskiego Olsztyn to miasto katastrofy komunikacyjnej, miasto niszczone potworkami architektonicznymi, miasto, w którym media uprawiają lizodupstwo władzy i jakby tego było mało, panuje w nim wyjątkowo paskudna pogoda.
Do tej pory myślałam, że w krytyce władz Olsztyna nikt nie jest w stanie przebić Adama Sochy. Jednak muszę przyznać, że publicystyka redaktora Sochy poświęcona miastu nad Łyną w zestawieniu z lekturą „Gniewu", jest jak kwilenie oseska przy ryku rozsierdzonego lwa.
Kryminału opisywać nie będę, bo największą zbrodnią recenzentów jest odbieranie czytelnikom tego gatunku przyjemnego dreszczyku emocji. Powiem więc tylko, że warstwa kryminalna książki dotyczy przemocy w rodzinie i jest napisana jakby pod dyktando feministek ze stowarzyszenia Feminoteka, którym autor w posłowiu dziękuje za inspirację dwiema książkami. Słynny prokurator Teodor Szacki zostaje przeniesiony do olsztyńskiej prokuratury, pełni w niej funkcję rzecznika prasowego i prowadzi śledztwo w sprawie tajemniczego zabójstwa i okaleczeń kilku mężczyzn.
Jednak mnie nie tyle wciągnęło śledztwo prowadzone przez prokuratora Szackiego, który poszukuje mściciela karzącego seksistowskich macho katujących swoje żony, co opis Olsztyna dokonany przez kogoś z zewnątrz.
Męki kierowców i pieszych
Przede wszystkim Olsztyn podpadł Miłoszewskiemu za horror komunikacyjny. Można by sądzić, że warszawiak jazdę po każdym innym mieście, powinien uznać za sielankę. Tym bardziej, że w 2013 roku jazda ulicami Olsztyna, to jeszcze nie był Armageddon, którego doświadczamy obecnie. Ale widocznie, to do czego my, olsztyńscy kierowcy, już zdążyliśmy się przyzwyczaić i uznaliśmy chyba za normę, prokuratora Teodora Szackiego (alter ego autora) doprowadziło do furii.
„W Olsztynie pierwszy dzień zimy. Całe miasto stoi w korkach. Raz, że śnieg. Dwa, że znienacka remont newralgicznego punktu przy placu Bema postanowiono przesunąć na godziny szczytu. Kierowcy mdleją z wściekłości, a prezydent mówi o centrum zarządzania transportem publicznym, zapowiadając, że kiedy nastanie złota era tramwaju, specjalne kamery będą sterować światłami".
Przywracanie, po 50 latach, tramwaju w Olsztynie, Miłoszewski komentuje tak: „Mieszkańcy Olsztyna wypowiadają się, co im jest w mieście najbardziej potrzebne: ścieżki rowerowe, hala sportowa i ważny festiwal. I nowe drogi, żeby pokonać zarazę korków. Zadziwia niskie poparcie dla sieci tramwajowej, flagowej miejskiej inwestycji. Wiceprezydent tłumaczy: „Wydaje mi się, że wielu ludzi dawno nie jeździło nowoczesnym tramwajem".
W prokuratorze Szackim krwiożerczych odruchów nie wzbudzają czyny tajemniczego mściciela, chyba nawet wzbudzają w nim cień sympatii. Tak naprawdę cały swój tytułowy gniew wyładowuje na gospodarzu miasta i jego szefie od dróg i komunikacji miejskiej. (Tego ostatniego znamy w Olsztynie także jako autorów kryminałów). „Prokurator Szacki stojąc w korku dla rozrywki zaczął sobie wyobrażać, co zrobiłby z olsztyńskim inżynierem ruchu. Na ile sposobów by go ukarał, jaki ból zadał".
„Kiedy zaraz po przeprowadzce prokurator Szacki przeczytał w „Gazecie Olsztyńskiej", że osobnik zarządzający ruchem w mieście nie wierzy w zieloną falę, bo wtedy ludzie się za bardzo rozpędzają, co stwarza zagrożenie w ruchu drogowym, pomyślał, że to nawet śmieszny żart. To nie był żart. Wkrótce dowiedział się, że w tym niewielkim koniec końców mieście, które na piechotę można przejść w pół godziny i gdzie komunikacja odbywa się szerokimi ulicami, wszyscy bez przerwy stoją w korkach. Na dodatek nie wierzono, aby mieszkańcy Olsztyna potrafili normalnie skręcić w lewo, przepuszczając najpierw jadące z naprzeciwka samochody. Dlatego, w trosce o ich bezpieczeństwo, na prawie każdym skrzyżowaniu było to niedozwolone".
Ale według Miłoszewskiego w Olsztynie na męki zostali skazani nie tylko kierowcy, dotyczy to też, paradoksalnie, pieszych, cytuję:
„Przeszli kawałek ze stacji do głównego olsztyńskiego skrzyżowania. Choć zdawało się to niemożliwe, sygnalizacja stanowiła dla pieszych jeszcze większą opresję niż dla samochodów. Kolejno wpuszczane na krzyżówkę samochody musiały dostać możliwość zjechania we wszystkie strony, co oznaczało, że piesi czekali godzinami, a potem rzucali się sprintem, bo zielone zaczynało migać właściwie zaraz potem, kiedy się zapaliło".
Rządzi nami „Betonman"
Widać, że autor kryminału musiał osobiście doświadczyć nagromadzenia komunikacyjnych absurdów Olsztyna, które nadają się do księgi Guinnessa. Odreagował kapitalną sceną rozmowy pomiędzy prokuratorem Teodorem Szackim a zastępcą dyrektora Miejskiego Zarządu Dróg i Mostów Tadeuszem Smaczkiem. Dyrektor zgłasza się do prokuratora, by złożyć zawiadomienie o przestępstwie z artykułu 212 kodeksu karnego na autora listu do prezydenta miasta. Autor listu zwraca uprzejmie prezydentowi uwagę, że zatrudnia ignoranta od ruchu miejskiego i powinien go zmienić, bowiem nawet średnio rozgarnięty kierowca, po przejechaniu po mieście, byłby w stanie usprawnić w nim komunikację.
Oto reakcja prokuratora Szackiego, dowodząca, iż Miłoszewski doskonale poznał realia życia w Olsztynie:
„Prokurator mógł go po prostu wyrzucić za drzwi, ale potem pomyślał o całej swojej krwi zepsutej, gotującej się na niezliczonych olsztyńskich skrzyżowaniach: - To „Betonman" kazał panu złożyć zawiadomienie o przestępstwie? - zapytał.
Dyrektor Smaczek: - Słucham? Przepraszam, chyba nie rozumiem?
Prokurator: - Betonman. Jak Spajderman albo Batman. Rozumie pan angielski na tyle? Człowiek nietoperz, człowiek pająk, człowiek beton. To chyba jasne. W Olsztynie tak się nazywa pańskiego pryncypała.
Dyrektor Smaczek: - Obraża pan prezydenta wybranego w demokratycznych wyborach.
Prok: - Skądże, to na pewno wspaniały człowiek, prywatnie życzę mu zdrowia, szczęścia i wszelkiej pomyślności. Obrażam jedynie jego kompetencje i jego gust. Obrażam jego wiarę w betonowanie, cementowanie, asfaltowanie i kostkobaumowanie. Ja jestem przyjezdny, mam to gdzieś, poza tym... - zawahał się – i tak wyjeżdżam. Ale tych ludzi tutaj mi żal. To miasto od czasów wojny jest konsekwentnie szpecone, niszczone i zamieniane w jakiś potworny, urbanistyczno-architektoniczny rynsztok. Ale to wy je wykończycie!"
Zawsze, ilekroć widzę auto z nalepką „Kocham Olsztyn" zastanawiam się, za co konkretnie właściciel auta „Kocha Olsztyn"? Może jakiś student socjologii z UWM zrobiłby badanie ankietowe na ten temat. Bardzo bym chciała poznać ich wynik. Czy kocha np. za to co Miłoszewski nazwał „urbanistyczno-architektonicznym rynsztokiem".
Tę swoja myśl autor rozwija jeszcze w kilku miejscach książki:
„Wszystko co w Olsztynie ładne, co nadawało temu miastu charakter, co sprawiało, że było interesujące nieoczywistą urodą twardej i zahartowanej kobiety z Północy – wszystko to zbudowali Niemcy. Cała reszta była w najlepszym razie obojętna, najczęściej jednak brzydka. A w nielicznych wypadkach tak szpetna, że stolica Warmii raz po raz stawała się pośmiewiskiem Polski ze względu na architektoniczne koszmarki, jakimi ją upiększono z uporem godnym lepszej sprawy".
Autor przebywał w Olsztynie w okresie budowy parku Centralnego i widząc już efekty betonowania miasta, dał wyraz swoim najgorszym przeczuciom, iż ten sam los czeka park:
„Biorąc pod uwagę, że w Olsztynie słowo „upiększanie" brzmiało jak groźba, zapewne wyrwą wszystko z korzeniami i na tym miejscu ułożą gigantyczną mozaikę z różowej kostki, a potem będą się chwalić, że to jedyna konstrukcja z polbruku widoczna gołym okiem z kosmosu".
Dzisiaj już wiemy, że nie spełnił się najczarniejszy scenariusz. Jak na standardy olsztyńskie w parku Centralnym użyto niewiele polbruku, tylko na główne trakty. Ale stało się tak dzięki kilkuletniej kampanii protestu kilku stowarzyszeń i „Debaty" przeciwko betonowaniu miasta.
Nuda, jak to w „Gazecie Olsztyńskiej"
Prokurator Szacki prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa, ale przy okazji odkrywa przed nami, dlaczego możliwie jest tak metodyczne niszczenie kiedyś pięknego miasta. Przyczynę upatruje w upadku wolności słowa w mieście nad Łyną, nad którym unosi się duch byłego dyrektora cenzury (nazwisko Czesława Małkowskiego zresztą też pada na kartach kryminału). I co się z tym wiąże – w upadku miejscowych mediów. Niemal przez cały kryminał prokuratorowi towarzyszy lektura „Gazety Olsztyńskiej". Z tej racji, że jest rzecznikiem prokuratury musi to robić codziennie i przeżywa z tego powodu podobne męki, jak podczas jazdy po mieście.
„Udawał, że jest pochłonięty lekturą „Gazety Olsztyńskiej", żeby nie brać udziału w rozmowie o emocjach, która wisiała w powietrzu. Kamuflaż był mocno przeciętny, nie było na świecie osoby, którą „Gazeta Olsztyńska" mogłaby aż tak bardzo zainteresować. Szacki nie raz zastanawiał się, kto tutaj patrzy władzy na ręce, skoro lokalne media zajmują się – jak w tym numerze – plebiscytami na najsympatyczniejszego listonosza (...). Plebiscyt na człowieka roku z obowiązkowym lizaniem dupska marszałkowi i prezydentowi, nadesłane do redakcji zdjęcia czytelników w stroju Mikołaja, wójt Dubeninek alarmuje o kolejnych atakach wilków, pełna namiętności dyskusja na temat obwodnicy pod tytułem „Węzeł się zakorkuje". Nuda, nuda, nuda...
Każdy rozdział kryminału otwiera kronika najważniejszych wydarzeń na świecie, w Polsce, Warmii i Mazurach oraz Olsztynie. Jeśli na świecie i w Polsce dzieją się rzeczy ważne, to w regionie i Olsztynie – gdyby wiedzę czerpać tylko z łamów „Gazety Olsztyńskie" - mają miejsce tylko sprawy duperelne, typu zainstalowano choinkę pod ratuszem albo propaganda sukcesu, jak podpisanie umowy przez wojewódzkich urzędników na budowę międzynarodowego portu lotniczego w Szymanach (autor komentuje tę wiadomość tak: „olsztyńska ulica kpi, że po zakończeniu prac tajni więźniowie CIA będą odprawiani w komfortowych warunkach").
Prokurator Szacki zostaje zaproszony na poranną rozmowę na żywo w Radio Olsztyn, spodziewa się ostrych pytań na temat porażek prokuratury, ale ku jego zaskoczeniu omal nie zasypia w studiu ukołysany banalnymi i łatwymi pytaniami.
W książce Miłoszewskiego pojawia się też „Debata" i moje nazwisko, jako jej dziennikarki. Dzwonię do prokuratora Szackiego w sprawie procesu artysty-performera Jacka Adamasa. Oto ta humorystyczna scena:
„Nazywam się Natasza Kwietniewska, dzwonię z pisma Debata. Chciałam się, po pierwsze, przedstawić, bo na pewno będziemy dużo pracować...
- Ja już nie pracuję.
- Słucham?
- Jest po siódmej. Siedzę w domu i jem kolację. Nie pracuję.
(...)
- No wie pan, ale my pracujemy. W mediach godziny są względne chciałam prosić o komentarz do dzisiejszej rozprawy pana Adamasa. Jak pan skomentuje fakt, że artysta jest prześladowany, a jego prace są cenzurowane przez funkcjonariuszy prawa pod pretekstem naruszenia przestrzeni publicznej.
Coś mu zaczęło świtać, że ktoś przypomniał Iwińskiemu jego przeszłość w PZPR, zawieszając stosownej treści tabliczkę na biurze poselskim polityka): - Proszę zrozumieć, że treść rzeczonej pracy nie ma tu nic do rzeczy, dlatego nasze działania trudno nazwać cenzurą – (powiedział poważnym tonem). - Chodzi wyłącznie o jej estetykę. Nasz urząd został zobowiązany, wynika to z dyrektyw unijnych, do ścigania osób, które swoimi działaniami oszpecają przestrzeń publiczną. Praca pana Adamasa nie była naszym zdaniem wystarczająco estetyczna.
- Ale jak pan myśli, jakie mogą być efekty restrykcyjnego stosowania takiej dyrektywy?
- Oceniamy, że w Olsztynie będzie to się wiązało z wyburzeniem okołu dwudziestu procent miejskiej zabudowy – powiedział i rozłączył się".
Jeśli realia życia w Olsztynie Zygmunt Miłoszewski oddał z okrutnym realizmem, to już sama postać prokuratora Szackiego, jego rozmowa z dyrektorem Miejskiego Zarządu Dróg i Mostów w realiach olsztyńskich jest absolutnie elementem baśniowym i surrealistycznym. Wyobrażacie sobie państwo taką reakcję miejscowego prokuratora na zawiadomienie jakie złożył dyrektor MZDiM na autora listu? Oto, jak zareagował powieściowy prokurator:
„Smaczek się zapowietrzył, ale trzymał urzędniczy fason: - Odmawia pan przyjęcia zawiadomienia o przestępstwie?!
Prokurator Szacki: - Oczywiście. Przyjęcie pańskiego zawiadomienia oznaczałoby zgodę na kolejny szczebel waszego urzędniczego szaleństwa. Oznaczałoby zgodą na przekroczenie granicy między władzą zwyczajnie niekompetentną i głupią a władzą w sowiecki sposób złą, prześladującą i zastraszająca obywateli. Co następnego wymyślicie? Wieczną katorgę na Suwalszczyźnie?"
Natasza Kwietniewska


Skomentuj
Komentuj jako gość