logodebata

JESTEŚMY ORGANIZACJĄ POŻYTKU PUBLICZNEGO. PROSIMY o 1,5% Wspomóż jedyny portal na Warmii i Mazurach, który nie boi się publikować prawdy o politykach i jest za to ciągany po sądach. Nigdy, przez 18 lat istnienia, nie dostaliśmy 1 grosza dotacji publicznej. Redaktorzy i autorzy są wolontariuszami. Nr konta bankowego Fundacji „Debata”: 26249000050000450013547512. KRS: 0000 337 806. Adres: 11-030 Purda, Patryki 46B

wtorek, kwiecień 14, 2026
  • Debata
  • Wiadomości
    • Olsztyn
    • Region
    • Polska
    • Świat
    • Urbi et Orbi
    • Kultura
  • Blogi
    • Łukasz Adamski
    • Bogdan Bachmura
    • Mariusz Korejwo
    • Adam Kowalczyk
    • Ks. Jan Rosłan
    • Adam Jerzy Socha
    • Izabela Stackiewicz
    • Bożena Ulewicz
    • Mariusz Korejwo
    • Zbigniew Lis
    • Marian Zdankowski
    • Marek Lewandowski
  • miesięcznik Debata
  • Baza Autorów
  • Kontakt
  • Jesteś tutaj:  
  • Start
  • Wiadomości
  • Olsztyn

Olsztyn

Radny J.Babalski: "PiS to już nie jest moja partia, ale jestem prawicowcem"

Szczegóły
Opublikowano: niedziela, 04 styczeń 2026 12:02
Adam Jerzy Socha

Z olsztyńskim radnym Jarosławem Babalskim o kulisach usunięcia z PiS rozmawia Adam Jerzy Socha.

- Gdy do Ciebie zadzwoniłem i zapytałem, jak się czujesz znów w szeregach bezpartyjnych, to powiedziałeś, że dobrze i że poczułeś ulgę. Czym ta ulga została spowodowana?

Jarosław Babalski: Ja się coraz gorzej czułem w szeregach swoich kolegów, „dusiłem się”. Ten mój wpis na Fb to nie był nagły wybuch frustracji. To narastało stopniowo, a przyśpieszyło po wyborach w 2023 roku i pogłębiało się systematycznie od wyborów samorządowych 2024 roku.

- Ile minęło od odejścia przez Ciebie z zawodowej służby wojskowej do startu w wyborach samorządowych?

JB: Zostałem przyniesiony do rezerwy 1 września 2012 roku (na własny wniosek), po 31 latach służby zawodowej.

- Jak to się stało, że w cywilu postanowiłeś wejść w politykę? Czy to był wpływ twojego brata Zbigniewa, byłego wojewody warmińsko-mazurskiego, wiceministra rolnictwa, długoletniego posła PiS, do 2023 roku (wycofał się ze startu do Sejmu po tym, jak dostał na liście siódme miejsce z okręgu elbląskiego)?

JB: Nie. Brat nie miał w tym żadnego udziału. To była moja samodzielna decyzja.

- Dlaczego wybrałeś karierę w wojsku?

JB: Rozumiem do czego zmierzasz. Każdy na etapie swojego rozwoju staje przed pytaniem, co chce robić w dorosłym życiu. Ja po ukończeniu szkoły średniej zdecydowałem się na założenie munduru. To mnie wtedy fascynowało. Dorastałem w Ostródzie w środowisku koleżanek i kolegów, których ojcowie byli zawodowymi żołnierzami. W rodzinie nie było tradycji wojskowej, więc nie było to takie proste. Pamiętam, że kiedy zakomunikowałem, jaką drogą chcę pójść, nie odebrano tego przychylnie. Jednak zaakceptowano moją decyzję. Dziś wiem, że wiedzieli coś, o czym ja wtedy nie miałem pojęcia. Wracając do pytania - obserwowałem to z bliska. Ostróda to było miasto koszar. Blok, w którym mieszkałem znajdował się pomiędzy dwoma jednostkami (ok 1500m w linii prostej). Wokoło były bloki wojskowe i tylko mój jeden był spółdzielni mieszkaniowej…wciśnięty pośrodku. Można powiedzieć, że nasiąkałem wojskiem. Poszedłem do szkoły wojskowej w 1981 roku w okresie tzw. „Karnawału Solidarności”.

Uprzedzę dalsze pytania. Kto mógł przypuszczać, że 13 grudnia wprowadzą stan wojenny? Pierwsza JW to był pułk przeciwlotniczy w Gołdapi (skierowanie). Ścieżka zawodowa? Od dowódcy plutonu do szefa OPL brygady. Poligony (rakietowe strzelania bojowe w Kazachstanie i tu w Polsce po upadku Układu Warszawskiego, dyżury bojowe, szkolenie, kontrole) jednym słowem „linia” i praca z ludźmi. Druga część drogi zawodowej to adm. wojskowa.

Odejście? To był proces, który rozpocząłem planowo. Pamiętam, że kiedy złożyłem wypowiedzenie wywołało to duże zaskoczenie dla przełożonego i moich znajomych. Próbowano mnie od tego odwieść, ale koniec (termin) był przemyślany i nie było żadnego odwołania. To było skutkiem prostej oceny. Osiągnąłem pułap na tej ścieżce rozwoju zawodowego. Nadszedł czas aby zając się czymś innym. Dziś z perspektywy czasu mam poczucie spełnienia w tym zawodzie. Służba w Wojsku Polskim to był dobry wybór. To była prawdziwa szkoła życia.

Odnalezienie się w nowych realiach nie sprawiło mi kłopotów. Na dyplomie ukończenia studiów zawodowych jest napisane „specjalność wojska obrony przeciwlotniczej – rakiety przeciwlotnicze”. Wejść na rynek pracy z czymś takim było niemożliwe. Dlatego już pod koniec mojej drogi zawodowej podnosiłem swoje kwalifikacje. W ramach tzw. rekonwersji ukończyłem (1999r.) studia podyplomowe na kierunku ekonomia w AON. Ukończyłem (2000 r) studia podyplomowe w zakresie obronności państwa. W 2012 uczęszczałem tu na UWM na kurs dwu semestralny dokształcający w zakresie rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Mógłbym jeszcze wymieniać kolejne zdobyte kwalifikacje, ale nie to jest tematem naszej rozmowy.

Krótko mówiąc spełniałem wymogi formalne, aby się „zaczepić”. Miałem osiąść na laurach i siedzieć w domu? Nie, to nie wchodziło w grę. Polityka jest w każdym z nas. Wreszcie mogłem swobodnie się włączyć. Dysponowałem czasem, więc zacząłem chodzić na otwarte spotkania. Kogo? To co mi grało w duszy - PiSu. Długo opowiadać dlaczego właśnie tu.

- Twoim problemem w środowisku PiS nie była zawodowa służba wojskowa, tylko to, że zapisałeś się w 1985 roku do PZPR. I to w szczególnym okresie, rok po zamordowaniu ks. Jerzego Popiełuszki. Jak do tego doszło?

JB: Pytasz o tę bestialską zbrodnię. Oglądałem relacje z procesu zabójców w telewizji. Wtedy byłem w szkole. Byłem na IV roku podchorążówki. Realizowałem to, do czego przyszły żołnierz zawodowy jest powołany. Wstąpienie do PZPR to był raczej 1984 r, nie pamiętam dokładnie. Najchętniej wymazałbym ten epizod z mojej historii. Ale trzeba stać w prawdzie. Nie dręczy mnie sumienie z tego powodu. Tu nie ma nic do ukrycia. Wstąpiłem jak wielu innych. W kadrze oficerskiej raczej było to wówczas normą. W 1985 roku zostałem promowany na pierwszy stopień oficerski. W PRL w wojsku była taka pragmatyka (drabinka) awansów. Z podporucznika na porucznika - trzy lata; z porucznika na kapitana - cztery lata; z kapitana do majora - pięć lat. Widzisz, że wokół ciebie awansują, bo się zapisali do partii i stoisz przed alternatywą, czy mam być wiecznym porucznikiem albo kapitanem? Nikt pod lufą karabinu mnie nie zapisywał. Coś za coś.

Czy ta przynależność mi w czymś pomogła? Raczej nie. Podam przykład. Zdałem egzaminy do Akademii Obrony Narodowej (to było chyba w 1992 r.!). Kiedy wróciłem do jednostki wybito mi z głowy szybką ścieżkę rozwoju. Kiedy dociekałem powodów tej zmiany to dowiedziałem się, że na drodze stanęła AK ( to sprawdzona z pewnego źródła informacja jak zostałem prześwietlony). Skąd ta AK? Moją żoną została córka żołnierza AK. Dziś dziękuję opatrzności, że tak się stało. Bo to śp. teść, żołnierz 6 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej ps. „Raszyn” „otwierał szerzej” moje oczy. Po wojnie (1947) ujawnił się i posadzili go na 15 lat. Wronki, Rawicz, przesłuchania, tortury. Dostał 12 lat za „bandycką działalność”, dołożyli mu 3 lata za „obrazę sądu” (zasnął wyczerpany podczas kolejnej rozprawy). Wyszedł z więzienia po październiku 1956 roku. Teść bardzo nade mną pracował. Pytał np. o zdarzenia z najnowszej historii Polski. Jak odpowiadałem, że nic nie wiem, to wręczał mi książkę (broszurę) do przeczytania. I potem rozmawialiśmy (spisywałem jego wspomnienia).

Często odwiedzali go ludzie piszący liczne monografie nt. AK. W 2007 roku 11 listopada towarzyszyłem małżonce podczas uroczystości wręczania najwyższych odznaczeń państwowych w Pałacu Prezydenckim w Warszawie. Moja żona odebrała z rąk Pana Prezydenta RP Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski (odznaczenie pośmiertne). Nie zapomnę tego. Taka była metoda teścia mojej reedukacji politycznej. Skuteczna, jak się okazało po latach. Historia mojego śp. ojca potoczyła się inaczej. Koniec wojny zastał go w Anglii. Służył w 5 Małopolskim Bat. Strzelców. Zdecydował się na powrót do „wolnej” Polski. Powrócił w 1946 roku. Takie to moje rodzinne „Wichry Wojny”.

„Wychodziłem mandat radnego”

- Nie miałeś w tyle głowy czegoś takiego, że może pójść do Platformy, bo tam przyjmują ludzi z PZPR i SB z otwartymi ramionami, a w PiS mogą mi wyciągać ten PZPR?

JB: Od razu powiedziałem Jerzemu Szmitowi, że mam epizod w PZPR. Nie robił z tego problemu. Zresztą, ja nie wziąłem od razu deklaracji. Wiedziałem, że trzeba jednak popracować, wykazać się. Jak to się zaczęło? W 2014 roku zostałem umiejscowiony na pozycji numer 3, w okręgu numer 3, z listy PiS do Rady Miasta Olsztyna. Byłem usatysfakcjonowany, że miałem możliwość startu z list PiS. Byłem niezrzeszony. Wziąłem się do roboty. To była kampania od „drzwi do drzwi”. Ja wtedy „zrobiłem” 6,5 tysiąca mieszkań na Nagórkach, Oś. Kościuszki, Śródmieściu, Kormoranie. 3,2 tys. skutecznie, w tym sensie, że zostały otwarte przede mną drzwi. Zaczynałem o godz. 11 i kończyłem o 19 tej. To trwało prawie 4 tygodnie.

- Jak się przedstawiałeś? Jaki był Twój przekaz?

JB: To były ułamki sekund, żeby się przedstawić. W pierwszych słowach przepraszałem za najście, przedstawiałem się, z imienia i nazwiska, trzymałem w ręku ulotkę, jestem bezpartyjny, startuję z listy PiS i miałem jedno zdanie, które powtarzałem cały czas jak katarynka, „startuję do Rady Miasta i proszę Pana (Panią), o oddanie głosu na mnie”. Niektórzy zamykali drzwi od razu. Były też i miłe reakcje…wyzwiska i inwektywy. Dzisiaj bym tego manewru już nie powtórzył. Jesteśmy w zupełnie innym okresie. Od 2014 roku społeczeństwo zostało przez rządzących tak skutecznie zantagonizowane, że taka akcja dziś jest, w mojej ocenie, nieskuteczna. Ten duopol partyjny zrobił swoje.

- I wychodziłeś mandat radnego.

JB: Do dzisiaj pamiętam swój wynik: 447 głosów z tych 3.2 tys. otwartych drzwi. To pokazuje ogrom pracy jaką wykonałem. Nikt mi niczego nie podarował. Wpuszczono mnie tylko na listy. Osiągnąłem założony cel. Byłem zaskoczony takim finałem. 22 wynik w 25 osobowej Radzie Miasta. Jak na debiutanta, to miałem powody do pewnej satysfakcji. Teraz trzeba było pokazać, że postawiono na właściwą osobę. Chyba nie zawiodłem tych, co na mnie zagłosowali. W pierwszej mojej kadencji w radzie miasta można powiedzieć wchodziłem w problematykę samorządu. Sprawy miejskie: gospodarka, inwestycje, oświata itd. Uczyłem się samorządu. Robię to po dzień dzisiejszy, ale już jako niezrzeszony.

- Po wygranych wyborach przez PiS w 2015 roku zostałeś jednym z pełnomocników wojewody Artura Chojeckiego. Zabiegałeś o to?

JB: To była zdaje się druga połowa 2016 roku. Nie, to pan Chojecki mnie ściągnął do siebie. Pamiętam, że mój brat odradzał wojewodzie żeby mnie brał do urzędu wojewódzkiego. Dziwne? Pryncypia zadziałały (uśmiech). W polityce nie jest to dobrze oceniane. Ja to rozumiem, ale wydaje mi się, że swoją pracą, a nie protekcjonizmem wykazałem swoją przydatność w realizacji zadań jakie mi postawiono. Na dzień dobry powiedziałem Wojewodzie „Jesteś przedstawicielem rządu w terenie. Czy to nie będzie dla ciebie jakimś obciążeniem, że byłem w PZPR?” Decyzja o włączeniu mnie do zespołu była odpowiedzią. Tak się zaczęło. Byłem dyspozycyjny i lojalny. Byłem przy Wojewodzie do zmiany władzy w 2023 roku.

- Dopiero po 8 latach zostałeś przyjęty do PiS, w 2020 roku. Długo Szmit trzymał ciebie w „poczekalni”

JB: To prawda. Trzymano mnie jakiś czas w poczekalni. Deklaracja w leżała „zamrażarce” i tyle. Nie pamiętam kiedy dokładnie ją złożyłem. Przyjęto mnie we wrześniu 2020 roku. Myślę, że szybko dostrzeżono moją „rogatą duszę”. Od 2014 roku byłem już zaangażowany w prace rady miasta. Wojsko skutecznie trzymało mnie w ryzach, ale w innych realiach do głosu doszło moje drugie ja (uśmiech). Nie siedzę cicho jak zdecydowana większość radnych. Czytam, analizuję i pytam. Jak mam wątpliwości, to mówię patrząc w oczy swoim adwersarzom. To chyba m. in. dlatego ćwiczono moją cierpliwość. Nie skarżyłem się. Uważałem, że muszę się pokazać, że jestem wartościowy, że można na mnie liczyć. Uczestniczyłem w kampaniach wyborczych, wręcz te kampanie prowadziłem, prowadziłem sprawy administracyjno-biurowe, organizacyjne itp. Byłem w tym, czego się podejmowałem i co robiłem, rzetelny, lojalny i pryncypialny. Moja ocena jest oczywiście subiektywna, ale szczera. Czy popełniałem błędy? A któż ich nie popełnia.

„Liczy się protekcjonizm, a nie praca”

Po wyborach w 2019 roku poseł Iwona Arent zostaje namaszczona przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego na pełnomocnika na Warmię i Mazury, po tym jak odsunął na boczny tor Jerzego Szmita. Arent wymiata cały miejski komitet na czele z Dariuszem Rudnikiem i ciebie powołuje na pełnomocnika miejskiego PiS w Olsztynie.

JB: To była jesień 2022 r. Nie zabiegałem o to. To był chyba jej wybór. Nie wiem tego. Zapytała: „Czy weźmiesz to?” „Jeśli uważasz, że nie ma lepszych ode mnie, to proszę bardzo. Spróbuję to pociągnąć”. Pamiętam, że zapytałem o oczekiwania wynikające z tej zmiany. Nie doczekałem się konkretów. Wystarczyły mi dokumenty normatywne, mam na myśli statut partii (wytyczne, zarządzenia, instrukcje), do działania. Od tego zacząłem realizację tego zadania. Jak to wyszło przez ten krótki czas? To pytanie do ludzi (członków i sympatyków PiS). Chyba za bardzo się zaangażowałem. Tak to dziś oceniam.

- Czy nie miałeś wewnętrznych oporów? Przecież było tyle publikacji na temat Helpera i roli w tym poseł Arent?

JB: Wszyscy to wiedzą (mam na myśli liczne publikacje medialne), ale to nie moja sprawa. Ja skupiłem swój wysiłek na pracy w strukturze miejskiej.

- Byłem na kongresie w Warszawie „Polska Wielki Projekt” przed tym zwycięstwem PiS w 2015 roku. Rozmawiałem tam z prof. Ryszardem Legutko. Powiedziałem mu, że „czarno to widzę” jak PiS dojdzie do władzy, patrząc na jakość i morale kadr na dole. Uspokajał mnie, że prezes zna się na ludziach, ma już ekipę kompetentnych ludzi. Patrząc, przez pryzmat naszego regionu, moje obawy były słuszne. Szmit stracił stanowisko wiceministra infrastruktury, potem odwołano skompromitowany cały zarząd spółki kolejowej, w której zasiadał. Za jego tu szefowania zaczęło się obsadzanie stanowisk „tłustymi kotami”.

JB: Adam. Stawiasz trudne pytania. To temat rzeka. Wszyscy to wiedzą, bo w tym siedzą od wielu lat. Szkoda tylko, że wybierają szemranie po kątach. To jedna z przyczyn, która osłabia a nie wzmacnia strukturę komitetu miejskiego. Jak trzeba szczerej rozmowy to nabierają wody w usta. Z tego rodzą się plotki i nieporozumienia. Ludzkie ułomności - wiesz. Jednym słowem proza życia.

- No dobrze, ale chyba możesz powiedzieć, co robiłeś przez rok, jak 3 października 2022 r. zostałeś pełnomocnikiem miejskim?

JB: Uporządkowałem sprawy administracyjnie, biurowe, finanse, sprawy członkowskie. To zajęło mi chyba trzy miesiące. Kwerendę tego, co zastałem najlepiej określić jednym słowem „chaos”. Przejście od „makulatury” do cyfrowego skatalogowania danych, to wymagało trochę czasu. Dziesiątki telefonów, rozmów, e-maili, weryfikacja danych itd., to praca, którą wykonałem. Do tego sprawy bieżące, wynikające choćby ze statutu. Jest co robić. Paradoksalnie ta robota była bardzo poznawcza. Kiedy sięgasz do trzewi, to rysuje się pewien obraz dotąd tajemniczy, nieznany.

- Tam byli dziwni ludzie. Taka pani, która miała za uszami wyrok za defraudację pieniędzy związkowych. Czy ty z takimi ludźmi pracowałeś, czy też ich odsunąłeś?

JB: Nie dam się wciągnąć w ten obszar. Odpowiem tak. Nie moim zadaniem było prześwietlanie życiorysów członków. Wystarczyło mi, że poznałem, kto z kim pogrywa. Wiedziałem, że aby nadać mojej pracy nowy wymiar, musiałem odciąć się od pewnych ludzi, zarysować kierunek, w jakim chcę iść, zaprosić do współpracy nowych ludzi. Nie do końca mi się to zresztą udało, ale postęp był. Może to brzmi zbyt filozoficznie, ale ci którzy obserwowali efekty mojej pracy doskonale wiedzą, co mam na myśli (jak to przeczytają). Od samego początku natrafiłem nazwijmy to na opór. W czym się to przejawiło? Mój poprzednik nie przejawiał ochoty, aby przekazać (protokólarnie) mi dokumentację. W ogóle nie odbierał telefonu. Wykonałem ich x 3 w różnych odstępach dni…głuchy telefon. Spróbowałem poprzez inne osoby i też bez pozytywnego skutku. Wreszcie poprosiłem o interwencję szefa okręgu panią poseł. Wtedy zadziałało. Jak to się odbyło to daruj, ale musiałbym użyć języka mało dyplomatycznego. Cały czas mówię o tej części adm.-ewidencyjnej.

Jeśli chodzi o część finansową (raporty, druki, majątek ruchomy) bo to oddzielna część przejęcia - przeszła (po zgodach i uzgodnieniach) sprawniej. Na marginesie tej „szarpaniny” dodam, że niektórych rzeczy nie doprosiłem się do końca mojego szefowania. Wtajemniczeni wiedzą, co mam na myśli. Tak to w telegraficznym skrócie wyglądało. Taki był start. Potem jak już rozpędzałem się w tej pracy nie było wiele lepiej. Tego wywiadu nie zakończyłbyś dzisiejszego wieczora. Jest takie powiedzenie „wodzów wielu, a żołnierzy jak na lekarstwo” czy jakoś tak, ale to oddaje klimat w jakim przyszło mi realizować zadanie, którego się podjąłem.

Wszystkie moje działania skrupulatnie opisywałem. Sporządzałem Raporty (półroczny, potem roczny). To statutowy wymóg. Składałem to na ręce Szefa Okręgu. Tam były wnioski i propozycje dalszych działań. Czy Pani poseł to czytała (pytanie retoryczne)? Właśnie to jest najgorsze…harujesz, poświęcasz swój czas, a to wszystko w piach. Oni twoją pracę mają za nic. To co zrobiłeś, to się nie liczy. Liczy się kto z kim itd. Liczy się protekcjonizm, a nie praca. Inaczej to sobie wyobrażałem w 2014 roku jak w to wchodziłem. Kompletne frajerstwo.

- Ano właśnie, jaką miałeś wizję partii w państwie demokratycznym?

JB: Pytasz o demokrację? Wiesz, jaka jest różnica między wolnością, a demokracją? Znasz to? Demokracja jest wtedy, jak dwa wilki siedzą z owcą i deliberują, co dzisiaj będziemy jeść na obiad. A wolność jest wtedy, kiedy uzbrojona po zęby owca siedzi z wilkami i to ona decyduje, co będzie dzisiaj obiadem. Taka jest subtelna różnica. Ja zostałem ukształtowany w instytucji zhierarchizowanej, z regulaminami, tam jest (było) wszystko opisane, więc tam nie było wolnej amerykanki, improwizacji. Wykonujesz polecenia i tyle.

Tu przyszedłem do organizacji demokratycznej, gdzie polemika, ścieranie się, wymiana zdań powinna być normą. Takie było moje wyobrażenie o partii w wolnym demokratycznym państwie. Szybko zorientowałem się, że moje wyobrażenia rozjeżdżają się z rzeczywistością. Tu jest jak w wojsku. Jeden zabiera głos, reszta siedzi, słucha, albo jak gadają, to tak, żeby się nie narazić. Myślałem sobie, że to minie, to ten człowiek narzuca taki styl. Jak przyjdzie inny, to będzie inaczej. Zaproponowałem inny styl pracy, zmieniałem anturaż spotkań, wprowadziłem nową agendę spotkań. Dążyłem do realizacji spotkań, nie tylko otwartych z udziałem sympatyków, ale przede wszystkim członków partii. Bali się ostrej dyskusji i że sympatycy się obrażą? Wydaje mi się, że rdzeniem wszystkich działań są członkowie partii. To wszystko ma odzwierciedlenie w dokumentach, które po mnie zostały. Nie muszę nikomu nic udowadniać, a że tak do końca nie było. No cóż, pewnych rzeczy nie dało się wyperswadować. Są ludzie, którzy to potwierdzą jeśli trzeba.

- Na Ciebie się skarżyli, jako na pełnomocnika miejskiego, że wprowadziłeś „kapralski dryl”.

JB: Tak mogą mówić tylko ludzie z jakimś urazem z przeszłości. Może w wojsku dostali za mocno w pewną część ciała…mają uraz, nie mogą znieść, że ktoś inny zaprezentował coś nowego, co ma pozytywny wydźwięk. Docierały do mnie różne komentarze, że np. Babalski tylko o składkach potrafi mówić. Tak, był to stały element zebrań. Skarbnik przedstawiał np. sprawozdanie z wpływów i wydatków. Było tak co miesiąc. Potem zgodnie z wnioskiem, jaki padł podczas jednego z zebrań, takie sprawozdania skarbnik przedstawiał kwartalnie. Finanse i ich przejrzystość zabolało widocznie albo zaczęło niektórych uwierać (uśmiech).

„Tłuste koty zapomniały o płaceniu składek”

- No właśnie, zarzucają ci teraz, że od innych wymagałeś a sam płaciłeś tylko 5 zł, a nie 100.

JB: 5 zł zacząłem płacić jak mnie wywalili. Ale to wymaga wyjaśnienia. Jak zostałem pełnomocnikiem miejskim, to zabrałem się do porządkowania „stajni Augiasza”. Na skarbnika powołałem wspaniałą, uczciwą Panią (jest zresztą po dzień dzisiejszy). Kiedy już się mnie pozbyli, ona dalej realizowała (realizuje) to zadanie. Dziękuję jej za tę pracę przy każdej sposobności. Dobra księgowa to klucz do sukcesu każdej instytucji. To chyba oczywista oczywistość (uśmiech). Z sekretarzem, przyznaję, ociągałem się. Sam wolałem wszystkiego dopilnować. To raczej wynikało z mojego ograniczonego zaufania w ogóle. Owszem ta osoba pomagała mi, ale to nie było to czego oczekiwałem. Nie narzekałem z tego powodu. To jest osoba jednak do innych zadań (nie wiem czy zostanę dobrze zrozumiany, nie chcę go urazić). Wszystko sformalizowałem. Pieczątki, druki ścisłego zarachowania, sejf, zasady obiegu informacji w zarządzie i oczywiście w komitecie miejskim. Żadne załatwiane spraw na przysłowiową „gębę”, a o pieniądzach już nie wspomnę. Na wszystko są faktury itp. Wszystko transparentne, rozpisane na nuty. Niech tę robotę, jaką wykonałem, ocenią inni. Ja dążyłem do takiej organizacji pracy.

Wspomniałem już wcześniej o kwerendzie dokumentów. To, czemu szczególnie poświęcałem czas, to uporządkowanie spraw finansowych (składki)! Tę pracę wykonałem sam. Jak złapałem przysłowiowego „byka za rogi” dopiero wtedy zaprosiłem do pracy skarbnika i przygotowałem tzw. start. To co uchwyciłem i zanim to zbilansowałem, to niejednokrotnie weryfikowałem bezpośrednio z osobami wobec, których miałem wątpliwości (białe plamy). To samo zrobiłem porządkując ewidencję członków. Taka była metodologia mojej pracy. W ten sposób powstała lista osób, przy których stwierdziłem braki udokumentowanych dowodów wpłat. Temat był (jest) delikatny. Jak drążyłem, to okazywało się, że są tacy, którzy odprowadzają składki do centrali. Pytam…dlaczego nie tu, w komitecie miejskim? Nie powiem ci co usłyszałem w odpowiedzi. Musiałem to weryfikować w porozumieniu ze skarbnikiem okręgowym. To wszystko bardzo mi wydłużało pracę. Podobnie z ewidencją. Podam przykład z porządkowania tej ewidencji. Kiedy poinformowałem pewną zacną Panią, że nie mam jej w ewidencji i trzeba będzie powtórzyć sprawy formalne (jak się okazało wieloletni członek partii), to pani poczuła się urażona (nie dziwię się). Przestała przychodzić na zebrania. Bardzo mi na niej zależało. Wyprostowałem to i Pani ponownie zaczęła się pojawiać na zebraniach. Takich przypadków miałem wiele np. ludzie z Dobrego Miasta w strukturze komitetu miejskiego Olsztyn. Pytam…dlaczego wybrali Olsztyn. W odpowiedzi usłyszałem, że tam nic się nie dzieje, a jeśli cokolwiek to jest to fikcja. Czy to normalne? Ludzie, do których docierałem, mieszkali już od lat np. w Białymstoku, Toruniu, Jezioranach itd. To wszystko znalazło się w sprawozdaniu rocznym w formie załącznika, który utajniłem i wręczyłem w zalakowanej kopercie Przewodniczącej okręgu. Poinformowałem o swoich działaniach również członków partii na jednym z zebrań. Zaproponowałem sposób rozwiązania tej delikatnej sprawy.

Wsadziłem kij w mrowisko. No i się zaczęło. Jest w dokumentacji określającej obowiązki członka partii coś takiego jak Regulamin kasowy. Tam jest określone, kto i w jakiej wysokości ma obowiązek odprowadzać składkę członkowską. Nic nadzwyczajnego przecież. Należysz do klubu golfowego, brydżowego, a co dopiero do poważnej organizacji partyjnej to odprowadzasz składkę. To są pieniądze na wynajęcie sali dla potrzeb przeprowadzenia zebrania, kwiaty, podstawowy catering, zakupy materiałów biurowych itd. To wszystko określa regulamin (wysokość środków na to co powiedziałem, pozostałe pieniądze trafiają do skarbnika okręgu i odprowadzane są do centrali). Zaczynając od posłów (posłowie mnie nie obchodzili, bo płacą w centrali), prezydentów miast, burmistrzów, wójtów, radnych poszczególnych szczebli samorządowych do szeregowych członków. Co się okazało po kwerendzie? Szeregowi w przeważającej większości płacili, a działacze na lukratywnych stołkach mieli z tym problem! Zrobiłem listę tych roztargnionych „milionerów”, i rozpocząłem pielgrzymkę. Siedemnaście nazwisk. Pokazuję tę listę Przewodniczącej okręgu i mówię, że coś trzeba z tym zrobić. Drążę temat. Dzwonię do centrali w tej sprawie i mówię, że tak nie może być. Ja w instrukcji kasowej mam luki i nie wiem, co mam zrobić np. z prezesami, dyrektorami, z tymi ludźmi, którzy są na stanowiskach i nie płacą składek, ponieważ nie są wyszczególnieni w instrukcji. „A czego pan ode mnie oczekuje? - słyszę w odpowiedzi. - że ja panu zmienię regulamin kasowy?” I ja sobie wtedy myślę - to ja jestem jakimś ciężkim frajerem. Ja odprowadzam 1200 zł rocznie jako radny, a „tłuste koty” nie płacą od lat? Pada tu na miejscu pytanie do mnie jak ja sobie to wyobrażam?

Ktoś „roztargniony” ma np. zapłacić za pięć lat wstecz? Ja na to: „zaczynamy egzekwować składki od momentu, jak zostałaś pełnomocnikiem. To chyba jest uczciwe. Za to ponosimy odpowiedzialność. Punkt zero. „A ile mają płacić ci których pomija instrukcja kasowa?” Mówię, że co najmniej tyle ile radny, czyli 100 zł. Składka jest deklaratywna. Niech zadeklarują co łaska, ale nie mniej niż radny wojewódzki. A co z tymi, którzy ze względu na pełnioną funkcję zawiesili się w prawach członka? Dla takich „cwaniaków” wręczałem druki darowizny. Jak poważna partia może prowadzić działalność za 5 zł od emerytów? Idę do wojewody i mówię, „(…) nie może tak być! Tu jest siedemnaście nazwisk osób na stanowiskach, które nie płacą, a tą listę otwiera ….”. Tak to w wielkim skrócie wyglądało. Pominę już te żenujące dla mnie rozmowy z roztargnionymi „tłustymi kotami”.

„Czasy partyzantki się skończyły”

- Chojecki chyba się nie obraził, bo po przegranych wyborach przez PiS w 2023 roku a wygranych dla niego, bo został posłem, powołał ciebie na sekretarza zarządu wojewódzkiego 8 grudnia 2023 roku, a 23 grudnia, tracisz zaufanie Chojeckiego, bo nie poszedłeś pod TVP Olsztyn zapalić świeczkę w proteście przeciwko siłowemu przejmowaniu telewizji publicznej.

JB: Za co miałby się niby obrazić? Za skuteczną pracę jaką wykonywałem?! Dyscyplina finansów się poprawiła i to znacząco, ciągle był z tym problem, ale „prostowałem te kręte ścieżki”. Owszem. Parę osób się wykręciło sianem piętrząc wymówki. Kiedy zrezygnowałem z tych „zaszczytów” nie musiałem już świecić frajerskim przykładem w odprowadzaniu określonej dla radnego stawki (niech pokażą mi, że zaległości uregulowali inni). Pytasz o moją błyskotliwą rolę sekretarza? Zostałem powołany 4 grudnia, ale bardziej zapamiętałem inne zdarzenie. 13 grudnia sekretarze i skarbnicy okręgowi zostali wezwani do centrali. Spotkanie poświęcone było sprawom organizacyjnym (sprawozdawczość, finanse, metody działań usprawniające pracę), krótko mówiąc to miało zaktywizować tzw. doły partyjne). Wyobrażasz sobie co ja tam usłyszałem? Dokładnie to, z czym tu się szarpałem. Pamiętasz te wezwania w ogólnopolskich przekazach medialnych o wpłacanie na konto partii bo „Uśmiechnięci” dotację wycieli?

Wróciłem do Olsztyna i jak myślisz co zrobiłem? Przelałem to na papier i wysłałem do pełnomocników powiatowych w całym województwie. Co tam było? Zadania i terminy realizacji. Skoro mam to zrealizować musiałem poznać, co dzieje się w terenie. To była jazda (śmiech). Od czterech pełnomocników otrzymałem to, o co poprosiłem m.in. od mojego brata (powiat ostródzki). Przekazał, ale skomentował to, w sposób szczególny. „Jak stawiasz zadania, to nie wszystkim się to spodoba. Długo nie powalczysz”. Tak to chyba mi przepowiedział…23 grudnia złożyłem rezygnację. „Istny cyrk” - centrala stawia zadania, ale zapomina trząchnąć „tuzami” w terenie.

W tym sensie mój brat to przewidział. Miał rację też w innej kwestii. Chojeckiemu był potrzebny koń roboczy, a nie jakaś praca organiczna i wzmacnianie struktur. Sprawy były wówczas bardzo dynamiczne (awantura z TVP). On w pewnym momencie przestał ode mnie odbierać telefony, a ja go pilnie potrzebowałem (sprawy wymagające jego decyzji). Nie mogłem przecież w swoich działaniach pominąć Szefa. Zapadł się pod ziemię. Wkurzyłem się, zadziałała przypowieść - jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. W momencie tego przesilenia, on dzwoni do mnie. Ja wiem, co się dzieje. Nie trzeba być jasnowidzem. Aha, jestem potrzebny. Aha, jest akcja, to dzwoni. On się do mnie dobija, ja nie odbieram. W końcu odbieram od Pani prowadzącej jego biuro. Pada pytanie, „Jarek, dlaczego nie odbierasz telefonów? Chojecki nie może się do ciebie dodzwonić. A ja mówię: powiedz mu, że jak nie odbierał ode mnie telefonów, to obieg informacji jest w obie strony…ja też nie odbieram. „Ale tak nie możesz, trzeba zorganizować akcję pod TVP. I wtedy mu się postawiłem. Powiedziałem: „harcerstwo się skończyło. Takie zgromadzenie trzeba zgłosić w urzędzie. Bo jeśli ja to zwołam, a ktoś komuś da po gębie, ktoś rzuci cegłą i wybije szybę, to kogo będą tam brać za kołnierz? Tego, co rzucił i uciekł, czy tego, który zwołał to zbiegowisko? Mówię, „jestem za stary już i na takie harcerstwo. Ja nie będę takiej partyzantki robił. Gdyby tu pod ośrodkiem TVP stanął poseł Chojecki i Arent, których chronił immunitet, to inna sprawa, tak jak w Warszawie pod TVP poszli posłowie PiS, to proszę bardzo. A w Olsztynie pod budynek TVP kto przyszedł? Szmit z kilkoma swoimi ludźmi. Widzisz tę partyzantkę? I tak się dzieje tu od lat. Tak ma wyglądać?

- A ja myślałem, że Ty nie poszedłeś pod TVP, bo też uznałeś, że TVP Kurskiego przyczyniła się do utraty władzy przez PiS, bo to była sama propaganda. Pamiętam, że wówczas przyznałeś mi, że ta klęska nie wziął się znikąd, tylko z głębokich błędów, mówiłeś o partiokracji i że wystosowałeś list do członków partii. Czy możesz teraz ujawnić, co w nim napisałeś?

JB: List był napisany w momencie, kiedy Chojecki mówi do mnie „straciłem do ciebie zaufanie, musimy się rozstać”. A ja mu odpowiadam, „(…) chciałbym poznać uzasadnienie …” „… nie Ty będziesz mnie zwalniał, tylko ja rezygnuję”. I wtedy napisałem list, wyjaśniając dlaczego odchodzę.

- A co napisałeś w tym liście? Możesz teraz ujawnić?

JB: Nie, nie mogę ujawnić treści rozmowy i treści tego listu. Jestem związany słowem, które mu dałem. W liście nie ma niczego sensacyjnego. Wyjaśniłem powody, dlaczego nie mogę realizować zadań wynikających ze statutu.

„Układanie list wyborczych to pospolite kumoterstwo”

- Porozmawiajmy zatem o Tobie jako radnym. Byłeś zawsze przygotowany na sesję. Czytałeś wszystkie projekty uchwał. Byłeś więc w stanie je na sesji merytorycznie ocenić i skrytykować. Naparzałeś się politycznie z prezydentem Piotrem Grzymowiczem, który stał się gorliwszym wrogiem PiS od radnych PO. A z drugiej strony psułeś to, atakując radnych PO ad personam, wdawałeś się w pyskówki. Wszedłeś w buty Rudnika, pod tym względem. Gdyby nie to, to radni Platformy nie odwołaliby cię z wiceprzewodniczącego rady.

JB: Dzięki za tą ocenę. To wynika z mojej osobowości. Jestem impulsywnym człowiekiem. Staram się nad tym panować, ale czasami jak widzę, że ktoś mi tak ewidentnie nawija makaron na uszy, to ja po prostu nie mogę się powstrzymać.

- Pamiętam taką rozmowę z Tobą po wyborach samorządowych w 2024 roku. Byłeś sfrustrowany, że naharowałeś się, a nie zostałeś doceniony w klubie radnych PiS. Zgłosiłeś swoją kandydaturę na wiceprzewodniczącego rady i szefa klubu radnych i przegrałeś. Dostałeś tylko jeden głos, chyba swój?

JB: Nie, nie jeden, a trzy głosy. Przy tej okazji wyszło kłamstewko osoby, wobec której najbardziej jestem rozczarowany. Moja przegrana była przewidywalna. Na układy nie ma rady. To jak rozdzielili się rolami to kpina i żałosna farsa.
To ma być opozycja? To kompromitacja. W tym miejscu warto przybliżyć działaczom mechanizm układania list. Jak jeszcze byłem szefem Komitetu Miejskiego, ogłosiłem na zebraniu: „Kto chce zawalczyć o mandat radnego, czuje, że ma predyspozycje, to proszę zgłaszać się do mnie, otwieram listę i przekażę gdzie trzeba. Oczywiście od razu zastrzegałem, że to nie ja będę o tym decydował. Kto się na liście znajdzie i na którym miejscu. I zgłosiły się do mnie 22 osoby. Listę przekazałem dla pani radnej Edyty Markowicz, bo to ona na krótko po mnie została szefem struktury miejskiej. Nie miałem już wpływu na ten proces.

Zabieg był prosty - wycięto działaczy, bądź zaproponowano im miejsca w tzw. ogonach. Na listach pojawili się i to na jedynce i dwójkach, ludzie, którzy w ogóle nie działali w PiS albo mieli z partią tyle wspólnego, co ja z Eskimosami. I co? Ktoś podskoczył? Przypominam, na którym miejscu mnie umiejscowiono w 2014 roku. Mam etyczne prawo o tym głośno mówić. Czy to jest w porządku? Rozumiem wpływ „góry” na obsadzanie list w sejmiku (tu też mam swoje spostrzeżenia), ale do poziomu rad gmin, rad miejskich, odbierać prawo do kształtowania list bezpośrednio członkom struktur?!

- Dla mnie to było zaskoczenie, że Chojecki jednak dał Ci jedynkę, mimo że wcześniej mu podpadłeś, bo nie poszedłeś zapalić świeczki pod TVP. To coś wspaniałomyślnego jak na polityka.

JB: Nie żartuj sobie. Ja też byłem zaskoczony. Miałem podstawy, aby mieć wątpliwości. Doszło do mnie z trzech niezależnych źródeł, że publicznie (podczas Zarządu okręgu, który zatwierdzał listy do wyborów), padł tekst: „… żadnych Babalskich na liście …”.

- Kto był na tyle mocny? Iwona Arent?

Myślę, że jednak Ona, ale to tylko przypuszczenie. Jak zaczynałem z nią pracować, to określiłem swoje warunki: „Ja będę pracował, ale chcę mieć gwarancję, że mam pewną jedynkę”. Czy to jest kumoterstwo, czy uczciwe postawienie sprawy? Ja ze swoich zobowiązań się wywiązałem. Mierzyłem w sejmik, po dwóch kadencjach harówy w radzie miasta, to chyba naturalna kolej rzeczy. Ale wiedziałem, że Pani poseł jest „za słaba”, abym mógł znaleźć się na liście do sejmiku. Tam znaleźli się ludzie, bez doświadczenia samorządowego, i to na jedynkach. Na zasadzie „znajomy królika”. Jak pytasz o wyniki w wyborach i przyczyny, że KO od lat trzęsie miastem i regionem, to jedną z przyczyn jest to, kto układa listy do rad gmin, powiatów i do sejmiku.

- Myślę, że tu działa też mechanizm zabezpieczenia swoich ludzi. Dlatego Chojecki powstawiał na listy ludzi z urzędu wojewódzkiego, którzy stracili pracę. No i tych, którzy dali mu kasę na kampanię.

JB: Nazywaj to jak chcesz. Dla mnie to pospolite kumoterstwo, fraternizacja w najlepszym wydaniu. To pasuje jak ulał do opisywanego ostatnio sensacyjnego zatrudnienia w UW (wiceprzewodniczącego rady miasta Grzegorza Smolińskiego – przypis A.Socha). Dawno to przewidziałem. Pytanie było tylko gdzie i kiedy? Ale to świadczy tylko jak bardzo upadły w partii pryncypia. Wyjaśnienia, że to przecież ludzkie podanie ręki, jak to określiła liderka PSL na WM? Ciekawe co ma do powiedzenia innym, którzy wykazali się kompetencjami (są tacy w PiS), a potraktowano ich z „buta”. Niestety, ale członkowie partii są potrzebni tylko do noszenia szturmówek albo do wieszania banerów, improwizacyjnych masówek, bo tego oczekuje centrala! I to mnie zaczęło irytować.

- Jak porównam pierwsze składy rady miejskiej a teraz, to różnica jest kosmiczna. Teraz jest totalne upartyjnienie. Aczkolwiek jest jedna niespodzianka w klubie PiS – Adam Andrasz, który został wzięty na listę z Solidarnej Polski. Ma starannie przygotowane, merytoryczne wystąpienia na sesjach i propozycje na konferencjach prasowych. To jest w tej chwili gwiazda na tle całej rady miejskiej.

JB: Zgadzam się, to jest pozytywna niespodzianka. Z takimi ludźmi warto pracować. Jeszcze się uczy, ale takich ludzi w radzie potrzeba więcej.

- Dlaczego przegrałeś wybory na wiceprzewodniczącego rady i szefa klubu z Grzegorzem Smolińskim i Zdzisławą Tołwińską, statystami w radzie?

JB: Już to wyjaśniałem. Prawa „demokracji” zadziałały (śmiech). Ja tego wyboru nie zaakceptowałem i uzasadniłem dlaczego. Zaproponowałem swoją osobę. Słyszę w odpowiedzi, że ciebie nie wybiorą. Słyszysz co oni mi odpowiedzieli? Nie przypominam sobie, że Prezes Kaczyński pytał KO czy może do prezydium sejmu delegować Panią Witek? Chyba nie muszę tego dalej rozwijać.

- Czy to od tego momentu się odsunąłeś, bo przesiadłeś się na drugą stronę sali sesyjnej, gdzie siedzą radni Koalicji?

JB: Nie. To, że się przesiadłem, to był efekt tego, że zostałem zawieszony w prawach członka klubu.

- Za co zostałeś zawieszony?

JB: Przestałem przychodzić na posiedzenia klubu, bo poczułem się zlekceważony. Przed sesjami spotykamy się w gronie klubu, gdzie powinniśmy ustalić strategię, jak głosujemy, gdzie wchodzimy w polemikę, kto się przygotowuje. Niestety to tylko teoria. To w większości była strata czasu. W lutym br. przyszedłem na klub jak zawsze. Na klubie zjawiło się jeszcze dwóch radnych. Ja, członek PiS i 2 radnych niezrzeszonych (jest nas w klubie 8). Upraszczam tę sytuację, bo sprawa była jeszcze bardziej komiczna. Klub prowadzi nie członek partii, bo takie otrzymał plenipotencje od nieobecnej szefowej klubu. Jak to nazwiesz? Tam były ciekawsze sytuacje, które obrazują pracę i podejście tych ludzi. Dajmy spokój, szkoda czasu aby to rozwijać.

- I za to Cię zawiesili?

JB: Nazbierało się, to mnie zawiesili. Wyleciałem za ten nieszczęśliwy wpis na whatsappie pod adresem przewodniczącej klubu. Wtyka w klubie już to doniosła do pewnego ambitnego lokalnego medium, aby uderzyć we mnie. Problemem nie był donosiciel, tylko ten mój niegrzeczny wpis "Ta durna dziunia nic nie rozumie".
Spieraliśmy się w sprawie głosowania jednej z uchwał. Ja mówiłem, że absolutnie nie powinniśmy głosować „za”. A przewodnicząca klubu wprowadza dyscyplinę głosowania. Mówię jej: „jesteś na pasku Koalicji”. Głosowałem „za”, no bo dyscyplina partyjna, ale mnie dodatkowo wkurzyła swoim wystąpieniem na sesji przed głosowaniem, dlaczego klub PiS będzie „za”. Nie wytrzymałem i napisałem komentarz – jak sądziłem – wyłącznie do radnego Andrasza. Niestety, nie zmieniłem komunikatora i poszło na okólnik klubu.

- Po utracie władzy przez PiS, przyznałeś mi, że stała się fatalna rzecz, że prezes Kaczyński ogłosił „nie ma rozliczeń, nie tłumaczymy się z błędów”, że to się zemści. Jak widzimy po sondażach, miałeś rację.

JB: Nie wiem czy miałem rację, ale widzimy co się dzieje. „Komentariat” (ten centrowy) nie ma wątpliwości, że ta jazda w dół, to nie jest chwilowe zjawisko. Jedno już jest raczej pewne. To jest koniec wyłączności dla jednej partii po prawej stronie sceny politycznej. Kongres w Katowicach, który miał być nowym impulsem, otwarciem na pomysły programowe, okazał się niewypałem. Afera z działką sprzedaną przez KOWR, która była potrzebna do budowy kolei dla CPK przelała moją czarę goryczy.

- Przejrzałem Twoje profile na Facebooku. Facebook radnego, merytoryczny, poruszasz tylko sprawy miejskie. Tylko na prywatnym profilu jest polityka. Cytujesz wystąpienia liderów PiS, Prezesa, Prezydenta. Zero hejtu w komentarzach. I nagle bum! Taki wpis:

"To zapętlenie Tusk i Kaczyński jest niszczące. Czy tak musi być? Przestałem się łudzić, że nastąpi budowanie silnej ekonomicznie, suwerennej Polski. Oni już niczego sensownego nie stworzą (ponad 30 lat klinczu i wzajemnego obrzucania się przysłowiowym błotem). To już wyłącznie walka o stołki i żaden rebranding zwaśnionych stron nic tu nie zmieni. Skorumpowani, zblatowani i zepsuci do szpiku na wszystkich poziomach".

JB: Za ten wpis wyleciałem.

- Czy wezwano ciebie na posiedzenie zarządu i czy wiesz jaki był jego przebieg?

JB: Nie. Nie poproszono mnie. Nie dano mi takiej możliwości. Nigdzie nie jest to jednak opisane, że tak powinno się to odbyć. To kwestia raczej wyczucia mam na myśli stworzenie możliwości wypowiedzenia się przed takim gremium. Najwidoczniej nie widzieli takiej potrzeby aby zapytać mnie face to face. Dlaczego tak się zradykalizowałem raptem (w tym wpisie na fb)? Nie wiem może zabrakło im odwagi aby wysłuchać co mam do powiedzenia. Prawda bywa bolesna. Nie każdy jest gotowy aby tego wysłuchać. Nie znam przebiegu tego zarządu. Przeczytałem tylko, że jeden głos był przeciw skreśleniu mnie z PiS. Ta osoba wykazała się dużą odwagą. Dziś wiem kto tak zagłosował. To co opowiedziałem odpowiadając na Twoje pytania dziś, to są wyłącznie fakty. Co napisałem (fb), tom napisał. Nie wycofuję się z tego.

Chyba nasza dwugodzinna już rozmowa uzmysłowiła ci, że to we mnie narastało od dłuższego czasu. Mógłbym godzinami wymieniać te skandaliczne sprawy. Jak np. sekretarza generalnego Sobolewskiego i jego żony na pięciu etatach. Został usunięty dopiero, jak zrobił się „smród” w mediach. A przecież prezes mówił, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy. Ja się z tym dusiłem. Taka jakaś oddolna niemoc, spijanie z ust, łykanie tego wszystkiego. Takie stadne myślenie. To co idzie z Warszawy to wszystko trzeba klepać i ani na milimetr odstępstwa. I to mnie zaczęło męczyć. Przecież ja żyję wśród ludzi, rozmawiam z ludźmi. Wiem, jakie są reakcje, komentarze.

CPK to przecież było flagowe przedsięwzięcie partii. Powstał ponadpartyjny, społeczny ruch TAK dla CPK. Ludzie zbierali podpisy. A tu wychodzi na jaw ordynarny wałek. To był ten punkt przełomowy. Po czymś takim przyzwoity członek partii nie może, nie powinien milczeć. Ja tutaj przez tyle lat nadstawiałem policzek za partię, naparzałem się z prezydentem Grzymowiczem, a tu wychodzi były minister i nawija makaron na uszy, że on nic nie wiedział o tej działce, on tylko pojechał do Dawtony z gospodarską wizytą i żeby nabyć tubki na kampanię, bo była okazyjna cena. Jak słyszę takie tłumaczenie, to mówię sobie: traktują swój elektorat jak stado idiotów, jak powiedział wasz strateg od PR „ciemny lud to kupi”. I „my nie będziemy przed nikim się tłumaczyć”. No to nie jest już moja partia. Zastanawiam czy wokół Prezesa Kaczyńskiego powstał jakiś kordon izolacyjny i on jest po prostu okłamywany. Gierka też wozili i pokazywali mu piękne drogi, fabryki, umyte krowy, umalowane murawy i on myślał, że wszystko gra…jesteśmy 10-tą gospodarką świata. Czy Prezes wie jaki marazm tu na dole panuje? Jak rachityczne tu funkcjonują struktury?

- Tydzień przed wyrzuceniem Ciebie z partii zadzwoniłem do Chojeckiego w sprawie zatrudnienia radnego Smolińskiego w urzędzie wojewódzkim. Nie widział problemu, bo wiceprzewodniczący rady miasta z ramienia PiS zawiesił członkostwo w partii.

JB: Czytałeś komentarz na portalu Szmita na ten temat?

- Czytałem: „Gdzie jest w tym wszystkim lojalność wobec tych, którzy potracili swoje funkcje w imię partyjnej wierności, nie mając majątku Smolińskiego? Patrząc na tę sytuację, można odnieść wrażenie, że w polskiej polityce zasada jest prosta: czystka kadrowa ma zero litości dla szeregowych działaczy, ale zatrzymuje się na progu bogatych i najlepiej skomunikowanych liderów, którzy są cennymi pionkami w rozgrywkach”. Ale jak ja dzwoniłem do posła Chojeckiego, jako szefa regionu PiS, to nie było jeszcze tego komentarza. Proszę o komentarz w sprawie zatrudnienia wiceprzewodniczącego Smolińskiego, w urzędzie, czy w tym momencie nie stał się on i cały klub radnych PiS zakładnikiem Koalicji? Chojecki na to, że on nie widzi tutaj żadnego problemu, bo radny Smoliński zawiesił swoje członkostwo w partii. Pytam wobec tego, jak to jest, zawieszacie radnego Babalskiego za wpis na Fb a poseł Arent, która tyle razy skompromitowała PiS, włos z głowy nie spadnie? Chojecki, wyraźnie wystraszony moim pytaniem, uciął: „Pan mnie nie wciągnie w tę rozmowę”. Albo ten szef PiSu z Mrągowa, który nawet nekrolog działacza podziemnej Solidarności wykorzystał, żeby kłamać, że on z nieboszczykiem działał w podziemiu. Im wszystko uchodzi na sucho. A na górze, taki poseł Mejza. Mazurek pytał w „Kanale Zero”, dlaczego wy takich ludzi trzymacie?

JB: Odpowiedź jest prosta. Karierę robią ci, na których mają trzymanie.

- Ale tak jest w mafii. W mafii możesz każde świństwo zrobić, możesz zgwałcić, zabić, mafia będzie cię bronić, dopóki jesteś wobec niej lojalny. Ale my tu mówimy o partiach politycznych. Przy tym, żeby nie było. Jedna mafia KO, PSL, SLD walczy z drugą, z PiS, o przejęcie monopolu.

JB: Ja też pracowałem u wojewody i byłem wiceprzewodniczącym rady miasta. Nie jestem (nie byłem) i nie czuję się „żołnierzem układu”.

- To była inna sytuacja, bo wojewoda był z tej samej partii co ty, a w radzie byłeś w opozycji do KO.

JB: Wiesz doskonale, że reforma samorządowa była okrzyknięta jako wielki sukces III RP. A dzisiaj sam współtwórca tej reformy Jerzy Stępień mówi, że to poszło w złym kierunku. Prezydent, burmistrz, wójt ma wszystkich w kieszeni i nikt go nie pokona. No więc dwukadencyjność jest kapitalnym rozwiązaniem (na marginesie dorzuciłbym do tego sejm i senat). Tylko, że sprytny wójt przygotowuje sobie następcę i będzie przekazanie władzy takie jak Jelcyn przekazał Putinowi, a Putin Medwiediewowi. Włos mu z głowy nie spadnie.

- Ostatnie pytanie, czy kończysz z polityką? W trakcie naszej rozmowy zadzwonił polityk innego ugrupowania, zapewne będzie chciał Ciebie pozyskać.

JB: Wiesz, że ja jestem polityką przesiąknięty. Ja nie wykluczam, żadnej sytuacji. Ja poglądów nie zmieniłem, nie zmieniłem też zdania, co do kierunku w jakim „szła” Polska w czasie rządów PiS. Natomiast były też niestety wpadki i to duże. Jako były wojskowy wiem, że jeśli się wykonuje zadanie i coś pójdzie nie tak, to wprowadza się korekty (przegrupowuję środki, zmieniam ludzi, którzy zawiedli) i uderza się ponownie, aby osiągnąć cel. W cywilu sypie się głowę popiołem i przepraszam się mówi. Ale jak słyszę, „nic się nie stało, nie oglądamy się za siebie, idziemy naprzód, nie będziemy nikogo przepraszać…, to ja mówię koleżanki i koledzy, wy już do władzy samodzielnej nie wrócicie. I teraz odpowiadając na Twoje pytanie. Rozdział pt. „Prawo i Sprawiedliwość” w takim wydaniu zamknąłem. Natomiast moje poglądy są i pozostaną po prawej stronie.

Rozmawiał Adam Socha

Czytaj więcej: Radny J.Babalski: "PiS to już nie jest moja partia, ale jestem prawicowcem"

Komentarz (24)

Radny odpowiada na krytykę planu rozwoju linii tramwajowych w Olsztynie

Szczegóły
Opublikowano: sobota, 03 styczeń 2026 00:05
Adam Andrasz

Bogdan Bachmura skrytykował pomysły olsztyńskiego radnego Adama Andrasza na rozwój olsztyńskiej komunikacji w oparciu o kolejne linie tramwajowe. Do wątpliwości Bachmury odniósł się radny Andrasz. Poniżej jego odpowiedż:

Plan opozycji rozwoju infrastruktury tramwajowej i drogowej w Olsztynie

Słuszna droga rozwoju olsztyńskich tramwajów? Pytania laika

Chciałbym na wstępie uszczegółowić kilka kwestii:
1) Jeśli chodzi o finansowanie to proszę zauważyć, że to jest plan 15-letni, szacowany na 3 mld zł. Czyli około 200 mln zł rocznie, to nie jest już dla miasta wojewódzkiego tak znaczna kwota. Szacuję że wchłonięcie do Olsztyna omawianych terenów np. do roku 2030 dałoby Olsztynowi 70-80 mln zł wzrostu dochodów rocznie. To 700-800 mln zł w ciągu następnych 10 lat.

Sądzę że wygospodarowanie kolejnych 70-80 mln zł rocznie na inwestycje z budżetu miasta też jest możliwe. Pozostała część kwoty to byłyby fundusze zewnętrzne (np. w przypadku budowy linii tramwajowych dofinansowanie wyniosło 85%).

2) Inwestycje te należy oczywiście wykonać w odpowiedniej kolejności, a wszystko powinno być zgrane z północną obwodnicą Olsztyna. Najważniejsze założenia:

a) Najpierw odciążenie Sikorskiego poprzez połączenie Wilczyńskiego z Warszawską (na razie bez tramwaju),

b) Nie rozpoczynanie budowy linii tramwajowych na Zatorzu do czasu zakończenia północnej obwodnicy Olsztyna,

c) Tramwaj do Osiedla Sterowców na samym końcu planu - rozpoczęcie na 12-13 lat, przy krańcówce parking park and ride dla mieszkańców m.in Dywit, Dobrego Miasta i Lidzbarka Warmińskiego,

Jeśli chodzi o sam sens budowy linii tramwajowych w Olsztynie to kilkanaście dni temu odchodziliśmy 10 rocznicę powrotu tramwajów do Olsztyna. Okres 10 lat jest to z pewnością wystarczająca ilość czasu, aby na temat olsztyńskich tramwajów wyciągnąć odpowiedni wnioski. Oto one:

1) Przed budową linii tramwajowej czas przejazdu czas przejazdu na trasie Galeria Warmińska lub ZSO3 – Dworzec Główny wynosił około 30 min czas przejazdu tramwaju nr 2 na tej samej trasie to obecnie 15 min czyli 2 razy krócej. Ogólnie w wyniku budowy linii tramwajowych czasy przejazdu komunikacją miejską na różnych trasach uległy radykalnemu skróceniu.

2) Budowa linii tramwajowych w Olsztynie pociągnęła za sobą kompleksowa wymianę infrastruktury miejskiej. Modernizowane były całe ulice oraz sieci podziemne, budowane były nowe chodniki oraz ścieżki rowerowe. Podczas budowy I linii tramwajowej została wybudowana ul. Obiegowa (obecnie Mazowieckiego) z pierwszym w Olsztynie drogowym skrzyżowaniem dwupoziomowym (Mazowieckiego – Żołnierska).

3) W wyniku budowy linii tramwajowej największe wzrosty cen mieszkań w poszczególnych dzielnicach były notowane właśnie w bliskości przystanków tramwajowych. W wielu ogłoszeniach jako jeden z atutów danego mieszkania wymieniany był aspekt bliskości przystanku tramwajowego. Oznacza to, że zarówno kupujący jak i sprzedający doceniają bliskość przystanków tramwajowych. Można wręcz powiedzieć, że tramwaje przyczyniły się do wzrostu zamożności niektórych Olsztynian, poprzez wzrost wartości ich mieszkań.

4) Odnosząc się do zarzutu, że tramwaje spowodowały korki w Olsztynie, należy przyjrzeć się statystykom. W 2005r na terenie Olsztyna zarejestrowanych było około 50 tys. pojazdów, natomiast w roku 2015 (czyli roku uruchomienia linii tramwajowych) było to już około 120 tys. pojazdów. Obecnie jest to już około 145 tys. pojazdów. Dodatkowo od około 15 lat postępuje wokół Olsztyna suburbanizacja (Bartąg, Stawiguda, Dywity), która doprowadziła do tego, że każdego dnia do Olsztyna wjeżdża około 100 tys. pojazdów. Właśnie w tych liczbach upatruję główną przyczynę zakorkowania Olsztyna.

W porównaniu z 2005r liczba pojazdów codziennie poruszających się po Olsztynie wzrosła 2-3 razy. Oczywiście obecność tramwajów pogorszyła przejezdność, niektórych skrzyżowań w Olsztynie, jednak tylko szybka i rozbudowana komunikacja miejska jest w stanie stworzyć alternatywę dla pojazdów indywidualnych.

Dziś w Olsztynie wybierając tramwaj (szczególnie w godzinach szczytu) można się przemieszczać szybciej niż samochodem osobowym, to stwarza realną alternatywę wobec samochodów
osobowych.

5) Wobec Olsztyńskich tramwajów często podnoszony był wątek wszechobecnej betonozy. Tutaj mogę się z tym częściowo zgodzić, skala wycinek drzew (szczególnie w przypadku II linii tramwajowej była znacząca). Tutaj mój główny zarzut skierowany jest do ul. Piłsudskiego przy Galerii Aura, gdzie ulica i torowisko były niemal całkowicie pozbawione zieleni. W 2024r w tym miejscu została „uwolniona zieleń” i posadzono drzewa. Obecnie wygląda to już znacznie lepiej.

Można postawić pytanie dlaczego nie można było wykonać tego w taki sposób w 2015r? Dziś w mojej ocenie przy budowie kolejnych linii tramwajowych, a także modernizacji ulic miejskich należy dążyć do maksymalnej ilości nowych nasadzeń drzew, zachowania istniejącej roślinności oraz tworzenia zieleńców w chodnikach.

6) Dyskutując o kosztach olsztyńskich tramwajów, a także odpowiadając na pytanie dlaczego nie autobusy, należy zwrócić uwagę na następujące kwestie:

a) olsztyński tramwaj jest w stanie pomieścić ponad 200 pasażerów, natomiast autobus 65-85 pasażerów czyli jeden kurs tramwaju szczególnie w godzinach szczytu (jest to najważniejszy czas dla transportu zbiorowego) jest w stanie zastąpić 3 kursy autobusowe. Czyli zamiast zatrudniać 3 kierowców, wystarczy jeden motorniczy.

b) Średni czas amortyzacji tramwaju wynosi około 14 lat, natomiast autobusu spalinowego 7 lat. Do dowodzi, że tramwaje są znacznie bardziej trwałe niż autobusy spalinowe. W ubiegłym roku miasto Poznań kupiło 30-letnie tramwaje z Bonn (nie popieram tego zakupu), jednak to pokazuje jak długowieczne mogą być tramwaje. Dziś najstarsze Olsztyńskie Solarisy (15 szt.) mają 10 lat, natomiast Durmazlary (12 szt.) 4 lata. Uważam że będą służyć Olsztynowi jeszcze przez lata.

c) Istotną wadą tramwajów jest brak elastyczności trasy (awaria jednego tramwaju skutkuje zablokowanie trasy). Jednak obserwując Olsztyn, stwierdzam że takie sytuacje nie zdarzały się zbyt często. Dodatkowo w takim przypadku była wprowadzana autobusowa komunikacja zastępcza.

d) Odnosząc się do kwestii, że tramwaje zajmują za dużo miejsca i czemu nie buspasy? Szerokość olsztyńskich torowisk to około 7m czyli dokładnie tyle ile zajęłyby buspasy 3,5m x 2 =7m. Buspasy mają także wiele wad: większa ilość świateł, aby autobus mógł wjechać przed inne pojazdy, większe ryzyko niż w przypadku tramwajów na kolizję z innymi pojazdami, problematyczne skręcanie pojazdów w prawo przez buspas oraz rozwiązania buspasów na skrzyżowaniach, osoby jeżdżące nielegalnie buspasami. Jazda po wydzielonym torowisku jest także bezpieczniejsza dla pasażerów, gdyż występuje mniejsze ryzyko kolizji z innymi pojazdami. W przeszłość kolizje autobusów z TIRami w różnych miastach prowadziły do wielu ciężkich wypadków.

7) W jaki sposób Olsztynianie oceniają tramwaje. Otóż wyraża się to w konkretnych liczbach. Od 2015r liczba pasażerów olsztyńskiej komunikacji miejskiej nieustannie rośnie (nie wliczam w to zaburzenia statystyki podczas pandemii Covid). Oczywiście w wyniku wprowadzenia darmowej komunikacji dla uczniów w 2024r ten skok był jeszcze większy, jednak i bez tego w okresie 2015-2024r liczba pasażerów corocznie rosła. Natomiast przed 2015r liczba pasażerów nie zwiększała się, a nawet w niektórych latach malała. Pokazuje to, że mieszkańcy Olsztyna preferują infrastrukturę tramwajowa względem autobusowej.

Na koniec chciałbym zacytować tu jeszcze opinię eksperta. W wywiadzie dla Radia Olsztyn w

2018r Pani Profesor Joanna Żukowska, wybitna specjalistka w dziedzinie inżynierii drogowej i bezpieczeństwa transportu, była dziekan Wydziału Inżynierii Lądowej i Środowiska Politechniki Gdańskiej powiedziała tak „wprowadzenie tramwaju w Olsztynie, uważam że nie było błędem, natomiast na pewno skomplikowało całe zarządzanie ruchem i mieszkańcy czują że zarządzający uczą się na ich przykładzie”.

Zamieszcza link do wywiadu a te słowa znajdują się w cz.3 wywiadu od około 3:00min.

Adam Andrasz
olsztyński radny klubu PiS

Czytaj więcej: Radny odpowiada na krytykę planu rozwoju linii tramwajowych w Olsztynie

Komentarz (10)

Czy Matka Boska walczyłaby o prawo do aborcji? Obejrzałem spektakl Teatru Jaracza

Szczegóły
Opublikowano: poniedziałek, 22 grudzień 2025 14:59
Adam Jerzy Socha

Po raz kolejny protest katolików został wywołany z powodu użycia ikony Matki Boskiej Częstochowskiej w celach pozareligijnych. Tym razem ikona została użyta jako plakat spektaklu w Teatrze im. Jaracza w Olsztynie pt. „Wszyscy jesteśmy Belén”, który został rozlepiony na ulicach Olsztyna, w okresie Adwentu, radosnego oczekiwania i duchowego przygotowania na powtórne przyjście Jezusa Chrystusa oraz przypominającego historyczne oczekiwanie na Jego narodziny.

(Na fotomontażu zestawienie ikony Matki Boskiej Częstochowskiej z plakatem Teatru Jaracza)

W tej sprawie radni i posłowie PiS z Olsztyna wystosowali Oświadczenie do marszałka województwa i minister kultury, w którym czytamy m.in:

„Obraz ten jest dla Polaków nie tylko symbolem kultu religijnego, ale również częścią naszych dziejów i tożsamości narodowej. Tego rodzaju działania: naruszają powagę symboli religijnych, ranią ludzi wierzących, prowadzą do niepotrzebnych napięć społecznych oraz nie mieszczą się w granicach misji instytucji finansowanych ze środków publicznych”. Sygnatariusze zażądali usunięcia plakatu z przestrzeni publicznej i wyciągnięcia konsekwencji wobec osób odpowiedzialnych za plakat.

Jako że adresaci nie zareagowali, autorzy Oświadczenia zamierzają złożyć zawiadomienie do prokuratury o naruszenie Art. 196 kk dotyczącego obrazy uczuć religijnych. Jak dotąd takie skargi kończyły się odmową wszczęcia postępowania albo umorzeniem w sądach.

Głos zabrała też kuria Archidiecezji Warmińskiej odpowiadając na apel m.in. „Bractwa – Przedmurza Olsztyn”, „o reakcję w sprawie bluźnierczej grafiki”. Zdaniem działaczy zarówno treść i wydźwięk książki, na której został oparty spektakl oraz wygląd plakatu „jednoznacznie wskazuje na to, że spektakl, będzie kolejnym narzędziem do promowania cywilizacji śmierci, wartości antykatolickich, antypolskich i antyrodzinnych”.

„Archidiecezja Warmińska zdecydowanie przyłącza się do tego sprzeciwu – czytamy w Oświadczeniu kurii. - Jednocześnie apeluje do organizatorów życia kulturalnego, aby w swoich działaniach uwzględniali wrażliwość religijną mieszkańców naszego regionu. Z pełnym szacunkiem dla wolności artystycznej przypominamy, że wolność ta nie zwalnia z odpowiedzialności za treści, które nie mogą uderzać w to, co dla wielu osób jest najświętsze”.

Dyrektor teatru Paweł Dobrowolski odpowiedział w Oświadczeniu na stronie teatru, że „nie było i nie ma w naszych działaniach zamiaru obrażania uczuć religijnych ani profanowania świętych symboli.

Grafika towarzysząca przedstawieniu nie odwołuje się do żadnego konkretnego, czczonego wizerunku Maryi i nie stanowi reinterpretacji Matki Bożej Częstochowskiej. Jest symboliczną próbą ukazania doświadczenia kobiety, która — podobnie jak Maryja w Betlejem — znalazła się poza ochroną prawa, szukając wsparcia i schronienia. To odwołanie do uniwersalnej historii o kobiecie brzemiennej, bezbronnej wobec niesprawiedliwości, tak mocno obecnej w chrześcijańskiej tradycji”.

Dyrektor teatru: „Ikona nie może być własnością tylko jednej opcji”

Rozmawiałem tego samego dnia telefonicznie z dyrektorem teatru Pawłem Dobrowolskim, który deklaruje się jako katolik i gej.

Paweł Dobrowolski 4

 

- Panie dyrektorze, jaki związek ma historia dziewczyny z Argentyny z historią Marii z Nazaretu?

Mam poczucie, że doszło do nieporozumienia. Oczywiście plakat funkcjonuje w przestrzeni publicznej własnym życiem, jako autonomiczne dzieło, jednak jest on ściśle związany ze spektaklem, który w istocie w ogóle nie podejmuje tematyki religijnej. Opowiada on o skazaniu niewinnej dziewczyny za samoistne poronienie.

Jedyny kontekst religijny, jaki pojawia się w tytule spektaklu, wynika z imienia bohaterki — Belén (Betlejem). Nie jest to imię przypadkowe. Zostało ono nadane tej dziewczynie po to, by podkreślić jej symboliczne, wspólne doświadczenie z Maryją, która — będąc brzemienna — dopiero w Betlejem (w ubogiej stajence, wśród zwierząt) znalazła schronienie.

Jej historię można porównać do losów niewinnie skazanego Tomasza Komendy, przedstawionych w filmie „25 lat niewinności”. Podobnych doświadczeń doświadczył również mój brat Maciej, kibic Legii Warszawa, który spędził 40 miesięcy w areszcie śledczym. W sprawie jego uwolnienia odbywały się protesty społeczne pod hasłem „Uwolnić Maćka”. Do dziś sprawa ta pozostaje w toku sądowym. (Maciej Dobrowolski zatrzymany został jako podejrzany o przynależność do zorganizowanej grupy przestępczej. Był ofiarą odwetu państwa rządzonego przez PO/PSL na kibicach, którzy na stadionach wznosili hasło „Donald matole, twój rząd obalą kibole”. Paweł nie podziela poglądów politycznych brata Macieja – przypis A.Socha).

Bohaterka reportażu Any Eleny Correi, na podstawie którego powstał spektakl, pochodziła z ubogiej rodziny i nie była świadoma swojej ciąży, dlatego nawet nie rozważała aborcji ani nie angażowała się w walkę o prawa kobiet do jej legalizacji.

- Tym bardziej, w moim odbiorze, wybranie na plakat ewidentnie symbolu Matki Boskiej, jest w połączeniu z historią tej dziewczyny karkołomny. Mnie to w ogóle zdumiewa, dlaczego ruchy feministyczne, progresywne, lewicowe ciągle, że tak powiem, żerują na tym wizerunku Matki Boskiej? A to ubierają w tęczową aureolę, a to, jak w "Wysokich Obcasach, dodatku do "Gazety Wyborczej", na święto Bożego Narodzenia zamieszczono grafikę Matki Boskiej z maseczkę z błyskawicą oraz czarną parasolką - symbolami Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, przeciwko zaostrzeniu przepisów aborcyjnych i podpisano ten rysunek: "WO życzą wszystkim kobietom wolności - w Boże Narodzenie i nie tylko", redukując wolność kobiet do prawa do aborcji na życzenie.

W innych szyderczych wizerunkach MBC, używanych na proaborcyjnych demonstracjach i na Marszach Równości LGBTQ+ wkłada się Matce Boskiej w usta banana – symbol penisa, redukuje Jej portret do waginy. Artystka z Wrocławia produkuje figurkę Matki Boskiej jako: „Cipkomaryjkę, która ma teraz nową funkcję. Malowana w tęczowy wzór kosztuje 80 złotych, a dochód z jej sprzedaży zostanie przekazany Kampanii Przeciw Homofobii. Ważna jest teraz edukacja i wsparcie, a żeby to się udało potrzebna jest kasa” – oznajmiła wrocławska “artystka”, prezentując figurki Matki Boskiej w kształcie waginy.
 

W performance wystawionym wcześniej w Teatrze Jaracza pt. „Nie smućcie się. Ja zawsze będę z wami”, przedstawiający jedną z wizjonerek z Gietrzwałdu, Justynę Szafryńską, jako buntowniczkę, która odrzuca życie zakonne i Kościół, co jest kłamstwem ze strony twórców spektaklu, występuje chór sześciu Matek Boskich z przyczepionymi do szat mieczami, nożami.

  • Click to enlarge image Cipkomaryjka.JPG artystka z Wrocławia z artystka z Wrocławia z
  • Click to enlarge image MB na strajku kobiet.JPG Wysokie Obcasy Wysokie Obcasy
  • Click to enlarge image MB teczowa.JPG
  • Click to enlarge image Matka Boska teczowa aureola.jpg
  • Click to enlarge image wagina serce.jpg Marsz Równości w Gdańsku Marsz Równości w Gdańsku
  •  
View the embedded image gallery online at:
https://www.debata.olsztyn.pl/wiadomoci/olsztyn.html?start=52#sigProId1270622816

 

Przecież aktywistki i twórcy teatralni nie robią tego z szacunku do Matki Boskiej, do Kościoła, do wiary… Przeciwnie, z nienawiści do wiary chrześcijańskiej i Kościoła.

P. Dobrowolski: Przecież sami katolicy od lat przydają tej ikonie różnorodne atrybuty — ubierają ją w złoto, wkładają do dłoni berło, a także dodają elementy o charakterze narodowym, takie jak polska flaga, opaska Armii Krajowej czy opaska powstańcza. Ponadto wizerunki Matki Bożej — często, niestety, utrzymane w estetyce kiczu — są powszechnie wykorzystywane komercyjnie i sprzedawane na straganach odpustowych. Takie podejście nijak nie licuje z sacrum i tradycyjnymi ikonami. Wystarczy wybrać się na do Częstochowy, by zobaczyć, że z wizerunkiem Maryi można kupić kubki, czapki, skarpetki, a nawet – widziałem ostatnio – lizaki. I jakoś to nie oburza prawicowych polityków — wręcz przeciwnie, często chętnie pozują do zdjęć z takimi gadżetami.

- Ale to jest wyraz szacunku, czci ze strony wiernych. A ten plakat odbieram jako chwyt reklamowy, żeby sprowokować i poprzez prowokację przyciągnąć widzów (co zresztą się stało, wszystkie media ogólnopolskie opisały oburzenie „prawaków” na plakat a bilety natychmiast zostały wyprzedane).

P. Dobrowolski: Plakat teatralny zawsze pełni funkcję promocyjną — jego podstawowym zadaniem jest przyciągnięcie widzów do teatru. Równie istotne jest jednak to, by zwracał uwagę, zatrzymywał spojrzenie i skłaniał do refleksji. Z natury rzeczy plakat posługuje się skrótem myślowym: ma nas zatrzymać na chwilę w przestrzeni publicznej, najczęściej na ulicy, gdzie obcujemy z nim przelotnie i wśród wielu innych bodźców.

Proszę zwrócić uwagę, że spektakle w Teatrze Jaracza w Olsztynie, które wprost krytycznie odnosiły się do kleru — takie jak „Złe wychowanie”, opowiadające o relacjach seksualnych duchownych, które obecnie wznawiamy, czy historia Justyny Szafryńskiej — nie wywołały takich protestów, mimo że bezpośrednio dotyczyły Kościoła. Tymczasem sprzeciw wzbudził plakat, który w symboliczny sposób – jako ikony macierzyństwa, które jest poza prawem – odnosi się do treści spektaklu. Uważam, że w przypadku polityków chodziło przede wszystkim o próbę zbicia kapitału politycznego i uderzenia w marszałka województwa, któremu podlega teatr (teatr podlega pod samorząd wojewódzki i ministerstwo kultury – przypis A.Socha).

Oburzenie i protesty osób deklarujących obronę symboli chrześcijańskich były, moim zdaniem, jedynie sposobem na zwrócenie na siebie uwagi. W rzeczywistości nikt nie atakuje tu tych symboli. Wręcz przeciwnie — każdy, kto obejrzy spektakl, zrozumie, że maska, którą Maryja nosi na plakacie, jest symbolem protestu przeciwko niesprawiedliwemu skazaniu kobiety. To znak solidarności z odrzuconą społecznie i skrzywdzoną osobą. W tym sensie Maryja staje po stronie niewinnej kobiety, a w takim przedstawieniu nie ma nic obraźliwego.

Ja również czuję się katolikiem i ten wizerunek jest także moją ikoną — w pełni się z nim identyfikuję. Traktuję go jako nasze wspólne dobro kulturowe. W różnych epokach, kulturach i szerokościach geograficznych Matka Boża była przedstawiana na wiele sposobów: ubierano ją w sukienki i maski, a czasem nawet zakładano jej hełm, gdy żołnierze szukali duchowego wsparcia, wyruszając na wojnę. Jej wizerunek był modyfikowany, by uwydatnić jej bliskość i pokazać, że w wielu aspektach Maryja dzieli los człowieka.

Skoro katolicy mają prawo do takich form symbolicznego użycia tego wizerunku, dlaczego odmawia się tego prawa innym? Jakby była to własność wyłącznie jednej opcji czy jednego środowiska.

Historia dziewczyny, która poroniła i została za to skazana na 8 lat

Na koniec dyrektor zaprosił mnie na premierę spektaklu. Skorzystałem.

Sztuka w reżyserii Katarzyny Minkowskiej jest teatralną adaptacją reportażu argentyńskiej dziennikarki Any Eleny Correi. Spektakl składa się z dwóch części. W pierwszej poznajemy historię młodej, prostej dziewczyny z biednej rodziny z argentyńskiej prowincji Tucuman, którą matka przywozi do szpitala na SOR z ostrym bólem brzucha. Podobnie jak w polskich SORach, pełno pacjentów, lekarze się nie wyrabiają, traktują ich przedmiotowo. Tak samo lekarz potraktował dziewczynę. Kroplówka ze środkiem przeciwbólowym i niech wraca do domu. Dziewczyna potrzebuje się załatwić, idzie do łazienki i tam następuje poronienie. Prosta dziewczyna nie miała w ogóle świadomości, że jest w ciąży. Jak mówi „bawiła się z chłopakiem”, nie zdając sobie sprawy, że takie „zabawy” kończą się ciążą.

Lekarz stwierdził samoistne poronienie w 20 tygodniu ciąży. Obecni na SOR policjanci uznali, że to był sztucznie wywołany poród, a dziewczyna spuściła płód w ubikacji. W Argentynie aborcja wówczas była dozwolona jedynie w przypadku zagrożenia życia matki oraz gwałtu, o ile jego ofiarą była osoba z niepełnosprawnością umysłową. Za zabicie płodu kobiecie groziło nawet dożywocie. (w Polsce kobieta nigdy nie jest karana za przerwanie własnej ciąży, nawet jeśli jest ona nielegalna; odpowiedzialność karną ponoszą osoby, które pomagają w aborcji lub ją wykonują, z wyłączeniem samej ciężarnej, która jest chroniona przez prawo).  Przerażoną dziewczynę zamknięto w areszcie. Po 2 latach odbył się proces i bez dowodów została skazana na 8 lat więzienia.

3. Belen w celi screen ze strony teatru
 Aktorka grająca Belen, zdjęcie ze strony Teatru Jaracza

Wówczas o jej tragedii dowiedziała się prawniczka Soledad Deza, aktywistka z liberalnej organizacji „Katoliczki za Prawem Decydowania o Sobie”, która obiecuje, że ją uwolni.

Pierwsza część jest znakomicie wyreżyserowana i po mistrzowsku zagrana przez Agnieszkę Rajdę w roli Belen i Barbarę Prokopowicz w roli jej matki. Świetny jest też Marcin Kiszluk, który wciela się aż w 6 różnych ról. Pierwsza część jest poruszającą do głębi historią zaszczutej, biednej dziewczyny przez bezduszny system, cynicznych prawników i pozbawionych empatii księży.

Historia Marii z Nazaretu

Tylko, że historia młodej Tucumanki ma się nijak do historii młodziutkiej Marii z Nazaretu, która w scenie zwiastowania wyraża zgodę na przyjęcie do swego łona Dzieciątka, które stanie się Zbawicielem, wie, że jest brzemienna i pragnie macierzyństwa, mimo świadomości grożącego Jej śmiertelnego niebezpieczeństwa. Kobiecie w religii judaistycznej, która zaszła w ciążę w okresie narzeczeństwa z innym mężczyzną, groziło ukamienowanie. Józef jednak przyjmuje ją brzemienną. Po porodzie Józef wraz z Marią uciekają do Egiptu, bo narodzonemu Jezusowi grozi śmierć z rąk oprawców króla Heroda Wielkiego.

szopka stajenka betlejem zlobek boze narodzenie

Dziecko w religii judaistycznej jest największym darem od Boga, jest bożym błogosławieństwem. Matka Boska jest symbolem macierzyństwa. Bóg obiecał Abrahamowi, że jego potomkowie będą tak liczni jak piasek i gwiazdy.

Nie rozumiem, jak można ikonę Matki Boskiej przedstawiać w masce ruchów proaborcyjnych, z wydartą twarzą Dzieciątka (radnemu wojewódzkiemu PiS Pawłowi Warotowi na konferencji prasowej, na schodach teatru, ta wyrwa po główce, skojarzyła się ze śladem po kuli, która „odstrzeliła” Jezusa)?

Dla ruchów aborcyjnych urodzenie dziecka to coś najgorszego, co może kobietę spotkać, ruchy ekologiczne wzywają kobiety do nierodzenia, bo „planeta płonie”. Ideałem dla lewaków jest „psiecko”

Zapytałem AI (sztuczną inteligencję), co należy rozumieć przez profanację ikony Matki Boskiej?

AI odpowiedziała: „w praktyce oznacza traktowanie ikony z brakiem należytego szacunku, niszczenie, obraźliwe modyfikowanie lub używanie w sposób sprzeczny z jego sakralnym celem, co powoduje naruszenie sfery sacrum i utratę jego kultowej wartości. W kontekście prawosławia (skąd pochodzi ikona) oraz katolicyzmu (gdzie ikony również są czczone) jest to poważne przestępstwo religijne”.

Wie to sztuczna inteligencja, nie wie dyrektor teatru i jego zwierzchnicy, marszałek województwa i minister kultury.

„Aborcja jest OK”, „Aborcja prawem człowieka”.

Druga część spektaklu to wielki manifest polityczny na rzecz prawa do aborcji, to już nie sztuka a publicystyka polityczna.

Adwokatka Deza wraz z innymi organizacjami feministycznymi i proaborcyjnymi, wzbudza w Argentynie uliczne protesty, biorąc na sztandar historię dziewczyny. Aktywistki domagając się jej uwolnienia oraz prawa do aborcji, pod hasłem „Wszyscy jesteśmy Belén.

Jako że dziewczyna pragnie pozostać anonimowa i nie chce, by jej wizerunek został upubliczniony, aktywistki pytają, jakie by chciała przyjąć imię? Dziewczyna wymienia różne, Lucia, Izabella, Carmen, ale aktywistkom szczególnie Carmen nie pasuje, bo w operze Cyganka źle się prowadzi i ginie, więc takie imię nie pasuje na sztandar. Wówczas Deza proponuje „Belén” – czyli Betlejem. „Ale wymyśliłaś – reagują aktywistki. - No tak, ty jesteś zakręcona na punkcie katolickim”. To imię w kraju na wskroś katolickim, jakim była Argentyna, znakomicie nadawało się na sztandar ruchów proaborcyjnych, bo budziło pozytywne skojarzenia.

Przez cztery lata przez Argentynę przetaczają się demonstracje organizowane przez organizacje feministyczne. Demonstranci występują w maskach, gdyż „wszyscy jesteśmy Belén ”, a Belén nie pokazała swojego wizerunku.

Mnie ta II część spektaklu z demonstracjami ulicznymi, wznoszonymi hasłami jako żywo przypomniała obrazy z ulic Polski, po decyzji Trybunału Konstytucyjnego z 27 stycznia 2021 roku, że tzw. przesłanka embriopatologiczna do wykonania aborcji jest niezgodna z Konstytucją RP. Decyzja ta wywołał masowe protesty uliczne i ataki na kościoły feministek, z udziałem Aborcyjnego Dream Teamu i polityków ówczesnej opozycji lewicowo-liberalnej, na czele z działaczką KODu, wulgarną Martą Lempart, pod hasłem „Aborcja jest OK”, „Aborcja prawem człowieka”, "Moje ciało, mój wybór!" „Je...ć PiS”, Wypier….ć!”

„Ani jednej więcej”

Aktorki na scenie wstępowały z wieszakami, atrybutami ze Strajku Kobiet w Polsce. W Polsce aktywistki proaborcyjne też wzbudzały kolejne demonstracje pod hasłem „Ani jednej więcej”, biorąc na sztandar tragiczne historie kobiet, które nie były żadnymi aktywistkami feministycznymi, proaborcyjnymi, a ich śmierć została użyta czysto instrumentalnie, przedmiotowo.

Ruchy proaborcyjne przypisywały śmierć kobiet w ciąży decyzji Trybunału. Późniejsze śledztwa i wyroki sądowe ani w jednym przypadku tych oskarżeń nie potwierdziły. Śmierć kobiet spowodowany został albo przez niedbalstwo lekarzy, albo ich ignorancji, albo przez jedno i drugie.

nie jestes sama

Tak było w przypadku pani Izabeli, która zmarła w 2021 roku w Szpitalu Powiatowym w Pszczynie. Zgłosiła się do placówki po tym, jak odeszły jej wody płodowe. Zarząd szpitala zaraz po tragedii zapewniał wielokrotnie, że jego personel zrobił wszystko, by uratować pacjentkę i jej dziecko, a wszystkie decyzje lekarskie zostały podjęte z uwzględnieniem obowiązujących w Polsce przepisów prawa oraz standardów postępowania. Natomiast kontrola NFZ potwierdziła liczne nieprawidłowości w organizacji, sposobie realizacji i w jakości świadczeń udzielonych pacjentce. Taki był też wynik śledztwa prokuratury.

Sąd Okręgowy w Katowicach w 2026 roku orzekł karę bezwzględnego więzienia wobec Krzysztofa P., który zastępował ordynatora oddziału ginekologiczno-położniczego szpitala (sąd rejonowy wymierzył mu karę w zawieszeniu). Krzysztof P. – zastępca kierownika Oddziału został skazany za narażenie kobiety na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata oraz grzywnę. Sąd zakazał mu również wykonywania zawodu przez 4 lata, nakazując także wystosowanie przeprosin. Z kolei Michał M. – ginekolog położnik, który pełnił poranny dyżur w izbie przyjęć został skazany na rok i trzy miesiące bezwzględnego pozbawienia wolności. Nie może wykonywać zawodu przez sześć lat.

Jawna była jedynie sentencja orzeczenia, uzasadnienie sąd odczytał bez udziału dziennikarzy - proces toczył się z wyłączeniem jawności. "Lekarz ten odpowiadał nie tylko za udzielenie pomocy medycznej Pani Izabeli, ale i za organizację pracy na oddziale" - napisała w oświadczeniu pełnomocniczka bliskich zmarłej mec. Jolanta Budzowska.

Jak oceniła, orzeczone kary są surowe, ale zostały one wymierzone za "sprzeniewierzenie się elementarnym obowiązkom lekarskim i zasadom etyki" oraz "za brak starań o uratowanie życia młodej kobiety".

Zostali skazani za zlekceważenie swoich obowiązków, a nie za stosowanie wyroku Trybunału!

W maju 2023 roku w Podhalańskim Szpitalu Specjalistycznym im. Jana Pawła II w Nowym Targu zmarła 33-letnia Dorota z Bochni. Kobieta trafiła do szpitala, w piątym miesiącu ciąży, odeszły jej wody płodowe. Wykonane wcześniej USG wykazało obumarcie płodu. Przyczyną zgonu był wstrząs septyczny. Powołani w śledztwie biegli negatywnie ocenili postępowanie diagnostyczno-terapeutyczne, jakie zostało wdrożone wobec Doroty L. po jej przyjęciu na oddział ginekologiczno-położniczy. Jej śmierć też posłużyła za sztandar dla ruchów proaborcyjnych.

Prokuratura zarzuciła dwóm lekarzom, specjalistom w dziedzinie ginekologii i położnictwa narażenie pacjentki na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia, trzeci lekarz usłyszał dodatkowo zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci pacjentki”. Tu też nie zawiniło prawo a niedbalstwo lekarzy i ignorancja.

W lipcu 2023 roku „Fakty” TVN nagłośniły sprawę pani Joanny z Krakowa, która rzekomo stała się ofiarą opresyjnych przepisów antyaborcyjnych w państwie PiS. W rzeczywistości, jak wykazało śledztwo, kobieta leczyła się psychiatrycznie i zadzwoniła do swojej lekarz, że zażyła tabletkę i spowodowała poronienie i ma myśli samobójcze. Lekarka zawiadomiła policję. Z relacji pani Joanny wynikało, że policjanci byli wobec niej brutalni. Jej medialna historia posłużyła Donaldowi Tuskowi do wezwania do „Marszu Miliona Serc”, który okazał się marszem do zwycięstwa w wyborach 15 października 2023 roku. Na marsz już nie zaproszono pani Joanny, a politycy Koalicji udawali, że jej nie znają. Sama pani Joanna żaliła się w wielu wywiadach, że została wykorzystana.

Marsz milion serc Joanna

Marsza miliona serc, po lewej pani Joanna

– Moja historia została wykorzystana do budowania politycznego kapitału i do przedwyborczej gry. (…) Mam wrażenie, że w momencie kiedy marsz został ogłoszony, to przestało chodzić o mnie czy o prawa reprodukcyjne kobiet, a najważniejsza stała się przepychanka z PiS-em – stwierdziła pani Joanna w jednym z wywiadów.

Finał sądowy tej głośnej sprawy był taki, że krakowski sąd oddalił powództwo wobec policjantów, którzy interweniowali w szpitalu. Uznano, że pani Joanna szukała rozgłosu i miała "interes prawny przedstawiania siebie jako ofiary brutalności policji, chociażby dla uzyskania odszkodowania". Sąd stwierdził, że do zeznań kobiety, w świetle informacji o jej leczeniu psychiatrycznym, należy podchodzić z dużą dozą ostrożności.

Ostatnia scena spektaklu, to wystąpienie na wiecu ruchu „Wszyscy jesteśmy Belén” prezydenta Argentyny, w 2020 roku, który poinformował, że podpisał prawo do aborcji do 14 tygodnia na życzenie. Powiedział, że jest katolikiem, ale prawo musi służyć wszystkim, także niekatolikom. Stwierdził, że na zmianę jego decyzji wpływ miała rozmowa z Belen. Prezydent zapytał ją, czego sobie życzy? Dziewczyna odpowiedziała, że prawa do aborcji. Chciałbym wiedzieć, czy to było jej głębokie, własne życzenie, czy spłata długu wdzięczności wobec aktywistek proaborcyjnych, które doprowadziły do jej uwolnienia?

W Polsce jak dotąd rząd Donalda Tuska nie zdołał zmienić wyroku Trybunału Konstytucyjnego, gdyż koalicjant PSL domaga się referendum w sprawie zgody na aborcję na życzenie. Wobec tego rząd poprzez instrukcje wysłane do wszystkich prokuratur oraz do oddziałów położniczych w kraju, sprawił, że w Polsce aborcja stała się legalna, wystarczy zaświadczenie od psychiatry.

Teatr Jaracza swoim spektaklem na nowo chce wywołać debatę publiczną, by ustawowo zagwarantować prawo do aborcji na życzenie. Na pewno spektakl zostanie obsypany nagrodami na festiwalach krajowych, a sądzę, że i na międzynarodowych.

Dla Donalda Tuska urodzenie dziecka to „często jest udręka na najbliższe 20 lat życia”. Gdy w środowisku katolickim podniosły się głosy oburzenia, wyjaśnił, że urodzenie dziecka jest udręką w państwie rządzonym przez PiS:

„– Kobieta siłą rzeczy musi się o wiele, wiele razy więcej zastanowić, czy chce mieć dzieci w takim krajobrazie kulturowym i politycznym. Jeśli może być bita, poniewierana, jeśli nie będzie miała pracy, jeśli nie będzie żłobków, szpitali [...] – powiedział w 2021 roku prezes Platformy Obywatelskiej i lider opozycji. - [...] Przecież tak długo, jak będzie rządziła ta ekipa Czarnków, Ziobrów, mizoginów jakichś kompletnych (...) tak długo kobieta będzie miała poczucie, że jest drugim sortem, gorszą kategorią”.

Dzisiaj rządzą Nowackie, Kotule, Dziemianowicz-Bąki, Kulaski, Biedronie i Śmiszki oraz Czarzaste a Polska za ich rządów odnotowała jeden z najniższych wskaźników dzietności w Europie (około 1,1-1,2), co prowadzi do kurczenia się populacji, starzenia społeczeństwa, załamania gospodarki przez brak rąk do pracy, a w konsekwencji załamania budżetu państwa, systemu emerytalnego i zdrowotnego, a więc bezpieczeństwa nas wszystkich.

Jan Paweł II: "Naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości"
Adam Socha

Czytaj więcej: Czy Matka Boska walczyłaby o prawo do aborcji? Obejrzałem spektakl Teatru Jaracza

Komentarz (9)

Słuszna droga rozwoju olsztyńskich tramwajów? Pytania laika

Szczegóły
Opublikowano: sobota, 20 grudzień 2025 10:56
Bogdan Bachmura

Wyjście na publiczną Agorę z własnymi pomysłami nigdy nie było sprawą łatwą. I choć dzisiaj można to zrobić prościej, bo nie wychodząc z domu, to łatwiej zdecydowanie nie jest. Dlatego z zadowoleniem przyjąłem inicjatywę pani Soni Solarz-Taciak oraz panów Bartosza d’Obyrna i olsztyńskiego radnego Adama Andrasza, dotyczącą rozwoju infrastruktury tramwajowej i drogowej w Olsztynie do 2040 roku. Zwłaszcza, że radny Andrasz, to człowiek wymykający się logice partyjnej pralni mózgów.

Plan opozycji rozwoju infrastruktury tramwajowej i drogowej w Olsztynie

Siedem linii tramwajowych, cztery wiadukty, kilka arterii drogowych, to piętnastoletni plan godny chińskiego rozmachu. Wielkie idee miewają siłę tarana, więc powstrzymam się od trywialnych pytań o źródła finansowania. Ale to nie wyczerpuje listy moich wątpliwości i pytań, głównie dotyczących proponowanej rozbudowy sieci tramwajowej.

Ta lista nie jest oczywiście niczym nowym. Była podnoszona podczas publicznej dyskusji na etapie planistycznym, przy czym termin „publiczna dyskusja” jest tu pewnym eufemizmem właściwym dla sposobu w jaki można było efektywnie rozmawiać z prezydentem Piotrem Grzymowiczem. Teraz uległa jedynie istotnemu uzupełnieniu o doświadczenia nabyte w trakcie kilku lat funkcjonowania tramwajów w Olsztynie.

Przypomnę zatem, że wątpliwości dotyczyły (poza przebiegiem samych linii tramwajowych) obciążających budżet miasta kosztów budowy infrastruktury, zakupu tramwajów, ich eksploatacji, braku elastyczności tego typu transportu, efektu domina w przypadku awarii, hałasu, utrudnień w ruchu samochodowym czy estetyki betonowania miasta.

Jako alternatywę przedstawiano znacznie tańszą w budowie i późniejszej eksploatacji budowę sieci buspasów, z nowoczesnymi autobusami o napędzie i parametrach dostosowanych do olsztyńskich warunków. Pozwalało to uniknąć wszystkich wyżej wymienionych wad oraz uciążliwości transportu tramwajowego.

Przypominam to wszystko, ponieważ od każdego, kto podnosi konieczność rozbudowy sieci tramwajowej oczekuję argumentów przemawiających za tym krokiem. Głównym atutem podnoszonym na rzecz tramwajów był aspekt ekologiczny. Ale sznury wytworzonych dodatkowo korków samochodowych boleśnie te założenia zweryfikowały. Co w takim razie pozostaje, albo co się zmieniło, aby snuć wizje dalszej rozbudowy linii tramwajowych?

Zadaję publicznie te pytania w nadziei, że nie zostaną przemilczane. Z zainteresowaniem i z pokorą laika oczekuję od trójki odważnych, młodych ludzi argumentów rozbijających moje obawy. Z nadzieją, że nie ograniczą się do znanej skądinąd tezy, iż z raz obranej, słusznej (lub nie) drogi, odwrotu nie ma.

Bogdan Bachmura

Czytaj więcej: Słuszna droga rozwoju olsztyńskich tramwajów? Pytania laika

Komentarz (4)

Więcej artykułów…

  1. Budżet Olsztyna na 2026r., to pogłębianie długu i zaklinanie rzeczywistości
  2. Plan opozycji rozwoju infrastruktury tramwajowej i drogowej w Olsztynie

Strona 14 z 522

  • start
  • Poprzedni artykuł
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14
  • 15
  • 16
  • 17
  • 18
  • Następny artykuł
  • koniec

Komentarze

Czy to prawda, że prezes TBS zwolnił połowę załogi a następnie zatrudnił swoją żonę, która po tym fakcie zmieniła swoje nazwisko ?
Zobacz jakie premie dostali pr...
8 godzin(y) temu
ZŁO DZIE JE Z KO
SWOJE IM DAJCIE NA TE PREMIE A NIE NASZE
Zobacz jakie premie dostali pr...
10 godzin(y) temu
pis niesie hasła ale nic więcej z tego nie wynika. Udają, że dbają o wartości chrześcijańskie jak ta posłanka, rozwódka co żonatego przygłupa z Aleksa...
Awantura w PiS-ie pomiędzy sze...
23 godzin(y) temu
"Dlatego uważam, że kierunek polegający na eskalowaniu sporów i kierowaniu wniosków o wykluczenie w oparciu o niezweryfikowane informacje nie służy ro...
Awantura w PiS-ie pomiędzy sze...
23 godzin(y) temu
Bierz tabletki na wypróżnianie to może i na głowę pomoże bredziarzu.
Awantura w PiS-ie pomiędzy sze...
1 dzień temu
Nie można poważnie traktować zarzutów o działanie na szkodę ugrupowania, gdy jednocześnie własne działania budzą istotne wątpliwości co do spójności s...
Awantura w PiS-ie pomiędzy sze...
1 dzień temu

Ostatnie blogi

  • Apel o optymizm na wypadek wojny Dwadzieścia rosyjskich dronów, które ostatnio wleciały do Polski wzbudziły u wielu moich rodaczek i rodaków głęboki niepokój, a często przerażenie… Zobacz
  • Barbarzyński atak "silnych ludzi" Tuska na praworządność Zbigniew Lis Motto Tuska: Będziemy stosować prawo, tak jak my je rozumiemy, czyli uchwałami Sejmu i rozporządzeniami zmieniać ustawy, wg zasady –… Zobacz
  • Co trzeba zrobić, żeby PiS wygrało kolejne wybory? Zbigniew Lis Wielu Polaków głosujących nie za opozycją, tylko przeciw PiS, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji ich decyzji oraz z powagi… Zobacz
  • Michał Wypij, Paweł Warot – komentarz osobisty Bogdana Bachmury Bogdan Bachmura Dużo łatwiej o krytykę osób, których nie darzymy sympatią, z którymi jesteśmy w sporze lub konflikcie. Ale tym razem jest… Zobacz
  • 1

Najczęściej czytane

  • Wyborcza sporządziła listę osób do zwolnienia z pracy, związanych z PiS
  • PiS grozi prezydentowi Olsztyna referendum. Prezydent: Apeluję - działajmy wspólnie!
  • Starcie studentów UWM z europosłem Patrykiem Jakim: SAFE, OZE, Trump, Niemcy, imigracja
  • STANOWISKO W SPRAWIE PROJEKTU PLANU OGÓLNEGO GMINY GIETRZWAŁD
  • Spór o plan rozwoju Gietrzwałdu: stać się Lourdes czy strefą przemysłową?
  • Awantura w PiS-ie pomiędzy szefem partii w Szczytnie Żuchowskim a poseł Arent
  • Czy Katarzyna K. opłacała Iwonę Arent i wojewodę Mariana P.?
  • R. Zawadzki: "Nie byłem związany z Galwanotechniką w 2014 roku"
  • Tymiński ma pomóc Braunowi w wyborach na Warmii i Mazurach
  • Syn wojewody Radosława Króla (PSL) dostał pracę w starostwie olsztyńskim
  • Lekarz-łgarz z Olsztyna, gwiazdą programu TVP "Omnibus — szybcy i mądrzy"
  • B. poseł SLD Monika Falej zasiliła kadry WM Specjalnej Strefy Ekonomicznej

Wiadomości Olsztyn

  • Olsztyn

Wiadomości region

  • Region

Wiadomości Polska

  • Polska

O debacie

  • O Nas
  • Autorzy
  • Święta Warmia

Archiwum

  • Archiwum miesięcznika
  • Archiwum IPN

Polecamy

  • Klub Jagielloński
  • Teologia Polityczna

Informacje o plikach cookie

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.