„Nie wolno kłaniać się okolicznościom, a prawom kazać, by za drzwiami stały”.
Nie znajduję trafniejszych słów, niż te, autorstwa Cypriana Kamila Norwida, na opisanie tego, czego doświadczamy od 10 lat za sprawą rządzących nami ludzi, a czego apogeum widzimy przy okazji sporu o Trybunał Konstytucyjny.
Od dekady mamy do czynienia z zarządzaniem polskim państwem poprzez konflikt dwóch sił politycznych, ze swoistą manichejską wiarą w walkę dobra ze złem, która jest zaprzeczeniem istoty demokracji z jej zasadą konsensusu i wiarą w wartość różnorodności. W takim systemie parlament staje się „elekcyjną dyktaturą” znoszącą wszelkie, stające na jej drodze przeszkody. Trudno o większą obłudę, niż obecna histeria obrońców demokracji z jednej strony, a z drugiej zapewnienia o „dążeniu do przywrócenia Trybunałowi Konstytucyjnemu właściwej rangi”. Trybunału Konstytucyjnego w Polsce już nie ma, bo pozbawiono go koniecznego do sprawowania swoich funkcji atrybutu autorytetu i uznania. Zwyciężyła demokracja w służbie doraźnych interesów, najpierw PO, a teraz PiS. A właściwie arystotelesowska formuła „skrajnej demokracji”, będącej wrogiem ograniczających jej władzę rządów prawa. Istotę rzeczy najlepiej oddał podczas sejmowego przemówienia Kornel Morawiecki, który ze szczerą naiwnością dziecka demokracji i przy aplauzie posłów PiS i Kukiza, wyznał wiarę w wyższość woli narodu nad prawem. Gdyby więc twórcy i sympatycy Komitetów Obrony Demokracji nieco więcej rozumieli z istoty systemu którego bronią, to powinni raczej zakładać Komitety Obrony Przed Demokracją ( w skrócie: KOP od demokracji)
Trybunał Konstytucyjny nigdy nie był doskonałym narzędziem zabezpieczającym państwo prawa przed dyktaturą parlamentarnej większości. Balastem założycielskim jest naznaczenie go politycznym piętnem wyboru sędziów przez Sejm i związane z tym oczekiwania polityków. Przywrócony w 1985 r. przez reżim Jaruzelskiego Trybunał był ciałem fasadowym, obliczonym na zademonstrowanie politycznej odwilży i stabilizacji, po którym nikt wiele się nie spodziewał. W III RP sędziowie TK pozostali partyjnymi nominatami, ale przez pierwsze piętnaście lat politycy wszystkich opcji wykazywali się względną powściągliwością i odpornością na pokusy instrumentalnego traktowania sędziów TK.
Sytuacja z jaką mamy do czynienia obecnie to apogeum i konsekwencja trwającego od dekady zarządzania państwem poprzez permanentny konflikt i wciągnięcia w jego obręb wielu Polaków.
To nie przypadek, że trwającą do tej pory symbiozę sędziów TK z politykami przerwała najpierw w czerwcu Platforma, a teraz twórczo rozwija ten proces Prawo i Sprawiedliwość. W trwającym od dekady politycznym zwarciu nie ma miejsca na dotychczasową dozę niezależności Trybunału.
Tak naprawdę szkoda czasu na rozważanie prawnych aspektów obecnego sporu o wybór sędziów TK. Sprawa jest do bólu prosta: wybór dwóch spośród pięciu sędziów przeprowadzony w czerwcu głosami PO i PSL został dokonany z rażącym naruszeniem prawa i powinien zostać dokonany powtórnie przez Sejm obecnej kadencji. Reszta to polityka, z właściwym dla niej, irytującym połączeniem plemiennej retoryki walki o „swoich sędziów” i braku odpowiedzialności za państwo.
Jedno trzeba uczciwie Prawu i Sprawiedliwości oddać: wyciągnięto wnioski z braku cierpliwości Polaków do politycznych awantur i na okoliczność planowanej zawieruchy postarano się o zabezpieczenie demokratycznych tyłów. Chodzi przede wszystkim o twardo podtrzymywaną i konsekwentnie podgrzewaną obietnicę 500 zł. na dziecko. Z analizy jaką opublikowała „Rzeczpospolita” jasno wynika, że głównymi beneficjentami tej „dobrej zmiany” będą rodziny najbogatsze. Oczywiście autorzy pomysłu na łatwe upowszechnienie dobrobytu wiedzieli o tym pierwsi. Wiedzieli także, że takie pomysły nijak się mają do wizerunku PiS-u jako partii głęboko zatroskanej losem najbiedniejszych. Najważniejsze było to, że miliony zapatrzonych w wymachiwaną przed ich nosem kiełbasę nie pozwolą nikomu zrobić dobrodziejom krzywdy i spokojnie rozgrzeszy ze wszystkiego co nie uderza w ich osobiste interesy. O trafności takiej analizy świadczy najlepiej milczenie opozycji, dla której każdy sprzeciw wobec znajdującej się na wyciągnięcie ręki darowizny przyniósłby łatwy do przewidzenia skutek.
W słuszności takiej taktyki utwierdził PiS przeprowadzony na wewnętrzny użytek sondaż, który potwierdził niewielkie zainteresowanie Polaków rezultatami ostatecznej batalii o TK.
Z zainteresowaniem czytam komentarze bliskich mi prawicowych i konserwatywnych publicystów na temat sytuacji wokół TK. Zwłaszcza tych, którzy wcześniej bezrefleksyjnie przyjęli rolę partyjnych propagandzistów, oddając swoje pióro w służbie zwycięstwa PiS. Wierzę, że podobnie jak dla mnie, także dla nich jedynym uzasadnieniem tego, co dzieje się za sprawą PiS z Trybunałem Konstytucyjnym byłoby nadanie mu statusu niezależnego od polityków strażnika państwa prawa. Nic jednak na razie nie upoważnia do budowania nadziei na tak daleko idące samoograniczenie wilczych apetytów polityków. Dlatego z aksjologicznej pułapki w jakiej się teraz znaleźli próbują wybrnąć teorią o „czyszczeniu przedpola” do dalszych, głębokich i koniecznych zmian w Polsce. Trudno na ten temat wyrokować, bo to dopiero początek „dobrej zmiany” jaką obiecywała Polakom nowa władza. Wiadomo natomiast, że stawiając sprawę w ten sposób wchodzimy na grząski, z zasady obcy myśleniu konserwatywnemu, grunt uświęcania niebezpiecznych środków przez dobry cel. Max Weber w swojej znanej rozprawie „Polityka jako zawód i powołanie” ujmuje to tak: żadna etyka świata nie może przesądzić, kiedy i w jakim zakresie etycznie dobry cel „uświęca” etycznie niebezpieczne środki i skutki uboczne. Długa lista tragicznych w skutkach, rewolucyjnych, a w kontekście naszej historii, bolszewickich metod, podpowiada daleko idącą ostrożność.
Na koniec słowo o prezydencie RP Andrzeju Dudzie. To głównie na jego polityczne konto strażnika Konstytucji odkłada się sprawa Trybunału Konstytucyjnego. Prezydent wysyłał wystarczająco jednoznaczne sygnały świadczące o odmiennym poglądzie na temat sposobu rozwiązania konfliktu wokół TK. Obserwowanie, jak lojalność wobec partii i podporządkowanie poleceniom prezesa PiS bierze górę nad rzeczywistymi intencjami absolwenta prawa UJ napawa najgłębszym smutkiem. Czy dożywotnio piastujący swój urząd Andrzej Duda równie ulegle „kłaniałby się okolicznościom, a prawom kazał, by za drzwiami stały”?
Bogdan Bachmura


Skomentuj
Komentuj jako gość