Wydarzenie do którego chciałbym się odnieść może mieć nieprzypadkowy związek z przypadającym na 15 sierpnia świętem Matki Boskiej Zielnej. Od tego dnia zaczynają w Polsce obowiązywać przepisy umożliwiające rejestrację tzw. anglików, czyli samochodów z kierownicą po prawej stronie. Wojna z państwem polskim w sprawie zniesienia zakazu rejestracji tego typu samochodów, którą pan Grzegorz Dorobek rozpoczął w 2008 r. zakończyła się korzystnym dla niego rozstrzygnięciem Komisji Europejskiej.
By odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nasze państwo na wszystkich możliwych szczeblach odmawiało takiej możliwości, wystarczy sobie wyobrazić wyprzedzanie, najbardziej niebezpieczny manewr w ruchu drogowym, przez kierowcę siedzącego po prawej stronie. O ile Kodeks Drogowy przewiduje rolę informatora, którym kierowca może się posłużyć np. przy pozbawionym należytej widoczności cofaniu, o tyle dla kierowcy „anglika" zabierającego się za karkołomny manewr wyprzedzania, prawo o ruchu drogowym roli pilota, siedzącego obok i informującego o nadjeżdżających z przeciwka pojazdach, nie przewidziało.
Dlaczego racje pana Dorobka w tym sporze wzięły górę przed wysokim Trybunałem Sprawiedliwości UE? Komunikat Prasowy Trybunału wyjaśnia to jednoznacznie: „Tego rodzaju środek wykracza poza to, co konieczne do zapewnienia bezpieczeństwa drogowego". Bezpieczeństwo mają zapewnić dodatkowe lusterka, dostosowanie instalacji świetlnej i wycieraczek. Wartościami nadrzędnymi, wyrażonymi w odnośnych dyrektywach 2007/46 i 70/311 są „zharmonizowane ramy mające na celu utworzenie i funkcjonowanie rynku wewnętrznego", z harmonizacją pozycji kierowcy włącznie. Trybunał przyznaje wprawdzie, że „dyrektywy nie określają wprawdzie pozycji miejsca kierowcy pojazdu (...) nie oznacza to jednak, że element ten nie jest objęty zakresem zastosowania tych dyrektyw. Należy stwierdzić, że prawodawca Unii przyznał w tym względzie swobodę producentom pojazdów samochodowych, której nie mogą uchylić lub ograniczyć przepisy krajowe". Trybunał przyznaje wprawdzie, że zakaz rejestracji „anglików" może „wpłynąć na zwyczaje związane z kierowaniem pojazdami, a nawet wpłynąć na określone ryzyko dla ruchu drogowego", ale zgoda Polski na turystyczne użytkowanie takich pojazdów wskazuje, „że sporne przepisy tolerują ryzyko związane z ruchem tego typu pojazdów". Reasumując: ryzyko utraty życia i zdrowia jest, ale nie na tyle istotne, aby naruszać tworzące rynek wewnętrzny „zharmonizowane ramy" oraz interesy producentów samochodów.
Oglądam właśnie fragmenty uroczystości oraz defilady wojskowej z okazji rocznicy Bitwy Warszawskiej. Słucham okrągłych słów zadowolonych z siebie oficjeli i zadaję sobie pytanie, jak skomentowałby naszą suwerenność słynący z dosadnych określeń marszałek Piłsudski. Czy „o take Polske" chodziło nam 25 lat temu? Symboliczne zestawienie zwycięskiej Bitwy Warszawskiej z kolejnym, odkrojonym jak plasterek salami, kawałkiem naszej suwerenności, robi wrażenie przygnębiające. Jak długo można śpiewać: „Ojczyznę wolną racz zachować Panie", gdy poddawanie suwerenności w najbardziej elementarnych sprawach coraz trudniej tłumaczyć geopolitycznymi i globalnymi uwarunkowaniami współczesnego świata?
Ale suwerenność to nie jedyny aspekt postępującej w każdej dziedzinie „harmonizacji". Wychowani na podziemnych lekturach książek Friedmana, Missesa czy Hayeka sądziliśmy, że w 1989 r. złapaliśmy boga wolności za nogi. Pierwsza poważna rysa na tych marzeniach dotyczyła także, nomen omen, ruchu drogowego. Wprowadzenie w 1992 r. przez liberałów z KLD obowiązku zapinania pasów bezpieczeństwa było modelowym złamaniem kanonu liberalnych wolności, których nieprzekraczalną granicą jest ograniczenie wolności innych osób. Był to jeden z pierwszych uścisków państwowej pętli bezpieczeństwa, od której, po 25 latach „wolności", oczy nam na wierzch wychodzą. Oczywiście proceder handlu „bezpieczeństwo za wolność" był już wtedy w państwach zachodnich mocno zaawansowany, a próby oporu przed zalewem biurokratycznych regulacji wszystkiego co wykazuje oznaki samodzielnego życia stawały się powoli fanaberiami ekscentryków. Od tamtego czasu przepisy ruchu drogowego stały się symbolem przebiegłości państwa mającej zabezpieczyć dopływ środków na jego stale rosnące potrzeby. Od 2004 roku na państwo polskie można się poskarżyć do Brukseli, jednak opieka dwóch panów rzadko oznacza więcej swobody. Zwycięstwo pana Dorobka dające możliwość rejestracji „anglika" ma także pyrrusowe oblicze. Trybunał Sprawiedliwości UE, stojąc na straży partykularnych interesów producentów samochodów posunął się o wiele dalej niż odebranie nie zagrażającej nikomu wolności zapinania pasów. Mając na względzie ich interesy, przesunął granicę wolności pana Dorobka i jego ewentualnych naśladowców poza obszar gwarantujący bezpieczeństwo pozostałych kierowców.
Nie jest łatwo dziś o wiarę, że postępującą tyranię opiekuńczości da się zatrzymać. Jeszcze trudniej uwierzyć, że powszechne zaprzedanie się ekonomii da się pogodzić z zachowaniem wolności. Ale próbować trzeba. Najlepiej zacząć od modlitwy za kierowców do Matki Boskiej i św. Krzysztofa.
Bogdan Bachmura
zdjęcie: tygodnik Motor


Skomentuj
Komentuj jako gość