Według premiera Donalda Tuska ministrów jego rządu nagrywała jakaś „zorganizowana grupa przestępcza". Jest podejrzenie, że mogli ją stworzyć pracownicy knajp, w których panowie ministrowie sobie prywatnie gaworzyli. Być może owym spiskiem kelnerów powodowała chęć zysku, ale też niewątpliwie owa grupa zrealizowała przyświecający Platformie, założycielski ideał obywatelskiej aktywności i troski o państwo.
Tak czy owak, żywe zainteresowanie Polaków zawartością taśm pokazuje, że nagrywających można uznać za reprezentantów ludu-suwerena, dzięki którym suweren dowiedział się co myślą naprawdę o swojej pracy przyjęci na służbę (minister = sługa) ludzie. Oczywiście żadna służba nie przepada za pańską dociekliwością. Zwłaszcza służba rozpuszczona, którą brak pańskiej kontroli niemożliwie zdemoralizował. W takiej sytuacji lojalny szef (premier) służby, którego lud za swoje pieniądze wyposażył w odpowiednie narzędzia, powinien pana przeprosić i zrobić porządek ze swoimi podwładnymi. I oddać się do dyspozycji suwerena, pytając o dalszą możliwość pełnienia służby. Tyle demokratyczna teoria.
W praktyce, na życzenie szefa służby, wszystkimi siłami państwa, rozpoczęto poszukiwania autorów podsłuchów, ponieważ nielegalnie dostarczyli obywatelom istotnej wiedzy na temat zatrudnionych przez nich ludzi. Niewątpliwie naszym ministrom – sługom niełatwo się w takiej sytuacji odnaleźć. Brak im wprawy, bo przecież nasze państwo istnieje tylko teoretycznie, tzn. właściwe mu funkcje tak właśnie działają. Bo przecież istnieje także druga, bardzo praktyczna strona państwowej machiny. Jej porządek jest odwrócony. Każdego roku do Urzędów Skarbowych wpływa ok. 50 tyś. donosów. Wprawdzie średnio co szósty się potwierdza, ale każdy musi być sprawdzony. W ten sposób państwo, w tym przypadku sługa – minister finansów, nakręca spiralę anonimowego donosicielstwa, którego źródła, z punktu widzenia legalności, nikt nie sprawdza. Nawet źródło bezpośredniej informacji nie jest znane. Nikt nie ma złudzeń, że najczęstszą inspiracją donosów nie jest troska o dobro wspólne, ale zazdrość i prymitywna zawiść. Ale to nie powód, aby demokratyczna władza rezygnowała z takiej szansy kontroli nad swoimi wyborcami, których możliwość kontroli poprzez wybory jest stanowczo przereklamowana. A wpływające coraz częściej na skrzynki e-mailowe policji amatorskie nagrania kierowców? Co z ich legalnością, o źródle pochodzenia nie wspominając? Tutaj również jest to bez znaczenia. Wystarczającym powodem legitymizowania takich donosów jest to, że ułatwiają pracę funkcjonariuszom państwa.
Prowadzone po godzinach pracy knajpiane rozmowy polskich polityków również, jak wiadomo, wynikały z troski o państwo. Ich głównym wątkiem była najwyższa polska racja stanu jaką jest niedopuszczenie opozycji do władzy i zachowanie przy niej ludzi z Platformy nazywanej „obywatelską". Każdy, kto sądzi inaczej – według bliskiej niegdysiejszym klasykom poetyki premiera Tuska – podważa podstawy ustroju i naraża na szwank interes państwa.
Na razie sytuacja wygląda w ten sposób, że państwem polskim kieruje zorganizowana grupa dysponująca dziewięcioma instytucjami mogącymi legalnie nas podsłuchiwać. Na razie jest to grupa legalna, ale suweren może to zmienić.
Bogdan Bachmura


Skomentuj
Komentuj jako gość