Nie ma zbyt wielu powodów, aby dziś świętować 25 lat wolności. Jest za to co z satysfakcją wspominać, bo 25 lat temu rzeczywiście wolność chwilowo odzyskaliśmy. Ta beczka wolnościowego miodu miała oczywiście swoją, po wielekroć opisywaną, kontraktową łyżkę dziegciu, ale dla przeciętnego Polaka miało to znaczenie wtórne, ponieważ to wtedy właśnie odbywał się prawdziwy, trwający ledwie kilka lat, karnawał wolności.
Jego początek to tak naprawdę rok 1988, bo choć niechętnie dzisiaj o tym mówimy, to wolność polityczną poprzedziła, dzięki uchwalonej w tym roku przez komunistyczny sejm ustawie o działalności gospodarczej, prawdziwa wolność gospodarcza. To wystarczyło, aby polscy przedsiębiorcy stworzyli ok. 6 mln stanowisk pracy i nie pamiętam, aby pomimo możliwości uzyskania paszportu, zbyt wielu Polaków wyjeżdżało wtedy za chlebem. Z wolnością słowa także już wtedy nie było najgorzej. Jak grzyby po deszczu, pomimo oficjalnie istniejącej cenzury, na powierzchnię wychodziły podziemne tytuły, których autorzy podpisywali się własnymi nazwiskami. Tak przecież wydawaliśmy, razem z Jurkiem Szmitem i Adamem Sochą, nikogo nie pytając o zgodę, „Inicjatywy Warmińskie". Karnawał polskiej wolności nie wziął się oczywiście z niczego i miał swoje racjonalne przyczyny. Był możliwy, ponieważ słabnący w oczach komunistyczny zamordyzm nie miał już siły ani wiary w trwanie przy swoim, a macki nowej demokratycznej władzy jeszcze były za krótkie na duszenie rodzącej się wolności.
Sterowane, czerwcowe wybory 1989 roku marnie nadają się na symbol tamtego czasu, bo korzeniami tkwiły w poprzednim systemie i stanęły naprzeciwko rzeczywistym, wolnościowym dążeniom Polaków. Symbolem tej dychotomii jest wykreowanie gen. Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta III RP, choć w istocie, jak to określił prof. Antoni Dudek, był to pierwszy i ostatni prezydent PRL. Tamte wybory, dzisiaj tak fetowane jako symbol odzyskanej wolności, mają raczej walor symbolu dzisiejszej, kulawej już na obie nogi, wolności. Można do woli zachłystywać się porównaniami do czasów siermiężnej dyktatury PRL i przypominać łaskę, jaka spłynęła na Polaków wraz z możliwością uzyskania paszportu, ale to nie zmieni faktu, że kolejna, tragiczna w dziejach narodu polskiego emigracja to nie przejaw swobody podróżowania, lecz wynik konsekwentnej likwidacji danej Polakom w 1988 r. wolności gospodarczej.
Przykład tych, którzy nie zauważyli, że hasło karnawału wolności: „Co nie jest zabronione, jest dozwolone" przestało obowiązywać, zobaczyli widzowie filmu „Układ zamknięty". Zupełnie świeżym, rocznicowym można rzec, symbolem stanu wolności słowa jest skazanie przez Sąd Rejonowy w Lidzbarku Warmińskim Andrzeja Pieślaka na „ograniczenie wolności na 5 miesięcy i wykonywanie w tym okresie prac społecznych" za narażenie Starosty Lidzbarskiego na utratę zaufania publicznego z powodu pytań o pieniądze wydatkowane na imprezę z udziałem miejscowej elity. Proces, na wniosek starosty, odbył się z wyłączeniem jawności. Z kolei Tomasz Terlikowski dostał sądowy zakaz sugerowania, że Anna Grodzka to nadal mężczyzna, ponieważ zmiana płci została uznana sądownie. Sądowa zmiana męskich genów Krzysztofa Bęgowskiego na damskie geny Anny Grodzkiej była łatwiejsza, niż trwające 21 lat, niemal tyle, ile liczy sobie wolna Polska, dochodzenie przez panią Krystynę Chojnowską zwrotu 3 mln niesłusznie naliczonego podatku. Tuż przed rocznicową fetą, gdy jej sprawę skierowano po raz 17 do powtórnego rozpatrzenia, zrujnowana przez wolne państwo polskie pani Krystyna popełniła samobójstwo. Łatwe mnożenie podobnych przypadków prowadzi do oczywistej konkluzji, że Polacy odzyskanej wolności nie potrafili obronić. Co więcej, moim zdaniem nigdy na to szans nie było, ponieważ współczesny człowiek jest bezsilny wobec zazdrosnego o swoje wpływy i pazernego na coraz większą władzę państwa. Bezradny wobec pokus współczesnego świata i nacisku wszechobecnej manipulacji.
Są dwie, fundamentalne przyczyny zaniku wolności – nie tylko w Polsce, ale w większości państw zachodniej demokracji. Pierwsza tkwi w założeniu, że to państwo ma urzeczywistniać i gwarantować wolność osobistą i polityczną. „Kupując" taką wersję wolności znaleźliśmy się w opozycji do całej wolnościowej tradycji liberalizmu, która za naturalną cechę każdego rządu uznawała skłonność do ingerowania w życie obywateli oraz ograniczania ich wolności i własności. Postrzeganie państwa jako strażnika praw człowieka i obywatela jest największym nieporozumieniem dotyczącym istoty wolności, która może istnieć tylko w opozycji do państwa, bo jest to wolność dla słabszego, a taką jest jednostka wobec potęgi państwa. Drugą, kardynalną przyczyną stawiającą pod znakiem zapytania zdolność do zachowania wolności jest brak skutecznej ochrony, pozwalającej na wzmocnienie pozycji jednostki i skuteczne przeciwstawienie się nadużywaniu władzy przez rządzących. W konstrukcji państwa liberalnego takie zabezpieczenie oczywiście istnieje i jest nim idea państwa prawa, w którym prawo pełni rolę gorsetu ograniczającego samowolę państwa. Jednak kto dzisiaj, tak z ręką na sercu, w ten właśnie sposób traktuje relację między państwem a prawem? Prawo jest raczej utożsamione z państwem, co nie dziwi, bo traktowanie prawa jako narzędzia realizacji bieżących i doraźnych celów politycznej elity jest czymś tak nagminnym, że przyjmujemy to jako normę postępowania. Konstytucyjny zapis o istnieniu w Polsce państwa prawnego od dawna jest fikcją.
Demokracja niczego tutaj nie rozwiązuje, ponieważ wyrażana raz na kilka lat wola ludu nie zapobiega arbitralności władzy oraz instrumentalizacji prawa. Jedyną możliwą i znaną metodą przywrócenia prawu właściwego, obronnego znaczenia i funkcji zabezpieczającej wolność, jest zakorzenienie go w niedostępnym ludzkiej ingerencji prawie naturalnym, odwołującym się do Boga i transcendentnych podstaw. Taką właśnie demokrację, z władzą prawa umocowanego poza zasięgiem ludzkich manipulacji, z rękojmią trwałości i przewidywalności prawa naturalnego, afirmował papież Jan Paweł II. W demokracji z prawem zakorzenionym w ułomnym ludzkim rozumie, widział zagrożenie postępującym totalitaryzmem. To ostatnie słowo, przez lata nieobecne w publicznej debacie nad stanem III RP, powracało tym częściej, im bliżej było 25 rocznicy odzyskania wolności. Dawniej skandowaliśmy „Nie ma wolności bez Solidarności". Przeciwko komunie, ale mogło się udać i później, gdyby trzymano się chrześcijańskich, powszechnie wtedy uznawanych, korzeni Solidarności. Dziś także nie ma innej drogi. Zarówno dla wierzących, jak i niewierzących. Ale przy okazji zręcznie podsycanego sporu o wpływ Kościoła na bieżącą politykę wylaliśmy dziecko z kąpielą. Daliśmy się podzielić i naiwnie nastraszyć wizją teokracji, a obudziliśmy się z ręką w nocniku totalitaryzującej się demokracji. Za to władza świętuje. 25 lat systematycznej ucieczki od wolności - to niewątpliwie jej sukces.
Bogdan Bachmura
(felieton ukazał się w czerwcowym nr miesięcznika "DEBATA")


Skomentuj
Komentuj jako gość