Adam Kowalczyk zapowiadał, że napisze tekst w obronie decyzji gen. Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego. Czekałem więc z niecierpliwością i nadzieją, że włoży ten kij w mrowisko z gracją większą niż u wypróbowanych apologetów stanu wojennego. Niestety, powielona przez Adama w tekście „Generalski poker” konwencja wielu dotychczasowych polemik zakłada, że Jaruzelski przed czymś istotnym nas uratował.
Ponieważ obie strony sporu na ogół podzielają pogląd, że radziecka interwencja byłaby większym złem niż tłumienie narodowego zrywu własnymi siłami, cały spór sprowadza się do podziału na zwolenników i przeciwników poglądu „weszliby, czy nie weszli” oraz w konsekwencji do ostrej polaryzacji zdań na temat gen. Jaruzelskiego. Wśród historyków spór o możliwość radzieckiej interwencji został na podstawie odnalezionych dokumentów i oceny stanu ówczesnego ZSRR w zasadzie rozstrzygnięty. Kilkuletni żywot tego państwa po 1981 r. jedynie taką ocenę potwierdza. Jednak dla obsadzenia Jaruzelskiego w roli obrońcy interesu narodowego niezbędne jest przekonanie czytelników o gotowości armii radzieckiej do interwencji w Polsce. Z tym problemem Adam rozprawił się mocno na skróty, przeciwstawiając argumentom prof. Antoniego Dudka własną intuicję podpowiadającą mu, że prośba Jaruzelskiego o interwencję sowiecką „była nie tyle prośbą o pomoc, ile raczej zasłoną dymną, takim potwierdzeniem towarzyszom radzieckim swojej niezłomności wobec systemu”. Dlatego zamiast sporu na poziomie tego typu „dowodów” proponuję przyjrzeć się stosowanemu powszechnie i powielonemu przez Adama paradygmatowi dodatniego bilansu wojny polsko-polskiej z 1981 r. Oparto go na założeniu, że wkroczenie wojsk sowieckich do Polski przyniosłoby większe szkody, niż stan wojenny gen. Jaruzelskiego. Podzielając przypuszczenie że skala represji byłaby większa, trudno zgodzić się na porównania do Czechosłowacji roku 1968. Po pierwsze system komunistyczny był jeszcze wtedy na etapie ekspansji, a nie zwijania się. Po drugie, buntu dopuścili się tam rządzący komuniści, co postawiło Związek Sowiecki w sytuacji bez wyjścia. W 1981 r. w sytuacji geopolitycznie i wewnętrznie zupełnie odmiennej Kreml, podobnie jak Jaruzelski, miał interes w tym, aby represje maksymalnie ograniczać, co wobec słabego przygotowania Solidarności i łatwości z jaką Jaruzelski sterroryzował społeczeństwo nie byłoby zadaniem trudnym. Pozostawienie Jaruzelskiego samemu sobie, z czysto hipotetycznym straszakiem interwencji, było zagraniem tyleż przemyślanym, co podyktowanym słabością ówczesnego ZSRR. W rezultacie bowiem przyniosło Polsce daleko większe szkody, niż budzące nienawiść represje oraz jednocząca Polaków fizyczna obecność obcych wojsk. Nigdy nie będziemy w stanie zanalizować do końca skutków podziałów jakie wprowadził stan wojenny wśród Polaków. Adam ograniczył się do eufemizmu, stwierdzając, że „efekty decyzji Jaruzelskiego były wielorakie”. Tymczasem trwający do dzisiaj i dzielący Polaków na pół spór o stan wojenny to jedynie zewnętrzny objaw zaszczepionej przez gen. Jaruzelskiego głębokiej patologii. System komunistyczny, z Solidarnością czy bez, i tak, na skutek własnej, chronicznej niewydolności skazany był na porażkę. Tyle że my, po interwencji, a następnie wycofaniu się wojsk sowieckich moglibyśmy zagospodarować Polskę bez układania się ze zdrajcami, uwłaszczania gospodarki przez postkomunistyczną nomenklaturę i agenturę o wyniszczającej moralnie relatywizacji oczywistych zdawałoby się faktów i czynów nie wspominając.
Wiele argumentów użytych przez Adama to, niestety, pokłosie polskiego wydania stanu wojennego i błędnie interpretowanego racjonalizmu. Posługując się cytatami samego Jaruzelskiego i przystając na rolę, którą w dramacie stanu wojennego wyznaczył sobie on sam, stosuje głęboko moim zdaniem nieuprawnione, żeby nie powiedzieć toporne porównania do Konfederacji Barskiej, Powstania Listopadowego czy Powstania Warszawskiego. Nie wchodząc w szczegóły i oceny wystarczy pamiętać, że inspiracją powyższych zrywów narodowych był patriotyczny i szlachetny sprzeciw wobec obcych wpływów i zagrożenia narodowego bytu. Jaruzelski zaś (nie mogę wyjść ze zdumienia, że muszę o tym przypominać) to facet z przeciwnej strony barykady. Ślepo posłuszne i zawsze wierne narzędzie sowieckiego zniewolenia i realizacji projektu najtragiczniejszej w historii ludzkości utopii oraz próby przeorania świadomości całych narodów. Nie wystarczy stwierdzić: „powyższe słowa napisałem nie jako ocenę całej postaci generała” by, posługując się na dodatek cytatem z Dmowskiego, przypisać mu rolę jednorazowego akuszera narodowego bytu. Niemniej zadziwiające jest powtarzanie argumentów okrągłostołowej propagandy o „przekazaniu władzy opozycji na drodze pokojowej”, podczas gdy w rzeczywistości nikt żadnej władzy „przekazać” nie miał zamiaru.
Pomimo mojego osobistego zaangażowania w wojnę polsko - jaruzelską nigdy nie uważałem, że samo wprowadzenie stanu wojennego było złem absolutnym. Największym i niewybaczalnym grzechem nie jest bowiem sięgnięcie po dyktaturę, ale brak pomysłu na odpowiedzialne wykorzystanie tego niebezpiecznego narzędzia. Tacy ludzie jak gen. Franco czy gen. Pinochet udowodnili, że ofiary które stały się ich udziałem nie poszły na marne. Lista tych, którzy, jak gen Jaruzelski, z dyktatury uczynili li tylko pozbawione celu narzędzie władzy jest o wiele dłuższa. Siedem lat z okładem dyktatorskich rządów tego człowieka to rzeczywisty sprawdzian sensu sprowadzenia na Polaków wojny domowej. Adam Kowalczyk przyznaje, że „niestety, zmarnowane zostało siedem lat”. Jednak nie wie „czy stało się tak dlatego, że Jaruzelski nie miał świadomości potrzeby reform, czy też tyle czasu potrzeba było na erozję komunistycznego betonu”. Wobec tak głębokiej rozterki podpowiadam, że do „pokerzysty” i dalekowzrocznego architekta „zgodnej z państwowym interesem narodowym” decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego zdecydowanie lepiej pasuje wersja druga.
Bogdan Bachmura


Skomentuj
Komentuj jako gość