„Olsztyn to oczywiście miejsce, jakich wiele w naszym kraju. Ubolewanie nad nikłym zainteresowaniem sprawami publicznymi i kontrolą nad poczynaniami władzy nie ma sensu bez odpowiedzi na pytanie o możliwości zajmowania się sprawami publicznymi i koszty takiej aktywności. Możliwości realne i praktyczne. Nie te wynikające z teoretycznych zapisów i gwarancji praw obywatelskich, ale takie, które realnie pozwalają z tych praw korzystać”- pisze Bogdan Bachmura
Od 23 lat radni olsztyńskiej Rady Miasta skutecznie unikają indywidualnej odpowiedzialności przed wyborcami. Z kadencji na kadencję, zgodnie i ponad podziałami dbają o to, aby ludzie, którzy ich wybrali nie mogli się dowiedzieć jak imiennie głosowali, chyba że sami, przed każdym głosowaniem, o tym zadecydują. Można oczywiście do woli znęcać się nad upadkiem demokratycznych ideałów radnych i mentalnością farbowanych na demokratyczne barwy lisów, ale, koniec końców, to wyborcom, mieszkańcom miasta, powinno zależeć na zachowaniu możliwości obserwacji i rozliczeniu wybranych przedstawicieli. Strach, że głosowanie za podwyżką cen biletów komunikacji miejskiej zamknie drogę marzeniom o politycznej karierze szybko zmienia punkt widzenia świeżo wybranego radnego. Troska o to, aby nie utracić podstawowego narzędzia oceny wybranych ludzi nie powinna podlegać żadnym koniunkturalnym zmianom. Pod warunkiem oczywiście, że narzędzie to jest jeszcze do czegoś potrzebne i wykorzystywane.
Obraz naszego miasta to wynik ucieczki jego mieszkańców od zainteresowania sprawami publicznymi na poziomie niegwarantującym wymiany politycznych elit i kontroli przenikania świata lokalnej polityki i biznesu. To sytuacja opisana niedawno przez Tomasza Kursa na łamach „Gazety Wyborczej” w artykule „Dyskusja o Olsztynie. Tu nie lubią myślących inaczej”. Kurs celnie zauważa, że instytucje które w założeniu mają dbać o dobro mieszkańców spełniają rolę „biurokratycznej machiny, poza którą niewiele się dzieje i ma prawo wydarzyć. W takim świecie niechętnie spogląda się na pojawiające się próby przełamania monopolu instytucji i na tych, którzy mają odmienne zdanie (…) Instytucjom krytyka jest obojętna, a jeśli ktoś będzie krytykował, to dorobi mu się opinię hamulcowego, przyklei łatkę zwolennika skansenu”. Olsztyn to oczywiście miejsce, jakich wiele w naszym kraju. Ubolewanie nad nikłym zainteresowaniem sprawami publicznymi i kontrolą nad poczynaniami władzy nie ma sensu bez odpowiedzi na pytanie o możliwości zajmowania się sprawami publicznymi i koszty takiej aktywności. Możliwości realne i praktyczne. Nie te wynikające z teoretycznych zapisów i gwarancji praw obywatelskich, ale takie, które realnie pozwalają z tych praw korzystać.
Aby zrozumieć istotę problemu warto nań spojrzeć z perspektywy starożytnej demokracji ateńskiej. Wspólnoty, która jako pierwsza odkryła istotę i dziedzinę spraw publicznych, w której - jak zauważył duński historyk Mogens Herman Hansen - „stopień aktywności politycznej obywateli Aten nie ma sobie równych w dziejach świata ani w kategoriach liczb i częstotliwości, ani poziomu uczestnictwa”. Można powiedzieć, że cała organizacja miasta - państwa była podporządkowana temu celowi. Taki stopień uczestnictwa w życiu politycznym wymagał przede wszystkim wyswobodzenia spod panowania konieczności życiowych i bytowych oraz przestrzeni publicznej, w której można spotkać ludzi o takim samym statusie. Przeciętny Ateńczyk nie był człowiekiem wolnym od konieczności wykonywania pracy, ale czas który miał na uprawianie polityki zawdzięczał pracy tych, którzy nie mieli praw politycznych, głównie niewolników, a większość Ateńczyków posiadała przynajmniej jednego niewolnika. Dzięki temu – jak pisze Hansen - demokracja ateńska nie była tylko ustrojem, ale również sposobem życia. Demokracją tak skonstruowaną, aby dała się pogodzić z codzienną pracą zwykłego obywatela.
Arystotelowskiego ideału państwa, w którym obywatele nie musieliby sami parać się zwykłą pracą fizyczną i dzięki temu mogliby poświęcić swój czas na działalność polityczną, nigdzie, także w starożytnych Atenach, nie udało się zrealizować. Ale zawsze, czy to w starożytnym Rzymie, czy w średniowiecznej i następnie nowożytnej Europie, tylko ludzie uwolnieni od okowów konieczności codziennej pracy mogli być w sensie politycznym wolni, czyli skutecznie godzić to co „chcę” z tym co „mogę”. Współczesnego człowieka w kontekście rozważań o demokracji ateńskiej można nazwać „demokratycznym inaczej”. Od polityki stroni jak od zarazy, bo ma od tego opłacanych z jego podatków przedstawicieli-profesjonalistów i biurokratycznego Lewiatana, na którego utrzymanie zabierają mu 50 proc. dochodów. Mimo to pożytek z nich niewielki, bo uzależnienie poselskiej diety i kariery od kaprysu partyjnego szefa przerwało związek wolności z polityką, tworząc nową kategorię politycznego niewolnictwa.
W dzisiejszym świecie, zorganizowanym na wzór domu towarowego, opanowanym przez homo oeconomicusa z rolą śrubki w gospodarczej maszynce pracującej na emerytury, których nie będzie, w postać homo politicusa mamy się wcielać tylko raz – w drodze z domu do lokalu wyborczego. Za resztę politycznych emocji powinien wystarczyć zmęczonym niewolnikom, przepraszam, wojownikom o codzienne papu, fotel przed telewizorem i kontakt z polityką przez szkoło kontaktowe. Jeszcze przed wojną centrowy „Allensteiner Volksblatt” omawiając sesje Rady Miasta, podawał jak głosowali radni w poszczególnych sprawach. Ale czasy się zmieniły na postępowe i dostęp do informacji w olsztyńskim Ratuszu stał się rzeczą niezmiernie cenną. Tak cenną, że wymaga racjonowania.
Bogdan Bachmura


Skomentuj
Komentuj jako gość