Władza demokratyczna musiała coś z tym zrobić. Internet od dawna stanął w poprzek kursu który obrała liberalna demokracja. ACTA to zgrabny, bo odwołujący się do szlachetnej idei ochrony własności pretekst, aby otworzyć drogę prawną do późniejszych małych kroczków w kierunku względnej, bo opierającej się głównie na strachu, kontroli nad Internetem. Używanie szlachetnych motywów do krojenia, plasterek po plasterku, przestrzeni liberalnych wolności to scenariusz do bólu zgrany, ale w społeczeństwach o konsystencji plasteliny, wychowanych na relatywizmie i pozbawionych zdolności twardego wartościowania, niezmiennie skuteczny.W tym samym czasie gdy przestrzeń publiczną rozpala do czerwoności zamach na Internet, bez cienia protestu przechodzą informacje o francuskiej ustawie zakazującej negowania ludobójstwa Ormian czy kolejnych aktach ustawowego eko-terroryzmu wobec Polskich, już teraz nawet jednoosobowych firm, zobowiązanych do sporządzania dziesiątków sprawozdań obejmujących np. zużycie świetlówek, tonerów do drukarek czy rozliczenie za korzystanie ze środowiska. Za kolejnym ograniczeniem swobody dyskusji i naukowych badań stoją kartki wyborcze w rękach 500 tyś. mniejszości ormiańskiej we Francji. Za nową porcją udręki dla przedsiębiorców – partykularne interesy i pozbawiona kontroli biurokratyczna maszyna. Osobom uważnie śledzącym postępy liberalnej wolności każdy tydzień dostarcza nowych, podobnych faktów. Kłopot z podpisaniem umowy ACTA polega na tym, że demokratyczna władza wybrała się na wojnę w terenie na którym tradycyjne metody wbijania klina i zastraszania nie sprawdzają się, bo zostały skierowane przeciwko wielkiej masie anonimowych użytkowników posiadających nie tylko możliwość nieograniczonego komunikowania się, ale także narzędzia uprzykrzania życia władzy, a nawet ukarania jej przy wyborczych urnach. Jeżeli pomimo tego nie odpuszczono, stawiając na szali wszystkie możliwe straty, to dlatego, że sfera przestrzeni wirtualnej wymknęła się znanym do tej pory metodom kontroli. Znalazła się poza systemem. Wymknęła się zabijającemu swobody obywatelskie demokratycznemu rytuałowi i strachowi przed konsekwencjami bycia wolnym człowiekiem. Internauci, głównie młodzi ludzie, stają w obronie wolności. Takiej, którą na co dzień praktykują i którą najlepiej rozumieją. Wolności do wolnej, lecz najczęściej anonimowej wypowiedzi. Mam nadzieję, że protesty i dyskusja wokół ACTA, pomimo podpisania tego dokumentu, przyniosą więcej pożytku niż zła. Że spróbujemy zrozumieć, dlaczego oddaliśmy państwu tyle władzy, że pozwala sobie na przygotowanie skoku na Internet. Dlaczego młodzi ludzie z równą zażartością nie bronią na przykład wolności gospodarczej, chociaż to właśnie jej brak odczuwają najdotkliwiej w postaci braku pracy i perspektyw, co w konsekwencji czyni ich ludźmi zniewolonymi.
Z uwagą przeczytałem tekst Łukasza Necio ”Upadek prawa”. Zawarte w nim rozważania o źródłach i gwarancjach liberalnych wolności skłaniają do szeregu zasadniczych pytań. Najważniejsze z nich to kwestia rządów prawa jako przestrzeni wolności. Liberalny projekt konstytucyjnego zabezpieczenia obywateli przed samowolą władzy okazała się jak dotąd pobożnym i coraz bardziej oddalającym się życzeniem. Zasadnicze pytanie brzmi zatem następująco: czy będące zaprzeczeniem państwa prawa „rządy ludzi” i instrumentalne traktowanie przez nich prawa to dający się wyeliminować stan chorobowy, czy systemowy błąd genetyczny skazujący liberalną demokrację na ewolucję w kierunku miękkiego autorytaryzmu? Odpowiedź na to pytanie zależy od wiary w skuteczność instytucji zabezpieczających funkcjonowanie państwa prawa: Konstytucji, stojącego na jej straży Prezydenta oraz Trybunału Konstytucyjnego. Próbując odpowiedzieć sobie na to pytanie nie unikniemy porównania do dawnych gwarancji jakich udzielali zastanym prawom monarchowie, którym – jak to ujął św. Tomasz z Akwinu – królestwo było dane, ale królestwo nie było dla króla. Nie inaczej było w starożytnym Rzymie, na który powołuje się Łukasz Necio. Filarem tworzonego tam prawa było poszanowanie dla autorytetu i tradycji. Bliscy Łukaszowi Necio Locke i Hayek mieli nadzieję na sprawne funkcjonowanie swojego rodzaju republiki konserwatywnej, licząc na samoograniczenie polityków wynikające z ich zakorzenienia w chrześcijańskiej moralności. Jednak wobec nieuchronnego ciążenia demokracji ku socjalizmowi i praktyki nieustannej walki liberalnego państwa z religią wszystko to okazało się czystą mrzonką. Czym tą wyrwę zastąpić? Oto jest pytanie! Moim zdaniem dalszy brak oparcia państwa prawa na mocnych fundamentach będzie oznaczał postępującą ucieczkę od prawdziwej wolności na kolejne, trudno dostępne dla demokratycznych polityków serwery. I tylko dzisiejsze okrzyki „precz z komuną” trzeba będzie zastąpić właściwszym „precz z demokracją!”.


Skomentuj
Komentuj jako gość