logodebata

Wspomóż jedyny portal na Warmii i Mazurach, który nie boi się publikować prawdy o politykach i jest za to ciągany po sądach. Nigdy, przez prawie 18 lat istnienia, nie dostaliśmy 1 grosza dotacji publicznej. Redaktorzy i autorzy są wolontariuszami. Nr konta bankowego Fundacji „Debata”: 26249000050000450013547512. KRS: 0000 337 806. Adres: 11-030 Purda, Patryki 46B

niedziela, styczeń 18, 2026
  • Debata
  • Wiadomości
    • Olsztyn
    • Region
    • Polska
    • Świat
    • Urbi et Orbi
    • Kultura
  • Blogi
    • Łukasz Adamski
    • Bogdan Bachmura
    • Mariusz Korejwo
    • Adam Kowalczyk
    • Ks. Jan Rosłan
    • Adam Jerzy Socha
    • Izabela Stackiewicz
    • Bożena Ulewicz
    • Mariusz Korejwo
    • Zbigniew Lis
    • Marian Zdankowski
    • Marek Lewandowski
  • miesięcznik Debata
  • Baza Autorów
  • Kontakt
  • Jesteś tutaj:  
  • Start
  • Blogi
  • Bogdan Bachmura

Bogdan Bachmura

bachnuraPrzedsiębiorca. Z wykształcenia politolog. W l. 80-tych XX wieku wydawał w podziemiu pisma. Na progu III RP uznał, że jego misja, jako wydawcy, skończyła się. Jednak po kilku latach życia w demokracji coraz dotkliwiej odczuwał deficyt wolności słowa w Olsztynie. Tak narodził się miesięcznik „Debata”, a później portal. Uprawia sport. Można go spotkać biegającego w Lesie Miejskim, albo na korcie tenisowym. Nie przepada za demokracją, czemu daje wyraz w swoich publikacjach.

Pożegnanie z Kukizem

Szczegóły
Opublikowano: środa, 18 wrzesień 2019 21:19
Bogdan Bachmura

Zapewne ktoś taki jak Paweł Kukiz był polskiej polityce potrzebny. Przecież wielu przed nim próbowało, ale od dawna nikomu nie udało się skutecznie wyrąbać szczeliny w strzegącym swoich pozycji partyjnym duopolu. Paweł Kukiz na moment stał się autentycznym trybunem ludowym i przez wielu Polaków tak był postrzegany. Bo o więcej demokracji w tym, co demokracją zwykliśmy nazywać, o prawa demosu do większego wpływu na sprawy państwa przed Kukizem upominało się wielu, ale nikt od czasu Samoobrony Andrzeja Leppera nie wydawał się w tym tak autentyczny, tak prawdziwie wkurzony na otaczającą, polityczną rzeczywistość.

Piszę o Pawle Kukizie w czasie przeszłym, bo tamtego lidera Kukiz’15, stopniowo tracącego moc od szczytowego roku 2015, już nie ma. Jednomandatowe okręgi wyborcze, walka z partyjniactwem, głosowanie przez internet, bezpośrednie wybory przez obywateli prokuratora generalnego czy rzecznika praw obywatelskich, obniżenie do 30 proc. progu obligatoryjnego referendum – całe to dobrodziejstwo programowego inwentarza Kukiz’15, razem z jego liderem, zgodziło się zagospodarować PSL w ramach Koalicji Polskiej.

Swój mariaż z PSL sam Kukiz tłumaczy tak mętnie i pokrętnie, że aż chatko przypominać. Ale publicznie głoszona wiara, iż to porozumienie doprowadzi do tego, że system postmagdalenkowy, który daje partiom politycznym władzę absolutną nad obywatelami, przestanie istnieć, każe zapytać, co spowodowało, że Paweł Kukiz kończy w objęciach partii, którą nazywał zorganizowaną grupą przestępczą?

Brak talentów organizacyjnych, niezrozumienie mechanizmów politycznych czy niechęć do ciężkiej, systematycznej pracy to przyczyny najczęściej wymieniane. Ale moim zdaniem grzech główny, który obciąża Kukiza-polityka to skrajna naiwność. Cecha tyleż wybaczalna u bezinteresownego ideowca, co dyskwalifikująca w świecie realnej polityki.

Na pierwszym miejscu w tej kategorii należy wymienić przekonanie, że bazą dla poważnej polityki mogą być działacze zebrani z łapanki i intuicyjnie przesiani na doraźnych „castingach”. Oczywiście z tym problemem Paweł Kukiz nie zderzył się pierwszy. Dramatycznie malejąca ilość „powołań” do demokratycznej polityki to trumna nad którą – w przeciwieństwie do powołań kapłańskich – dużo, dużo ciszej. Owszem, w odwodzie jest zawsze „kadrówka” czyhających na kolejną okazję partyjnych obieżyświatów, ale dla budującego na sprzeciwie wobec partyjniactwa Kukiza byłby to pocałunek śmierci. A skoro Ukraińców do polityki ściągnąć się nie da, to Kukiz, ze skutkiem łatwym do przewidzenia, ściągnął sobie na głowę narodowców.

Drugi, brzemienny w skutki przejaw naiwności Pawła Kukiza to przekonanie, że politykę można robić bez pieniędzy, z żebraczą czapką położoną do góry dnem. Budowanie ruchu politycznego na formule stowarzyszenia, a co za tym idzie rezygnacja z państwowej subwencji, było prostą konsekwencją programowej, antypartyjnej krucjaty lidera Kukiz’15. Problem w tym, że zbiorowy podziw nad pryncypialnością Kukiza rychło zginął w chaosie medialnej amnezji (co znów było łatwe do przewidzenia), ale bieda przez całe cztery lata nie pofolgowała nawet na moment.

Wytykanie Pawłowi Kukizowi błędów nie oznacza z mojej strony przekonania, że ich uniknięcie przeorałoby polską scenę polityczną. Wprost przeciwnie. Lansując radykalną zmianę systemu wyborczego, a zwłaszcza rzucając rękawicę partyjniactwu, Kukiz’15 skazany był na wrogą izolację.

Gdy Paweł Kukiz z poparciem dla swoich idei udał się do kolejnych, partyjnych jaskiń wilka, a teraz zapowiada, że z bagażem drogich sobie idei będzie apostolsko peregrynował po całym kraju, śmiało można powiedzieć, że szans na wyjście z tej izolacji nigdy nie było.

O ile bowiem rola politycznego „prawdziwka”, romantyczno-gniewnego odnowiciela polskiej polityki, idealnie się sprawdziła na starcie, to czas, kiedy należało przejść na polityczne zawodowstwo zupełnie samemu Kukizowi i jego ludziom umknął. Zabrakło świadomości, że poważne postulaty ustrojowe, ze zmianami w Konstytucji włącznie, wymagają nadania ruchowi nowego sznytu. Koniecznej powagi, której Kukiz, do spółki z Liroyem, nie gwarantowali.

Aby to osiągnąć, należało, za pieniądze honorowo odrzucone przez Kukiza, zbudować zespół ekspercki, dywersyfikujący nie tylko wizerunek organizacji, ale przede wszystkim dający intelektualne paliwo dla publicznej debaty ustrojowej.

Analizując historię powstania i upadku projektu Kukiz’15 nie sposób pominąć kontekstu lokalnego, zwłaszcza, że jest on bardzo dla powyższych rozważań reprezentatywny.

Oto jedyny w naszym regionie poseł Kukiz’15, który cztery lata temu jedynkę na liście wyborczej dostał dzięki regule, gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta, postanowił szukać swojej kolejnej szansy na liście wyborczej w świeżo ogłoszonej przez Kukiza organizacji przestępczej. Ostatecznie bez powodzenia, ale, powiedzmy sobie szczerze, bez większych szans na mandat z listy PiS, gdyby ten manewr się powiódł.

Dla odmiany inny prominentny działacz Kukiz’15 startuje do Sejmu z listy PSL, ponieważ związki tej partii z przestępczością są już nieaktualne. Nowa „mądrość etapu” rolę czarnego charakteru polskiej polityki wyznaczyła partii Jarosława Kaczyńskiego.

Mam wrażenie, że Paweł Kukiz i jego koledzy nigdy nie dorośli do roli, jaką sami sobie wyznaczyli. Że postawione, ambitne cele zmian ustrojowych pozostały hasłami tyleż doniosłymi, co metodologicznie pustymi. Nie są to stwierdzenia bezpodstawne. Osobiście przekazałem posłowi Andrzejowi Maciejewskiemu nasze propozycje zmian Konstytucji, gdzie znalazło się m.in. miejsce na jednomandatowe okręgi wyborcze, ale wpasowane w szerszy, ustrojowy kontekst. Podobnie ze zjawiskiem partyjniactwa, którego korzenie znajdują się właśnie w obecnej Konstytucji.

Wydawało mi się, że to pierwsze miejsce do którego powinienem z tym wszystkim trafić. Pomyliłem się. To było pudło, które nie wydało z siebie żadnego dźwięku. Choć bez szczególnego zdziwienia z mojej strony.

Moim zdaniem problem Pawła Kukiza polega na tym, że wiedział jak zacząć, lecz zapomniał jak skończyć. Że wciągnęła go gra, przeciwko której postanowił przekroczyć próg polityki.

Ale poza tym wszystkim należy mieć nadzieję, że nie był to ostatni taki Kukiz w polskiej polityce.

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Pożegnanie z Kukizem

Komentarz (44)

LGBT przeciw demokracji

Szczegóły
Opublikowano: piątek, 23 sierpień 2019 08:33
Bogdan Bachmura

Spór i konflikt są istotą demokratycznej polityki oraz codziennością życia wspólnotowego społeczeństw demokratycznych. Druga strona ustrojowego medalu to konieczność ich rozwiązywania na drodze kompromisu. Warto przypomnieć te proste zasady, gdy próbujemy się odnaleźć w zawiłościach dziejącej się na naszych oczach rewolucji światopoglądowej, a szczególnie tego, co się wydarzyło podczas niedawnej manifestacji środowisk LGBT w Białymstoku. Bo o ile konflikt doszedł do ściany bandyckich rękoczynów, to w powszechnej opinii możliwość kompromisu równa się zeru.

Co to oznacza? Że użyty w Białymstoku i skądinąd słusznie potępiany argument siły nie jest istotą problemu. Jest nią obyczajowo-ideologiczna rewolucja, która wzorem wielu państw zachodnich, może się dokonać w sposób pokojowy, ale z pewnością jej cechą nie jest skłonność do demokratycznego kompromisu. Tę rewolucyjną machinę napędzają dwa potężne, mające budzić jednoznacznie pozytywne skojarzenia silniki: idea postępu oraz równości. Nic dziwnego, że stwierdzenie prof. Marka Chodakowskiego, iż Faszyzm był ruchem postępowym i nowoczesnym spotkało się z tak wściekłym atakiem. Nie tylko faszyzm przecież. Na sile postępowego napędu komuniści ujechali znacznie dłużej. Tymczasem specjalizującego się w ruchach faszystowskich profesora Chodakowskiego kilku usłużnych profesorów natychmiast okrzyknęło sympatykiem faszyzmu, co równa się żądaniu jego publicznej śmierci. Nie z niewiedzy oczywiście. Świadomość postępowości ideologii faszystowskiej w przedwojennej Europie to elementarz wiedzy historyka idei. Żądanie głowy prof. Chodakowskiego ma zniszczyć w zarodku każdą sugestię, że „elektryczne kotły w piekle, to też jest postęp”.

Podobnie jest z ideą równości. To ideał pociągający w swojej prostocie i szlachetności. Jego żywiołem jest wieczny protest. Bo to jednocześnie ideał najbardziej ze wszystkich nienasycony. Walka o równość ma bowiem to do siebie, że nigdy się nie kończy. Jest jak frontowa wańka-wstańka. Jedne pokonane nierówności generują następne i jest to proces nieuchronny. Bo o ile nierówności należą do porządku natury i życia, to maksymalizacja równości oznacza kierunek przeciwny.

Przypominanie groteskowych obrazków komunistycznej urawniłowki bawi dzisiaj miliony Polaków. Z obecnymi paradoksami poprawnościowo- równościowej ideologii nie wszystkim do śmiechu, choć w rzeczy samej jest z czego boki zrywać. Oto badania popularności Peta Buttigiega, jednego z kandydatów Partii Demokratycznej na prezydenta USA, wykazały zadziwiającą fluktuację poparcia wśród poszczególnych amerykańskich mniejszości. A przecież Buttigieg, mer miasta South Bend w stanie Indiana, to idealny kandydat Partii Demokratycznej. Przystojny, dobrze wykształcony i władający kilkoma językami oficer po służbie w Afganistanie. Choć ochrzczony w Kościele katolickim, Buttigieg ma męża z którym wziął ślub w Kościele episkopalnym. I oczywiście, jak przystało na demokratę, jest obrońcą praw mniejszości. Ale niestety, ze zmienną wzajemnością. Bo choć równościowa teoria zakłada wzajemną miłość i solidarność poszczególnych mniejszości wobec tyranii większości, to w realu społeczność murzyńska, najdelikatniej mówiąc, nie aprobuje sodomii i sodomitów. Niczym niewdzięczny i zbuntowany przeciwko władzy komunistycznej proletariat, który w 1980 roku wykazał się skrajną niewdzięcznością za dziesięciolecia wyrównywania skutków upokorzeń ze strony klas posiadających.

Wyboistą drogę ku równości obrazuje także opublikowana kilka lat temu przez „American Journal of Socjology” analiza dotycząca firm, gdzie kobiety sięgają po kierownicze stanowiska, przebijając się przez mityczny szklany sufit. Okazało się, że w tych firmach zwiększa się nierówność w zarobkach pomiędzy kobietami i mężczyznami. Paradoks? Bynajmniej. To po prostu zwycięstwo realnego życia nad fałszywą ideologią. Wystarczy zapytać znajome kobiety z kim przedstawicielami jakiej płci wolą pracować, a budowanie kobiecego szklanego sufitu przestanie być zagadką.

Społeczeństwa poddane ciągłemu procesowi walki o równość w imię postępu znajdują się w stanie permanentnej walki wewnętrznej. Ten stan programowego zanurzenia w konflikcie pogłębia polityczno-medialna teatralizacja konfliktów. Demokratyczne mechanizmy budowania kompromisu nie mają tu zastosowania, bo mamy do czynienia z rewolucją. Dekonstrukcją dotychczasowych fundamentów życia społecznego i próbą budowania nowej świadomości. Niech nikogo nie zwiedzie rola ofiary bitych przez chuliganów demonstrantów w Białymstoku. Środowiska LGBT mają świadomość swojej siły płynącej z Zachodu. Tam jest to potężne lobby wtrącające się we wszystkie, mające wpływ na zbiorową świadomość dziedziny: badania naukowe, świat sztuki, mediów, reklamy, działalności wydawniczej, a także wielki biznes. W Polsce natomiast rośnie lista osób którym zaszkodził niepoprawny stosunek do LGBT. A to przecież jedynie wycinek frontu przez jaki dokonuje się postępowo-równościowa ofensywa.

Rozbieżność celów i poglądów oraz skala emocji nie buduje wielkich nadziei na dialog. Źródło optymizmu leży natomiast po stronie życia. Po stronie naturalnego porządku rzeczy i wielowiekowego doświadczenia ludzkości, którego żadna ideologia nie potrafi zastąpić, ani sztucznie wytworzyć. W powszechnym przekonaniu główny front walki to konfrontacja sił postępu z religijną i obyczajową konserwą. Jednak to obraz dalece niepełny. Doprowadzając ideę równości do skrajności nowa lewica wypowiedziała wojnę rzeczywistej równości, uwzględniającej naturalne wśród ludzi różnice. Dyktatura politycznej poprawności to z kolei nic innego jak zaprzeczenie podstaw liberalnej wolności.

Ta podskórna, maskowana progresywnością walka z fundamentami demokracji pod hasłami demokracji jest możliwa, ponieważ główny problem z demokracją dziś jest taki, że wszyscy są demokratami, ale nikt nie wie, co nią naprawdę jest. Nawet występujący pod jej sztandarami wrogowie.

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: LGBT przeciw demokracji

Komentarz (43)

Zrozumieć co się dzieje

Szczegóły
Opublikowano: niedziela, 16 czerwiec 2019 20:39
Bogdan Bachmura

Tomasz Sekielski, czy ktoś inny, to musiało się kiedyś wydarzyć. Ktoś wcześniej czy później przyszedłby pod drzwi Kościoła i walnął w nie z siłą zdolną przeorać świadomość zbiorową Polaków.

Ta siekiera wisiała bowiem nad polskim Kościołem od 2002 roku. Od publikacji Jerzego Morawskiego, który na łamach „Rzeczpospolitej” jako pierwszy opisał tragedię kleryków molestowanych przez metropolitę poznańskiego, arcybiskupa Juliusza Paetza. Podobnie jak w filmie Sekielskiego, tutaj również szokują rozmowy Morawskiego z klerykami i zorganizowane próby wciśnięcia trupa z powrotem do kościelnej szafy. W tuszowaniu tej afery aktywny udział wzięli biskupi pomocniczy i nuncjusz papieski. Na księży, którzy się nuncjuszowi pisemnie poskarżyli, spadły kary kościelne. Arcybiskup został wprawdzie zmuszony do rezygnacji, ale jego sprawa nie została do dzisiaj wyjaśniona. Wielokrotnie natomiast wyciągano doń pomocną dłoń, pomagając mu w łamaniu nałożonych na niego zakazów.

W sprawie arcybiskupa Paetza związane z Kościołem osoby świeckie nie pozostały bierne. Odważnych duchownych wsparło ponad 40 katolików świeckich ze środowisk „Frondy”, Klubów Inteligencji Katolickiej, „Nowego Państwa”, „Znaku”, „Więzi” i Radia Plus, którzy wystosowali list do metropolity poznańskiego. Jarosław Gowin, ówczesny naczelny „Znaku” pisał: Sprawa poznańska pokazuje świętość i grzeszność Kościoła. Twarz święta, to twarz księży poznańskich, którzy, nie licząc się z konsekwencjami, przeciwstawili się złu. Twarz grzeszna to nie tylko dramatyczny przypadek abp. Paetza. Równie wielkim złem było bowiem to, że część instytucji kościelnych w Polsce sytuację w Poznaniu tolerowała, czy wręcz tuszowała. Ta choroba struktur dowodzi, że Kościół polski potrzebuje samooczyszczenia.

Jednak sprawę arcybiskupa Paetza potraktowano jako przypadek jednostkowy. Od przedstawionych w filmie Sekielskiego różni się tym, że dotyczy zachowań homoseksualnych. Dla ideowych wrogów Kościoła to różnica zasadnicza. Oni nie zawiozą do papieża raportów w sprawie przypadków homoseksualizmu w Kościele, ani nie złożą stosownych zawiadomień do prokuratur, bo afirmacja homoseksualizmu to światopoglądowy bastion współczesnej lewicy. Jednak to prof. Ryszard Legutko ma rację, że problemy Kościoła wynikają z homoseksualizmu i działalności „lawendowej mafii”. Bo zero tolerancji dla homoseksualizmu, równa się eliminacji pedofilii, zaś antypedofilska pokazówka to gwarancja nietykalności sodomickiego zgorszenia.

Warto wrócić do sprawy arcybiskupa Paetza, ponieważ dziś, po tsunami Sekielskiego, jasno widać, że dla polskiego Kościoła był to znak, którego nie potrafił odczytać i szansa, której nie potrafił wykorzystać. Trwający do dzisiaj syndrom oblężonej twierdzy i usprawiedliwiana dobrem Kościoła zmowa milczenia nie wyczerpują głębi problemu przed jakim stanął Kościół.

W 1958 r. młody ksiądz Joseph Ratzinger - późniejszy papież Benedykt XVI – w artykule „Neopoganie i Kościół” napisał tak: Wizerunek Kościoła nowożytności w istotny sposób kształtuje fakt, że w zupełnie nieprzewidywalny sposób stał się on Kościołem pogan i proces ten postępuje. Dzieje się tak nie jak dawniej, kiedy to doszło do powstania Kościoła z pogan, którzy stali się chrześcijanami, lecz Kościoła pogan, którzy zwą się jeszcze chrześcijanami, ale w rzeczywistości są poganami. (…) Mamy do czynienia z pogaństwem w Kościele oraz z Kościołem, w którego sercu krzewi się pogaństwo.

Jedenaście lat później ten sam Joseph Ratzinger przepowiadał Kościołowi taką przyszłość: Kościół czeka poważny kryzys, który drastycznie ograniczy ilość wiernych i jego wpływy. Z obecnego kryzysu wyłoni się Kościół jutra, Kościół, który stracił wiele. Będzie niewielki i będzie musiał zacząć od nowa, mniej więcej od początku. (...) Kościół będzie wspólnotą bardziej uduchowioną, nie wykorzystującą mandatu politycznego, nie flirtującego ani z lewicą, ani z prawicą. To będzie trudne dla Kościoła, bo ów proces krystalizacji i oczyszczania będzie kosztować go wiele cennej energii. To sprawi, że będzie ubogi i stanie się Kościołem cichych (…)

Jak wiadomo papież Benedykt XVI nie podołał roli egzorcysty szatana, który przeniknął w mury świątyni pańskiej. Ale tak zwane proroctwo Josepha Ratzingera, spotęgowane milczącą obecnością byłego papieża w Watykanie, wypełnia się na naszych oczach.

Po filmie „Tylko nie mów nikomu” polski Kościół stał się znacznie bliższy tego proroctwa.

Rozciągnięcie winy garstki zboczeńców na cały Kościół to „zasługa” konkretnych ludzi. Głównie hierarchów Kościoła, których łatwo wskazać z nazwiska. To ich sumienia obciąża krzywda niewinnych ludzi, utrata zaufania dziesiątków tysięcy zwykłych księży i zgorszenie milionów wiernych. Ewangelia nie pozostawia wątpliwości po której stronie powinni stanąć. O gorszycielach maluczkich Jezus Chrystus powiedział jasno, że lepiej by było przywiązać im kamień młyński do szyi. Jeżeli i teraz zwycięży duch korporacyjnej solidarności i do karier tych ludzi natychmiast nie zostanie przywiązany kamień młyński, to niedługo, na wzór irlandzki, wszystko może być pozamiatane.

Hierarchiczna struktura Kościoła, razem z autonomią prawną, to narzędzie tyleż pożądane, co odpowiedzialne. Daje komfort dyskretnego załatwiania trudnych, wewnętrznych problemów, ale też pokusę zamiatania ich pod dywan. Dotyczy to nie tylko pedofilii, a wcześniejszego braku prawdziwej lustracji księży, co, jak pokazał film Sekielskiego, często miało ze sobą związek przyczynowo–skutkowy.

Konsekwencją takiego użycia hierarchicznej podległości jest rozerwanie spójności rangi i autorytetu. Nic dziwnego, że wśród wiernych potrzeba samooczyszczenia Kościoła równa się brakowi wiary w szanse powodzenia. Także powszechne jest przekonanie, że bez wsparcia świeckich oraz ich zdecydowanego non possumus wobec zgorszenia w Kościele, niewiele da się zmienić. Bez wątpienia nadszedł czas decyzji. Szukania nowego modelu hierarchiczności, zmieniającego relacje pomiędzy biskupami, szeregowym duchowieństwem i świeckimi. Aspiracje do roli „sumienia demokracji” wymagają nowego stosunku do polityki i polityczności.

Po raz kolejny w historii Kościoła „życie nagli do walki o to, by zrozumieć, co się dzieje”. Od tego zależy jego przyszłość. Bo choć Jezus Chrystus obiecywał, że bramy piekielne nie przemogą Jego Kościoła, to nie obiecywał, że piekło nie przemoże Jego Kościoła na Zachodzie.
Bogdan Bachmura

Czytaj więcej: Zrozumieć co się dzieje

Komentarz (11)

Zapomnieli o Polsce

Szczegóły
Opublikowano: poniedziałek, 20 maj 2019 08:45
Bogdan Bachmura

Największy strajk w Polsce ostatniego stulecia zakończony. Zdaniem 41 proc. badanych Polaków najwięcej na strajku nauczycieli ugrał rząd, a 44 proc. uważa, że PiS. 65 proc. sądzi, że najwięcej stracili uczniowie, 56 proc. - że rodzice, natomiast według 60 proc. przegranymi są nauczyciele. Prawie 49 proc. ocenia, że to porażka opozycji.

A więc przetrzymanie strajku nauczycieli to polityczna wygrana rządu i PiS nad opozycją, co w kontekście zbliżających się wyborów do europarlamentu ma znaczenie podstawowe. Ale to zwycięstwo pyrrusowe. Granie na społeczne podziały i plucie na nauczycieli w rządowej telewizji spowodowało, że do szkół wrócili upokorzeni i sfrustrowani ludzie, którzy na szali postawili swój autorytet. Oczywiście głównego oręża do walki z nimi dostarczyli sami nauczyciele. Polityczna twarz Sławomira Broniarza, karta przetargowa w postaci egzaminów gimnazjalnych i maturalnych oraz zrzucenie na rodziców ciężaru opieki nad uczniami wystawiło społeczne poparcie dla strajku na zbyt ciężką próbę i skutecznie zdyskredytowało ideę protestu.

No, a Polska? Co zyskała Polska na tym strajku? Czy jakikolwiek problem polskiej oświaty został rozwiązany? Powszechne postrzeganie strajku nauczycieli jako areny politycznych zmagań i walki o interesy, pozostawiło to najważniejsze pytanie zupełnie na marginesie. Propozycja oświatowego okrągłego stołu to inicjatywa spóźniona co najmniej o kilka miesięcy, kiedy tykającą, oświatową bombę należało zacząć rozbrajać z pożytkiem dla Polski.

Nawet pretekstu nie trzeba było daleko szukać. Będąc w opozycji, w swoim programie z 2011 r. PiS obiecywało podwyżki dla nauczycieli rzędu 2500 brutto. Jarosław Kaczyński w książce Polska naszych marzeń pisał o 1000 zł. podwyżki ze względu na podciągnięcie edukacji na wyższy poziom.

Co z tej oświaty „naszych marzeń” pozostało? Oświatowy „okrągły stół”. Propagandowe przedstawienie przypominające spektakle jakie w kontrze do społecznych protestów urządzali komuniści. Z koncesjonowanym przy rządzie związkiem zawodowym, który kiedyś z dumą nazywaliśmy Niezależnym Samorządnym Związkiem Zawodowym.

A przecież mogło być inaczej. Nauczyciele nie musieli być przedmiotem w politycznej grze, gdyby to rząd zaproponował im owe 1000, a nawet 1200 zł. Ale nie bezwarunkowo. W zamian za prawdziwy oświatowy okrągły stół przy którym zasiedliby wszyscy, którzy mają coś do zaoferowania polskiej oświacie. Na którym z jednej strony leżałaby gotówka, a z drugiej propozycje głębokich reform. Na takiej inicjatywie zyskaliby wszyscy: nauczyciele, uczniowie, rodzice i przy okazji rządząca partia. Ale przede wszystkim Polska. Razem ze Sławomirem Broniarzem i jego ZNP, lub nie. Ale wtedy to już byłby mniejszy problem.

Dlaczego tak się nie stało? Bo PiS, podobnie jak jej poprzednicy, nie ma pomysłu na polską oświatę. Skostniałe podstawy programowe, archaiczny system oceniania nauczyciela i ucznia, chroniczne niedoinwestowanie szkół i system oparty na Karcie Nauczyciela, która wyklucza jakiekolwiek zmiany w tym zawodzie. Lista jest długa, ale opór przed zmianami jeszcze większy.

Trudno ogarnąć rozmiar rzeczywistych zniszczeń do których doprowadził protest nauczycieli.

W każdym razie okazja do postawienia z głowy na nogi tego co w oświacie konieczne minęła bezpowrotnie. Pozostał okrągły stół, przy którym zasiądą ONI, a poza nim armia sfrustrowanych i upokorzonych nauczycieli, którzy mieliby ich pomysły wprowadzać w życie.

Z punktu widzenia rządu oraz Prawa i Sprawiedliwości spełnienie żądań ZNP było niemożliwe.

Gra szła o zbyt wysoką, podwójną stawkę: finansową, ale przede wszystkim polityczną. Tylko ukręcenie głowy strajkowi mogło z jednej strony zniechęcić do podobnych pomysłów kolejne grupy społeczne, a z drugiej podciąć skrzydła na których opozycja zbierała się odlecieć do wyborów.

I wydaje się, że ten cel został osiągnięty. Ale gwarancji, że dzięki temu polska przedwyborcza jesień będzie spokojna, w żadnym razie to nie daje. Wręcz przeciwnie. Uwrażliwienie na społeczne potrzeby jako flagowy produkt polityczny PiS od początku trąciło fałszywą nutą powszechnego rozdawnictwa motywowanego korzyściami wyborczymi. Kłopot w tym, że uwrażliwienie „na” wymaga odpowiedzialności „za”. Im większa wrażliwość władzy, tym większa jej odpowiedzialność. Na tym przecież polega przywództwo.

Na ową odpowiedzialność, szczególnie trudną w demokracji, powoływał się premier Mateusz Morawiecki, motywując odmowę spełnienia finansowych żądań nauczycieli. Czy jednak o jedną „piątkę Kaczyńskiego” nie a późno?

Jedna Polska, dwie szkoły

Dawniej, gdy chcieliśmy mieć wolne od szkoły, szliśmy na wagary. Dzisiaj uczeń ma wolne, bo wagarują nauczyciele. Ale nie wszędzie. Gdy Sławomir Broniarz prowadził do boju szkoły państwowe, gimnazjum niepubliczne prowadzone przez Związek Nauczycielstwa Polskiego nie strajkowało. Podobnie jak reszta niepublicznych i prywatnych szkół w Polsce. Tą drugą, oświatową Polską, pracującą i uczącą się, nikt się nie zajmował. Jakby nie istniała, nie nadawała się za wzór do naśladowania zarówno dla władzy, jak i opozycji. Ludzie sami organizujący szkoły i prowadzący je z refundacji przysługujących każdemu uczniowi, za to bez Karty Nauczyciela, nie są potrzebni żadnej władzy, a tym bardziej związkom zawodowym. To tam większość demokratycznej elity kształci swoje dzieci. Ale władza to jedno, a interes własny drugie.

Znam rodzinę w której jedno dziecko edukowane przez państwo siedziało w domu, a drugie chodziło do szkoły. Zgadnijcie, które z tej sytuacji było zadowolone? Dzieciom trudno się dziwić. Wolne od budy to prawdziwy smak życia pamiętany przez każdego z nas. Gorzej, gdy z takiego kulawego systemu żyją i czerpią korzyści dorośli.

Należę do ludzi małej wiary w powodzenie reformowania państwowego szkolnictwa. Po 30 latach bezmyślnego eksperymentowania wydaje się, że jego przeznaczeniem jest towarzyszenie na drodze edukacji tym, którzy są na nią najbardziej odporni. Nic więcej. Resztę trzeba zostawić tym, którzy to robią lepiej. Zgodnie z zasadą pomocniczości, którą z taką żarliwością i wiarą głosiliśmy na progu niepodległości. Mark Twain chwalił się, że Nigdy nie pozwolił, aby szkoła przeszkodziła w jego edukacji. Ale to były czasy, kiedy ucieczka przed edukacyjną urawniłowką była jeszcze możliwa. Do tego stopnia, że brak formalnego wykształcenia pozwolił Twainowi wykładać na kilku uniwersytetach.

Ale czasy się zmieniły. Dlatego, jeżeli mamy dotrzymać kroku bezwzględnej, międzypaństwowej rywalizacji, Polsce potrzebny jest system edukacji, którego pierwszą zasadą jest umożliwienie rozwoju ludziom najzdolniejszym. Stworzenie systemu, w którym każdy znajdzie dla siebie miejsce na miarę swoich możliwości i zdolności. Taki system możliwy jest tylko poprzez konkurencję pomiędzy szkołami. U progu III RP popularna była idea bonu oświatowego. Szybko storpedowana, bo dysponentem środków na kształcenie dzieci byliby wtedy rodzice. To oni, nie państwo, płaciliby dyrektorowi szkoły za kształcenie swoich pociech i byliby rzeczywistym suwerenem systemu edukacji. Ale bajki o suwerenie dobre są przed wyborami, gdy partie potrzebują władzy, a nie wtedy, gdy mają ją oddać w ręce rodziców.

Wprowadzenie bonu oświatowego do systemu edukacji nie leży w kompetencji samorządów. Ale przekazanie niektórych przynajmniej szkół na przykład w ręce obecnych dyrektorów i zamiana ich statusu z publicznych na niepubliczne-owszem. Już dawno i niestety bezskutecznie namawialiśmy do tego prezydenta Piotra Grzymowicza oraz olsztyńskich radnych. Zapadła natomiast decyzja o wypłacie olsztyńskim nauczycielom rekompensat za okres strajku. Mniejsza aspekt prawny tej operacji. Jeszcze większe wątpliwości budzi sama idea. W sprawie strajku jak wiadomo Polacy są mocno podzieleni. Czy godzi się zatem aby ze wspólnej kasy płacić za coś, co budzi tak wielkie kontrowersje? Czy materialna solidarność ze strajkującymi nauczycielami nie powinna pochodzić z kieszeni tych, którzy się z nimi identyfikują? Szczególnie, że najbardziej obciążeni strajkiem byli rodzice. Oni o nic dla siebie nie walczyli, ale to na ich barki i koszt spadła z dnia na dzień troska o pozostawione bez nauki i opieki dzieci. Koszty tego marnotrawnego, centralnie sterowanego systemu ponosi w 35 proc samorząd. Jeśli zatem prezydent zdecydował się na ten szlachetny gest, to powinien przypomnieć rządowi, nauczycielom i związkom zawodowym, że tak dłużej być nie może. Warto o tym pamiętać, zanim użyjemy publicznych pieniędzy do popierania jakichkolwiek interesów i poglądów.
Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Zapomnieli o Polsce

Komentarz (33)

Wszystkie ręce na pokład!

Szczegóły
Opublikowano: piątek, 15 marzec 2019 22:53
Bogdan Bachmura

Biskup Andrzej Czaja, ordynariusz diecezji opolskiej i przewodniczący Komisji Nauki Wiary Konferencji Episkopatu Polski to jeden z tych hierarchów Kościoła, nad którego opiniami dotyczącymi polskich spraw warto się zatrzymać. Szczególnie teraz, gdy troska wiernych o przyszłość Kościoła, jego miejsce i rolę w demokratycznej rzeczywistości ma szczególne uzasadnienie.

Ostatnią okazją ku temu był wywiad jakiego 4 marca biskup Czaja udzielił „Rzeczpospolitej”.

W zasadzie w sferze analizy nie znajdziemy tam nic nowego: zagubienie ducha wiary, jej powierzchowność i letniość, a w rezultacie „cicha, milcząca apostazja” przed którą przestrzegał Jan Paweł II. Przyczyna pierwsza, jaką dostrzega biskup Czaja, to materializm. I apeluje: „Najwyższy czas, abyśmy ocknęli się – jako chrześcijanie i jako Polacy!” Korzystając z okrągłej rocznicy Okrągłego Stołu dostrzega potrzebę zorganizowania „czegoś na ten kształt”. Z Kościołem jako „sumieniem demokracji”, apartyjnym, pozostającym poza politycznymi i partyjnymi podziałami mediatorem. Oczywiście, jeśli strony się na to zgodzą.

Biskup Czaja widzi konieczność ogłoszenia „listu pasterskiego czy wręcz orędzia do narodu o pojednanie i o pokój”. Najlepiej z innymi kościołami i wspólnotami chrześcijańskimi.

Nie jest moją intencją analizowanie realności wizji nowego Okrągłego Stołu, zapotrzebowania nań Polski plemiennej i adekwatności obecnej sytuacji, a raczej jej braku, do tej sprzed 30 lat. To, co uderza w tym wywiadzie, to tęsknota za Kościołem czasów prymasa Stefana Wyszyńskiego. Kościołem zdolnym znów powiedzieć: „non possumus”. „Kościołem, który ma być światłem dla wszystkich, ma być sumieniem w demokracji”.

Na szczęście ordynariusz opolski jest realistą. Na pytanie o wypełnianie roli sumienia demokracji nie pozostawia złudzeń: „Niestety, Kościół w Polsce stracił swój dawny autorytet i w takiej sytuacji ten głos sumienia, który na różne sposoby wybrzmiewa, jest dziś wyraźnie mniej skuteczny. (...) Jako biskupi powtarzamy: Tak dalej być nie może (...) apelujemy o zgodę i pojednanie. Kościół to mówi, tylko nasz głos jest dziś wielokroć lekceważony, podważany”.

Dla wielu katolików te słowa to potwierdzenie smutnej obserwacji. Ale w ustach hierarchy Kościoła wyznanie zaniku autorytetu Kościoła, niezbędnego do kontynuacji Chrystusowej misji walki o ten świat, brzmi szczególnie dramatycznie.

Komentujący wypowiedzi biskupa publicysta WP Opinie Paweł Wiejas apeluje: „Księże biskupie, proszę zostawić świeckie państwo w spokoju”. Uznając wielkie zasługi Kościoła w czasach PRL zarzuca, iż „Po 1989 roku zrobił wszystko, by roztrwonić swój autorytet”.

Podobnie uważa dziś wielu, jeśli nie przeważająca ilość Polaków, w tym ludzi wierzących i daleko bardziej przychylnych Kościołowi niż Paweł Wiejas. Czy słusznie? Czy przechowany w czasach PRL kapitał autorytetu Kościoła był do utrzymania w warunkach demokracji? Odpowiedź jest prosta. Wystarczy rzut oka na religijny stan Europy. Robespierre, uznając Kościół za wroga nr 1, próbował jeszcze szukać transcendentnego zastępstwa, apelując do „Nieśmiertelnego Prawodawcy” o świętą aprobatę dla rewolucji. Ostatecznie skończyło się tak, jak musiało: na dzisiejszym panowaniu „religii człowieka czyniącego się Bogiem”, któremu żadne autorytety poza nim samym nie są potrzebne. Zgodnie z zasadą, że „Gdy ludzie przestają wierzyć w Boga, nie zaczynają wierzyć w nic, tylko wierzą w cokolwiek”.

Ta wiara w cokolwiek, w fałszywy autorytet człowieka czyniącego się Bogiem, doprowadziła nie tylko do zaniku źródła prawdziwego autorytetu, ale także niechęci wobec każdego, kto chciałby w takiej roli wystąpić. Odkąd Kościół zaczął błogosławić świeckość państwa i bożka wrogiej sobie liberalnej demokracji, proces utraty autorytetu musiał stać się jego udziałem, a tolerancja dla sodomii i pedofilia to jedne z „dobrodziejstw” demokratycznego inwentarza.

Aby postulaty apolityczności Kościoła, jego równego dystansu do partii politycznych, nie były ciągłym zaklinaniem rzeczywistości, Kościół musi wymyślić siebie, swoją obecność w niechętnym mu świecie na nowo. Od czego zacząć? Być może od rezygnacji z przejętych od demokracji wzorców kolegialności, które osłabiły autorytet papieża, biskupów i prymasa (którego nazwiska nie zna dzisiaj w Polsce przynajmniej połowa wiernych) wewnątrz struktury Kościoła. Dopiero wtedy można zastanawiać się nad rozwiązaniem kwadratury koła, polegającej na pytaniu, jak być religijnym autorytetem dla świata, który utracił wiarę w przyszłe życie.

Paradoks tej sytuacji polega na tym, że zaślepieni satysfakcją z upadku autorytetu Kościoła liberałowie nie zauważają, że tak droga im wolność, nie znajdując ze strony autorytetów żadnych ograniczeń, podąża w kierunku miękkiego totalitaryzmu. Nie dostrzegają, że zbudowany na ich zasadach świat jest przez brak autorytetów zagrożony, a Kościół jako jedyny spełnia kryteria rzeczywistego autorytetu: jest związany z ziemią, a jednocześnie „podłączony” do nieba.

Dlatego rola sumienia demokracji to droga ciernista, oznaczająca częsty konflikt ze współczesnym światem. Bo „kto głosi prawdę, ten niepokój wszczyna”. Na razie Kościół nie jest na to gotowy, czego najlepszym dowodem niedawne spotkanie hierarchów w Rzymie dotyczące problemu pedofilii w Kościele. Zamiast twardych metod wypalenia żelazem grzechu sodomii z Kościoła i przypomnienia, że jest to grzech wspólny współczesnego świata z którym walkę Kościół zacznie od siebie, urządzono anty pedofilskie przedstawienie na użytek i ze strachu przed wrogami Kościoła. Z jego pasterzami jak uczniowie słuchającymi podstaw nauki moralnej Kościoła.

Dobra wiadomość jest taka, że stan w jakim znalazł się Kościół budzi wśród wiernych nie tylko narastający niepokój, ale także gotowość do jego odnowy. Mogę to powiedzieć z czystym sumieniem, bo pytanie o to, co mamy w tej sytuacji robić, było obecne podczas trzech wydarzeń z ostatnich kilku tygodni: spotkania z naszymi czytelnikami w Dobrym Mieście zorganizowanym przez Stowarzyszenie Kresowiacy, dyskusji po projekcji filmu „Synodalność w cieniu homoherezji” odbytej dzięki Klubowi Polonia Christiana i naszej debaty „Czy Kościół przetrwa w demokracji?”.

Zatem wszystkie ręce na pokład!

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Wszystkie ręce na pokład!

Komentarz (11)

Więcej artykułów…

  1. Masa nienawiści i nienawiść masy
  2. Rok 2018: to se uż ne vrati
  3. A wystarczył zdrowy rozsądek
  4. „Dialogiczność” w mieście osobliwości. Polemika Bachmury z prof. Trabą

Strona 11 z 55

  • start
  • Poprzedni artykuł
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14
  • 15
  • Następny artykuł
  • koniec

Komentarze

Ciekawe kto w Sądzie przeoczył tak istotny element i dlaczego i czy odpowie ona za swój czyn?
Apelacja adwokata od „trumny n...
9 godzin(y) temu
Szara oddaj mi co moje
Paranoja w męskiej szatni, czy...
1 dzień temu
Dzień dobry proszę o kontakt, mam pilną sprawę dotyczącą Olsztyna , obecnych władz i struktur, bardzo proszę o pomoc i kontakt
Wojna z sądami czy o sądy?
1 dzień temu
PSL to zdrajcy Polskiej wsi
Prezydent RP powołał Radę Parl...
1 dzień temu
Jest to wielki problem gdyż po porzarze nadal jest nieczynny kosioł je spalający. Odbiorcy płacą za bardzo drodie ciepło z innych kotłów opalanych gaz...
Kolejne pożary w spalarni odpa...
1 dzień temu
Wolne słowo? Chyba bałamutne słowo.
W styczniowej "Debacie": preze...
1 dzień temu

Ostatnie blogi

  • Apel o optymizm na wypadek wojny Dwadzieścia rosyjskich dronów, które ostatnio wleciały do Polski wzbudziły u wielu moich rodaczek i rodaków głęboki niepokój, a często przerażenie… Zobacz
  • Barbarzyński atak "silnych ludzi" Tuska na praworządność Zbigniew Lis Motto Tuska: Będziemy stosować prawo, tak jak my je rozumiemy, czyli uchwałami Sejmu i rozporządzeniami zmieniać ustawy, wg zasady –… Zobacz
  • Co trzeba zrobić, żeby PiS wygrało kolejne wybory? Zbigniew Lis Wielu Polaków głosujących nie za opozycją, tylko przeciw PiS, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji ich decyzji oraz z powagi… Zobacz
  • Michał Wypij, Paweł Warot – komentarz osobisty Bogdana Bachmury Bogdan Bachmura Dużo łatwiej o krytykę osób, których nie darzymy sympatią, z którymi jesteśmy w sporze lub konflikcie. Ale tym razem jest… Zobacz
  • 1

Najczęściej czytane

  • Barbarzyński atak "silnych ludzi" Tuska na praworządność
  • Wyborcza sporządziła listę osób do zwolnienia z pracy, związanych z PiS
  • Radny J.Babalski: "PiS to już nie jest moja partia, ale jestem prawicowcem"
  • W nocy 30.12. na drodze S7 państwo zawiodło, Polacy zdali egzamin
  • Protest pod urzędem marszałkowskim przeciwko konsolidacji szpitali
  • Dlaczego prof. Traba nie podpisał Listu w sprawie książki oskarżającej Polaków o Holocaust
  • Wicewojewoda Szauer z KO ogłosił cud na stacji paliw w Iławie, a Tusk w całej Polsce
  • Co ukrywa posłanka PSL Urszula Pasławska?
  • Operatora Term Warmińskich licytuje komornik
  • Czy Matka Boska walczyłaby o prawo do aborcji? Obejrzałem spektakl w Teatrze Jaracza
  • Słuszna droga rozwoju olsztyńskich tramwajów? Pytania laika
  • Sędzia Juszczyszyn wezwał szefową Kancelarii Sejmu na przesłuchanie

Wiadomości Olsztyn

  • Olsztyn

Wiadomości region

  • Region

Wiadomości Polska

  • Polska

O debacie

  • O Nas
  • Autorzy
  • Święta Warmia

Archiwum

  • Archiwum miesięcznika
  • Archiwum IPN

Polecamy

  • Klub Jagielloński
  • Teologia Polityczna

Informacje o plikach cookie

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.