logodebata

Wspomóż jedyny portal na Warmii i Mazurach, który nie boi się publikować prawdy o politykach i jest za to ciągany po sądach. Nigdy, przez prawie 18 lat istnienia, nie dostaliśmy 1 grosza dotacji publicznej. Redaktorzy i autorzy są wolontariuszami. Nr konta bankowego Fundacji „Debata”: 26249000050000450013547512. KRS: 0000 337 806. Adres: 11-030 Purda, Patryki 46B

wtorek, grudzień 16, 2025
  • Debata
  • Wiadomości
    • Olsztyn
    • Region
    • Polska
    • Świat
    • Urbi et Orbi
    • Kultura
  • Blogi
    • Łukasz Adamski
    • Bogdan Bachmura
    • Mariusz Korejwo
    • Adam Kowalczyk
    • Ks. Jan Rosłan
    • Adam Jerzy Socha
    • Izabela Stackiewicz
    • Bożena Ulewicz
    • Mariusz Korejwo
    • Zbigniew Lis
    • Marian Zdankowski
    • Marek Lewandowski
  • miesięcznik Debata
  • Baza Autorów
  • Kontakt
  • Jesteś tutaj:  
  • Start
  • Blogi
  • Bogdan Bachmura

Bogdan Bachmura

bachnuraPrzedsiębiorca. Z wykształcenia politolog. W l. 80-tych XX wieku wydawał w podziemiu pisma. Na progu III RP uznał, że jego misja, jako wydawcy, skończyła się. Jednak po kilku latach życia w demokracji coraz dotkliwiej odczuwał deficyt wolności słowa w Olsztynie. Tak narodził się miesięcznik „Debata”, a później portal. Uprawia sport. Można go spotkać biegającego w Lesie Miejskim, albo na korcie tenisowym. Nie przepada za demokracją, czemu daje wyraz w swoich publikacjach.

Nie wolno zdradzić prawdy

Szczegóły
Opublikowano: wtorek, 15 listopad 2022 23:15
Bogdan Bachmura

Nawet nasi najwierniejsi czytelnicy mają pewnie dość własnych problemów aby pamiętać, że pierwszy numer „Debaty” ukazał się równo piętnaście lat temu, w październiku 2007 r. Gdy mam okazję komuś o tym przypomnieć, niezmiennie słyszę: to już piętnaście lat? Prawdę mówiąc, sam tego do końca nie ogarniam. Pomysł, którym podzieliłem się kilka miesięcy wcześniej z kilkoma osobami przy kawiarnianym stoliku w „Staromiejskiej”, na dłuższe życie szans większych nie miał. Brak stabilnego, zewnętrznego finansowania plus grupka entuzjastów deklarujących pisanie bez złotówki za wierszówkę, to co najwyżej recepta na satysfakcję z podjętej mimo wszystko próby.

Dlatego gdy równo rok później, Piotrek Kardela wygłosił pamiętne: teraz to już nie wstyd upaść, mieliśmy nie tylko satysfakcję z wykonanej roboty, ale uwolniliśmy się od presji kolejnego numeru. Życie „Debaty” potoczyło się dalej, przez kolejne, trzy okrągłe rocznice, zawsze ze zdumieniem, że jeszcze istniejemy.

Nie modliliśmy się o nią do Pana Boga, co najwyżej o jej przetrwanie. Ale mam wrażenie, że „Debatę” w jakimś sensie od Niego dostaliśmy. Zbyt wiele bowiem sprzyjających okoliczności nam przez te kilkanaście lat towarzyszyło, abym mógł przypisywać ten sukces jedynie naszym staraniom.

Na winiecie „Debaty” umieściliśmy słowa Józefa Mackiewicza: Tylko prawda jest ciekawa. Uznaliśmy je za nasze credo nie z przekonania o szczególnej bliskości jej posiadania, ale ze świadomością, że nasz wysiłek tylko wtedy ma sens. Że pożytek z myślenia i działania występuje tylko wtedy, gdy staramy się oddzielić prawdę od pozoru. Gdy trzymamy się tradycji greckich filozofów, z Platonem jako patronem dążenia do prawdy na czele, i religijnego uświęcenia prawdy poprzez wiarę.

Nie mnie oceniać, na ile temu zdaniu sprostaliśmy. To zadanie dla naszych czytelników. Dość, że tym właśnie chęcią oddzielenia prawdy od pozoru, kierowaliśmy się kilkanaście lat temu. Tymczasem procesy gnilne naszej cywilizacji nabrały takiego przyspieszenia, że wątpliwości zgłoszone pięć wieków temu przez Niccolo Machiavellego co do sensu potrzeby prawdy w życiu publicznym, dzisiaj stają się powszechną normą. Gdy kłamstwo jest w połowie drogi dookoła świata, to prawda dopiero zakłada buty. Ten zgrabny aforyzm napisał Mark Twain w czasach, kiedy świadomości nierychliwości prawdy towarzyszyła wiara w skuteczność jej oddziaływania. Co dzisiaj napisałby Twain? Zapewne coś równie błyskotliwego, o zbiorowych złudzeniach wytwarzanych przez liczne i wprawne grono iluzjonistów, tak skutecznie imitujących prawdę, że tej ostatniej nawet butów nie chce się zakładać.

W takich „okolicznościach przyrody” nasza ciekawość prawdy, którą obiecaliśmy sobie na starcie „Debaty”, nabiera zupełnie innego wymiaru. Nawet Oświecenie z jego „uśmierceniem Boga” i narodzinami bożka Rozumu nie wyeliminowało prawdy jako fundamentu poznania i moralnych działań. Prawdziwe wrota piekieł otworzyły się dopiero wtedy, gdy po usunięciu w cień Boga, z tronu zleciał Rozum, a na ich miejscu rozgościła się zasada pożyteczności. Jej głównymi wyznawcami i praktykami stały się partie polityczne, a realizowany przez ich funkcjonariuszy „interes partii” stał się wartością nadrzędną. A gdy ich interes podąża za zmiennością sondaży, to prawda staje się ciężarem, a fikcja nie tylko przestaje być groźna, ale staje się sojusznikiem. W nowej, przystępnej szacie, zgodnie z regułami „sztuki marketingowej”, stała się „produktem”. Nie znaczy to, że prawda zupełnie zanika. Ona również staje się „produktem”, podobnie jak pożądany w danej chwili „wizerunek”.

Dla Józefa Mackiewicza prawda mogła być ciekawa, bo ciekawość ta została zbudowana na tradycyjnej, platońskiej dychotomii prawdy i złudzenia. Co robić w sytuacji, gdy wybory jakich dokonujemy na publicznej agorze dotyczą różnicy i jakości wizerunków? Czy wizerunek może być ciekawy? Jak najbardziej, jak zastępujące rzeczywistość obrazki.

To nie jest ten sam świat fikcji z którym mieliśmy do czynienia za komuny. Tamten opierał się na przemocy i prymitywnym kłamstwie, stąd jego konstrukcja była krucha, podatna na ciosy prawdy, bo granica między prawdą a złudzeniem była oczywista.

Tak się złożyło, że kończę ten tekst 19 października. Równo 38 lat temu porwano, a następnie zamordowano ks. Jerzego Popiełuszkę. Prawda jest nieśmiertelna, a kłamstwo żyje krótką chwilą - te słowa ks. Jerzego skierowane do milionów rodaków nie zostawiały wtedy cienia wątpliwości. Komuniści wobec jej siły byli bezradni, dlatego musieli niezłomnego kapłana zamordować.

Nie wolno zdradzić prawdy – przestrzegał i apelował ks. Popiełuszko tuż przed męczeńską śmiercią. Najwyższy czas, abyśmy ogłupiani i podzieleni partyjną propagandą, zajrzeli do własnych serc i sumień i odpowiedzieli sobie na pytanie, co zrobiliśmy z jego apelem i ofiarą.

Sofiści, zdeklarowani zwolennicy demokracji, oddali prawdę we władanie retoryki. Zakładali, że wola złudzenia może przybrać postać woli prawdy. Prawdą jest zawsze tylko to, co za prawdę uchodzi. Co przynosi korzyść. To oni wyznaczyli standard życia publicznego, który dzisiaj się upowszechnił, zyskując status normy. W takiej rzeczywistości nie ma miejsca dla ludzi ideowych, przekonanych, że ich działanie może służyć jakiemuś trwałemu, wyższemu dobru. Ich miejsce zajmują ludzie cwani i przebiegli, tworząc nowe zastępy klasy próżniaczej. Co z tym zrobić, nikt dzisiaj nie wie. Karawana pędzi w nieznane, tylko psy szczekają coraz rzadziej.

Mam świadomość, że nasi czytelnicy to przede wszystkim średnie i starsze pokolenie. Ludzie z którymi możemy rozmawiać zgodnie z dawnymi regułami myślenia. Inaczej nie potrafimy i nie chcemy. Na pytanie jak długo to będzie jeszcze możliwe, odpowiedzi nie mam. Nikt nie ma, bo rozmawiamy o upadku cywilizacji i jego dramatycznych objawach. Jedyne co pozostaje, to nadal robić swoje. „Umierać, ale powoli”, w oczekiwaniu na zmianę, na coś, co tchnie w nas nowego ducha.

Na sukces „Debaty” składa się wewnętrzna pasja i chęć wspólnego działania, dzięki którym, pomimo różnicy poglądów i temperamentów, udało nam się przetrwać jako środowisku. Rzecz druga, to szczególna więź z czytelnikami. Coś dla mnie niebywałego i niespodziewanego, dzięki czemu rozwinął się spontaniczny kolportaż „Debaty”, kojarzący mi się z czasami podziemnego kolportażu bibuły, która „sama się rozchodziła”. Za to wszystko wielkie Bóg zapłać.

Na koniec bardzo istotna informacja. Niestety, od listopadowego numeru „Debaty” jesteśmy zmuszeni do przejścia na sprzedażową formę kolportażu. Mam świadomość, że nasi czytelnicy przywykli do wygodnej, darmowej dystrybucji. Jednak do tej zmiany zmusiły nas lawinowo rosnące koszty wydawnicze. Mam nadzieję, że proponowana cena 5 zł. nawet w tych trudnych czasach będzie do udźwignięcia. Punkty sprzedaży „Debaty” znajdziecie Państwo w tym numerze.
Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Nie wolno zdradzić prawdy

Komentarz (2)

To była nasza matka

Szczegóły
Opublikowano: wtorek, 04 październik 2022 20:51
Bogdan Bachmura

Monarchia jest jedyną dopuszczalną formą rządów, ponieważ opiera się na miłości. Wydaje mi się, że te słowa Jeana Raspaila, zmarłego dwa lata temu monarchisty i pisarza, najlepiej oddają okoliczności w jakich odeszła Jej Królewska Mość Elżbieta II. J. Raspail miał oczywiście na myśli monarchię klasyczną, czyli taką w której atrybuty władzy i odpowiedzialność za jej sprawowanie przynajmniej w części są udziałem władcy.

Jednak to, z czym mieliśmy do czynienia w Wielkiej Brytanii za panowania Elżbiety II jest niewątpliwym fenomenem, który wykracza poza dotychczasowe rozumienie monarchii. Mikołaj Bierdiajew pisał, że Ustrój społeczny określa wiara ludu. Gdyby takie kryterium zastosować do Wielkiej Brytanii, to wiara tamtejszego ludu rozkłada się na dwie rzeczywistości: monarchiczną i demokratyczną. Pierwsza wynika z miłości do monarchy jako symbolu tradycji, druga z miłości brytyjskiego ludu do samego siebie. To drugie, zdecydowanie dominujące uczucie powoduje, że miłość do monarchy może być podtrzymywana na ściśle określonych warunkach.

W toku długiego procesu dziejowego, który wykracza poza ramy tego tekstu, jego faktyczny udział w sprawowaniu władzy został sprowadzony do trzech praw: prawa, aby się go radzono, prawa do zachęcania i prawa do ostrzegania. Właściwe korzystanie z tych praw – i to jest klucz do zrozumienia źródła ludowej miłości – jest odpowiednie opanowanie przez króla „sztuki milczenia”.

Rady, zachęty i ostrzeżenia trafiają do przedstawicieli ludu za zamkniętymi drzwiami pałacu Westminsterskiego w sposób dyskrecjonalny. Tak więc lud nie słyszy niczego, czego nie chce usłyszeć i co mogłoby mu się nie spodobać lub zburzyć wysokie mniemanie jakie ma o sobie samym.

Trudno cokolwiek powiedzieć na temat skuteczności królewskich rad i ostrzeżeń, ale ich hermetyczność jest fundamentem „milczącego autorytetu” królowej. Pierwszego takiego w dziejach, i jedynego możliwego do przyjęcia przez ludowego suwerena. Nawet swoje zdanie na temat tak ważnego wydarzenia jak brexit królowa zabrała ze sobą do grobu. Trzeba przyznać, że Elżbieta II za swojego życia nie tylko doskonale opanowała sztukę publicznego milczenia, ale wypracowała jej specyficzną formułę. Pomagała jej w tym wywodząca się z głębokiej religijności godność królowej, osobista kultura i wyniesione ze starej monarchicznej szkoły dostojeństwo. Dlatego demokratyczny świat, zbudowany na gruzach monarchii i skrajnie jej ideowo obcy, żegna ze łzami w oczach kobietę, mówiąc o niej: to była nasza matka. Czy jakikolwiek współczesny, demokratyczny przywódca, „koronowany” przy wyborcze urnie, może choćby w części marzyć o takim pożegnaniu? Gdzie leży tajemnica uczucia jakim darzą Brytyjczycy swoją zmarłą królową? Skąd potrzeba utrzymywania tak kosztownej instytucji, ograniczonej do symboliczno – reprezentacyjnego charakteru?

Co do samego monarchy, to przede wszystkim chodzi o autorytet. Coś, co liberalna demokracja tępi z najwyższą skrupulatnością, nie likwidując jednocześnie naturalnej potrzeby jego poszukiwania. Brytyjczycy są w tej szczęśliwej sytuacji, że demokratyczne tsunami, które ostatecznie po 1918 r. powaliło europejskie monarchie, ich monarchię oszczędziło. Na dodatek na czasy najburzliwszych dla brytyjskiej monarchii wydarzeń przypadło najdłuższe panowanie w jej historii, co dało poczucie pokoleniowej ciągłości i uczyniło Elżbietę II wzorem postępowania jakiego w znanym sobie świecie Brytyjczycy znaleźć nie mogli. Oczywiście sam monarcha to wisienka na torcie czegoś, o czym inne narody mogą jedynie przeczytać na kartach swojej historii. To żywy, namacalny symbol historycznej ciągłości i wielkości Brytyjskiego Imperium. Niepewny, bo zależny od zmiennej woli ludowego suwerena, element stabilizacji w czasach zamętu. Coś, czego – podobnie jak z autorytetem – demokracja dać nie może.

Korona Brytyjska jest jedyną, która w pełni zachowała symbolikę i dawny ceremoniał. Jedyną, która nie boi się oddziaływać na wyobraźnię poddanych dawnym przepychem i splendorem.

Ceremonialno- ymboliczny spektakl jest odgrywany według tych samych co przed wiekami zasad, podkreślając wymiar sakralny i zachowując religijny ceremoniał koronacji. W systemie w którym monarcha panuje, ale nie rządzi, ten uwielbiany przez Brytyjczyków, ceremoniał jest symbolem panowania. Warto jednak pamiętać, że brak realnej władzy monarchy nie wynika z żadnych formalnych ograniczeń prawa pozytywnego, lecz jest wynikiem historycznie utrwalonego zwyczaju. Oznacza to, dziś symboliczną, ale na wypadek utraty równowagi systemu, bądź jego upadku, realną możliwość przeniesienia ciężaru władzy poza obręb rewolucyjnych wydarzeń.

Umarł król, niech żyje król! Wyzwania jakie stają przed 73 letnim Karolem III powodują, że nie warto mu zazdrościć królewskiego splendoru. Jego matka postawiła poprzeczkę tak wysoko, że przeniesienie zbiorowych uczuć na jej syna będzie niezwykle trudne (co pokazują ich sondażowe mierniki). Z kolei udzielanie dobrych rad i ostrzeżeń brytyjskim politykom to coraz bardziej zadanie z dziedziny kwadratury koła. Nam, Polakom, mającym w Wielkiej Brytanii sojusznika i wielu mieszkających tam rodaków, pozostają szczere życzenia i modlitwa za króla Karola III.

I choć modlitwa to dobra puenta na zakończenie tekstu, to powodowany osobistą zazdrością o brytyjską monarchię nie mogę sobie odmówić pewnej gorzkiej refleksji. Być może marzenie, że Polacy mogli transplantować monarchię do czasów współczesnych, to znak oderwania od realiów. W 1918 r. mieliśmy „monarchę” Józefa Piłsudskiego, a ten żadnej prawdziwej konkurencji by nie zniósł. Dziś, po rządach moskiewskich namiestników, mamy Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej. To systemowa personifikacja dawnego monarchy. Jeżeli cokolwiek z tego urzędu, co przypominałoby monarchię, można by wycisnąć, to danie mu, opartych na Konstytucji i zwyczaju, warunków do budowania jedynego w świecie polityki autorytetu.

Problem w tym, że w II RP zamiast autorytetu króla przynajmniej mieliśmy autorytet marszałka Piłsudskiego, a w III RP zamiast autorytetu prezydenta mamy partyjnych strażników, czuwających żeby do tego nie dopuścić.

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: To była nasza matka

Komentarz (2)

Znak Bożego skąpstwa

Szczegóły
Opublikowano: poniedziałek, 27 czerwiec 2022 21:25
Bogdan Bachmura

Malejącej od kilku lat liczbie powołań kapłańskich w naszej archidiecezji towarzyszyła zapewne nadzieja na zmianę. Pewnie dlatego dopiero teraz, gdy ich stan spadł do zera, światło dzienne ujrzał list pasterski rektora Wyższego Seminarium Duchownego w Olsztynie ks. dra Huberta Tryka.

Jest wiele racji w diagnozie księdza rektora, „że następujący w ostatnich latach spadek powołań kapłańskich to nie przejaw Bożego skąpstwa, ale przejaw kryzysu powołanych, którzy z różnych przyczyn nie odpowiadają na Boże wezwanie. Być może często nawet nie są w stanie tego powołania usłyszeć, a nierzadko brakuje im odwagi, by zdecydować się na tak radykalny krok, którym jest poświęcenie swojego życia poprzez chociażby rezygnację z rodziny.

Listę tych przyczyn, wewnętrznych i zewnętrznych, analizuje na łamach tej „Debaty” Zdzisława Kobylińska. Warto jednak zadać sobie pytanie, czy może być inaczej? Czy w świecie pogańskim, a z takim mamy do czynienia, seminaria mogą cieszyć się zainteresowaniem? Czy droga odejścia od Boga, na którą człowiek Zachodu wkroczył już dawno temu, ciągle przyspieszając marszu, a który dzisiaj zamienił się w galopadę, może prowadzić do seminarium? Odpowiedź jest taka, że współczesny, przebóstwiony i kompletnie odmieniony duchowo człowiek nie pasuje do wyzwań, jakie stawia przed nim kapłaństwo. Nie tylko nie jest dla niego życiowo atrakcyjne, ale zwyczajnie duchowo obce. Ale ta masowość duchowego przemienienia człowieka tłumaczy jedynie brak tłoku w seminariach. Nie wyjaśnia natomiast, dlaczego ciągle przecież liczna wspólnota katolików nie wydaje z siebie proporcjonalnej liczby kapłanów.

Ks. Tryk twierdzi, że spadek powołań kapłańskich to nie jest przejaw Bożego skąpstwa. Zadaję sobie pytanie, skąd ta pewność. Czy poza innymi, „światowymi” czynnikami, liczba zero na koncie wyświęconych w naszym seminarium kapłanów nie jest znakiem do odczytania? Nikt z nas takiej pewności mieć nie może, ale nie widzę dobrych argumentów, żeby nie dostrzec w tym ręki Bożej. Od kilku lat do modlitwy powszechnej włączono modlitwę o powołania. Może ich odwrotny skutek nie jest przypadkowy?

Kilka dni temu słuchałem w Radio Plus rozmowy ze świeżo wyświęconymi w naszym seminarium diakonami. Jeden z nich mówił o relacjach kapłanów ze współczesnym światem. O ewangelizacji świata z jednej strony, ale też wpływie współczesnego świata na duchowość kapłanów. Pomyślałem wtedy o starożytnym Rzymie. O sytuacji tamtych chrześcijan, którzy, podobnie jak dzisiaj, znaleźli się we wrogim sobie, pogańskim świecie. Co zdecydowało, że ich misja nauczania Chrystusa okazała się tak skuteczna? Oczywiście przyczyn jest wiele, ale jedna, w kontekście dzisiejszej sytuacji Kościoła, wybija się na plan pierwszy: tamci wyznawcy Chrystusa żyli głębokim przekonaniem, że „chrześcijanie mieszkają na świecie, lecz nie są z tego świata”. Oddając Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga, nie zmierzali do kompromisu z tamtym światem. Lojalność wobec cesarza nie oznaczała zgody na jego przebóstwienie. Chcąc prowadzić Rzymian do Chrystusa nie godzili się na wprowadzenie do rzymskiego Panteonu swojego Boga. Słynny spór Symmacha ze św. Ambrożym o obecność posągu bogini Zwycięstwa w auli Senatu był sprzeciwem wobec symbolu rzymskiej tradycji, co podkopywało fundamenty państwa i utrudniało próby jego ratowania. Pomimo to św. Ambroży twierdził, że nie można pogodzić prawdy i fałszu.

Sięgam po tak dalekie, choć moim zdaniem adekwatne do obecnej sytuacji analogie, ponieważ zastanawiam się nad istotnością naszego niepokoju o stan kapłańskich powołań. Daleki jestem od lekceważenia problemu, ale uważam, że cudowny, wymodlony ich wzrost niewiele w sytuacji Kościoła zmieni. Co najwyżej utwierdzi nas w przekonaniu, że wszystko idzie w dobrą stronę.

A przecież nie idzie. Kościół głosi prawdę Ewangelii, ale nie mówi człowiekowi prawdy o nim samym. O jego kondycji i przyczynach tego stanu. Nie mówi o jego bożkach, którymi zastąpił prawdziwą wiarę. O prawach człowieka, równości czy wolności, które, pozbawione wyższego umocowania, stały się językowym rytuałem. Ciągle powtarzanym i zmienianym, w zależności od okoliczności i interesów. Nie mówi wreszcie o pułapce demokracji, bo namawiając chrześcijan do uczestnictwa w jej rytuałach, stał się częścią systemu z zasady wrogiemu Kościołowi.
Czy ważne, ilu kapłanów hierarchicznego Kościoła opuści seminaria, skoro idą nauczać będąc pod wpływem hipnotyzującej siły idei równości? Namawianie wiernych do uczestnictwa w powszechnym głosowaniu (często po sankcją grzechu!) jest pokłonem składanym liczbie, z której nie może wyłonić się żadna jakość. Jest nakłanianiem do uczestnictwa w rytuale, który nie objawia żadnej „woli suwerena”, bo suma woli wszystkich nie tworzy woli powszechnej. Co najwyżej fundament dla partyjnych oligarchii.

Jeżeli nie demokracji, z jej wypaczoną ideą równości i kultem masy, to czemu przypisać postępujące barbarzyństwo obyczajów, powszechne chamstwo, bylejakość, odrzucenie wszelkich, nie tylko religijnych autorytetów, upadek kultury i wszystkiego co w człowieku wyższe i szlachetne? Ile bezskutecznych apeli Episkopatu do polityków jeszcze trzeba, aby dostrzec, że plemienne podziały to żywioł demokracji, a troska o dobro wspólne to pusty, sprzeczny z istotą systemu komunał?

Tak więc mamy demokratycznego człowieka, który wygonił ze swojego życia Boga i nie potrzebuje jego kapłanów, a z drugiej strony Kościół, który wpędza chrześcijan w objęcia pogańskiej demokracji. Czy to zatem przypadek, że galopującej sekularyzacji towarzyszy proces upadku „boga demokracji”?

Jestem przekonany, że człowiek Zachodu, złamany własną pychą i zmęczony chaosem swojego świata wróci do pewników, które wykraczają poza horyzont jego rozumu. I nadzieję, że mój Kościół także wróci do siebie. Z kapłanami prawdy, nie demokracji.

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Znak Bożego skąpstwa

Komentarz (28)

Tysiąc (ankietowanych) w Imieniu Wszystkich

Szczegóły
Opublikowano: poniedziałek, 30 maj 2022 08:17
Bogdan Bachmura

Jeden z forumowiczów Debaty napisał o panach Grzymowiczu i Szmicie, że „Jeden bez drugiego żyć nie może”. To bardzo trafne spostrzeżenie, ponieważ wyjaśnia, dlaczego właśnie uwagi Jerzego Szmita zostały uznane przez Piotra Grzymowicza za właściwy moment aby podjąć jakakolwiek polemikę wokół sporu o Pomnik Wdzięczności Armii Czerwonej.

Do tej pory tak przywiązany do demokracji prezydent milczał jak zaklęty. Nie zmierzył się z wątpliwościami, choć tych namnożyło się bez liku. „Podeszły mu” natomiast krwiste komentarze szefa regionalnych struktur PiS, bo dały okazję do wyprowadzenia sporu o pomnik na linię politycznego frontu, co daje obu stronom gwarantowane zyski.

Do tej pory nie odnosiłem się szczegółowo do wyników przeprowadzonej na zlecenie prezydenta ankiety, nazywając ją na lamach Debaty „ruskim referendum”. Zwłaszcza spór o sposób liczenia głosów uważam za przystąpienie do tańca w rytm muzyki zagranej przez Grzymowicza. Sankcjonowania czegoś, co unieważnia wszystkie, właściwe dla demokracji, procedury i ścieżki podejmowania decyzji.

Zwłaszcza, gdy sam prezydent, wybrany i demokratycznie delegowany do podejmowania takich decyzji oznajmia jednoznacznie, że ze względu na wynikające z polskiej racji stanu imponderabilia, jest przeciwnego zdania niż znikoma większość z 1000 ankietowanych telefonicznie osób!

Krótko mówiąc, sam fakt zarządzenia tej ankiety jest manipulacją, i jeżeli pan prezydent nie zgadza się z tak jednoznaczną opinią, to zapraszam do publicznego sporu.

Jedyne trzy grosze jakie chciałbym dorzucić do szczegółów tej ankiety jest spór o głosy osób będących za przeniesieniem pomnika na cmentarz. To kolejny, uruchomiony przez prezydenta fałszywy trop. Prezydent pisze, że poza dychotomią „pozostawić-przenieść” jest podział „w Olsztynie” (pozostawić-przenieść) i „poza Olsztyn” (przenieść).

Problem w tym, że w rzeczywistości takiej dychotomii nie ma, o czym sam zainteresowany doskonale wie. Jest tylko dychotomia pozorna, sztucznie wywołana pytaniem ankiety. To wybieg z tego samego arsenału, kiedy to prezydent występował o wykreślenie pomnika z rejestru, wiedząc od dawna, że jedyną drogą jest podpisanie odpowiedniego wniosku o relokację pomnika.

Podczas tzw. konsultacji argumentowałem, dlaczego przeniesienie pomnika na olsztyński cmentarz żołnierzy Armii Czerwonej jest niemożliwe, a na inne tego typu cmentarze niewskazane. Wiadomym także było, że nie ma możliwości relokacji do muzeum Xawerego Dunikowskiego. Jedynymi możliwymi kierunkami pozostała proponowana przez ministra Piotra Glińskiego Ruda Śląska lub Kozłówek. Z moją argumentacją wszyscy zebrani (w tym pan prezydent) milcząco się zgodzili. Zatem pytanie do prezydenta: dlaczego, będąc świadomym niemożliwego, podejmuje w ankiecie kwestię miejsca przeniesienia, wiedząc, że wyboru praktycznie nie ma? Stawiając sprawę inaczej, co pan prezydent powiedziałby „świętej” ankietowanej większości, gdyby ta uznała, że przeznaczeniem „szubienic” jest olsztyński cmentarz? Jeżeli to nie jest manipulacja, to jak, nie urażając pana prezydenta, inaczej takie metody nazwać?

Co do kwestii ewentualnego samo odpadnięcia płyty z cokołu pomnika, to jakoś słabo wierzę w takie przypadki. W spoinach płyt są wprawdzie wyraźne szczeliny, ale żadna z nich nie wyglądała na bliską odpadnięcia. Poza tym oderwana bez pomocy z zewnątrz płyta powinna zostać w pozycji pionowej. Tak czy owak, prawdy dowiemy się z monitoringu, bo chyba takowy istnieje. Być może od tego zależy dalszy los pomnika.

Decydując się na remont, który tani nie będzie, prezydent może oprzeć się na wykreowanej przez siebie woli ankietowanej większości. Albo zapytać, czy wobec konieczności poniesienia wydatków z publicznej kasy „Tysiąc w Imieniu Wszystkich” jest nadal za jego zachowaniem. Ale z punktu widzenia celu jaki przyświeca prezydentowi raczej bym nie ryzykował…

Posłużenie się przez prezydenta ankietą do rozstrzygnięcia ważnego, odbijającego się echem w całej Polsce sporu o „szubienice”, wyprowadził nas daleko poza bieżący problem pomnika. Wprowadził natomiast w klimat zasadniczego sporu o granice i istotę demokracji. O nowy model lokalnej „demokracji”, w którym wybrany demokratycznie prezydent chwilowo abdykuje na rzecz wymyślonego na własny użytek ankietowanego „suwerena”.

Kiedy namawiałem panią Martę Kamińską, szefową olsztyńskiego KOD-u oraz innych działaczy tego ruchu na zmiany w Konstytucji, usłyszałem, że najpierw trzeba odsunąć od władzy PiS. Jednak życie ma to do siebie, że często weryfikuje nasze prawdziwe intencje. Obrońców demokracji także. Skoro sam prezydent postanowił milczeć, pora usłyszeć, co w tej kwestii (oraz innych, dotyczących wcześniejszych wypowiedzi prezydenta Grzymowicza) mają do powiedzenia ludzie, którzy stają z prezydentem w jednym szeregu obrońców ustroju.

W polemice z Jerzym Szmitem prezydent Grzymowicz narzeka, że podanie przeze mnie nazwisk osób uczestniczących w konsultacjach naraziło je na hejt. Dlatego sam odstąpił od ich upubliczniania. To kolejny, zaskakujący pogląd na demokrację, której sednem i początkiem zawsze była odwaga wyjścia na agorę.

Istota sporu o „szubienice” polega na tym, czy stojący w centrum Olsztyna monument jest pomnikiem jego autora, Xawerego Dunikowskiego, czy też cokołem na który, dzięki Dunikowskiemu, wdrapał się najpierw sowiecki, a teraz rosyjski zbrodniarz, obaj udając, że są pomnikiem. Większość zaproszonych na konsultacje (zwłaszcza architektów) uznała, że pomimo wojny na Ukrainie nic się nie zmieniło i nadal najważniejszy jest Dunikowski. To pogląd trudny do publicznej obrony, bo rodzi pytanie o granice swojego pozbawionego empatii obowiązywania. Ale nie z tego powodu, jak sądzę, pan prezydent buduje wokół tych osób wrażenie oblężonej twierdzy. Nikt nie lubi być wykorzystany do gry, na końcu której jest uznanie od Agencji TASS.

Bogdan Bachmura

Fot. Wojciech Ciesielski

Czytaj więcej: Tysiąc (ankietowanych) w Imieniu Wszystkich

Komentarz (5)

Order od Putina (nie tylko dla prezydenta Grzymowicza)

Szczegóły
Opublikowano: czwartek, 19 maj 2022 20:06
Bogdan Bachmura

Rosyjska Agencja Informacyjna TASS, centralna agencja prasowa ZSRR i Federacji Rosyjskiej, pochwaliła prezydenta Olsztyna za niedopuszczenie do zniszczenia lub przeniesienia Pomnika Wdzięczności Armii Czerwonej. Wcześniej prezydent Piotr Grzymowicz wyznał na Facebooku, że to była jedna z najtrudniejszych decyzji jaką musiał podjąć podczas sprawowania tego urzędu. Aż chciałoby się pogratulować, choć poprzestanę na przyznaniu, że na uznanie ze strony ludzi Putina w pełni zasłużył. Choć pochwała ze strony Rosjan należy się przede wszystkim za wytrwałość, za trwanie przy sprawie, której strażnikiem włodarz naszego miasta był od zawsze.

Do inwazji Rosji na Ukrainę sprawa była prosta. Żeby „szubienice” stały, wystarczyło nie podpisywać wniosku o relokację. Żeby stał samotnie, bez uszczerbku dla „ideowego przesłania pomnika”, należało podtrzymywać nadzieje o budowie wokół pomnika „muzeum miejsca” i rozkładać puste jak miejska kasa ręce. Tego paliwa wystarczyło na kilkanaście lat. Dopiero wojna na Ukrainie wymusiła nowy, znacznie trudniejszy scenariusz. Podczas pamiętnej konferencji prasowej 2 marca 2022 r. łamiącym się ze wzruszenia głosem prezydent oznajmił, że z powodu agresji Rosji na Ukrainę pomnik trzeba przenieść. Ale już kilkanaście godzin później w oświadczeniu dla Polskiej Agencji Prasowej ogłosił się „obrońcą ideowego przesłania i wartości pomnika”. To wtedy zaczęto mówić o „czerwonym prezydencie”. Gdy okazało się, że tragedia Ukraińców to tylko instrument w pokrętnej grze o zachowanie pomnika, ton komentarzy zaczął gęstnieć. Tłumaczenia, że to z powodów charakterologicznych, niechęci do PiS-u czy wpływu środowiska obrońców pomnika, nie wytrzymywały próby konfrontacji ze sposobem w jaki postanowił działać były członek PZPR.

Dlatego Piotrowi Grzymowiczowi należą się pochwały od Rosjan nie tylko za efekt końcowy, ale także za styl. Przecież wystarczyło nie podpisywać wniosku o relokację i ogłosić wolę trwania przy dotychczasowym zamiarze „uczytelnienia” pomnika. A jednak uznano, że lepszy będzie scenariusz z rosyjskiego arsenału kamuflażu i tworzenia fałszywych tropów.

W narracji Putina Ukraińcy to naród bliski Rosjanom, część „ruskiego mira”, który trzeba wyzwolić spod panowania grupy banderowców i nazistów. Jeśli ktoś postanowił stanąć po ich stronie, to sam sobie jest winny. U Grzymowicza podział na dobrych i złych, także jest jednoznaczny. Nie ma złudzeń, kto jest na tej wojnie ofiarą, a kto agresorem. Problem w tym, że efektem końcowym tej właściwej narracji nie jest działanie na szkodę Rosji, ale obrona post sowieckiego pomnika, na chwałę walczącej Ukrainy!

Komu taki scenariusz nie odpowiada, kto ma inny pomysł na demonstrowanie poparcia dla walczącej Ukrainy, tego spotykają z jego strony represje: doniesienia na policję i zawiadomienia do prokuratury.

Ale to nie jedyna broń z rosyjskiego arsenału. W świadomości Rosjan, budowanej od czasu wielkiej wojny ojczyźnianej, zagrażający Rosji i światu faszyści czają się wszędzie.

To pałka na każdego, kto próbuje władzy podskoczyć. Ta fiksacja na faszyzmie nie jest obca Piotrowi Grzymowiczowi. Po zdjęciu z pomnika banera o treści: sierp i młot + „zetka” = swastyka powiedział, że nie dopuści, aby w Olsztynie wisiała swastyka. Ale Prokuratura Rejonowa w Olsztynie w postanowieniu o odmowie wszczęcia dochodzenia wskazała, że nie każde prezentowanie faszystowskich (czy komunistycznych symboli można uznać za przestępstwo – karane jest bowiem nie samo w sobie umieszczenie takich symboli, albo posługiwanie się nimi, lecz istotne jest to w jakim kontekście są one umieszczone i jak się nimi ktoś posługuje – karane jest bowiem publiczne „propagowanie” faszystowskiego (lub innego totalitarnego) ustroju państwa.

Czy w momencie składania doniesienia Grzymowicz i jego prawnik o tym nie wiedzieli? To pytanie pierwsze. Drugie, dlaczego po postanowieniu prokuratury nasłano urzędników ZDZiT i policję celem zablokowania powieszenia banera o tej samej treści?
W systemie władzy Władimira Putina demokratyczne fasady, czyli ludzie lub organizacje, które mają legitymizować jego z góry podjęte zamierzenia pełnią istotną rolę. Piotr Grzymowicz zaprosił na konsultacje 20 osób, z których znakomita większość nie mogła sprawić niespodzianki. Powołał się także na stanowisko dwóch organizacji zrzeszającymi kombatantów, bo tylko tym mógł spojrzeć bez obaw w oczy. No i ten telefoniczny sondaż na „reprezentatywnej próbce”. Takie „ruskie referendum” za jedyne 6000 zł. Tutaj to może i Putin mógłby się czegoś nauczyć.

Powyższe analogie i skojarzenia można uznać za zupełnie przypadkowe. Ale fakty są takie, że wszystkie banery które za sprawą Grzymowicza zdjęto z pomnika, lub których nie udało się zawiesić, nawet ten, który miał wisieć, z krasnoarmiejcem duszącym Ukrainkę, wszystkie dotyczyły bezpośredniego wizerunku rosyjskiego agresora.

Pochwała Agencji TASS dotyczy nie tylko prezydenta Olsztyna. Także tych, którzy w imię nieustającej wiary w możliwość „uczytelnienia” pomnika, zgodzili się na rolę „pożytecznych idiotów”. Treść tablicy, która ma stanąć obok pomnika, to zapowiedź granic tego „uczytelnienia”.
Szczególne zdumienie budzi postawa radnych i lokalnych polityków Koalicji Obywatelskiej. Partii, której przywódca i liderzy niemal codziennie licytują się z rządzącymi na skalę sankcji wobec Rosji. Dzięki głosowaniu w Radzie Miasta już macie należny udział w depeszy Agencji TASS. Na co czekacie, aż Władimir Władimirowicz Putin przyśle waszemu koalicjantowi zasłużony order?

„Rząd zrobił swoje, a co z tego będzie, zobaczymy”. Te słowa Nikodema Dyzmy dedykuję Piotrowi Grzymowiczowi, który swoje zrobił, ale rozpętał konflikt, przed którym go ostrzegałem podczas tzw. konsultacji. Jego zakończeniem będzie przeniesienie, i to rychłe, „szubienic” z centrum Olsztyna. Naiwnością jest bowiem sądzić, że prezydent polskiego miasta, podczas wojny, która wstrząsnęła całą Europą, może utrzymać pomnik, który – jak sam napisał - „gloryfikuje Armię Czerwoną, której spadkobiercą poczuwa się obecna, agresywna armia Federacji Rosyjskiej”.

Bogdan Bachmura

Czytaj więcej: Order od Putina (nie tylko dla prezydenta Grzymowicza)

Komentarz (13)

Więcej artykułów…

  1. Polski bałagan i ruski bardak
  2. Tak się nie robi!
  3. Pukanie od spodu (Bachmura o krętactwach prezydenta Grzymowicza)
  4. Pomnik „wyzwolenia” Ukrainy

Strona 2 z 55

  • start
  • Poprzedni artykuł
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • Następny artykuł
  • koniec

Komentarze

Bardzo dobry tekst. Gratuluję!
O pewnych właściwościach Adama Sochy pisałem już jakiś czas temu.
I myślę, że każdy myślący je widzi.
Pozostali - oc...
Rocznica 13 grudnia, gen. Jaru...
4 godzin(y) temu
Wygląda na to, że Cenckiewicz trzęsie Nawrockim. Robi, co chce. Jakieś papiery? Haki?
BBN przywrócił Raport Państwow...
5 godzin(y) temu
A dlaczego w czasie sesji radny nie przedstawił swojego stanowiska? Milczał jak zaklęty.
Budżet Olsztyna na 2026r., to ...
7 godzin(y) temu
Proszę o wyjaśnienie:

To po zmianie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego zmieniła się wartość gruntów czy nie? Bo chyba tego dotyczyła...
Burmistrz Biskupca uniewinnion...
9 godzin(y) temu
Współczesna Polska jest częścią europejskiego sowietu, zbudowanego na chorobie szalonych lewackich wyborców, wykastrowanych z poczucia rzeczywistości....
Rocznica 13 grudnia, gen. Jaru...
16 godzin(y) temu
Wcześniej czy później, tak czy owak, banda rudego stanie przed sądem
https://www.youtube.com/watch?v=lf-Ph25N0kU
Rocznica 13 grudnia, gen. Jaru...
1 dzień temu

Ostatnie blogi

  • Apel o optymizm na wypadek wojny Dwadzieścia rosyjskich dronów, które ostatnio wleciały do Polski wzbudziły u wielu moich rodaczek i rodaków głęboki niepokój, a często przerażenie… Zobacz
  • Barbarzyński atak "silnych ludzi" Tuska na praworządność Zbigniew Lis Motto Tuska: Będziemy stosować prawo, tak jak my je rozumiemy, czyli uchwałami Sejmu i rozporządzeniami zmieniać ustawy, wg zasady –… Zobacz
  • Co trzeba zrobić, żeby PiS wygrało kolejne wybory? Zbigniew Lis Wielu Polaków głosujących nie za opozycją, tylko przeciw PiS, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji ich decyzji oraz z powagi… Zobacz
  • Michał Wypij, Paweł Warot – komentarz osobisty Bogdana Bachmury Bogdan Bachmura Dużo łatwiej o krytykę osób, których nie darzymy sympatią, z którymi jesteśmy w sporze lub konflikcie. Ale tym razem jest… Zobacz
  • 1

Najczęściej czytane

  • Wójt gminy Barciany pozostaje na stanowisku. Czy to koniec wojny?
  • Wyborcza sporządziła listę osób do zwolnienia z pracy, związanych z PiS
  • Trwa presja koncernów OZE na gminy Warmii i Mazur. Kolej na Korsze
  • Radny olsztyński PiS Jarosław Babalski został wykluczony z partii
  • Radny olsztyński PiS Jarosław Babalski został wykluczony z partii
  • Protest w sprawie plakatu sztuki Teatru Jaracza radnych i posłów PiS oraz Archidiecezji Warmińskiej. Oświadczenie dyrektora
  • Po wyroku sądu rektor UWM zweryfikuje oceny negatywne nauczycieli
  • Prokuratur nie wniesie o likwidację Związku PRAWDA na UWM
  • To idealny moment na zaatakowanie Polski. Rozleci się jak gliniany garnek
  • Czy prezydent Olsztyna naraził zdrowie i życie przedszkolaków?
  • Rady Osiedli w Olsztynie mogą wszystko - odkrył Bogdan Bachmura
  • Wyrok ws. burmistrza Biskupca i inwestycji Eggera poznamy 15 grudnia

Wiadomości Olsztyn

  • Olsztyn

Wiadomości region

  • Region

Wiadomości Polska

  • Polska

O debacie

  • O Nas
  • Autorzy
  • Święta Warmia

Archiwum

  • Archiwum miesięcznika
  • Archiwum IPN

Polecamy

  • Klub Jagielloński
  • Teologia Polityczna

Informacje o plikach cookie

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.