logodebata

Wspomóż jedyny portal na Warmii i Mazurach, który nie boi się publikować prawdy o politykach i jest za to ciągany po sądach. Nigdy, przez prawie 18 lat istnienia, nie dostaliśmy 1 grosza dotacji publicznej. Redaktorzy i autorzy są wolontariuszami. Nr konta bankowego Fundacji „Debata”: 26249000050000450013547512. KRS: 0000 337 806. Adres: 11-030 Purda, Patryki 46B

wtorek, luty 10, 2026
  • Debata
  • Wiadomości
    • Olsztyn
    • Region
    • Polska
    • Świat
    • Urbi et Orbi
    • Kultura
  • Blogi
    • Łukasz Adamski
    • Bogdan Bachmura
    • Mariusz Korejwo
    • Adam Kowalczyk
    • Ks. Jan Rosłan
    • Adam Jerzy Socha
    • Izabela Stackiewicz
    • Bożena Ulewicz
    • Mariusz Korejwo
    • Zbigniew Lis
    • Marian Zdankowski
    • Marek Lewandowski
  • miesięcznik Debata
  • Baza Autorów
  • Kontakt
  • Jesteś tutaj:  
  • Start
  • Blogi
  • Bogdan Bachmura

Bogdan Bachmura

bachnuraPrzedsiębiorca. Z wykształcenia politolog. W l. 80-tych XX wieku wydawał w podziemiu pisma. Na progu III RP uznał, że jego misja, jako wydawcy, skończyła się. Jednak po kilku latach życia w demokracji coraz dotkliwiej odczuwał deficyt wolności słowa w Olsztynie. Tak narodził się miesięcznik „Debata”, a później portal. Uprawia sport. Można go spotkać biegającego w Lesie Miejskim, albo na korcie tenisowym. Nie przepada za demokracją, czemu daje wyraz w swoich publikacjach.

Ktoś trzeci potrzebny od zaraz

Szczegóły
Opublikowano: piątek, 24 styczeń 2020 22:06
Bogdan Bachmura

Romans na wieży,
Na kostkach gacie,
Będzie ciąg dalszy?
Nadzieja w elektoracie

Nadzieja, z jaką powraca odrodzony jak feniks z popiołów po uniewinniającym wyroku Czesław Jerzy Małkowski ma swoje uzasadnienie. Szczęśliwa gwiazda, która towarzyszyła Piotrowi Grzymowiczowi od momentu, gdy jego kolega i polityczny mentor wystawił go do wiatru, zgasła w najmniej odpowiedniej chwili. Wygląda to tak, jakby dawni kumple umówili się na zmianę warty w olsztyńskim Ratuszu, a polityczne harakiri, które na raty popełnia ostatnio prezydent Grzymowicz, zostało na moment uniewinnienia Małkowskiego precyzyjnie zaplanowane.

Referendum, drugie w politycznej karierze Małkowskiego, może być więc tym razem nie początkiem końca, lecz końcem początku marzeń o powrocie tam, skąd go zabrano w kajdankach. Adam Socha poprosił byłego prezydenta, i wiernego czytelnika „Debaty” zarazem, o wywiad. Niestety, spotkał się z odmową, uzasadnioną obawą, że to może mu zaszkodzić. Trochę mnie to zmartwiło, bo byłoby niezmiernie frapujące wspólnie poszukać prawdy z człowiekiem, który „Wyznaje zasadę: Nie ma pytań, których nie można zadać, nie ma odpowiedzi, których nie można udzielić” (cytat z niedawnego spotkania Małkowskiego z mieszkańcami Olsztyna). Cieszy mnie natomiast, że zdaniem Małkowskiego, pomimo wyroku uniewinniającego, „Jest jeszcze parę rzeczy do wyjaśnienia”, w czym jesteśmy absolutnie zgodni. Tym większy żal, że oddzielać ziarno od plew będziemy musieli na własną rękę, bez współpracy z człowiekiem, który „Chce, aby prawda do końca ujrzała światło dzienne”.

Obserwując uczestników spotkania z Jerzym Małkowskim, ich podniosły, pozbawiony znamion wątpliwości entuzjazm, zadałem sobie pytanie, jak zareagowaliby, gdyby jednak okazało się, że w aktach sprawy (jak wiadomo niejawnych), wbrew zapewnieniom Małkowskiego, nie ma ekspertyz świadczących o zmanipulowaniu słynnych nagrań „z wieży” i zdjęcia w fotelu prezydenta Olsztyna.

Czy odwróciliby się od swojego idola, gdyby okazało się, że owszem, ekspertyzy są, ale jednoznacznie świadczące o autentyczności obu materiałów? Czy nadal pchaliby do Ratusza człowieka z takim bagażem dewiacji i winą za profanację Urzędu Prezydenta Miasta oraz działania na szkodę wizerunku miasta?

Zadaję te pytania nie tylko dlatego, że moim zdaniem Małkowski w tych dwóch kwestiach zwyczajnie kłamie. Problem jest znacznie poważniejszy. Triumfujący po uniewinnieniu od zarzutu gwałtu Małkowski, poczuł się uwolniony od wszelkich ograniczeń. Nie chodzi tylko o karygodne ujawnienie danych osobowych i adresu zamieszkania swojej byłej kochanki, która go oskarżyła o gwałt. Małkowski postawił się w roli jedynego arbitra tego, co znajduje się w tajnych przecież aktach sprawy. Budując z gruntu chorą teorię spisku, wciągnął w nią wszystkie osoby, które świadczyły przeciwko niemu. Kobiety, których oskarżenia o molestowanie się przedawniły, lekarza, sędziów, prokuratora, dziennikarzy, a nawet swojego byłego adwokata. To samo dotyczy dowodów w sprawie: wspomnianych wcześniej nagrań, zdjęć czy ekspertyz lekarskich.

Małkowski ma świadomość, że w aktach sprawy znajdują się zeznania wstrząsające, których ciężar i wymowa zburzyłaby jak domek z kart jego autorską narrację. Zeznań, które nie dotyczą gwałtu, ale pokazują, z kim tak naprawdę mamy do czynienia. Nie bez powodu przecież nasz entuzjasta prawdy uciekał z podkulonym ogonem, gdy na spotkaniach przedwyborczych pojawiała się jedna z kobiet skarżących go o molestowanie.

Małkowski dał sobie przyzwolenie na opowiadanie o tym, co jest w tajnych aktach, mówiąc jednocześnie, że jest za ich ujawnieniem. Ale sam tego nie robi, licząc na to, że nikt, kto jest w ich posiadaniu nie powie: sprawdzam, i prawa nie złamie. Zatem Małkowski jest czysty jak ta lelija. No, poza jedynym romansem. Ale też nie do końca. Tacy krystaliczni ludzie nie romansują. Oni „wpadają w towarzystwo, którego powinni unikać”.

Nie jestem oczywiście tak naiwny, aby twierdzić, że ukazanie całego oblicza sprawy radykalnie zaszkodziłoby politycznym planom Małkowskiego. Jerzy Czesław Małkowski to uczeń bystry i pojętny. Można powiedzieć: człowiek ustrojowego renesansu. Już dawno, jeszcze jako gminny sekretarz partii, a później szef wojewódzkiej cenzury zrozumiał, że prawdę albo się głosi, albo nią zarządza. I – co najważniejsze- że za demokracji, poza udoskonaleniem narzędzi masowego rażenia „prawdą”, niewiele się zmieniło. Poza jednym – że dawne, tradycyjne reguły, pozwalające odróżnić prawdę od złudzenia, przestały mieć sens. a pojęcia prawdy i moralności przestały istnieć.

Czy w świecie fikcji, gdzie pojęcie prawdy zastąpiły „różne wersje rzeczywistości”, referendum ma jeszcze sens? Zobaczymy. Dwukrotnie apelowałem do Małkowskiego, aby nie startował w wyborach jako osoba oskarżona o gwałt i tym samym oszczędził Olsztynowi wątpliwej promocji. Bezskutecznie. Teraz powraca do politycznego życia prawnie oczyszczony, więc wygląda na to, że tę żabę będziemy jeść do końca (choć nie wiadomo, czy danie zakończy się na frekwencyjnej klapie, czy wyborczym starciu). Z drugiej strony może to i dobrze. W ostatnich dwóch kampaniach prezydenckich, choć wygranych przez Grzymowicza, tak naprawdę łódką huśtał Małkowski. Grzymowiczowi cudem udało się z niej nie wypaść. Tym razem jest podobnie, choć woda zaczyna wlewać się ze wszystkich stron. Małkowskiemu potrzebna jest prezydentura, aby się odegrać na wszystkich, i za wszystko. Olsztynowi natomiast potrzebny jest nowy prezydent, bo gołym okiem widać, że dla Piotra Grzymowicza obecna kadencja to „O jeden most za daleko”. Wniosek jest prosty: ktoś trzeci jest potrzebny od zaraz.

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Ktoś trzeci potrzebny od zaraz

Komentarz (45)

Ziobro i jego sojusznicy

Szczegóły
Opublikowano: czwartek, 19 grudzień 2019 08:56
Bogdan Bachmura

Każdy, kogo życie zmusiło do szukania zdrowia lub sprawiedliwości ma prawo do wiary w wiedzę lekarza i autorytet sędziego. Mam nadzieję, że przynajmniej taki pogląd łączy wszystkich, których podzieliła sprawa sędziego Pawła Juszczyszyna.

Ale to nie lekarze lecz właśnie sędziowie, jako przedstawiciele tzw. trzeciej władzy, cieszą się immunitetem. Władzy szczególnej, bo mającej chronić zwykłych ludzi przed rządem wspieranym tyranią parlamentarnej większości. Sędzia Juszczyszyn, apelując do kolegów po fachu o odwagę i niezależność od polityków, w takiej właśnie roli chciał być postrzegany. Ale jest pewien problem, a właściwie dwa. Pierwszy to taki, że pan sędzia do osiągnięcia politycznego celu użył sprawy dotyczącej powództwa jednego z funduszy przeciwko prywatnej osobie. Czy ktoś z Państwa, stając przed obliczem sądu, zwłaszcza w tak delikatnej sprawie jak kwestie finansowe, chciałby nagle znaleźć się w oku politycznego cyklonu? Ktoś powie, że sędzia Juszczyszyn, chcąc zbadać kompetencje sędziego pierwszej instancji, miał na względzie interes stron procesu. Ale taką wersję można włożyć między bajki, bo szanse uzyskania tą drogą z Kancelarii Sejmu listy poparcia kandydatów do KRS były od początku zerowe, z czego pan sędzia niewątpliwie zdawał sobie sprawę. Tak więc rzeczywisty cel jaki mu przyświecał był zupełnie inny i, jak widać po skutkach, w pełni został osiągnięty. Dla rozwiania jakichkolwiek wątpliwości sędzia nie zapomniał o odpowiednim znaczku w klapie marynarki i politycznym manifeście przeciwko władzy. Zapomniał natomiast, iż żaden sędzia nie powinien wkraczać na ścieżkę publicznego podważania kompetencji innego sędziego do sądzenia, bo to prosta droga do anarchizacji sądownictwa. Jej najszybszą ofiarą byłby sam sędzia Juszczyszyn, bo z listy grzeszków ujawnionych przez red. Sochę, do podważenia jego merytorycznych kompetencji do sądzenia spraw majątkowych wystarczyłoby doprowadzenie do nędzy, a być może przedwczesnej śmierci Zbigniewa Parowicza.

Niewątpliwie samozwańcza kreacja Pawła Juszczyszyna na przywódcę protestów sędziowskiego środowiska to zdarzenie niezbyt fortunne i wielu sędziów na pewno zdaje sobie z tego sprawę. Jeśli mimo to 77 członków zgromadzenia ogólnego sędziów okręgu olsztyńskiego (przy 3 głosach wstrzymujących się) staje w jego obronie, żądając nie tylko przywrócenia do pracy, ale także odwołania prezesa Sądu Rejonowego Macieja Nawackiego, to mamy problem i jego sednem na pewno nie jest sędzia Juszczyszyn.

Nie raz pisałem na łamach „Debaty,” że tzw. reforma sądownictwa autorstwa Prawa i Sprawiedliwości, przy współudziale prezydenta Andrzeja Dudy, to zwyczajna katastrofa, której opłakane skutki trudno dziś zliczyć i w przyszłości zabliźnić. Kolejną jej odsłoną jest faktyczna odmowa wykonania wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego nakazującego ujawnienie list poparcia kandydatów na członków KRS. W filmie Stanisława Barei „Miś” szatniarz stawiał sprawę jasno: Nie mamy pana płaszcza i co nam pan zrobi? Kancelaria Sejmu „płaszcz” ma, ale ukryła go za ustawą o ochronie danych osobowych, bo może się okazać, że zamiast płaszcza w szafie Kancelarii znajduje się trup.

Przeciętny obywatel, choćby miał skrajne poczucie krzywdy, daleki jest od myśli o niewykonaniu wyroku sądu. A jeśli nawet, to bynajmniej nie w poczuciu bezkarności. Tymczasem Kancelaria Sejmu może wszystko, lecz rachunek za anarchizację państwa zapłacimy wszyscy.

Motywami działania sędziego Juszczyszyna oraz karzącej ręki ministra sprawiedliwości i prezesa Nawackiego rządzi ta sama logika wojny. Ale to po stronie ukaranego sędziego z rzadko dzisiaj spotykaną solidarnością opowiedziało się zgromadzenie ogólne sędziów okręgu olsztyńskiego. Prezes Nawacki ma na to prostą odpowiedź: Główne zagrożenie niezawisłości sędziowskiej płynie teraz z wewnątrz środowiska sędziowskiego. To tam podejmując uchwałę wykorzystano schemat działania zbiorowego. Dwóch wiceprezesów rezygnuje ze swojego stanowiska? Wiadomo dlaczego: w proteście przeciwko nagonce na prezesa Nawackiego!

Czy ktoś jeszcze nie rozumie, dlaczego prezes Sądu Rejonowego w Olsztynie pozostał sam, z duchowym wsparciem ministra Ziobry? Ale odejście prezesa Nawackiego, które w tej sytuacji wydaje się koniecznością, nie wyjaśnia najważniejszego: przyczyn tak jednoznacznie krytycznej postawy środowiska sędziów „rejonówki” wobec reform ministra Ziobry, a które powinno być ich naturalnym zapleczem i wsparciem.

Wszak reformatorski reset miał dotyczyć sędziowskich elit: Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego, Krajowej Rady Sądownictwa, prezesów i wiceprezesów sądów. To tam miało znajdować się siedlisko korporacyjnego zła, układu zamkniętego, który przechował patologie minionego systemu. Wydawało się, że naturalnym sojusznikiem ministra Ziobry będą młodzi sędziowie Sądów Rejonowych. Zwłaszcza jeśli chodzi o spłaszczenie struktury sądownictwa, wprowadzenie wspólnego dla wszystkich sędziów urzędu sędziego sądu powszechnego czy obietnice demokratyzacji KRS, która m.in. decyduje o nominacjach i awansach, a z której młodzi przedstawiciele niższego szczebla Temidy byli praktycznie wykluczeni. Na początku cele były zbieżne. W nadziei na autentyczne zmiany do ministerstwa sprawiedliwości ciągną młodzi działacze Stowarzyszenia Iustitia z Sądów Rejonowych całej Polski na czele z Łukaszem Piebiakiem. Łuski z oczu opadają dopiero wtedy, gdy kolejny projekt nowej ustawy o KRS zamiast jej demokratyzacji zakłada polityczny tryb wyboru do tej instytucji. Później już jest coraz gorzej. Emocjonalna nagonka na sędziowskie elity i prawnicze autorytety oraz rewolucyjna retoryka „woli suwerena”, podważająca elementarne zasady państwa prawa i trójpodziału władz zdystansowała od obozu władzy większość nawet neutralnie nastawionych sędziów. Symbolicznym finałem odcięcia młodych, ministerialnych nominantów od ich naturalnego, sędziowskiego zaplecza była żałosna, hejterska afera wiceministra Piebiaka.

Kilka dni temu rozmawiałem ze znajomym, właścicielem hotelu. Niedawno gościło u niego kilku sędziów z rodzinami. Opowiadali o niespotykanych dotychczas zachowaniach na sali rozpraw: lekceważeniu sędziów, prowokacyjnych zachowaniach, trudnościach z utrzymaniem porządku. Można powiedzieć, że reforma wymiaru sprawiedliwości zeszła na sam dół. Znalazła poparcie wśród naturalnych sojuszników każdej rewolucji.

Bogdan Bachmura

Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Ziobro i jego sojusznicy

Komentarz (10)

A drugiego Franco nie widać…

Szczegóły
Opublikowano: wtorek, 03 grudzień 2019 23:41
Bogdan Bachmura

Na taki finał zanosiło się od dawna. Trwająca od lat batalia hiszpańskiej lewicy o usunięcie zwłok gen. Francisco Franco z sanktuarium w Dolinie Poległych zakończyła się powodzeniem. Ale to jedynie wisienka na ideologicznym torcie lewicy. Powodów do triumfu jest znacznie więcej. Zatrzymane przez gen. Franco, uderzające w tradycyjne społeczeństwo radykalne reformy społeczne, zostały ostatecznie zrealizowane. Małżeństwa osób tej samej płci, ekspresowe rozwody, aborcja na życzenie, eutanazja, ideologia zrównywania płci, to wynik transformacji pojęcia rodziny i życia. Społecznej, kulturowej i ideologicznej rewolucji, która stała się możliwa dzięki masowej laicyzacji Hiszpanów.

Ale trwająca od dziesięcioleci, pełna przekłamań i manipulacji walka z pamięcią o gen. Franco, choć zakończona symbolicznym zwycięstwem nad jego szczątkami, ma w sytuacji dzisiejszej Hiszpanii wymiar iście pyrrusowy. Obraz dzisiejszej Hiszpanii jaki na łamach październikowej „Debaty” przedstawiła pracująca w tym kraju 12 lat dla PAP Grażyna Opińska nie jest ani trochę przesadzony. Destrukcyjny jazgot partyjnego populizmu, rozrywające państwo wewnętrzne separatyzmy, wszechobecna korupcja, słaba gospodarka i wysokie bezrobocie to demony, które nad Hiszpanię powróciły, i które powodują, że spór o gen. Franco ma nie tylko historyczny, ale przede wszystkim pasjonujący wymiar współczesny.

Trauma hiszpańskiej wojny domowej spowodowała, że po śmierci Franco spokój społeczny zbudowano na mentalnym wyparciu i historycznej amnezji społeczeństwa hiszpańskiego. Na tej żyznej dla wszelkiej manipulacji glebie, wbrew oczywistym faktom, zbudowano (przyjęty w całej Europie) obraz współpracującego z Hitlerem faszysty.

Żal za dziesiątkami milionów ofiar lewicowych ideologii na całym świecie (chętniej nazywanych ofiarami wypaczeń) nie wyklucza potępienia dla tych, którym udało się ich postępy gdziekolwiek zatrzymać. Polacy analogii nie muszą daleko szukać. Etatowym faszystą dla całej europejskiej, komunizującej lewicy, był Józef Piłsudski i „jego kompani”. Podobnie jak generałowi Franco, jemu także nigdy nie wybaczono zatrzymania w 1920 r., niosącej nadzieję na lepsze jutro dla całej Europy, komunistycznej nawałnicy. Z utrzymaniem do dnia dzisiejszego faszystowskiej gęby gen. Franco poszło łatwiej, bo ten naraził się zbyt wielu wielkim tego świata:
 – lewicy, za bezkompromisowy antykomunizm, zdziesiątkowanie hiszpańskich komunistów i przegnanie z kraju ich stalinowskich doradców i nadzorców.
 – demokratycznym przywódcom państw Zachodu, ponieważ żaden, w przeciwieństwie do gen. Franco, nie zaangażował się w pomoc Żydom, a niektórzy świadomie oddawali ich w łapy Hitlera.
 – dla sojuszników Hitlera, bo pokazał, jak można, będąc formalnym sojusznikiem tego zbrodniarza, ograć go jak dziecko, nie dając mu nic w zamian i przeprowadzając swój kraj w pokoju przez czas najokrutniejszej z wojen (Hitler o gen. Franco powiedział, że wolałby dać sobie wyrwać dwa zęby, niż mieć do czynienia z tym „typem”).

Jak napisałem wcześniej, plagi współczesnej, demokratycznej Hiszpanii nie były gen. Franco obce. Nie był demokratą i nie rozumiał, jak w powszechnych wyborach, pozbawieni stosownej wiedzy ludzie mogą wybierać swoich przywódców, skazując państwo na nieustające walki partyjnych plemion. Będąc świadomy procesu dekadencji zachodnich demokracji zrobił dla Hiszpanii to, co mógł: przygotował Juana Carlosa do roli monarchy i przywódcy państwa, ustanawiając monarchię konstytucyjną, otwierając tym samym wrota demokracji.

Jeśli chodzi o gospodarkę, Franco był zdeklarowanym etatystą. Nie rozumiał gospodarki rynkowej, widząc w niej destrukcyjne rezultaty „wyścigu szczurów” i władzy gospodarczych gigantów (dzisiaj nazywanych korporacjami). Nie zamykał jednak oczu na przyczyny rosnącej, gospodarczej potęgi państw Zachodu. Dlatego doradcami kluczowych ministerstw gospodarczych mianował ludzi z Opus Dei, dzięki którym w latach sześćdziesiątych Hiszpania doświadczyła „cudu gospodarczego”. Według OECD przyrost PKB Hiszpanii w latach 1960-1966 przekroczył 138 % i był największy na świecie (druga Japonia miała 128 % a kraje EWG ok. 71 %)

Wstrząsające dzisiaj Hiszpanią separatyzmy również nie były dla Hiszpanii czasu gen. Franco niczym nowym. Był on z ducha i przekonań monarchistą. Stąd podporządkowanie instytucji państwa idei narodowej jedności. Piąta Zasada Ruchu Narodowego, mająca rangę konstytucyjną, mówiła o nienaruszalności jedności ludzi i ziem Hiszpanii. Odnosiła się głównie do separatystycznych ruchów Kraju Basków oraz Katalonii i była z całą konsekwencją realizowana.

Kluczem do zrozumienia myślenia gen. Franco o polityce była głęboka, chrześcijańska wiara i przywiązanie do Kościoła. To fundament, na którym budował swoją niechęć do faszyzmu i rasistowskiej obsesji Hitlera oraz otworzył granice i hiszpańskie ambasady ratując ok. 46 tys. żydowskich uchodźców.

Okrucieństwo hiszpańskiej wojny domowej przekroczyło po obu stronach wszelkie wyobrażalne granice. Współczesna licytacja na liczbę ofiar ma głównie cel polityczny, ponieważ rzeczywista ich skala nigdy nie została choćby w przybliżeniu zbadana. Łatwiej natomiast można określić cele, jakie przyświecały każdej ze stron. Dlatego nie było niczym dziwnym, że w komunistycznej Polsce, także w Olsztynie, powszechnie nazywano ulice mianem Dąbrowszczaków. Formacji, której zadaniem była obrona lewicowej, społecznej rewolucji, dowodzonej militarnie i nadzorowanej ideologicznie przez sowieckich doradców. Wydaje się, że w Polsce, tak okrutnie doświadczonej przez wyznawców czerwonej ideologii, „cudem nad Wisłą” uratowanej przed podobnym jak w Hiszpanii zagrożeniem, pierwszym odruchem będzie zdjęcie z budynków tabliczek z ich nazwą. Niestety, stało się inaczej, choć analiza przyczyn to miejsce na odrębną artykuł. Czy ktoś w Polsce miałby dzisiaj odwagę zaproponować aby patronem ulicy został gen. Francisco Franco Behamonde? A przecież argumentów za jest bez liku. Ale nam powinny już wystarczyć dwa: jego bezkompromisowy antykomunizm, dzięki któremu zachodnia flanka bolszewizmu została w zarodku zlikwidowana, jednoznacznie negatywny stosunek do niemiecko- sowieckiej napaści na Polskę oraz oddania Polski pod komunistyczne władztwo w 1945 r.

Sanktuarium w Dolinie Poległych, wraz z monumentalną bazyliką oraz klasztorem Benedyktynów wzniesiono w 1959 r., szesnaście lat przed śmiercią caudillo. W jego zamyśle miało symbolizować pojednanie walczących przeciwko sobie podczas wojny domowej, choć w ramach tworzonego przezeń ustroju. W świątyni zgromadzono prochy poległych republikanów i nacjonalistów z pól bitewnych wojny domowej.

Kilkadziesiąt lat panowania w Hiszpanii demokracji przedstawicielskiej potwierdziły wszystkie obawy gen Franco. Batalia o przeniesienie pośmiertnych szczątków generała była potrzebna, bo służyła za parawan dla politycznej niemocy i lek uśmierzający ideową oraz ustrojową pustkę hiszpańskiej lewicy. Jej pomyślne zakończenie nie załatwia żadnego z licznych problemów dzisiejszej Hiszpanii. A drugiego Franco na razie nie widać...
Bogdan Bachmura

Czytaj więcej: A drugiego Franco nie widać…

Komentarz (3)

Polska jest tylko snem

Szczegóły
Opublikowano: środa, 27 listopad 2019 10:33
Bogdan Bachmura

Potrzebę likwidacji Senatu w III RP deklarowały w zasadzie wszystkie liczące się ugrupowania polityczne. Z wyraźnym wsparciem piewców demokracji, jakich wśród konstytucjonalistów, politologów i ustrojowych ekspertów nie brakuje. I w zasadzie nie ma się czemu dziwić. Przecież w systemie politycznym, którego ustrojowym pryncypium jest likwidujący wszystkie hierarchie i autorytety egalitaryzm, istnienie tzw. Izby Wyższej czy izby rozsądku wydaje się utopijną fanaberią.

Jak zatem się stało, że instytucja Senatu, mając tylu zdeklarowanych przeciwników i prześmiewców, uchowała się, choć w stanie zmienionym w stosunku do pierwowzoru nie do poznania? Odpowiedź wydaje się w swojej prostocie oczywista: ponieważ w ostatecznym, partyjnym rozrachunku senacka atrapa okazywała się zwyczajnie potrzebna. Nie tylko – jak twierdzą złośliwi – dla uposażenia partyjnej klasy próżniaczej. Chodzi o coś znacznie ważniejszego. Dla posiadających większość w obu izbach parlamentu - o nadanie choćby pozorów powagi i dodatkowe uprawomocnienie sejmowej maszynki do głosowania. A dla posiadających jedynie senacki przyczółek – uprzykrzenie życia sejmowej większości.

Nie inaczej jest i tym razem. Wyposzczona od władzy i szukająca okazji do odwetu opozycja w wyborach do krytykowanego za swoje istnienie Senatu znalazła – jak to określił senator PiS Jan Maria Jackowski – doświadczalny poligon do wykuwania strategii politycznych. To nic, że w następnym zdaniu senator Jackowski oznajmia, że w dotychczasowym modelu Senat był raczej izbą refleksji. Wrażenie, że Jackowski wrócił z dalekiej podróży i nikt mu nie powiedział jak jest naprawdę, może być mylące. Kto bowiem zaprzeczy, że głosujący na cito i zgodnie z partyjną instrukcją senatorzy nie kierują się głęboką refleksją nad marnym losem wątpiących, że partia ma zawsze rację?

W czasach oświeceniowego racjonalizmu powyższy model Senatu użytkowego sprawdza się nie najgorzej. Na to właśnie liczy większość w obecnym Senacie. Że uda się z Senatu ustawić barykadę wokół której na chwilę zjednoczą się wszyscy wrogowie PiS. Przed takim scenariuszem ostrzega marszałek Senatu Stanisław Karczewski, dzieląc się spóźnioną o całe cztery lata refleksją, że Senat ma być izbą zadumy i refleksji, a nie zadymy i awantury. To hasło zmiany senackiej dekoracji nie wyszło oczywiście od nominalnie trzeciej osoby w państwie,lecz od de facto pierwszej. Teraz, gdy Senat wymknął się spod kontroli PiS, Jarosław Kaczyński dostrzegł możliwość i potrzebę uczynienia z niego pola kompromisu i dyskusji. Brzmi groteskowo? Bynajmniej nie dla szefa PiS, dla którego nowe oblicze Senatu to jedynie kwestia aktualnej „mądrości etapu”.

Polską demokrację szlachecką i jej współczesną, liberalną odmianę, łączy dość odległe kuzynostwo, ale nie na tyle, aby losy Senatu nie budziły skojarzeń. Dzisiejszy Prezydent, Senat i Sejm to przecież echo dawnego, królewsko-senacko-sejmowego porządku ustrojowego. Jak więc drzewiej z tym Senatem bywało? Piotr Skarga pisał, że senatorowie to ziemscy bogowie, bogowie ludu. Według prymasa Stanisława Karnkowskiego posłowie winni uczciwość wszelaką, reverentiam et obsequium (uszanowanie i uległość) panom senatorom oddawać. Seniores enim et duces populi sunt (są starszymi i wodzami narodu).

W tamtym czasie wąska grupa najważniejszych osób w Senacie pełniła funkcje doradcze przy królu. Senat jako całość pełnił przede wszystkim rolę pośrednika pomiędzy królem a izbą poselską, zwłaszcza wtedy, kiedy wszystkie trzy stany musiały zgodzić się na przyjęte przez sejm uchwały. Gdy w czasie sejmu 1642 r. posłowie krakowscy postanowili na znak protestu opuścić izbę poselską, obradujący na górze senatorowie ruszyli ich zatrzymywać. Albrycht S. Radziwiłł w swoim Pamiętniku o dziejach w Polsce odnotował: zaledwie ich przywołaliśmy, albo raczej, schwyciwszy za ręce poszczególnych opierających się posłów, na miejsce ich sprowadziliśmy. Podobna sytuacja powtórzyła się rok później.

Znaczący upadek znaczenia i autorytetu Senatu to dopiero druga połowa XVII w., choć tendencja do ograniczania jego roli zaznaczyła się już wcześniej. Na sejmie 1635 r. prymas Jan Lipski żalił się, że nam bracia młodsi wszystką autoritatem cunsultanti (powagę radzenia) do izby poselskiej przeciągnęli.

Na ów proces malejącego znaczenia Senatu znaczący wpływ miały niewątpliwie walki magnackich stronnictw. Ale z drugiej strony także anarchizujący się, nie wolny od obcych wpływów system demokracji szlacheckiej.

Na elekcji w 1669 r. wkurzona na senatorów szlachta zaczęła do nich strzelać. Do senatorów III RP strzelać nie trzeba. Wystarczy, że znajdują się pod czujną batutą partyjnych dyrygentów. Senat, ze względu na historyczne miejsce obrad, jak i rangę zasiadających w nim osób, tradycyjnie nazywany Izbą Wyższą, w „prawdziwej” demokracji sprowadzono do symbolicznego poziomu piwnicy. We wrześniowym numerze „Debaty” kolega Marian Zdankowski jako radę na podły jakościowo stan wybieranych parlamentarzystów proponuje powrót do cenzusów wyborczych. W istocie, demokracja przedstawicielska jako system nie została skonstruowana z myślą o powszechnym głosowaniu, bo powstała w czasach istnienia resztek społecznych hierarchii oraz chęci słuchania mądrzejszych od siebie. Ostatecznie równościowa, demokratyczna ideologia zlikwidowała i jedno i drugie, dając w zamian powszechne „prawo” do głosowania. Konsekwencją pojmowania głosowania jako prawa był zanik myślenia o głosowaniu jako przywileju i odpowiedzialności. Jak pisze T. S. Eliot, od tego momentu zaczęliśmy podążać w stronę rządu w postaci niewidocznej oligarchii, zamiast rządu oligarchii dla wszystkich widocznej.

W tej sytuacji powrót Senatu na wyższe piętro państwowej budowli może nastąpić tylko z łaski partyjnej oligarchii. Ta jednak, obojętnie, prawicowa czy lewicowa, święcie wierzy, że reprezentując wolę ludu ma prawo do decydowania, kto, kiedy i w jakich okolicznościach przemawia językiem rozsądku i refleksji.

Kończę ten tekst na kilka godzin przed kolejną rocznicą odzyskania niepodległości. Stąd może historycznie smutna refleksja, że instrumentalne traktowanie Senatu przez polskie partie polityczne przypomina rolę obrońców polskiego Sejmu i opiekunów polskich swobód narodowych, jaką zgodnie wyznaczyły sobie w 1773 r. dwory rosyjski, pruski i austriacki.

Marszałek Józef Piłsudski nie świętował żadnej rocznicy odzyskania niepodległości. Mówił, że Polska nadal jest tylko snem.

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Polska jest tylko snem

Komentarz (6)

Uwiedzeni socjalizmem

Szczegóły
Opublikowano: czwartek, 24 październik 2019 21:56
Bogdan Bachmura

Cztery lata temu, po wygranych przez PiS wyborach, tak napisałem na łamach „Debaty”: To dobrze, że w wyniku ostatnich wyborów Prawo i Sprawiedliwość przejęło pełną odpowiedzialność za rządy w naszym państwie. W proporcjonalnym systemie wyborczym to sytuacja wyjątkowa. Tym bardziej dobrze się stało, że po 25 latach koalicyjnej niemocy i chowania głowy w piasek za zarządzanie państwem, podobnie jak w innych zorganizowanych strukturach, będą odpowiadali konkretni ludzie.

Gdy piszę ten tekst znane są jedynie przybliżone wyniki wyborów. Wynika z nich, że mandat PiS do samodzielnego rządzenia zostanie przedłużony na najbliższe cztery lata.

Sztandarowym hasłem i wizytówką czteroletnich rządów Prawa i Sprawiedliwości była „dobra zmiana”. W pierwszym wystąpieniu po ogłoszeniu sondażowych wyników wyborów Jarosław Kaczyński zapowiedział, że dobra zmiana będzie trwała. Zatem rachunek jaki każdy z nas ma prawo wystawić rządzącej partii sprowadza się do pytania o rzeczywisty zakres tych zmian oraz oceny ich pozytywnych i negatywnych stron.

Mój subiektywny bilans po stronie aktywów zawiera trzy mocne pozycje. Pierwsza, jak najbardziej spodziewana, to zatrzymanie legislacyjnego wsparcia dla światopoglądowej i obyczajowej rewolucji oraz zdecydowane opowiedzenie się po stronie tradycyjnych wartości. Druga, to skuteczne podnoszenie w Polakach narodowej dumy i poczucia prestiżu. I wreszcie trzecia, najmniej spodziewana, to usprawnienie poboru podatków, szczególnie VAT. Tym bardziej chwalebna, że związana z przebudową instytucji i procedur.

Drugi słupek bilansu zmian, znów ograniczony do pozycji najistotniejszych, jest niestety znacznie dłuższy. Zacznijmy od tego, że Jarosław Kaczyński zerwał z fundamentalną zasadą państwa konstytucyjnego, zgodnego z grecką i rzymską tradycją prawną oraz tradycją Kościoła, że to zdepersonalizowane prawo, a nie zmienna „wola ludu” jest podstawą porządku politycznego i społecznego. To oznacza, że prezesa PiS, widzącego za każdym węgłem postkomunistę, mało zdaje się obchodzić, iż w ten sposób stał się dziedzicem kultury politycznej poprzedniego ustroju. Ogłoszenie się (wraz z partią) samozwańczym reprezentantem „ludu” (dawniej proletariatu) ma swoje konsekwencje. Otwiera otchłań demokracji skrajnej, gdzie parlament staje się „elekcyjną dyktaturą”. Wystruganie ideologicznej, ludowej pałki wykluczyło powściągnięcie temperatury wojny polsko-polskiej i poszukiwanie choćby pozorów koniecznego w demokracji kompromisu. Wręcz przeciwnie. Nowa sytuacja zrodziła zapotrzebowanie na niezbędnych do podtrzymania rewolucyjnego zapału przeciwników dobrej zmiany. W rolach szkodników i burżujów teraz obsadzeni zostali postkomuniści i ogólnie źli ludzie, głównie zdrajcy, którzy usadowili się wszędzie tam, gdzie nie ma zgody na nowe porządki.

Karmieni programowym antykomunizmem zwolennicy PiS, a tym bardziej jego członkowie, nie dopuszczają do siebie myśli, że dobra zmiana to azymut na socjalizm. Jarosław Kaczyński wprawdzie woli mówić o dużych pokładach empatii, ale już Mateusz Morawiecki w lipcu, na pikniku PiS w Siemiatyczach Śląskich zrezygnował z owijania konserwatywnego makaronu na uszy, wyznając, że PiS ma swoje źródła także w tej lewicowej, PPS-owskiej myśli. Jest również spadkobiercą myśli socjalistycznej i robotniczej. Nie chodzi tylko o język, jak żywcem wyjęty z „Trybuny Ludu” lat 70. Fakty także są nieubłagane. Jedynym, mocnym uzasadnieniem dla daleko idących transferów socjalnych, zwłaszcza 500+, była zapaść demograficzna. Ale tutaj efekty trudno nazwać inaczej, jak totalną porażką. Tym większą, że „przywracanie Polakom godności” poprzez obdarowywanie kogo popadnie nie swoimi pieniędzmi, również można między bajki włożyć. Bo oto w 2018 r. po raz pierwszy od wprowadzenia programu 500+ wzrósł w Polsce poziom skrajnego ubóstwa, i to aż o 1,1, proc.

Byłbym szczęśliwy, gdyby podobieństwa do czasów słusznie minionych na tym się kończyły.

Nieskrywana niechęć i nieufność do prywatnej przedsiębiorczości, sponsorów socjalnych programów, to kolejne, socjalistyczne dziedzictwo obecnej władzy. Uchwalono wprawdzie konstytucję dla biznesu oraz obniżono podatek CIT, ale arbitralność i buta z jaką zapowiedziano skokowy wzrost płacy minimalnej oraz zniesienie limitu składek na ZUS przypomina czasy walki klasowej. Towarzyszący wzrostowi gospodarczemu niski poziom inwestycji to jednoznaczny sygnał w jak nieprzewidywalnym prawno-instytucjonalnym otoczeniu znaleźli się przedsiębiorcy. Wprawdzie o dławiący przedsiębiorczość gorset biurokratyczny trudno winić tylko PiS, ale warto odnotować, że powrotu do czasów wolności gospodarczej początku lat 90 dobra zmiana nie przewidziała. Zaś jej głuchota na powtarzane do znudzenia postulaty mini-mum: stabilności prawa i przewidywalności zmian, pozostają w sprzeczności z rewolucyjnym duchem dobrej zmiany.

Za to komunistyczne dziedzictwo partyjniactwa krzywdy nie ma. Partia jak kiedyś, rządzi, a rząd wykonuje jej polecenia. I choć Jarosław Kaczyński chciałby się raczej widzieć w roli naśladowcy Józefa Piłsudskiego, to jego pozakonstytucyjna władza przypomina raczej epokę Edwarda Gierka, który premierem, ani przewodniczącym Rady Państwa przecież nie był. Jednak najbardziej rozpoznawalnym, a zarazem symbolicznym i bolesnym znakiem instytucjonalnej i mentalnej recydywy czasów komuny jest telewizja publiczna. Kłamstwem wprawdzie byłoby twierdzenie, że TVP pod jakąkolwiek władzą w III RP nie była telewizją partyjną, ale zapowiadany w programie PiS „nowy ład medialny” to duchowe zwycięstwo prezesów Włodzimierza Sokorskiego i Mieczysława Szczepańskiego.

Polityczne menu oferowane Polakom przez Jarosława Kaczyńskiego zawiera dania z różnorodnych, ideowych kuchni. Niemal każdy znajdzie coś dla siebie. Nacjonaliści wizję wielkiej Polski, wyborcy z sercem po lewej stronie wspólnotę równości i wrażliwości na biedę, konserwatyści tęsknotę za wspólnotowymi, tradycyjnymi wartościami. Obojętnie z której strony na wizję Polski Jarosława Kaczyńskiego popatrzymy, to i tak o sile państwa demokratycznego nie decydują jednostki, ale stabilny i sprawny ład instytucjonalny. I tu mój ostatni, ciężki gatunkowo kamień do ogródka Prezesa. Instytucjonalna przebudowa, która pozwoliła na poprawę ściągalności VAT, na szerszą skalę okazała się absolutną klapą. Złamanie konstytucyjnych zasad gry, czyli przejście od rządów prawa do rządów partii z woli ludu, zburzyło stary system wymiaru sprawiedliwości, ale budowa nowego przerosła siły i wyobraźnię obozu władzy, ograniczając się do wymiaru Łukasza Piebiaka i jego kolegów, sędziów-reformatorów.

A poza tym w Polsce bez zmian. Bo pomimo tej całej wyliczanki i propagandowej zadymy wokół „dobrej zmiany” Polska pod rządami PiS tak naprawdę niewiele się zmieniła. W służbie zdrowia trwa rozkład systemu, który uśmierca coraz więcej ludzi, na lepsze kształcenie młodych Polaków, poza organizacyjnym bałaganem, nadal nie ma pomysłu, a korzyści z przejęcia administracji ograniczyły się do garstki partyjnych beneficjentów. Na dodatek nowe, ideologiczne danie a la Kaczyński nie zatrzymało legislacyjnej biegunki i nie poprawiło jakości stanowionego prawa.

Za to diametralnie zmieniła się Polska partyjna. Podstawowy, doraźny efekt dobrej zmiany to przeoranie świadomości wyborców i ustawienie politycznej konkurencji w wyścigu na rozdawanie pieniędzy. Z takim skutkiem, że upowszechnienie wirusa socjalizmu w praktyce unieważniło demokrację jako system dający wyborcom różnorodną ofertę programową.

A jeśli tak, to jakie były powody, aby głosować na konkurencję PiS? Czy zasłużyła na to partia, która z liberalizmem na sztandarach próbuje uwodzić swoich wyborców jeszcze większą dawką socjalizmu? I na dodatek próbuje zacierać za sobą ślady, potępiając jedyne swoje przełomowe przedsięwzięcie, jakim było podniesienie wieku emerytalnego. Obrazu upadku dopełnił nieuchronny i tym bardziej żałosny finał cynicznego, instrumentalnego wykorzystywania schorowanego i dawno oderwanego od rzeczywistości Lecha Wałęsy.

Powyższa wyliczanka ułomności rządów Prawa i Sprawiedliwości to jednocześnie moja osobista lista życzeń na najbliższe cztery lata. Na jej czele umieściłbym zmianę Konstytucji, ale Jarosław Kaczyński tydzień przed wyborami zakomunikował, że takowej nie będzie. Zadowolenie z jakim cztery lata temu podchodziłem do perspektywy samodzielnych rządów Prawa i Sprawiedliwości było wyrazem tęsknoty za odpowiedzialnością, której pełnię może ponosić tylko jednolity ośrodek władzy. Ale władza to tylko środek, narzędzie niezbędne do realizacji wyznaczonych celów. I choć Jarosław Kaczyński zapowiada dokończenie dobrej zmiany, to prawdę mówiąc, sądząc po owocach ostatnich czterech lat-nie bardzo wiem, co to oznacza. Na razie uwieść ludzi socjalizmem się udało. Ale wyjść z niego zawsze jest niełatwo. Stąd moja wątpliwość, czy ten sam zegarmistrz może coś tu jeszcze naprawić. Ale bardzo chciałbym za cztery lata napisać, że się pomyliłem.

Bogdan Bachmura

Czytaj więcej: Uwiedzeni socjalizmem

Komentarz (48)

Więcej artykułów…

  1. Pożegnanie z Kukizem
  2. LGBT przeciw demokracji
  3. Zrozumieć co się dzieje
  4. Zapomnieli o Polsce

Strona 10 z 55

  • start
  • Poprzedni artykuł
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14
  • Następny artykuł
  • koniec

Komentarze

https://www.youtube.com/watch?v=5vH68EQp_IM
Fundacja im. M. Bublewicza nie...
8 godzin(y) temu
O tym będzie w ostatniej części.
„Męczeństwo św. Katarzyny K. o...
9 godzin(y) temu
widywałam
„Męczeństwo św. Katarzyny K. o...
9 godzin(y) temu
Katarzynę i jej wspólniczkę widywałem pod funduszem środowiska na św. Barbary. Co mi się rzuciło w oczy: Porsche i torebki. To nie były tanie rzeczy.
„Męczeństwo św. Katarzyny K. o...
9 godzin(y) temu
Katarzyna cierpiała za miliony ;-)
„Męczeństwo św. Katarzyny K. o...
10 godzin(y) temu
https://wydarzenia.interia.pl/tylko-w-interii/news-nowy-biznes-bylego-agenta-tomka,nId,4318766
Wartość firmy 9,9 mln: https://www.bizraport.pl/krs/00...
„Męczeństwo św. Katarzyny K. o...
10 godzin(y) temu

Ostatnie blogi

  • Apel o optymizm na wypadek wojny Dwadzieścia rosyjskich dronów, które ostatnio wleciały do Polski wzbudziły u wielu moich rodaczek i rodaków głęboki niepokój, a często przerażenie… Zobacz
  • Barbarzyński atak "silnych ludzi" Tuska na praworządność Zbigniew Lis Motto Tuska: Będziemy stosować prawo, tak jak my je rozumiemy, czyli uchwałami Sejmu i rozporządzeniami zmieniać ustawy, wg zasady –… Zobacz
  • Co trzeba zrobić, żeby PiS wygrało kolejne wybory? Zbigniew Lis Wielu Polaków głosujących nie za opozycją, tylko przeciw PiS, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji ich decyzji oraz z powagi… Zobacz
  • Michał Wypij, Paweł Warot – komentarz osobisty Bogdana Bachmury Bogdan Bachmura Dużo łatwiej o krytykę osób, których nie darzymy sympatią, z którymi jesteśmy w sporze lub konflikcie. Ale tym razem jest… Zobacz
  • 1

Najczęściej czytane

  • W Zespole ośrodka Bublewicz był dyrektor departamentu urzędu marszałkowskiego
  • Wyborcza sporządziła listę osób do zwolnienia z pracy, związanych z PiS
  • Radny pyta prezydenta Olsztyna: kto zapłaci za awaryjną dostawę ciepła: spalarnia czy mieszkańcy?
  • Pracownik MOKu "ma w d...e chwałę polskiego oręża" w ramach "innych form działalności kulturalnej"
  • Co robi Jerzy Szmit w spółce PKS w Międzyrzecu Podlaskim?
  • Co ukrywa posłanka PSL Urszula Pasławska?
  • Ankieta III Czy podamy sobie rękę
  • Trwałość projektu B. Bublewicz upływa w 2027 roku - odpowiedział urząd
  • Róbcie tak dalej, a wybory w 2027 ponownie wygra PiS, ale rządzić będzie D. Tusk
  • Paleo-sędzia z Giżycka unieważnił rozwód, bo orzekał neo-sędzia
  • Czy Cezal kupił działkę w Olsztynie dzięki korupcji? Tak sugeruje KKP
  • Złe misie

Wiadomości Olsztyn

  • Olsztyn

Wiadomości region

  • Region

Wiadomości Polska

  • Polska

O debacie

  • O Nas
  • Autorzy
  • Święta Warmia

Archiwum

  • Archiwum miesięcznika
  • Archiwum IPN

Polecamy

  • Klub Jagielloński
  • Teologia Polityczna

Informacje o plikach cookie

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.