logodebata

Wspomóż jedyny portal na Warmii i Mazurach, który nie boi się publikować prawdy o politykach i jest za to ciągany po sądach. Nigdy, przez prawie 18 lat istnienia, nie dostaliśmy 1 grosza dotacji publicznej. Redaktorzy i autorzy są wolontariuszami. Nr konta bankowego Fundacji „Debata”: 26249000050000450013547512. KRS: 0000 337 806. Adres: 11-030 Purda, Patryki 46B

wtorek, grudzień 16, 2025
  • Debata
  • Wiadomości
    • Olsztyn
    • Region
    • Polska
    • Świat
    • Urbi et Orbi
    • Kultura
  • Blogi
    • Łukasz Adamski
    • Bogdan Bachmura
    • Mariusz Korejwo
    • Adam Kowalczyk
    • Ks. Jan Rosłan
    • Adam Jerzy Socha
    • Izabela Stackiewicz
    • Bożena Ulewicz
    • Mariusz Korejwo
    • Zbigniew Lis
    • Marian Zdankowski
    • Marek Lewandowski
  • miesięcznik Debata
  • Baza Autorów
  • Kontakt
  • Jesteś tutaj:  
  • Start
  • Blogi
  • Bogdan Bachmura

Bogdan Bachmura

bachnuraPrzedsiębiorca. Z wykształcenia politolog. W l. 80-tych XX wieku wydawał w podziemiu pisma. Na progu III RP uznał, że jego misja, jako wydawcy, skończyła się. Jednak po kilku latach życia w demokracji coraz dotkliwiej odczuwał deficyt wolności słowa w Olsztynie. Tak narodził się miesięcznik „Debata”, a później portal. Uprawia sport. Można go spotkać biegającego w Lesie Miejskim, albo na korcie tenisowym. Nie przepada za demokracją, czemu daje wyraz w swoich publikacjach.

Czyści i solidarni

Szczegóły
Opublikowano: sobota, 19 wrzesień 2020 19:00
Bogdan Bachmura

Wartki nurt pękniętego rurociągu „Czajka”, pełnego ścieków, zabrał Rafałowi Trzaskowskiemu jego Nową Solidarność. Przynajmniej na razie, do czasu, aż prezydent Warszawy ogarnie cały ten cuchnący problem. Nazwa jaką wymyślił Trzaskowski i jego ludzie nie jest przypadkowa, a zatem trudno się dziwić, że wiele osób, zwłaszcza z pokolenia Solidarności, nie ukrywa satysfakcji z symbolicznego falstartu Nowej Solidarności.

Gdy w styczniu 2001 roku Donald Tusk i pozostałych dwóch „tenorów” zakładało Platformę Obywatelską jako stowarzyszenie, aura była dużo lepsza. Wtedy to był strzał w dziesiątkę. Doskonale pamiętam nabitą do granic możliwości aulę dawnego KW PZPR, gdy „tenorzy” przyjechali na swój „koncert” do Olsztyna. Już wtedy, ledwie po dwunastu latach wymarzonej demokracji, ludzie mieli po dziurki w nosie nowych partii i nowej odsłony partyjniactwa. Donald Tusk nie tylko to zrozumiał, ale jako pierwszy potrafił politycznie zdyskontować. Do Platformy się nie zapisywało. Na Platformę się wstępowało, aby zmienić dotychczasową, patologicznie upartyjnioną Polskę. Aby pokazać nowe, obywatelskie oblicze polityki.

Tamtego autentyzmu oddolnej aktywności nigdy i nikomu nie udało się powtórzyć. Skali zawodu i rozczarowania ludzi, którzy dali się uwieść Donaldowi Tuskowi także. I choć patentu z zakładaniem stowarzyszenia zamiast partii próbowało później wielu, to premię za pierwszeństwo zgarnęli tylko ojcowie założyciele Platformy.

Dlatego teraz, gdy Rafał Trzaskowski, wiceprzewodniczący i kandydat na prezydenta Platformy Obywatelskiej, ogłasza powstanie „ruchu ludzi, którzy do partii nie należą”, mających zajmować się pracą ideową, programową i organiczną, to wypada zapytać, co stało się z tamtą Platformą Obywatelską? Co stało się z polską demokracją, że ruchy obywatelskie zakładają prominentni działacze partii politycznych? Czy zamiast Nowej Solidarności historycznie bardziej adekwatny nie byłby Nowy Front Jedności Narodu?

Trzaskowski twierdzi, że na takie działania partiom zawsze brakuje czasu. Załóżmy, że to jedyny problem i przeszkoda w swobodnej pracy programowej oraz ideowej. Załóżmy, że naiwność jeszcze raz zwycięży i do ruchu przystąpią ludzie mogący wnieść nową wartość dodaną. Że Trzaskowski i jego partyjne otoczenie nawiąże do podstawowego dziedzictwa Solidarności i zrobi coś, co wydaje się niemożliwe: da tym ludziom swobodę wyrażania opinii. Włączenie takich rączych koni do partyjnego zaprzęgu mogłoby unieść ten upadający wehikuł, gdyby nie stan pozostałego zaprzęgu, żyjącego wspomnieniem raju utraconego i trzymanego w kupie nienawiścią wygnanych. Czy te stare, ale ciągle żądne władzy chabety, niezdolne do wysiłku, aby po nią sięgnąć, pozwolą, żeby ktoś nowy je w tym partyjnym zaprzęgu zajeździł?

Największy problem jaki ma ze sobą Platforma Obywatelska, to niezdolność do wyjścia poza paradygmat nienawiści do Prawa i Sprawiedliwości. To negatywne paliwo jednoczy, ale odbiera żywotne soki twórczego myślenia. Jak bardzo, widzieliśmy na przykładzie Komitetu Obrony Demokracji. Ruchu społecznego ideowo z Platformą związanego, ale bez partyjnych afiliacji. Pomysł na obronę Konstytucji jako polityczną pałkę przeciwko partii Jarosława Kaczyńskiego zamienił dobre intencje w jałową intelektualnie groteskę. Związał potencjał środowiska prawniczego z politycznymi emocjami ulicznych protestów, nie proponując nic, poza jałową obroną twierdzy, której mury od dawna wymagają gruntownej naprawy.

Próby budowania ruchów społecznych przez partyjnych działaczy mają swój koniec już u zarania działalności. Taki nieuchronny los spotkał Ruch im. Lecha Kaczyńskiego. Tragicznie zmarły prezydent RP, człowiek o niewątpliwie wybitnej osobowości, jednak pozostający w cieniu swojego brata – bliźniaka, nie pozostawił po sobie ideowej spuścizny zdolnej zainspirować autentyczny ruch społeczny. Przywoływanie tego, co dzisiaj w Lechu Kaczyńskiem wydaje się najwartościowsze, zwłaszcza wyróżniająca go od własnego otoczenia szczególna otwartość na inne środowiska, mogłaby okazać się dla partyjnych działaczy postawionych na czele Ruchu mocno kłopotliwa. Podobnie jak zderzenie jego przywiązania do wielowiekowej polskiej tradycji nadrzędności prawa, z filozofią obecnej władzy podporządkowania prawa reprezentacji woli ludu.

Szukanie legitymizacji partii poprzez sztucznie hodowane ruchy społeczne nie jest przypadkowe. Ludzie, nad którymi unosi się swąd sterowanych wyborczym kalendarzem politycznych bitew, choć posiedli umiejętność zarządzania zbiorowymi emocjami i zaganiania do wyborczych okopów milionów ludzi, mają świadomość społecznej alienacji. We wszystkich europejskich demokracjach tradycyjne funkcje przedstawicielskie partii dotknęła erozja. Partie przestały funkcjonować w roli pośredników między obywatelami a państwem, przejmując rolę organizacji faktycznie państwem zarządzających. Wyjście partii ze społeczeństwa i wejście w rolę rządowych agend ma swoje konsekwencje, z których PO nie potrafi się podnieść, a jej działacze o tym zapomnieć. Z kolei Zjednoczona Prawica jest w trakcie tego samego, niszczącego procesu konsumowania przywilejów władzy, utrzymując wyborcze poparcie dzięki socjalnym transferom i kompletnemu zagubieniu politycznej konkurencji.

Pomysł na Nową Solidarność to próba polityków PO wyciągnięcia się z tej sytuacji za własne włosy. Ucieczki do przodu z podmianą dawnej Platformy na solidarnościową symbolikę.

Główny bohater filmu „Skazani na Shawshank” uciekając z więzienia przepłynął kanał pełen ekskrementów, „wychodząc zeń czysty jak łza”. Czy awaria „Czajki” będzie miała równie oczyszczający efekt? Zobaczymy.

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Czyści i solidarni

Komentarz (10)

Solidarność? Proszę się dowiadywać

Szczegóły
Opublikowano: sobota, 22 sierpień 2020 18:36
Bogdan Bachmura

Pytanie o to, jakie wartości Solidarności pozostały do dzisiaj zadawaliśmy sobie wielokrotnie. I wielokrotnie, jak teraz, przy okazji kolejnych okrągłych rocznic Sierpnia ’80, próbowaliśmy szukać tego „co nam zostało z tamtych lat”.

Kapitał patriotycznych uniesień i wspólnotowych doświadczeń wyniesionych z karnawału Solidarności był tak ogromny, że zapewne żaden realny porządek polityczny by mu nie sprostał. A co dopiero w trudnej rzeczywistości początku III RP.

Ale to marzeń o zachowaniu kanonu wartości kojarzonego z czasem Solidarności nie likwidowało. Wręcz przeciwnie. Podniosło je do rangi narodowego mitu.

A więc przede wszystkim Solidarność. Potem wolność – osobista, polityczna i wolność prasy. Troska o dobro wspólne, pluralizm życia politycznego, sprawiedliwość.

Rewolucja zaczęła pożerać swoje dzieci bardzo szybko, bo już na progu III RP. Gdy zabrakło wspólnego wroga, wszystko zaczęło się sypać. Mijały lata, a my wciąż się zastanawialiśmy, co poszło nie tak. Każdy na swój sposób.

Dla jednych winny był naród. Dawniej zjednoczony w 10 milionowej Solidarności, wynoszony jako świadomy podmiot wolnościowych dążeń, nagle, po dojściu do demokratycznej ziemi obiecanej, okazał się obciążony wirusem homo sovieticusa. Wcześniej nie dojrzały do socjalizmu, teraz musiał dorosnąć do demokracji. Inni o krecią robotę i sypanie piasku w tryby młodej demokracji posądzali nie rozliczonych ze swojej przeszłości postkomunistów. Natomiast wśród byłych działaczy Solidarności, szczególnie tych, którzy politycznie nie skonsumowali zwycięstwa nad komuną, do dziś popularna jest wersja zdrady ideałów przez polityków o solidarnościowym rodowodzie.

Czterdzieści lat to szmat czasu. Akurat tyle, aby zweryfikować wiele dotychczasowych poglądów. Za demokracji wychowały się już dwa dorosłe pokolenia Polaków. Dlaczego więc nie milkną diagnozy o ciągłym niedorastaniu Polaków do demokracji? Dzisiaj komunistów już nie ma. Są tylko post, ale to leśne dziadki na politycznej emeryturze. Aby temu ubytkowi zaradzić, powołano do życia „resortowe dzieci”. Ale już mówi się o skażonych komuną wnukach.

W imię czego to wszystko? Może dla ratowania złudzeń?

A jest co ratować. Po 30 latach panowania demokracji nikt nie spiera się o dziedzictwo solidarnościowych wartości. Diagnoza jest zgodna: pozostały zgliszcza. Różnice zdań dotyczą winnych.

O Solidarności można powiedzieć, że skoro już tu naprawdę była, to może jeszcze wróci. Dowiadywać się nie zaszkodzi. Dobro wspólne w ustach naiwnych pięknoduchów nadal brzmi wzniośle. Tak bardzo, że nie wiadomo, co z tym właściwie począć. Z wolnością jest jak z tą rączką w pamiętnej piosence Jana Kaczmarka – wolna, ale w ekonomicznych dybach. Media formalnie również mamy wolne. Ale zatarła im się różnica pomiędzy rozumieniem a przyklaskiwaniem.

Co do sprawiedliwości, to przecież nikt jej na ziemskim łez padole nie obiecywał, ale bez czujnego nadzoru oddanych partii kolesi mogłoby być znacznie gorzej.

Wśród dawnych europejskich demoludów byliśmy narodem szczególnie uprzywilejowanym.

Na trudną drogę do demokratycznej ziemi obiecanej dostaliśmy przewodnika, którego wskazówki i ostrzeżenia były bezcenne. Janowi Pawłowi II udało się obudzić nas z letargu czasów komuny, ale nie udało się skutecznie przestrzec przed pułapkami demokratycznego triumfalizmu. Choć listę ostrzeżeń dostaliśmy jak na tacy.

Papież-Polak starał się przekazać w swych społecznych encyklikach, jak cienka granica dzieli liberalne rządy prawa od demokratycznego totalitaryzmu. Jak marzenia o wolności łatwo zamieniają się w pułapkę zniewolenia. Pełne uniesień rocznicowe koncerty w telewizji Jacka Kurskiego na cześć św. Jana Pawła II brzmią jak zagłuszarka jego nauki o pierwszeństwie rządów prawa nad wolą ludu. Jego afirmacji trójpodziału władz jako porządku odzwierciedlającego realistyczną wizję społecznej nauki człowieka.

Inna sprawa, czy twarde warunki brzegowe jakimi Jan Paweł II obwarował swoje poparcie dla „prawdziwej demokracji”, która możliwa jest jedynie w Państwie prawnym i w oparciu o poprawną koncepcję osoby ludzkiej, są w ogóle możliwe do spełnienia.

To pytanie – klucz do zrozumienia, dlaczego brzemię Solidarności, które mieliśmy nieść razem, we wspólnocie, okazało się za ciężkie. Fundamentem poprawnej koncepcji osoby ludzkiej jest dla papieża transcendentna wizja człowieka. A to oznacza konflikt z liberalną demokracją, którego Jan Paweł II był świadomy. Jego rezultatem po 30 latach III RP jest bezskuteczne poszukiwanie świętego Graala zaginionych wartości. Nadzieja, że w postępowym, na wskroś oświeceniowym ustroju zdołamy zachować twardy, chrześcijański fundament, podlega smutnej, lecz nieuchronnej weryfikacji. Nasza tradycjonalistyczno-religijna odmienność na tle Europy to rezultat komunistycznej zamrażarki w której rząd dusz zachował Kościół. Jak to dziś wygląda, każdy widzi. Z Kościołem włącznie. Nasze zarzuty wobec marniejącej w oczach rzeczywistości kierujemy zwykle do polityków. Bo tak jest prościej i łatwiej. Oczekujemy od nich, że zawrócą Wisłę kijem, nie dostrzegając, że ich również porwał rwący nurt dziejów, nad którym tracimy sterowność.

Gdyby nas lepiej i piękniej kuszono... – pisał w „Potędze smaku” Zbigniew Herbert. Liberalna demokracja zrobiła to skutecznie. Zwykłym ludziom dała to, czego komuna nie potrafiła: chleb i igrzyska. Czym skuszono naszych duchowych pasterzy, hierarchów Kościoła, że uwierzyli w system, który wiarę w swoją moc i trwałość oparł na człowieku?

Doszukując się w sobie coraz to nowych pokładów homo sovieticusa zapomnieliśmy, że każdy system wytwarza swojego homo. Homo demokraticus tęskni za starymi wartościami, ale sam stał się ich żywym zaprzeczeniem. Wspominamy Solidarność, a jak dzieci daliśmy się wkręcić w idiotyzm partyjno-plemiennego podziału. Chcemy wolności, ale tylko dla swoich. Odtworzyliśmy ZBOWiD, którego szeregi wciąż puchną, ale już nie widzimy w tym nic śmiesznego. Staliśmy się łasi na zaszczyty i pochlebstwa. Obwiesiliśmy się orderami i uwierzyliśmy we własne męczeństwo, za które wystawiliśmy rodakom rachunek w walucie i przywilejach. A rocznicę Porozumień Sierpniowych uczciliśmy żenującym sporem o to, w jakim budynku mamy oglądać tablice z 21 postulatami strajku w Stoczni Gdańskiej.

Piszę o tym bez goryczy, bo nie wierzę w możliwość jakiegoś odmiennego scenariusza. A tamte wartości? Jeśli by się ktoś o nie pytał, to ich tu nie ma.

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Solidarność? Proszę się dowiadywać

Komentarz (6)

Zwiać przed demokracją

Szczegóły
Opublikowano: czwartek, 23 lipiec 2020 13:00
Bogdan Bachmura

Bardzo bym sobie życzył, żeby prezydentem został kiedyś poeta, tak jak Vaclav Havel w Czechach, albo jakiś szanowany profesor, autorytet, ktoś pozapartyjny, kogo pozycji nie podważałyby żadne strony politycznego sporu.

Ja także, podobnie jak autor tych słów, Jakub Kornhauser, brat Agaty Kormhauser i szwagier prezydenta Andrzeja Dudy, chciałbym, aby prezydentem Rzeczypospolitej był KTOŚ, a nie któś.

To oczywiste, że osoba, którą chcielibyśmy nazwać przywódcą, ojcem narodu nawet, biegunowo odbiega od pijarowskich produktów, stworzonych na potrzeby kampanii wyborczej. Naiwnością byłoby jednak sądzić, że to wykonywana profesja decyduje o jakości prezydentury. Zarówno Andrzej Duda jak i Rafał Trzaskowski to ludzie wykształceni i w pełni świadomi tego, w czym biorą udział. Prezydenta tworzą okoliczności w jakich rodzi się jego przywództwo. Vaclava Havla nie „stworzyła” demokracja lecz dziejowy moment odzyskania wolności przez Czechów. Podobnie jak w Polsce Lecha Wałęsę, choć z zupełnie innym efektem końcowym.

Współczesnych polityków kształtują okoliczności dekadenckiej, masowej demokracji. A te, od czasu wprowadzenia powszechnego głosowania, zasadniczo się nie zmieniły. Tocqueville pisał, że w okresie pokoju politycy demokratyczni są w większości miernotami. Przypisywał to ucieczce od polityki ludzi wybitnych, którzy chętniej spełniają się poza polityką. Ale już bardziej nam współczesny Ortega y Gasset, zdegustowany masowością demokracji, zwracał uwagę, że Masa śmiertelnie nienawidzi wszystkiego, co nie jest nią samą. Jeśli do tego dodamy ducha partyjniactwa jaki unosi się nad wyborami i skrojonymi na miarę oczekiwań partii kandydatami, to mamy sito, przez które żaden szanowany profesor, zwłaszcza pozapartyjny, o poecie czy jakimś filozofie nie wspominając, nie ma widoków się przecisnąć.

Innymi słowy, czasy miłościwie nam panującej liberalnej demokracji, wspartej ludycznym duchem internetu, to nie tylko maszynka do pozbawiania złudzeń o jakimś powszechnym autorytecie, ale często narzędzie do odzierania ludzi z elementarnej godności.

Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski (obaj z łatką obrońców pedofilów) to modelowe postacie skrojone podług masowych gustów i partyjnych celów. Nie na darmo mówi się, że Andrzej Duda uratował władzę Prawu i Sprawiedliwości, a Rafał Trzaskowski uchronił przed zagładą Platformę Obywatelską. A łatwo nie było. Kandydat PO musiał wystąpić w worku pokutnym i publicznie łykać żabę fałszywego żalu za grzechy potępienia 500+ i wydłużenia wieku emerytalnego. Zaś Andrzeja Dudę, gdy tylko poczuł się zwycięzcą, naszła szczera refleksja, że podczas kampanii wyborczej emocje momentami szły za daleko. I dlatego zaprosił swojego rywala celem uściśnięcia ręki. Ale temu ręki zabrakło i wszystko zostało po staremu. Bez ręki. Ale także - jeszcze niedawno rzecz nie do pomyślenia – bez debaty obu kandydatów. Zresztą może i dobrze, wszak monolog to oszczędność czasu w porównaniu z rozmową.

Wniosek prof. Antoniego Dudka z tego wszystkiego jest taki, że Cała ta kampania była monstrualnym oszustwem, ponieważ obaj kandydaci mówili o sprawach i składali obietnice na które nie mają żadnego wpływu. Zarzut może celny, ale oderwany od demokratycznych realiów. Gdyby kandydaci skupili się na tym, co realnie mogą i powinni robić, zamiast przyciągającego masowe emocje starcia demagogów, mielibyśmy wyborcze danie dla koneserów.

Mark Twain z właściwą sobie przenikliwością zauważył, że Prawda jest dziwniejsza od fikcji, a to dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna. Prawda – nie. Widać z obietnicami kandydatów było podobnie. Może łatwiej jest uwierzyć, że ludowi za wstawiennictwem prezydenta od czasu do czasu coś od partii skapnie (zwłaszcza, gdy jest nim Andrzej Duda) niż w to, że okaże się on skutecznym obrońcą Konstytucji i państwa prawa przed głodną władzy partią.

O pierwszych pięciu latach prezydentury Andrzeja Dudy można powiedzieć, że z należytą starannością wypełnił postawione przed nim zadanie strażnika celów wyznaczonych przez partię i jej prezesa. Nie bez wątpliwości i wewnętrznych rozterek zapewne, choć okazywanych z należytą powściągliwością i respektem. Jedyna prawdziwa próba wybicia się na ograniczoną podmiotowość, podjęta w związku z inicjatywą zmian w konstytucji i organizowanymi w miastach wojewódzkich spotkaniami przedreferendalnymi, skończyła się wstydliwym blamażem. Po tym bolesnym doświadczeniu, będącym sprawdzianem charakteru i zdolności przywódczych, prezydentowi Dudzie pozostała rola notariusza partii.

Nie twierdzę, że tak musiało być. Andrzejowi Dudzie, człowiekowi o solidnym, prawniczym wykształceniu, potrzeba odrobiny swobody, poluzowania ciasnego gorsetu partyjnego autorytaryzmu. To jedyny sposób, aby z niego, podobnie jak z każdego, kto znajdzie się na jego miejscu, wydostać maksimum tego, co jest możliwe. Warunek podstawowy, o czym już na łamach „Debaty” wielokrotnie pisaliśmy, to jedno-kadencyjna, za to długa, minimum dziesięcioletnia prezydentura. Wiele osób ma nadzieję, że z tego właśnie powodu druga i ostatnia zarazem kadencja Andrzeja Dudy okaże się znacząco inna. Bardzo bym chciał, ale lista wątpliwości jest niepokojąco długa. Przede wszystkim dlatego, że pozostałe do wyborów parlamentarnych trzy lata będą kolejną odsłoną partyjnej walki na śmierć i życie. Z ważną i jednoznacznie określoną rolą prezydenta Dudy. Jeżeli postępujące w szeregach PiS zepsucie władzą doprowadzi do jej utraty, to dopiero wtedy prezydenta Dudę czeka dwuletni sprawdzian z prawdziwego przywództwa. To byłby najlepszy czas na choćby częściowe spełnienie marzeń jego szwagra o dobrej prezydenturze. Problem w tym, że dla Andrzeja Dudy może być za późno. Demokracja to królestwo człowieka pospolitego i sprawujących rząd dusz demagogów. Tutaj ruch od wielkości do miałkości odbywa się tylko w jedną stronę, a perswazja, dzięki codziennym dawkom propagandowej somy, jest znieczulająco łagodna, choć skuteczna. Zespół Lady Pank śpiewał kiedyś: Strach się bać, nie ma jak przed demokracją zwiać. Pomimo wątpliwości, szczerze życzę prezydentowi Andrzejowi Dudzie, aby znalazł kiedyś w sobie dość siły i dla dobra ojczyzny zwiał przed demokracją.

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Zwiać przed demokracją

Komentarz (10)

Demokracja na wojennej ścieżce

Szczegóły
Opublikowano: sobota, 20 czerwiec 2020 09:30
Bogdan Bachmura

Carl von Clausewitz powiedział, że wojna jest kontynuacją polityki innymi środkami. Ale może być na odwrót. To polityka może być kontynuacją wojny innymi środkami. Ale tak być nie musi. Konstytucyjny liberalizm, przez swoją zasadę „rządów prawa”, zamiast wojny „wszystkich ze wszystkimi”, umożliwił pokojowe prowadzenie polityki. Wolne wybory, umożliwiając dostęp do władzy i pokojową wymianę rządzących, wprowadziły pomiędzy suwerena a poddanych prawo, zamiast siły.

Tak wyglądały obiecujące początki konstytucjonalizmu. Ale gdy suwerena-króla zastąpił suweren ludowy, a polityka przeniosła się pomiędzy rywalizujące partie polityczne, politykę pokoju stopniowo zaczęła wypierać polityka wojenna. Rosnące w siłę partie, rywalizujące o władzę „ogniem niezgody i dymem wyrazów”, coraz częściej zamieniały rządy prawa na wojenne rządy przy pomocy prawa.

Polska, zwłaszcza za rządów PiS, jest modelowym przykładem rewolucyjnej polityki wojennej. Wprawdzie stopniową zamianę polityki pokojowej na wojenną rozpoczęła Platforma Obywatelska, ale twórczego jej udoskonalenia w kierunku nieustającego konfliktu dokonało Prawo i Sprawiedliwość, podporządkowując sobie instytucje stworzone do łagodzenia konfliktów i służące do kierowania ich na drogę pokojową.

Gdzie w tym wszystkim jesteśmy my-ludowy suweren? Wojenna propaganda dziennikarskich najemników i specjalistów o PR zamieniła nas w podzielonych na plemienne sektory kiboli, którzy mogą, po kilku latach biernego kibicowania, dać upust swoim emocjom i zagłosować na któryś z wojennych obozów.

Jak podkreśla wybitny teoretyk demokracji Giovanni Sartori, rozróżnienie pomiędzy wyborem polityki jako stanu wojny i polityki nastawionej na pokój ma dla demokracji liberalnej znaczenie fundamentalne. W pierwszym przypadku prawo ustanawia siła parlamentarnej większości i posłuszne politykom instytucje kontrolne. W drugim – szanuje się wpływ parlamentarnej mniejszości na stanowienie prawa, zaś do rozwiązywania konfliktów dąży za pomocą sądów i zgodnych z prawem procedur.

Rola prezydenta jako strażnika konstytucji jest dla kierunku w jakim zmierza polityka kluczowa.

W tym kontekście prezydenta Andrzeja Dudę śmiało i bez cienia przesady można nazwać prezydentem wojennym. Nie przywódcą wprawdzie, raczej „malowanym królem”, bez mrugnięcia oka realizującym zadania dla których go na tak ważny odcinek frontu wydelegowano. Nie bez minimalnego oporu wprawdzie, ale, jak pokazała ostatnio próba odwołania Jacka Kurskiego, lepiej skalę buntu najpierw z dowództwem uzgodnić, niż kolejny raz wyjść na Adriana.

Małgorzata Kidawa-Błońska swoją nieudolnością prowadzenia wojennych gier rozbroiła elektorat PO, wprowadzając w szeregi partyjnego wojska defetyzm i zwątpienie. Przez moment jedna z barykad się rozstąpiła, stwarzając możliwość rywalizacji z Andrzejem Dudą kandydatom zdolnym naruszyć frontową logikę polskiej polityki. Wraz z wejściem do gry Rafała Trzaskowskiego wojsko wróciło na barykady. Wprawdzie Trzaskowski, podobnie jak pięć lat temu Andrzej Duda, obiecuje „wspólną Polskę”, ale jego wyborcy odzyskali wojennego ducha i bojowy wigor, bo wiedzą o co i po co ta wojna tak naprawdę się toczy.

Polska od dawna tak bardzo nie potrzebowała prezydenta. Nie Andrzeja Dudy z PiS-u, czy Rafała Trzaskowskiego z Platformy. Formalna rezygnacja z przynależności do partii wody w wino nie zamieni. Co najwyżej przeformuje partyjnego żołnierza na zielonego ludzika. Polska potrzebuje prezydenta, który rozumie, że jego zadaniem jest poskramianie wojennych zapędów polityków konstytucyjnym legalizmem. I odwagę, aby temu zadaniu sprostać. Jednak wszystko wskazuje na to, że innej niż wojenna alternatywy w Pałacu Prezydenckim i tym razem nie będzie.

Pozostaje rozważyć, który z dwóch najważniejszych kandydatów daje większe szanse na przywrócenie choćby elementów pokojowej kultury politycznej. Andrzej Duda to karta zgrana i odkryta i tylko chęć odwetu za bezmyślne poniewieranie mogłaby coś tutaj zmienić.

Rafał Trzaskowski znalazł się w roli Andrzeja Dudy, który pięć lat temu z wiarą w zwycięstwo gonił Bronisława Komorowskiego. Nie sposób nie docenić sprytu z jakim żongluje hasłami narodowego pojednania, mówiąc jednocześnie, że coraz częściej słyszy od Polaków hasło „mamy dość”. „Cwana gapa” próbuje w ten sposób nie tylko stanąć na czele oporu przeciwko obecnej władzy, ale skojarzyć się z coraz powszechniejszymi ruchami protestu na całym Zachodzie.

Ja również mam dość rządów Prawa i Sprawiedliwości. I oceniam przebiegłość Trzaskowskiego. Ale stanąć w tej sprawie w jednym szeregu z Rafałem Trzaskowskim i „jego” Platformą, to jak doświadczyć zaniku pamięci bez wcześniejszego udziału we władzy tej partii. Bo tylko to mogłoby taką amnezję po rządach „obrońców Konstytucji” i wolnych mediów usprawiedliwić.

Tak czy owak wygląda na to, że wybory prezydenta znów się odbędą. Tylko tym razem z głosowaniem, a nawet z kandydatami. Wierzyć się nie chce, ale naprawdę tak to wyglądało. Batalia, która poprzedziła wspólne ustalenie daty wyborów sięgnęła najwyższych pięter absurdu. Jej powodem nie był bynajmniej strach przed „mordowaniem Polaków”, lecz wojenne wzmożenie, które wtedy frontowym taktykom się opłacało. Nagle wszystko ucichło, choć liczba zachorowań osiągnęła szczytowe wartości. Co stało się powodem wyborczego rozejmu na górze? Świadomość, że w obliczu powszechnego rozluźnienia nastrojów, wojenne przedstawienie gwałtownie traci widzów. Być może jest to jedyny trop, który prowadzi do wejścia na pokojową ścieżkę polityki. O zbyt dużą stawkę dzisiaj gra się toczy, zbyt wiele majątków jest zagrożonych utratą władzy, aby politycy sami z siebie zaniechali bezpardonowej walki. Być może jedyna możliwość zmiany, to utrata publiczności. Frank Zappa powiedział, że polityka jest jedną z gałęzi przemysłu rozrywkowego. Tylko czy lud kiedykolwiek zrezygnował z rozrywki? Nawet, jeśli towarzyszy jej wojenne okrucieństwo?

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Demokracja na wojennej ścieżce

Komentarz (3)

Rzeczpospolita i jej choroby towarzyszące

Szczegóły
Opublikowano: poniedziałek, 25 maj 2020 17:51
Bogdan Bachmura

12 maja 2020 roku. 595 nowych zachorowań na koronowirusa. Smutny rekord, który trudno uznać za przypadek. Wszystko bowiem wskazuje na to, że to rezultat wyborów, które odbyły się 10 maja. Ale przecież mogło być znacznie gorzej. Aż strach pomyśleć, do czego dojść by mogło, gdyby dosłownie dwa dni wcześniej dwóch zwykłych posłów, choć jednak prezesów, nie odwołało głosowania!

Niestety, ich subtelnie wyrażona pod adresem Sądu Najwyższego sugestia, aby ten unieważnił odbyte bez głosowania wybory, spotkała się z chłodnym, nie wróżącym nic dobrego przyjęciem. Na szczęście, w poczuciu odpowiedzialności za państwo, na wysokości zadania stanęła świeżo przywrócona do łask Państwowa Komisja Wyborcza. Aby pozbawić Sąd Najwyższy, ciało chwiejne i niepewne, możliwości decydowania o czymkolwiek, PKW jednogłośnie orzekła, że nie było nic, ani wyborów, ani tym bardziej głosowania, bo to ostatnie nie było możliwe ze względu na brak kandydatów. I gdyby nie ten nagły wzrost zachorowań...

Tych z Państwa, którzy uważają, że sobie ze spraw poważnych jaja robię, kieruję z pretensjami pod właściwy adres. Ten kabaret, który przekroczył wyobraźnię niedoścignionego twórcy Ucha Prezesa, naprawdę dzieje się na żywo i wyłączenie telewizora, poza chwilowym ukojeniem nerwów, nic nie zmieni.

Nie ma żałośniejszego widoku jak ten, kiedy politycy ulegają sile własnej propagandy. A jeśli wtórują im eksperci i dziennikarze, których pierwszym odruchem powinna być nieufność wobec świata polityki, to naprawdę robi się niebezpiecznie. Nie mam wątpliwości, że to skutkująca zbiorowym zniewoleniem umysłów pandemia histerii była pierwszą przyczyną politycznego kryzysu, którego końca i skutków jeszcze nie znamy.

Jak to często bywa w takich razach, rozwiązanie było na wyciągnięcie ręki. Pisałem o tym miesiąc temu w „Debacie”. Propozycja, aby pójść do urn wyborczych 10 maja, w maskach i rękawiczkach, z zachowaniem odpowiednich odległości i zapewniając stosowne zabezpieczenia komisjom wyborczym, powinna być wynikiem porozumienia wszystkich liczących się partii i kandydatów.

W dniu kiedy to piszę Sejm uchwalił ustawę umożliwiającą przeprowadzenie tzw. wyborów hybrydowych. Czyli takich samych, jakie można było przeprowadzić 10 maja. Teraz PiS zapowiada przeprowadzenie wyborów na 28 czerwca, marszałek Senatu zaprasza do siebie prezesa Kaczyńskiego, a Władysław Kosiniak-Kamysz mówi, że politycy zaczęli przemawiać ludzkim głosem.

Wprawdzie trzy dni przed porozumieniem Kaczyński-Gowin minister Łukasz Szumowski na łamach „Rzeczpospolitej” jechał jeszcze starą płytą, twierdząc, że są dane, które pokazują, że wybory tradycyjne zwiększają liczbę zakażeń, ale teraz, wobec nowej mądrości etapu „rekomendował” i taką możliwość.

Aż się prosi zapytać, co się nagle, Panie i Panowie stało, że straszenie Polaków tradycyjnymi wyborami przestało obowiązywać? Może także do nich, zamkniętych we własnej bańce histerii, dotarł widok kłębiących się pod sklepami Ikei ludzi, albo dowolnie formowanych kolejek przed oddziałami ZUS? A może zwyczajnie nastąpiło zmęczenie materiału, z możliwym przebłyskiem świadomości, że wszystkie granice śmieszności zostały już przekroczone?
W ostatnim czasie powstały w Polsce i na świecie tony wywiadów oraz publikacji na temat wpływu pandemii na przyszły kształt świata oraz nasze indywidualne, życiowe priorytety.

My, jako jedyni obok Korei Południowej (i lokalnie Bawarii), musieliśmy w czasie epidemii zarazy zmierzyć się z problemem wyborów. To problem, ale też okazja do sprawdzianu wydolności i sprawności systemu politycznego w sytuacji realnego zagrożenia państwa. Jakości politycznych elit, a przede wszystkim ich zdolności do zawieszenia grupowych partykularyzmów i działania na rzecz dobra wspólnego. Wiadomo, jak ten egzamin zdali Koreańczycy. Organizując się wspólnie wokół idei przeprowadzenia prawdziwych wyborów przy urnach, osiągnęli dwa cele: uczynili z wyborów symbol jednoczący naród i wybrali polityków mających silną legitymację do rządzenia krajem w trudnych czasach.

W Polsce pojechaliśmy znanym, praktykowanym od wieków schematem. Tym razem partyjne klany, każdy kalkulując po swojemu, skoczyły sobie do gardeł pod hasłami obrony demokracji i bezpieczeństwa obywateli. W obronie demokracji ośmieszono najważniejsze instytucje państwa, czyniąc z Sejmu Rzeczypospolitej ośrodek zorganizowanej przestępczości, a z Państwowej Komisji Wyborczej lokai władzy (jawne próby przekupywania posłów korzyściami politycznymi i majątkowymi to najłagodniejsza z form tej działalności). Z kolei względy bezpieczeństwa przed epidemią miały usprawiedliwić pogardę dla Konstytucji i innych praw, a wywołały strach przed państwem, dla którego łamanie zasad to tylko kwestia dogodnych okoliczności.

To oczywiste, że odpowiedzialność za taki bieg spraw spada na prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Zgodnie z zasadą proporcjonalności władzy i odpowiedzialności. Próby obciążania „totalnej opozycji” winą za senacką obstrukcję wyborów korespondencyjnych obsadzają Jarosława Kaczyńskiego w roli politycznego praktykanta, który realizację własnego, karkołomnego planu, oparł na wierze w dobrą wolę opozycji. Uparta batalia prezesa PiS o natychmiastowe przeprowadzenie wyborów korespondencyjnych to największy od lat blamaż i spadek jego politycznej formy. Zwycięstwo myślenia życzeniowego nad chłodną kalkulacją i oczywistymi faktami.

Osobą, która najbardziej nadawała się na powstrzymanie prezesa PiS przed zderzeniem ze ścianą był Jarosław Gowin. Prezes Porozumienia dobrze wyczuł, że jego rolą jako prezesa partii bez własnego kandydata na prezydenta jest budowanie swojej pozycji na mediacji. Kłopot w tym, że zabrakło mocnej karty przetargowej. Nie przypisuję działaniom Jarosława Gowina złych intencji. Inspiracja zasadami była w jego poczynaniach najbardziej widoczna. Jednak jego pomysł na siedmioletnią kadencję prezydenta, nie mając żadnych perspektyw koniecznej, powszechnej akceptacji, wystawił mu kiepskie świadectwo jako konserwatyście próbującemu instrumentalizować Konstytucję dla doraźnych celów.

Potrzebne atuty do koronkowej gry na jaką był skazany Gowin dawała mu jedynie idea przeprowadzenia wyborów mieszanych, w konstytucyjnym terminie, z ewentualnością przesunięcia na 23 maja. To był niełatwy, ale jedyny sposób na utrzymanie politycznej inicjatywy bez morderczego konfliktu z Jarosławem Kaczyńskim. Dawał temu ostatniemu możliwość wyjścia z opresji i szansę na zrealizowanie planu szybkich wyborów. Owszem, podsuwał też opozycji oręż do oskarżeń o „mordowanie Polaków”, ale taka retoryka, wraz z luzowaniem kolejnych obostrzeń, stawałaby się coraz bardziej anachroniczna i awanturnicza. Ale przede wszystkim była to okazja do bezpośredniego dialogu z Polakami, ponad głowami swarliwych polityków. Skupienia ich wokół idei ważności wyborów, ich uczciwości i przejrzystości.

Trudno powiedzieć, czy Jarosław Gowin stając w poprzek planom prezesa PiS, bardziej ratował Polskę przed Jarosławem Kaczyńskim, czy własną partię przed rozpadem. Zapewne i jedno i drugie. Jego dobre samopoczucie, chwalenie się uratowaniem Polski przed poważnym kryzysem politycznym, jest jak leczenie dżumy cholerą. Wszyscy na moment odetchnęli, ale niczego nie załatwiono.

Wybory, niby nowe, ale ze starymi kandydatami, których według PKW nigdy nie było, nadal przed nami. Gdy wreszcie przez to przebrniemy, to się zorientujemy, że powrotu do wyborów takich jak dotychczas po prostu nie ma. Nie twierdzę, że do tej pory było idealnie. Trudno mówić o święcie demokracji, gdy połowa uprawnionych do głosowania to „niewierzący”, a większość pozostałych twierdzi, że „nie ma na kogo głosować”.

Ale politycy pilnowali jednego: aby legitymizacja władzy poprzez akt głosowania nie budziła wątpliwości. Do tej pory, pajacując przed wyborcami, ośmieszała się tzw. klasa polityczna. Teraz, ośmieszając same wybory, norwidowskie „bandy polemiczne” zaczęły podcinać gałąź na której razem siedzą.

Rzeczpospolita, w przeciwieństwie do wielu polskich firm, nie padnie pod ciosami koronowirusa. Ona umiera powoli, na szereg chorób towarzyszących, z których najważniejszą jest zżerający instytucje państwa rak partyjniactwa. Zaraza te słabości obnażyła, ale nie uruchomiła mechanizmów samoobronnych. Takie przeciwciała musimy wymyślić sami.
Bogdan Bachmura

Tekst ukazał się w majowym miesięczniku "Debata"

Czytaj więcej: Rzeczpospolita i jej choroby towarzyszące

Komentarz (54)

Więcej artykułów…

  1. Teraz to my możemy wszystko!
  2. Wybory jak gorący kartofel
  3. Wybory prezydenckie jak gorący kartofel
  4. Wszyscy umoczeni

Strona 8 z 55

  • start
  • Poprzedni artykuł
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12
  • Następny artykuł
  • koniec

Komentarze

Bardzo dobry tekst. Gratuluję!
O pewnych właściwościach Adama Sochy pisałem już jakiś czas temu.
I myślę, że każdy myślący je widzi.
Pozostali - oc...
Rocznica 13 grudnia, gen. Jaru...
4 godzin(y) temu
Wygląda na to, że Cenckiewicz trzęsie Nawrockim. Robi, co chce. Jakieś papiery? Haki?
BBN przywrócił Raport Państwow...
5 godzin(y) temu
A dlaczego w czasie sesji radny nie przedstawił swojego stanowiska? Milczał jak zaklęty.
Budżet Olsztyna na 2026r., to ...
7 godzin(y) temu
Proszę o wyjaśnienie:

To po zmianie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego zmieniła się wartość gruntów czy nie? Bo chyba tego dotyczyła...
Burmistrz Biskupca uniewinnion...
10 godzin(y) temu
Współczesna Polska jest częścią europejskiego sowietu, zbudowanego na chorobie szalonych lewackich wyborców, wykastrowanych z poczucia rzeczywistości....
Rocznica 13 grudnia, gen. Jaru...
17 godzin(y) temu
Wcześniej czy później, tak czy owak, banda rudego stanie przed sądem
https://www.youtube.com/watch?v=lf-Ph25N0kU
Rocznica 13 grudnia, gen. Jaru...
1 dzień temu

Ostatnie blogi

  • Apel o optymizm na wypadek wojny Dwadzieścia rosyjskich dronów, które ostatnio wleciały do Polski wzbudziły u wielu moich rodaczek i rodaków głęboki niepokój, a często przerażenie… Zobacz
  • Barbarzyński atak "silnych ludzi" Tuska na praworządność Zbigniew Lis Motto Tuska: Będziemy stosować prawo, tak jak my je rozumiemy, czyli uchwałami Sejmu i rozporządzeniami zmieniać ustawy, wg zasady –… Zobacz
  • Co trzeba zrobić, żeby PiS wygrało kolejne wybory? Zbigniew Lis Wielu Polaków głosujących nie za opozycją, tylko przeciw PiS, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji ich decyzji oraz z powagi… Zobacz
  • Michał Wypij, Paweł Warot – komentarz osobisty Bogdana Bachmury Bogdan Bachmura Dużo łatwiej o krytykę osób, których nie darzymy sympatią, z którymi jesteśmy w sporze lub konflikcie. Ale tym razem jest… Zobacz
  • 1

Najczęściej czytane

  • Wójt gminy Barciany pozostaje na stanowisku. Czy to koniec wojny?
  • Wyborcza sporządziła listę osób do zwolnienia z pracy, związanych z PiS
  • Trwa presja koncernów OZE na gminy Warmii i Mazur. Kolej na Korsze
  • Radny olsztyński PiS Jarosław Babalski został wykluczony z partii
  • Radny olsztyński PiS Jarosław Babalski został wykluczony z partii
  • Protest w sprawie plakatu sztuki Teatru Jaracza radnych i posłów PiS oraz Archidiecezji Warmińskiej. Oświadczenie dyrektora
  • Po wyroku sądu rektor UWM zweryfikuje oceny negatywne nauczycieli
  • Prokuratur nie wniesie o likwidację Związku PRAWDA na UWM
  • To idealny moment na zaatakowanie Polski. Rozleci się jak gliniany garnek
  • Czy prezydent Olsztyna naraził zdrowie i życie przedszkolaków?
  • Rady Osiedli w Olsztynie mogą wszystko - odkrył Bogdan Bachmura
  • Wyrok ws. burmistrza Biskupca i inwestycji Eggera poznamy 15 grudnia

Wiadomości Olsztyn

  • Olsztyn

Wiadomości region

  • Region

Wiadomości Polska

  • Polska

O debacie

  • O Nas
  • Autorzy
  • Święta Warmia

Archiwum

  • Archiwum miesięcznika
  • Archiwum IPN

Polecamy

  • Klub Jagielloński
  • Teologia Polityczna

Informacje o plikach cookie

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.