logodebata

Wspomóż jedyny portal na Warmii i Mazurach, który nie boi się publikować prawdy o politykach i jest za to ciągany po sądach. Nigdy, przez prawie 18 lat istnienia, nie dostaliśmy 1 grosza dotacji publicznej. Redaktorzy i autorzy są wolontariuszami. Nr konta bankowego Fundacji „Debata”: 26249000050000450013547512. KRS: 0000 337 806. Adres: 11-030 Purda, Patryki 46B

wtorek, styczeń 13, 2026
  • Debata
  • Wiadomości
    • Olsztyn
    • Region
    • Polska
    • Świat
    • Urbi et Orbi
    • Kultura
  • Blogi
    • Łukasz Adamski
    • Bogdan Bachmura
    • Mariusz Korejwo
    • Adam Kowalczyk
    • Ks. Jan Rosłan
    • Adam Jerzy Socha
    • Izabela Stackiewicz
    • Bożena Ulewicz
    • Mariusz Korejwo
    • Zbigniew Lis
    • Marian Zdankowski
    • Marek Lewandowski
  • miesięcznik Debata
  • Baza Autorów
  • Kontakt
  • Jesteś tutaj:  
  • Start
  • Blogi
  • Bogdan Bachmura

Bogdan Bachmura

bachnuraPrzedsiębiorca. Z wykształcenia politolog. W l. 80-tych XX wieku wydawał w podziemiu pisma. Na progu III RP uznał, że jego misja, jako wydawcy, skończyła się. Jednak po kilku latach życia w demokracji coraz dotkliwiej odczuwał deficyt wolności słowa w Olsztynie. Tak narodził się miesięcznik „Debata”, a później portal. Uprawia sport. Można go spotkać biegającego w Lesie Miejskim, albo na korcie tenisowym. Nie przepada za demokracją, czemu daje wyraz w swoich publikacjach.

Bo bardzo chciała

Szczegóły
Opublikowano: niedziela, 18 lipiec 2021 20:24
Bogdan Bachmura

Nareszcie mamy Rzecznika Praw Obywatelskich. Wybranego przez polityków, aby nas przed nimi bronił. Obok sądów, ale także w ich zastępstwie, bo gdyby te działały jak należy, to RPO nie byłby potrzebny.

Właśnie Sejm poparł kandydaturę prof. Marcina Wiącka, przy trzech głosach sprzeciwu. Senat to już formalność, czyli koniec chocholego tańca już widać. Wcześniej wyczerpało się wszystko: pomysły na kolejnych kandydatów, budowane dla ich poparcia, koalicje, a przede wszystkim przewidziany na wybór rzecznika czas. Przyszła pora na kompromis i zgodę ponad podziałami.

Dla nas, mieszkańców Olsztyna i regionu, istotna była, przegłosowana nawet przez Sejm, kandydatura senator Lidii Staroń. Trudno bowiem odnaleźć pamięcią lokalnego polityka, piastującego w III RP tak ważną państwową funkcję. Zapewne w niejednym tutejszym domu toczyły się dyskusje i spory na temat szans i kompetencji pani senator. I zakładam w ciemno, zważywszy na jej ogromną popularność, że głosy poparcia zdecydowanie przeważały. Ja także kibicowałem pani Staroń. Osobiście się nie znamy. Dwie, może trzy, krótkie, dość dawno odbyte rozmowy telefoniczne. To wszystko. Brak wykształcenia prawniczego – najczęściej podnoszony argument przeciwników jej kandydatury – nie wydawał mi się najistotniejszy. Ważniejsze, jest gen niezależności i odwaga, a tych cech trudno pani senator odmówić. No i przede wszystkim to, czym się zajmuje, za co ludzie tak ją cenią, i co tak kojarzy się z urzędem ombudsmana.

Pomysł pani Staroń na funkcjonowanie w życiu publicznym jest prosty, co nie znaczy, że łatwy. Polega – mówiąc językiem biznesowym – na znalezieniu niszy i umiejętnym jej zagospodarowaniu. Nisza pani Staroń to wrażliwość na krzywdę „zwykłych ludzi”, co sama zainteresowana zwykła określać „byciem po stronie ludzi”. Jest oczywiście politykiem, bo trudno powiedzieć inaczej o kimś, kto zasiadał w Sejmie, a obecnie w Senacie. Ale przypadek Lidii Staroń to taki polityk bez polityki. Model politycznego singla, który nie tylko nie buduje swojego zaplecza, ale wręcz stroni od twardej polityki i wyrazistych, ideowych deklaracji. Platforma Obywatelska była jej potrzebna jako polityczny wehikuł do walki z patologiami spółdzielczości mieszkaniowej, teraz oknem na świat jest program Elżbiety Jaworowicz.

Z biegu wypadków można wnosić, że do kandydowania namówili ją działacze Porozumienia. Zapewne nie bez udziału posła Michała Wypija. Publiczne lansowanie jej kandydatury trwało od miesięcy. Wraz z upływem politycznej krwi w partyjnej walce o rzecznika, Staroń stała się na tyle atrakcyjna, że PiS, wbrew umowie z partią Jarosława Gowina, narażając się na wewnętrzny konflikt, zgłosił jej kandydaturę jako swoją. Jedni, po głosowaniu w Sejmie, już witali się z gąską, a inni z Donaldem Tuskiem, który po zwycięstwie w wyborach uzupełniających do Senatu miał wrócić do polityki na białym koniu, od strony Olsztyna. Ostatecznie Tusk wrócił, choć bocznymi, partyjnymi drzwiami, a senator Lidia Staroń została tam, gdzie była, choć tak jak było, już chyba nie będzie.

Nie chodzi o jej przegraną w Senacie. Wynik parlamentarnych głosowań, szczególnie w sprawach personalnych, ma dość luźny związek z walorami kandydata na cokolwiek. Gorzej, że bezpośrednia konfrontacja senator Staroń ze światem prawdziwej polityki, do jakiej doszło podczas senackiego przesłuchania, wypadła więcej niż blado. A mówiąc wprost: to była katastrofa. Jeżeli ktoś uważa, że przesadzam, polecam dostępne w internecie nagranie. Najlepiej chyba sytuację skomentował senator Adam Szejnfeld: Pani senator odpowiada, ale nic nie mówi. W istocie, Lidia Staroń sprawiała wrażenie osoby kompletnie zagubionej, jakby nie świadomej okoliczności w jakich się znalazła. Na zadawane pytania niezmiennie odpowiadała, że są polityczne, a jej jedynym pomysłem na pracę RPO była powtarzana w kółko obrona zwykłych ludzi. To potęgowało wrażenie, że za kadencji Lidii Staroń instytucja RPO miałaby pełnić rolę biura obywatelskich interwencji, na wzór tego, czym w istocie zajmuje się jej biuro senatorskie, tyle, że dużo wydajniejszego.

Krytykując postawę pani Staroń nie twierdzę, że stanęła przed łatwym zadaniem. Po ideologicznie zaangażowanej kadencji Adama Bodnara instytucja RPO wymaga powrotu do źródeł. Oddzielenia ziarna od plew. Obrony obywatelskich wolności przed postępującym miękkim totalitaryzmem państwa z jednej strony, z drugiej zaś przed wykorzystywaniem RPO jako narzędzia sporów światopoglądowych w imię fałszywie rozumianej równości. Przesłuchanie w Senacie było świetną ku temu okazją. Pokazania wizji pracy rzecznika, który nie będzie toczył wojen z władzą w imieniu opozycji, lub odwrotnie, ale prowadził je w interesie obywateli. Czy, jak Adam Bodnar, stanie przeciwko reformie sądownictwa, bo łamie konstytucję i gwałci demokrację, czy też z powodu ograniczenia prawa obywateli do sądu i uczciwego procesu. Po przegranym głosowaniu i wizerunkowym blamażu Lidia Staroń stała się dla obozu rządzącego gorącym kartoflem. Marian Terlecki na pytanie o powody poparcia Lidii Staroń odpowiedział w swoim stylu: „Bo bardzo chciała”. Najpierw oskarżenia Jarosława Gowina o zdradę, a teraz takie kwiatki…. Ponoć to wszystko przez wygrany przez Zenona Procyka proces i oskarżenia Lidii Staroń o doprowadzenie go do utraty zdrowia.

Były prezes SM „Pojezierze” oczekuje od pani senator przeprosin. Nie tylko od niej. Od Donalda Tuska także. Procyk za swoje „nieprzeciętne krzywdy” otrzymał z kieszeni podatników rzadko spotykaną w naszych sądach kwotę 1,8 mln. Ale dlaczego z 20 stawianych mu zarzutów pozostała tylko krzywda, nie wiemy. Zarówno proces jak i akta sprawy zostały utajnione. Dzięki dziennikarskiemu nagraniu wiemy tylko jak sędzia Jarosław Szczechowicz udzielał Procykowi porad dotyczących linii obrony. To pozwala byłemu prezesowi Pojezierza triumfować i dostatnio żyć, ale wiarę w sprawiedliwość wystawia na ciężką, dla mnie zbyt ciężką próbę.

Pewne jest natomiast coś innego. Że Zenon Procyk był tajnym współpracownikiem o pseudonimie „Janusz”. Pozyskany na zasadach dobrowolności, donosił na swoich kolegów jako student ART, o czym pisali w pierwszym numerze „Debaty” Paweł Kardela i Paweł Warot. Ze współpracy zrezygnowano z automatu, gdy został kandydatem na członka PZPR, bo taka zasada obowiązywała od 1956 r. Od tej pory Procyk w sposób utajniony współpracować nie musiał. Może nie warto byłoby o tym wspominać, gdyby to robił pod presją szantażu, czy w innych, trudnych okolicznościach. Ale Procyk to kategoria tajnego współpracownika szczerze oddanego sprawie. W III RP także odnalazł się świetnie jak radny Rady Miasta dwóch kadencji. Ale do przeprosin nigdy się specjalnie nie rwał. A skoro już mowa o krzywdzie i zadośćuczynieniu, to może należałoby zacząć od siebie.

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Bo bardzo chciała

Komentarz (4)

Radość z Mariana Banasia

Szczegóły
Opublikowano: niedziela, 20 czerwiec 2021 19:58
Bogdan Bachmura

Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Jeżeli ktoś do tego znanego wszystkim powiedzenia pasuje, to jest nim na pewno prezes NIK Marian Banaś. Podejrzewam, że niewielu Polaków jest zachwyconych jego stylem sprawowania tej szacownej funkcji. Byłoby także lepiej, gdyby Banaś kierował się w swoich poczynaniach innymi niż osobiste motywami, o błędach w jego zeznaniu majątkowym nie wspominając. To wszystko prawda, ale także prawdą jest, że żelazna logika rozwoju Polskiej demokracji lepszego scenariusza nie przewiduje. Tylko nieprzewidziany splot okoliczności może spowodować, że partyjne sito zawiedzie, i przepuści kogoś z niezatartym genem niezależności. Ale na tym nie koniec. Żeby wbrew woli partii uchować się na cudem zajętym stanowisku, trzeba jeszcze wykazać się determinacją i siłą woli „pancernego Mariana”, właściciela czarnego pasa karate. Tak czy owak, Marian Banaś to prawdziwy prezent od losu. Tylko w taki sposób, dzięki potknięciu partii Jarosława Kaczyńskiego w marszu przez instytucje państwa, mogliśmy doświadczyć, co w praktyce oznacza system ich równowagi i wzajemnej kontroli. Osobiste pobudki, którymi kieruje się Marian Banaś, mają tu drugorzędne znaczenie.

Jeśli po 30 latach „dojrzewania” polskiej demokracji osobiste urazy wewnątrz obozu władzy oraz chęć zemsty determinują właściwą pracę instytucji państwa, to nie ma co wybrzydzać. Zwłaszcza, że w przypadku prezesa NIK bilans wychodzi zdecydowanie na plus. Jedyny bowiem twardy zarzut wobec niego, to nieprawidłowo sporządzone zeznanie majątkowe. Za to złożone przez NIK doniesienie do prokuratury w sprawie organizacji wyborów kopertowych to materiał na prawdziwe studium władzy.

Ale to nie starannie udokumentowane fakty najbardziej porażają. Te są oczywiste i od dawna znane. Wszystkie decyzje podejmowane przez premiera, szefa MSWiA, ministra aktywów państwowych oraz szefa Kancelarii Premiera, związane z organizacją wyborów kopertowych, nie posiadały żadnych umocowań prawnych. Poczta Polska i PWPW wydawały dziesiątki milionów publicznych pieniędzy bez podpisanych umów.

Naprawdę w fotel wbijają dopiero wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego. W wywiadzie dla „Sieci” prezes PiS odkrywa, że jest wielkim błędem naszego systemu prawnego, że człowiek, wobec którego toczą się poważne śledztwa, może być prezesem Najwyższej Izby Kontroli. Kłopot w tym, że Mariana Banasia Sejm powołał 243 głosami, w tym prawie wszystkich członków klubu Zjednoczonej Prawicy, jeszcze przed zakończeniem postępowania sprawdzającego. Komu więc Kaczyński usiłuje robić wodę z mózgu?

To jednak dopiero początek złotych myśli obecnego wicepremiera. W wywiadzie dla „Wprost”, na pytanie o zarzuty NIK wobec premiera Morawieckiego, odpowiada tak: Może nie wygląda to dobrze, ale pro publico bono różne rzeczy trzeba robić. Uważam, że premier zachował się jak mężczyzna (...) i podpisał odpowiednie rozporządzenia. Minister Dworczyk też zachował się jak mężczyzna i podpisał to, czego wymagała sytuacja.

I na koniec wisienka na torcie. Oto sam Kaczyński, po złożeniu przez NIK doniesienia w prokuraturze, dołącza do grona prawdziwych mężczyzn oświadczeniem, że to była jego osobista decyzja.

Tak więc, w największym skrócie mówiąc, z perspektywy naczelnika Kaczyńskiego wygląda to tak: na fotelu prezesa NIK posadziły Banasia krasnoludki (szkoda, że nie miały legitymacji Platformy w kieszeni), różne rzeczy trzeba robić - byle w szczytnym celu, a gdyby komuś wydawało się inaczej, to piszcie na Berdyczów, bo polecenia wydawał szeregowy poseł Kaczyński, a temu – jak u Stanisława Barei - można skoczyć na warstat.

Jednak wyciąganie z wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego wniosków o przyznaniu się do łamania prawa w imię wyższej konieczności byłoby błędem. Wprost przeciwnie. Problemem był brak większości w Sejmie dla tej sprawy – przyznaje pan prezes. Nie mając mandatu do działania ze strony Sejmu, rząd samodzielnie, na jego polecenie, heroicznie wystąpił w obronie prawa i Konstytucyjnego terminu przeprowadzenia wyborów.

Warto mieć Mariana Banasia w Najwyższej Izbie Kontroli aby to wszystko usłyszeć. Nie po to, żeby po raz kolejny rozdrapywać sprawę wyborów kopertowych, lecz by zorientować się w stanie umysłów ludzi kierujących naszą państwową nawą.

A jest o czym mówić, bo problemem nie jest opowiadanie ckliwych bajek o zatroskaniu porządkiem konstytucyjnym, podczas gdy wszyscy wiedzą, że wyścig dotyczący terminu wyborów spowodowany był obawą o słabnące z powodu pandemii poparcie dla kandydatury Andrzeja Dudy. Takie opowieści to w polityce rutyna. Prawdziwy niepokój budzi ewolucja myślenia polityków o państwie. Cechą państwa ontologicznie neutralnego, a takim jest Polska, jest możliwość posługiwania się nim dla realizacji celów rządzącej w danym momencie ekipy. Jedynym systemowym ograniczeniem jest równowaga władz, ale to zabezpieczenie zostało w dużym stopniu rozmontowane. Do tej pory swoje najbardziej kontrowersyjne decyzje Jarosław Kaczyński uprawomocniał reprezentowaną przez większość sejmową wolą abstrakcyjnego, ludowego suwerena. Dopóki większościowa maszynka do głosowania funkcjonuje sprawnie, opór wobec takiego państwa staje się iluzoryczny. Gdy maszynka się zacięła, tak, jak to miało miejsce przy wyborach kopertowych, cel polityczny rządzącej partii próbowano osiągnąć na skróty, z pominięciem Sejmu, za pomocą rządu, Poczty Polskiej i PWPW. To groźny precedens, przesuwający omnipotencję państwa poza dotychczasowe granice.

Jarosław Kaczyński może być tymczasem spokojny. Prokuratura stanęła na wysokości zadania i postępowania w sprawie wyborów kopertowych nie będzie. Ale Marian Banaś na razie w NIK pozostanie. Oby jak najdłużej, bo obawiam się, że nic lepszego nas tymczasem nie spotka.

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Radość z Mariana Banasia

Komentarz (22)

Zaproszenie dla prof. W. Maksymowicza

Szczegóły
Opublikowano: niedziela, 23 maj 2021 17:25
Bogdan Bachmura

Co robi polityk, aby z dziennikarzem nie rozmawiać? Pierwsze i najważniejsze, to musi dostrzec w nim wroga. A to tylko pozornie trudne, ponieważ o takim nastawieniu może świadczyć choćby temat, którym dziennikarz postanowił raptem się zająć, a którym – według polityka – zajmować się nie powinien.

Drugi etap to tzw. oburzing, czyli przejście do fazy oburzenia na dziennikarza. Tu skala możliwości jest spora. Można się oburzyć na cokolwiek: drobną nieścisłość w tekście, zbyt ostry zdaniem zainteresowanego komentarz, czy choćby jego, uznane za podejrzane, intencje. Zwłaszcza, gdy dotyczy to dziennikarza i mediów wcześniej uznanych za przyjazne lub chociaż oswojone, bo „zdrada” boli najbardziej. Tak więc najważniejsze jest ustalenie ponad wszelką wątpliwość, że dziennikarz jest NIERZETELNY. A z takim się po prostu nie gada.

Łatwo się domyśleć, że prawie czternastoletnia „Debata” dorobiła się wśród polityków licznego grona oburzonych. Wśród nich wisienką na torcie jest jeden z lokalnych politycznych liderów, który bojkot „Debaty” nakazał również swoim partyjnym kolegom.

Mniej więcej od roku do grona „naszych” oburzonych dołączył prof. Wojciech Maksymowicz, wcześniej, w sprzyjających dla siebie okolicznościach, chętnie korzystający z naszych łamów.

Dokładniej od momentu, kiedy Adam Socha zainteresował się jego wypowiedzią w lokalnym Radiu Olsztyn o zamiarze leczenia koronawirusa komórkami macierzystymi. Zainteresowania tym bardziej oczywistego, że poprzedzonego informacją o publikacji naukowej prof. Joanny Wojtkiewicz, uczestniczącej w projekcie badawczym prof. Maksymowicza jako kierowniczki Banku Komórek Macierzystych, na temat braku pozytywnego oddziaływania komórek macierzystych na stwardnienie zanikowe boczne (SLA). W tym samym czasie 60 organizacji zrzeszających lekarzy z całego świata wydało oświadczenie przestrzegające przed próbami leczenia koronawirusa komórkami macierzystymi.

Wtedy, czyli ponad rok temu, poza ustnie wyrażonym oburzeniem, prof. Maksymowicz nie skorzystał z mojej propozycji polemiki na łamach „Debaty”, w jakiejkolwiek wybranej przez siebie formie. Powodem miał być brak czasu. Od tamtej pory jedyną formą komunikacji są próby zastraszania groźbą procesów sądowych.

Nie muszę dodawać, że kolejnymi publikacjami Adama nie zainteresował się także przysłowiowy pies z kulawą nogą. Mądrość etapu była po prostu taka, że dotykać tematu nikomu się nie opłacało. Ani Jarosławowi Kaczyńskiemu, liczącemu na załagodzenie sporów wewnątrz Zjednoczonej Prawicy, ani opozycji, kuszącej Jarosława Gowina sojuszem wyborczym (być może z prof. Maksymowiczem jako przyszłym ministrem zdrowia). Analogii nie trzeba daleko szukać.

Podobnie było z publikowanymi przez dwa lata artykułami Adama Sochy na temat Stowarzyszenia Helper i działalności „agenta Tomka”. Wtedy napisałem o uwikłaniu w działalność Helpera lokalnych polityków wszystkich liczących się partii i wynikającym stąd milczeniu ponad politycznymi podziałami. Zgodnie z regułą oburzingu otrzymałem przedsądowe pogróżki poseł Iwony Arent, na których się zresztą zakończyło. A szkoda, bo mogło być bardzo ciekawie.

Milczenie wokół Helpera, a teraz prof. Maksymowicza trwało dopóty, dopóki o obu panach nie przypomniała sobie wielka polityka. W przypadku tego drugiego lawinę poruszyła inspirowana z Nowogrodzkiej dintojra wewnątrz Porozumienia J. Gowina. Poręczną pałką do prowadzenia „konstruktywnego” dialogu z liderem Porozumienia okazało się złożone w prokuraturze przez Mariusza Dzierżawskiego już w marcu 2020 r. zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa polegające na dokonywaniu eksperymentów na żywych płodach ludzkich.

Pałką, którą przed pojednawczym spotkaniem na szczycie Zjednoczonej Prawicy równie szybko schowano jak wyciągnięto, odwołując w ostatniej chwili materiał w Wiadomościach TVP 1 i zaganiając do zagrody pozostałą część propagandowej sfory. Z kolei front mediów związanych z opozycją z miejsca wziął w obronę prof. Maksymowicza, użytecznego w rozwalaniu rządu PiS-u.

Wcześniej, będące na ukończeniu postępowanie dotyczące zawiadomienia Mariusza Dzierżawskiego przeniesiono z łódzkiej Prokuratury Okręgowej do, również łódzkiej, Prokuratury Regionalnej (ten wyższy szczebel w strukturze prokuratury powołał minister Zbigniew Ziobro). Co rodzi kolejną analogię do sprawy Helpera, kiedy to, za sprawą poseł Iwony Arent, odebrano olsztyńskiej Prokuraturze Okręgowej będące na finiszu postępowanie, by ją podobnie zakopać, tym razem w Regionalnej Prokuraturze białostockiej.

Tak więc dla polityków sprawa oskarżeń pod adresem Wojciecha Maksymowicza przestała istnieć. Przynajmniej na razie. Myślenie kategoriami interesów oligarchicznego partyjniactwa, nie zdekomunizowanego dziedzictwa bolszewickiej mentalności, nie pozwala na inne załatwianie niewygodnych dla polityków spraw. Gdyby było inaczej, poseł Wojciech Maksymowicz szybko zostałby „nakłoniony”, zwłaszcza przez własną partię, do wyczerpujących informacji na temat rzeczonych eksperymentów, a zwłaszcza ujawnienia wytworzonych w związku z tym dokumentów.

Zdaniem Maksymowicza i Gowina świadomość uruchomienia politycznie inspirowanej nagonki na ich partię to wystarczający powód, aby ograniczyć się do festiwalu oburzenia i deklaracji partyjnej lojalności. Tymczasem mocno zajęci sobą obaj panowie zapomnieli, że bez względu na powody ujawnionego śledztwa, przebieg i wyniki badań, na które uzyskał zezwolenie od Komisji Bioetycznej prof. Maksymowicz, mają dla ogółu Polaków ogromne znaczenie. Podobnie jak dalece wykraczający poza owe badania problem wykorzystywania komórek macierzystych do leczenia niemal wszystkiego, i za ogromne pieniądze.

Machina, której kołem zamachowym jest brak ustawowego zapisu zakazującego opłacania medycznych eksperymentów przez pacjentów, kręci się w najlepsze. Jej patologiczne oblicze przedstawiliśmy w poprzedniej „Debacie” na przykładzie ks. Andrzeja Preussa ze Szczytna, chorego na stwardnienie zanikowe boczne. Jego terapia, polegająca na przeszczepie komórek mezenchymalnych oraz podawaniu ściągniętego z Indii leku, miała kosztować w pierwszym etapie 600 tys. zł. Dowiadując się o czymś takim, ze świadomością, że to wierzchołek góry lodowej, mam głębokie przekonanie o celowości pracy Adama Sochy. Wyzwalanie w sobie oburzenia na dziennikarza pozwala na chwilowe schowanie głowy w piasek, ale z dobrem obecnych i przyszłych pacjentów nie ma nic wspólnego.

W filmie „Dzień w Middleton” dziekan miejscowej uczelni mówi: Thomas nie potrafi się oderwać od polityki, a to nie służy nauce. Może właśnie w tym problem? W utopii poszukiwania prawdy na deskach politycznego teatru? W próbie pozostania w dwóch skrajnie różnych światach, gdzie na dodatek jeden ma być żywicielem drugiego. Albo prawda nauki, albo oburzing polityki. Ludzie, zwłaszcza w sprawach swojego zdrowia, mają prawo do prawdy. I my, na miarę swoich możliwości i umiejętności, staramy się do niej dążyć. Do tego samego próbowałem Pana, profesorze, już rok temu namówić. I zaproszenie ponawiam.

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Od redakcji.

Tekst ukazał się w majowej "Debacie" i został oddany do druku przed wystąpieniem prof. Maksymowicza z Porozumienia i wstąpieniem  do partii Szymona Hołowni.

Czytaj więcej: Zaproszenie dla prof. W. Maksymowicza

Komentarz (13)

Bilans konserwatysty

Szczegóły
Opublikowano: wtorek, 20 kwiecień 2021 21:07
Bogdan Bachmura

Rola tzw. przystawki to bardzo trudny kawałek politycznego chleba. Jak bardzo, świadczy długa lista porażek tych, którzy próbowali przepchać się do pańskiego stołu za kawałkiem głównego dania. Przypadek Jarosława Gowina jest dla mnie na tej liście przypadkiem szczególnym. Nie tylko dlatego że Olsztyn stał się, jeżeli nie głównym, to jednym z najważniejszych przyczółków Porozumienia. Bardziej ze względu na wspólnotę konserwatywnych wartości i ciekawość kolejnej próby konfrontacji tzw. umiarkowanej prawicy z naturalnie wrogim dla niej środowiskiem demokracji.

Z politycznego punktu widzenia Jarosław Gowin wychodzi z tej próby obronną ręką. Zręczność z jaką od lat, ze swoim więcej niż skromnym wianem 1 proc. poparcia, pokonuje kolejne polityczne rafy, musi budzić szacunek. Ale ta ocena dotyczy jedynie metody trwania w obrębie władzy.

To, co się obecnie dzieje w obozie Zjednoczonej Prawicy w niczym nie przypomina dotychczasowych, wybuchających od czasu do czasu buntów „przystawek” o zachowanie swojej względnej autonomii. Pandemia i obawy przed jej gospodarczymi skutkami przyspieszyły indywidualne wyścigi do wyborczej mety, choć jej linię wyznaczono dopiero na jesień 2023 r. Ta zdecydowana zmiana politycznej narracji z wyraźną próbą grania na siebie, u nas widoczna za sprawą posłów Wojciecha Maksymowicza i Michała Wypija, którzy o miejscach na listach wyborczych PiS mogą zapomnieć, stanowi wyraźną cezurę na politycznej drodze Porozumienia. Jak zatem wygląda bilans udziału jego polityków w koalicji Zjednoczonej Prawicy z perspektywy ich sympatyków i wyborców?

Uchwalenie nowej ustawy o szkolnictwie wyższym, z aplikacją amerykańskich metod zarządzania prywatnymi uczelniami do polskich warunków państwowego szkolnictwa wyższego, przedstawiany przez polityków Porozumienia jako ich okręt flagowy, przemielony legislacyjnymi poprawkami, dawno kogokolwiek przestał zachwycać.

Jednak liczyć na partię Jarosława Gowina można było w tak istotnej dla przedsiębiorców sprawie jak próba zmiany naliczania wysokości składki ZUS. Z podobnym, jednoznacznym sprzeciwem spotkał się pomysł uchwalenia podatku medialnego, a ostatnio próba wzmocnienia władzy policjantów i aparatu państwa nad ukaranymi mandatem kierowcami.

Zdumiewa mnie natomiast dobre samopoczucie działaczy Porozumienia w związku z wiosennymi wyborami prezydenta RP. W wywiadzie dla Rzeczpospolitej Michał Wypij mówi tak: W zeszłym roku, właśnie w kwietniu-maju mogliśmy oddzielić chłopców od mężczyzn i stwierdzić, kto prawdziwie służy krajowi, a kto ma tylko wypisane frazesy na swoich bannerach.

Na miejscu posła Wypija akurat w tej sprawie darowałby sobie podziały na mężczyzn i chłopców, bo, jak sami pokazali wiosną 2020 r. w polityce te kategorie bywają dosyć płynne. O ile bowiem sprzeciw mężnych posłów Porozumienia wobec wyborów korespondencyjnych rzeczywiście zapobiegł ponurej farsie o trudnych do przewidzenia skutkach, o tyle ich pomysł na przeprowadzenie samych wyborów zasługuje na porównanie do chłopców, którzy na dodatek tęgo narobili w portki (zresztą w doborowym składzie całej politycznej elyty). Propozycja zmian w Konstytucji w tak istotnej, bo dotyczącej głowy państwa sprawie, to zaprzeczające istocie konserwatyzmu „kłanianie się okolicznościom”. A tułanie się od partii do partii w skazanej na niepowodzenie misji przekonania do tego pomysłu kogokolwiek, to groteska, która na długo pozostanie w zbiorowej pamięci.

Jedynym pomysłem, który mógł za jednym zamachem rzucić koło ratunkowe Jarosławowi Kaczyńskiemu i zjednoczyć Polaków ponad głowami zainteresowanej odłożeniem wyborów opozycji, było przeprowadzenie wyborów 10 maja w lokalach wyborczych, z zachowaniem wszelkich środków ostrożności. Czego zabrakło? Bynajmniej nie wyobraźni, bo w kręgach władzy takie rozwiązanie brano pod uwagę. Po prostu chłopcy straszący się nawzajem duchami 300-400 (!) zachorowań dziennie, takich decyzji podjąć nie potrafią.

Piszę o tym tak obszernie, bo dla partii Jarosława Gowina mógł to być rzeczywiście moment zwrotny, na którym można budować polityczny kapitał. Bez względu na to, jak potoczyłby się ostatecznie wyborczy scenariusz. Ta intuicja kierowała zapewne przywódcą Porozumienia, gdy w takim momencie postanowił rozpocząć wojnę z Jarosławem Kaczyńskim. Tylko zabrakło pomysłu jak ją zakończyć.

Pożegnanie z Platformą i akces do Zjednoczonej Prawicy uwolnił Jarosława Gowina od daleko idących kompromisów światopoglądowych. Jednak wpakował go w rolę żyranta systemowej rewolucji nazywanej reformą sądownictwa. O upartyjnianiu wszystkiego co się da nie wspominając. „Powaga państwa” oraz „służba krajowi” na które powołuje się Michał Wypij we wspomnianym wywiadzie, nakazywały już wtedy powiedzieć non possumus. Kiedy organizowaliśmy na ten temat publiczną debatę, lokalni politycy Zjednoczonej Prawicy ją zbojkotowali. Michał Wypij także. Wtedy zamiast męstwa zwyciężyła partyjna mądrość etapu.

Nigdy nie miałem złudzeń co do szczerych intencji Jarosława Gowina cywilizowania brzydoty i pospolitości demokracji. Ale z jeszcze większym przekonaniem twierdzę, że czarna dziura demokracji jest zdolna pochłonąć wszystko co szlachetne.

Jarosław Gowin nie trafił na swój czas i miejsce. Ze swoimi poglądami, sposobem bycia, wielkimi ambicjami oraz zdolnościami politycznego gracza odnalazłby się w liberalnych ustrojach XVII i XIX wieku, gdy poniewieranie ludzi wybitnych w demokratycznym konkursie na przedstawicieli społeczeństwa ograniczały cenzusy wyborcze. W teatrze demokracji skazany jest na takie przedstawienia, jak ostatnio w Olsztynie, z 200 mln dla naszego regionu. Kiedyś pokusa wzmocnienia partyjnych szeregów podsunęła mu pomysł wpuszczenia lisa do własnego kurnika, w nadziei, że Adam Bielan porzucił swoją naturę. Teraz, korzystając z gwałtownego ataku konfliktu sumienia u posłanki Lewicy Moniki Pawłowskiej, postawiono na jej transfer do Porozumienia. Wprawdzie powszechnie wiadomo, że lepiej z mądrym zgubić..., ale pokusa, że w polityce jest odwrotnie, nigdy nie ustępuje.

Janek Kaczmarek śpiewał kiedyś, że bilans musi wyjść na zero. Dla partycypujących we władzy i publicznych pieniądzach działaczy Porozumienia to niewątpliwie znacznie więcej. A dla jego wyborców i sympatyków? Oto jest pytanie!

Nie interesuje mnie ilu najbliższych pretorian Gowina uchowa się w parlamencie. Tym bardziej losy patronatu jaki rozciągnęli nad swoimi lokalnymi działaczami.

Bogdan Bachmura

Czytaj więcej: Bilans konserwatysty

Komentarz (26)

Wyobraźnia strusia

Szczegóły
Opublikowano: poniedziałek, 22 luty 2021 23:18
Bogdan Bachmura

Irena Telesz to jedna z najbardziej rozpoznawalnych mieszkanek Olsztyna. Honorowa obywatelka naszego miasta, powszechnie lubiana, przez wiele środowisk uważana za lokalny autorytet. Znana nie tylko ze sceny olsztyńskiego teatru, ale także kojarzona z wieloma społecznymi inicjatywami. Byłą radną Platformy Obywatelskiej, aktywną uczestniczkę protestów KOD-u, politycznie i światopoglądowo trudno wrzucić do szuflady z katolami, konserwą, a tym bardziej skojarzyć z pisiorami. I w tym właśnie kłopot. Bo Irena Telesz to także współzałożycielka Solidarności w naszym regionie. Gdy taka osoba protestuje przeciwko stylizowaniu solidarycą hasła „wy...ć” na plakacie Strajku Kobiet, nazywając to „szarganiem świętości”, wtedy entuzjastom i obrońcom takich pomysłów trudno ten głos zignorować.

Przewidzieć, że to właśnie Mariusz Sieniewicz, dyrektor Miejskiego Ośrodka Kultury, etatowy dekonstruktor i prześmiewca wartości zastanych, odwróci tego kota ogonem i spróbuje „lekko zaoponować”, trudno nie było. Zwłaszcza, że artystce olsztyńskiego teatru samo „wyp...ć” nie przeszkadza. Drwiny Sieniewicza z uszu estetów, mistrzów mowy polskiej i akuszerów jedności społecznej ocenia jako „sensownie trafiony wywód”. Jej protest budzi jedynie pisanie „tego wyrazu” solidarycą.

Nie wiadomo czy pozostałe argumenty Sieniewicza przedstawione na łamach „Gazety Olsztyńskiej” choć w części przekonały Irenę Telesz. Ale warto się nad nimi pochylić. Powody oburzenia Ireny, podzielanego jak sądzę przez przytłaczającą większość dawnych działaczy Solidarności, łatwo zrozumieć. Wystarczy rzut oka i chwila refleksji nad krzyżem upamiętniającym strajk w Olsztyńskich Zakładach Graficznych. Krzyżem pod którym w całej Polsce zgodnie jednoczyli się zarówno wierzący jak i niewierzący, bo nie tylko wiara w Chrystusa i otucha stąd płynąca nimi kierowała, ale także inspiracja dążenia do prawdy oraz idea wolności wyrażającej się społecznym działaniem moralnym.

To oczywiste, że zarówno forma działania Strajku Kobiet, jego cele jak i treść samej idei wolności, dzielą od tamtej Solidarności lata świetlne. I choć łatwo zrozumieć oburzenie z powodu „szargania świętości”, to przypisywanie takich intencji autorom plakatu byłoby nieuzasadnionym uproszczeniem. A więc po co to wszystko? Mariusz Sieniewicz odpowiada Irenie Telesz tak: - Czyżbyś uznawała, że solidarnościowa świętość jest już zdeponowana w nienaruszalnej tradycji? Może właśnie w takiej chwili „solidaryca” staje się bardzo aktualna, bardzo ważna, żywa, wolnościowa i nie składajmy jej do magazynu pomników. (…) W słowie „wyp...ć” dostrzegam i bunt i bezsilność, i gniew i wielkie wołanie o prawa kobiet. Nie do aborcji, do wolności właśnie. (...) No, ale przecież tamtejsza Solidarność to był ruch zwykłych, normalnych ludzi, którzy stawili czoła władzy i dlatego są dzisiaj (ty również!) dla nas tytanami. Dzisiaj zwykłe, normalne kobiety stawiają również czoła władzy. Ten sam genotyp solidarnościowy.

Mariusz Sieniewicz ma rację. „Zwykłe, normalne kobiety”, takie jak Marta Lempart, nie chcą „tytanów” ranić ani wkurzać. Chcą milczącej zgody na franczyzę symbolu pozwalającego skojarzyć Strajk Kobiet z Solidarnością, a PiS z komunistami. To jest ich nowy „solidarnościowy genotyp”. Prawda o Solidarności ich nie obchodzi. Zgodnie z duchem czasu ważne i prawdziwe jest to, co użyteczne, co przynosi korzyść. A Solidarność takie „rynkowe” kryteria dobrze kojarzącego się symbolu ciągle spełnia. Czy te makiaweliczne kombinacje zasługują na szczególne emocje? Raczej na politowanie i współczucie. Cały ten Strajk Kobiet, z panią Lempart na czele, ma wyobraźnię strusia. Myślą, że jak głowy wcisną za solidarnościową grafikę, to ich czerwonych tyłków nikt nie zobaczy. Lewicowe feministki pasożytują na obcym sobie aksjologicznie organizmie Solidarności, wykorzystując pozytywnie kojarzoną symbolikę, bo nic własnego, co przemawiałoby pozytywnie do wyobraźni, po prostu nie mają. Pozostaje błyskawica.

Odwołanie się do takich teoretyków myśli lewicowej jak Karol Marks czy Fryderyk Engels byłoby programowo i aksjologicznie spójne, ale mądrość etapu podpowiada małą przydatność takiej nadbudowy. Teoretyczki myśli feministycznej lat ’60 i ’70, wprost odwołujące się do marksistowskiej teorii walki klas, z kobietami w roli nowego, uciskanego proletariatu, chwilowo utraciły przyciągający, rewolucyjny powab.

Przywódczynie nowego, kobiecego proletariatu, podobnie jak poprzednia, robotnicza awangarda, w Polsce łatwo nie mają. Ale mają swój ideał, wzorzec i poletko doświadczalne. Ich nowy „Związek Radziecki” jest w Ameryce. Tam dekonstrukcja wszystkiego co stałe i pewne, łącznie z pewnikami biologicznymi, przyjmuje się najlepiej. Jej ideologiczną forpocztą stały się uniwersytety, gdzie naukowcy, ślepi na doświadczenia reżimów totalitarnych, znów udzielają „naukowego” wsparcia kolejnej odsłonie powszechnego szaleństwa. Ideał równości, „naukowo” zbezczeszczony komunistyczną teorią walki klas i nazistowską teorią rasy, wraca w nowej, miłej dla ucha odsłonie sprawiedliwości społecznej. Z nową moralnością, zamianą pojęć i publicznym wykluczeniem „wroga klasowego”. Hasło „To jest wojna” z plakatu Strajku Kobiet i stylizowana na Che Guevarę kobieta z bronią, to nie wojna z głupotą PiS-u, ale próba jej wykorzystania do importu kolejnej fali rewolucji.

Na temat nowego ładu i celu do którego to wszystko zmierza, nic konkretnego nie wiemy. Mamy walczyć. Być równi i wolni poprzez batalię o prawa coraz to nowych mniejszości, skrzywdzonych przez męskich białych tyranów. Ze szczególnym uwzględnieniem kobiet, gejów, lesbijek, osób transseksualnych, biseksualnych i wszystkich, którym przyjdzie ochota zmienić płeć i tożsamość w każdą dowolną stronę. Historia zatoczyła koło. Marksistowską obietnicę wyzwolenia robotników i rozdzielenia bogactw zastąpiono wizją odebrania władzy białym mężczyznom i jej sprawiedliwego podziału między właściwe mniejszości. Taktyczne wykorzystywanie narodowej i tradycyjnej symboliki do tumanienia młodych, ideowo zorientowanych ludzi, to także komunistyczne dziedzictwo. Nie bez powodu tak wielu działaczy Solidarności miało przeszłość partyjną. Dopiero Solidarność stała się dla nich odtrutką i lekarstwem. Warto tę lekcję dzisiaj młodym przypominać, zanim wejdą do nowego nurtu tej samej rzeki.

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Wyobraźnia strusia

Komentarz (26)

Więcej artykułów…

  1. W obronie kardynała
  2. Mój Kościół
  3. Nadzieja w szubienicy
  4. Demony oświeconego umysłu

Strona 6 z 55

  • start
  • Poprzedni artykuł
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • Następny artykuł
  • koniec

Komentarze

А то вертайся до себе! Іди геть в Україну!
Na Forum Żydów Polskich o wypo...
8 minut(y) temu
"Tak, forma „Już dawno powinien był…” jest w pełni poprawna pod względem gramatycznym.

Oto kluczowe informacje na temat jej stosowania:

Funkcja...
Czy budowa schronu i parkingu ...
32 minut(y) temu
„Już dawno powinien był…” To po polsku Panie Redaktorze?
Czy budowa schronu i parkingu ...
1 godzinę temu
Polaczki zawsze kłamią i ukrywają prawdziwą historię swojego upadłego ludu robotniczego.
Nienawidzą wszystkich , niezależnie od koloru skóry bo się b...
Na Forum Żydów Polskich o wypo...
2 godzin(y) temu
Rząd ludzi "rozumnych" musi mieć "oko" na ludność, żeby utrzymać ją na elektronicznej smyczy. Ostatecznie chodzi o wyhodowanie ludzi "sformatowanych",...
Dziękuję Prezydentowi RP za za...
7 godzin(y) temu
A pamiętasz? https://www.youtube.com/watch?v=hxw5Vuj-Aec
Dziękuję Prezydentowi RP za za...
20 godzin(y) temu

Ostatnie blogi

  • Apel o optymizm na wypadek wojny Dwadzieścia rosyjskich dronów, które ostatnio wleciały do Polski wzbudziły u wielu moich rodaczek i rodaków głęboki niepokój, a często przerażenie… Zobacz
  • Barbarzyński atak "silnych ludzi" Tuska na praworządność Zbigniew Lis Motto Tuska: Będziemy stosować prawo, tak jak my je rozumiemy, czyli uchwałami Sejmu i rozporządzeniami zmieniać ustawy, wg zasady –… Zobacz
  • Co trzeba zrobić, żeby PiS wygrało kolejne wybory? Zbigniew Lis Wielu Polaków głosujących nie za opozycją, tylko przeciw PiS, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji ich decyzji oraz z powagi… Zobacz
  • Michał Wypij, Paweł Warot – komentarz osobisty Bogdana Bachmury Bogdan Bachmura Dużo łatwiej o krytykę osób, których nie darzymy sympatią, z którymi jesteśmy w sporze lub konflikcie. Ale tym razem jest… Zobacz
  • 1

Najczęściej czytane

  • Barbarzyński atak "silnych ludzi" Tuska na praworządność
  • Wyborcza sporządziła listę osób do zwolnienia z pracy, związanych z PiS
  • Sędzia zniszczył dziennikarza, awansował na prezesa. Czy jeszcze istnieją wolne media lokalne?
  • Nowe zagrożenie dla Gietrzwałdu. Plan ogólny zmienia wieś w strefę przemysłową
  • Radny J.Babalski: "PiS to już nie jest moja partia, ale jestem prawicowcem"
  • Budżet Olsztyna na 2026r., to pogłębianie długu i zaklinanie rzeczywistości
  • W grudniowej "Debacie" radny J. Babalski ujawnia kulisy usunięcia go z PiS
  • W nocy 30.12. na drodze S7 państwo zawiodło, Polacy zdali egzamin
  • Protest pod urzędem marszałkowskim przeciwko konsolidacji szpitali
  • Dlaczego prof. Traba nie podpisał Listu w sprawie książki oskarżającej Polaków o Holocaust
  • Co ukrywa posłanka PSL Urszula Pasławska?
  • Operatora Term Warmińskich licytuje komornik

Wiadomości Olsztyn

  • Olsztyn

Wiadomości region

  • Region

Wiadomości Polska

  • Polska

O debacie

  • O Nas
  • Autorzy
  • Święta Warmia

Archiwum

  • Archiwum miesięcznika
  • Archiwum IPN

Polecamy

  • Klub Jagielloński
  • Teologia Polityczna

Informacje o plikach cookie

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.