logodebata

Wspomóż jedyny portal na Warmii i Mazurach, który nie boi się publikować prawdy o politykach i jest za to ciągany po sądach. Nigdy, przez prawie 18 lat istnienia, nie dostaliśmy 1 grosza dotacji publicznej. Redaktorzy i autorzy są wolontariuszami. Nr konta bankowego Fundacji „Debata”: 26249000050000450013547512. KRS: 0000 337 806. Adres: 11-030 Purda, Patryki 46B

niedziela, styczeń 18, 2026
  • Debata
  • Wiadomości
    • Olsztyn
    • Region
    • Polska
    • Świat
    • Urbi et Orbi
    • Kultura
  • Blogi
    • Łukasz Adamski
    • Bogdan Bachmura
    • Mariusz Korejwo
    • Adam Kowalczyk
    • Ks. Jan Rosłan
    • Adam Jerzy Socha
    • Izabela Stackiewicz
    • Bożena Ulewicz
    • Mariusz Korejwo
    • Zbigniew Lis
    • Marian Zdankowski
    • Marek Lewandowski
  • miesięcznik Debata
  • Baza Autorów
  • Kontakt
  • Jesteś tutaj:  
  • Start
  • Blogi
  • Bogdan Bachmura

Bogdan Bachmura

bachnuraPrzedsiębiorca. Z wykształcenia politolog. W l. 80-tych XX wieku wydawał w podziemiu pisma. Na progu III RP uznał, że jego misja, jako wydawcy, skończyła się. Jednak po kilku latach życia w demokracji coraz dotkliwiej odczuwał deficyt wolności słowa w Olsztynie. Tak narodził się miesięcznik „Debata”, a później portal. Uprawia sport. Można go spotkać biegającego w Lesie Miejskim, albo na korcie tenisowym. Nie przepada za demokracją, czemu daje wyraz w swoich publikacjach.

Strażnik, który abdykował (słowo w obronie kard. Gulbinowicza)

Szczegóły
Opublikowano: sobota, 19 marzec 2022 19:17
Bogdan Bachmura

Do napisania tego tekstu zainspirował mnie pan Jakub Kowalski artykułem „Czarne Owce” (Plus-Minus 41 (1490). I wizyta na grobie kardynała Henryka Gulbinowicza w dzień Wszystkich Świętych, na cmentarzu komunalnym w Olsztynie, na Świętej Warmii, gdzie został anonimowo pochowany w grobie rodzinnym obok matki i ojca.

Jakub Kowalski zajął się sprawą upadłych autorytetów polskiego Kościoła i losem ich zawiedzionych owieczek. Problem ilustrują historie ojca Macieja Zięby, Jeana Vaniera, twórcy wspólnot religijnych Arka oraz Wiara i Życie, prof. Tomasza Węcławskiego, Stanisława Obirka i Tadeusza Bartosia. Przypadki skrajnie różne, o różnym ciężarze gatunkowym, których jedynym wspólnym mianownikiem jest „grono zawiedzionych uczniów”. Nie zamierzam wprost odnosić się do tekstu Jakuba Kowalskiego, zwłaszcza że przytoczone przez niego słowa Chrystusa z Ewangelii św. Mateusza: „Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie”, to nie tylko pociecha, ale jasna wskazówka dla tych, którzy z autorytetów próbują czynić idoli.

Na liście „czarnych owiec” Jakuba Kowalskiego nie znalazł się kard. Henryk Gulbinowicz. Bo choć listę zawiedzionych można tu ciągnąć w nieskończoność, to o wiele ważniejsze wydaje się pytanie, kto zawiódł.

Na pozór odpowiedź wydaje się prosta. W komunikacie nuncjatury czytamy, że watykańskie śledztwo dotyczyło „wysuwanych pod adresem kardynała oskarżeń oraz innych zarzutów dotyczących przeszłości”. Włoski dziennik „L'Osservatore Romano” doprecyzował, że chodziło o czyny homoseksualne i współpracę z SB. Problem w tym, że jedyne znane oskarżenie wobec kard. Gulbinowicza pochodzi od Karola Chuma (prawdziwe nazwisko Przemysław Kowalczyk), zdeklarowanego homoseksualisty, który miał być raz molestowany przez Kardynała w 1990 r. jako 16 letni uczeń legnickiego seminarium, z którego następnie uciekł. Dalsze losy Chuma to ciąg kryminalnych zdarzeń. Wielokrotnie skazywany za oszustwa, wyłudzenia, kradzieże. W 2013 roku skazany za posiadanie materiałów pornograficznych z dziećmi poniżej 15 lat. To wszystko co my, zwykli członkowie Kościoła, uprawnieni do własnego osądu postępowania Kardynała, wiemy na temat homoseksualnego wątku wysuwanych pod jego adresem oskarżeń.

Sprawy trwających od 1969 do 1985 roku spotkań kardynała Gulbinowicza z wysokimi rangą funkcjonariuszami Departamentu IV MSW nie da się przedstawić w tak krótkich słowach. Dość powiedzieć, że pomimo tak długiego czasu SB nigdy nie traktowała rektora seminarium, biskupa, a następnie kardynała, jak tajnego współpracownika i jako taki nie został nigdy zarejestrowany. W tym samym czasie, z powodu swojego zaangażowania w poparcie opozycji, był intensywnie inwigilowany i rozpracowywany. Mówiąc najkrócej, podstawowym celem „gry” jaką prowadził świadomie, choć z inicjatywy SB, kardynał Gulbinowicz, była kwestia budownictwa sakralnego, a więc pozwolenia na budowę kościołów i kaplic. Można przypuszczać, że chodziło także o maskowanie działalności Kardynała związanej z ewangelizacją terenów za wschodnią granicą.

Celem rozmów z Kardynałem, zgodnie z wytycznymi Departamentu IV MSW, miała być „lojalizacja” biskupów i duchowieństwa, tak, by osiągnąć neutralizację polityczną Kościoła oraz „zepchnięcie go z pozycji opozycji wobec socjalizmu”. Wielokrotnie składane podczas rozmów przez Kardynała deklaracje lojalności wobec państwa polskiego mogłyby świadczyć, że zamiar się powiódł. Lecz jak to widzieli sami zainteresowani, można przeczytać w charakterystyce z 1988 r. opracowanej w MSW: „(…) należy do grona przedstawicieli hierarchii, którzy opowiadają się za utrzymaniem sztywnej linii politycznej wobec państwa. W tej mierze przyłącza się do krytycznej opinii o polityce obecnego prymasa. W kontaktach z władzami stara się osiągnąć korzyści dla Kościoła i diecezji. Część jego wystąpień publicznych zawiera negatywne oceny społeczno-polityczne. (…) Aktualnie kierując komisją episkopatu do spraw Duszpasterstwa Ludzi Pracy, dopuszcza w działalności tych duszpasterstw do uzewnętrznienia zaangażowań pozareligijnych, stanowiących kontynuację idei b. Solidarności”.

Oczywiście ryzyko prowadzenia takiej samodzielnej gry z aparatem bezpieczeństwa było ogromne, a rezultaty dla ulegających takiej pokusie często opłakane. Nie wiadomo także, czy o spotkaniach był informowany prymas Stefan Wyszyński. Jednak nic bardziej fałszywie nie może zabrzmieć, jak zastosowany wobec Kardynała ostracyzm i dotkliwe kary ze strony Kościoła, tego samego, który lustrację swoich kapłanów zamiótł pod dywan.

Nie ulega wątpliwości, że należne ze strony katolików zaufanie dla Stolicy Apostolskiej, ich wiara w istnienie mocnych dowodów, adekwatnych do nałożonych kar, zostało wystawione na ciężką próbę. Nic dziwnego, że byli działacze wrocławskiej Solidarności, na czele z tymi, którzy powierzyli kardynałowi 80 milionów, podpisali list w jego obronie. - Kościół musi być wzorem uczciwości osądu i transparentności dla wydawanych wyroków i w tym duchu rodzi się wielka potrzeba tej przejrzystości wobec dokonanego osądu osoby długoletniego pasterza archidiecezji wrocławskiej – mówi ks. Andrzej Dziełak, wieloletni współpracownik ks. Aleksandra Zienkiewicza, legendarnego duszpasterza akademickiego, a także osobisty sekretarz kard. Gulbinowicza.

Pokolenie Solidarności, do którego sam się zaliczam, zostało odarte z wielu, zbyt wielu pewników i pozbawione tak wielu autorytetów, że trudno przejść do porządku nad przypadkiem, który budzi tak wiele wątpliwości.

Oba wątki, współpracy z bezpieką i molestowania, są tak materialnie wątłe, że moim zdaniem nie przypadkowo je zespolono. Miały się wzajemnie wzmacniać, choć służyć różnym celom. Zarzut współpracy z bezpieką sprawia wrażenie zasłony dymnej, która miała zamknąć usta ewentualnym obrońcom dobrego imienia kardynała w Polsce, zwłaszcza z kręgów dawnej opozycji. I w dużej mierze to się udało.

Przepis na katastrofę

Gdy rozmawiamy o autorytetach, a raczej o ich zupełnym zaniku w sferze publicznej, to dotykamy kwestii fundamentalnej dla źródeł naszej cywilizacji i jej dzisiejszego obrazu. Potwierdzeniem tej diagnozy są mocne słowa red. Bogusława Chraboty, który we wstępniaku do tego samego numeru Plusa-Minusa tak puentuje problem: „Taki jest już nasz świat. Popękany i nie do sklejenia. Trzeba nauczyć się w nim żyć. Tylko czy jest po co? Czy w ogóle warto?"

Gorycz jaka płynie z tych ostatnich pytań nie jest odosobniona. Chaos i brak stałych punktów oparcia powoduje, że wiele osób z pokolenia Solidarności mówi dzisiaj o braku zrozumienia i więzi z obecnym światem. Politycznym celem do którego siłą rzeczy zmierzał opór wobec komunistycznej władzy w naturalny sposób była zachodnia demokracja. Ale symbolika Solidarności odwoływała się do fundamentu opartego na nierozłącznej trójcy religii, autorytetu i tradycji. Filarach potęgi starożytnego Rzymu, których uznanie i nadanie im nowej chrześcijańskiej treści pozwoliło Kościołowi na zbudowanie na gruzach upadającego cesarstwa systemu o niezwykłej trwałości.

Ilu z nas zdawało sobie w 1989 r. sprawę, że witając się z liberalną demokracją stajemy w rozkroku, którego nie da się utrzymać? Że w „lepszym świecie” autorytet ma status z góry podejrzany, a każda próba jego zaistnienia będzie tropiona z całą zajadłością? Śmiem twierdzić, że nieliczni, a i dzisiaj grono tych, do których to dotarło, którzy przestali żyć złudzeniami, nie jest przesadnie rozległe.

Według Theodora Mommsena autorytet jest „czymś więcej niż poradą i mniej niż rozkazem; jest to porada, której nie można zignorować bez obaw”. Tak rozumiany autorytet, wobec którego nie można przejść obojętnie, niezbędny jest, zdaniem Mommsena, ludowi, którego „wola i uczynki-tak jak wola i postępki dzieci-są narażone na błędy i omyłki”. Problem w tym, że współczesny, demokratyczny lud, wyzwolił się od potrzeby autorytetu. Sam dla siebie jest kapłanem i profesorem etyki. Proces powolnego przebóstwienia człowieka i kształtowania jego obecnego, demokratycznego oblicza, rozpoczęło zakwestionowanie przez Lutra autorytetu Kościoła i odwołanie się do nieskrępowanego osądu jednostki w sprawach wiary. Dzisiaj wszelki autorytet, z jego poradami i głoszonymi zasadami, to dla niego irytujące, ograniczające wolność obciążenie.

Nadzieja, że w 1989 r. złapaliśmy Pana Boga za nogi skutecznie oddzielała nas od tego, co zostawiliśmy za sobą. Dziś niektóre skojarzenia powracają z zadziwiającą natarczywością. Na przykład gdy jeden z bohaterów często emitowanego filmu „Dom”, którego akcja toczy się za „demokracji ludowej”, mówi: „Miarą naszych czasów jest wysokość cokołu na jaki wdrapał się cham, któremu wydaje się, że jest pomnikiem”. Na progu III RP myśleliśmy, że z tym koniec, że teraz będzie inaczej. No i jest. Bo tamten cham miał świadomość, że stoi na cokole siłą władzy, a nie własnych przymiotów. Ale nie miał łatwo, bo rzeczywistość szybko weryfikowała jego prawdziwe oblicze. Z chamem obecnym jest dokładnie odwrotnie. On nie potrzebuje nobilitacji władzy, bo pomnik wystawił sobie sam i zazdrośnie go w sobie pielęgnuje. Dyskomfortu wychodzenia na agorę praktykować nie musi, bo piewcy demokracji bezpośredniej zapewnili mu komfort wirtualnej anonimowości.

Zatem albo znaleźliśmy receptę na „nowy wspaniały świat”, zdolny funkcjonować na nowych warunkach, bez ciężaru autorytetu, tradycji i religii, bez potrzeby uzasadniania samego siebie, albo to przepis na katastrofę w pięknych okolicznościach konsumpcji i cyfrowej lekkości bytu.

Kto naprawdę zdradził?

Bezradność wobec masowego odrzucenia potrzeby obecności autorytetu czy religijności jest dojmująca, ale wytłumaczalna w kategoriach logiki systemu w jakim żyjemy. Rzymski autorytet Senatu, zastąpiony autorytetem Kościoła, nie znalazł w liberalnej demokracji systemowej ciągłości.

Echem rzymskiego Senatu miały być wybierane w wyborach powszechnych „izby rozsądku”, ale stały się odbiciem woli partii politycznych, abo w ogóle z nich zrezygnowano.

Dla trwałej obecności autorytetów w życiu publicznym niezbędna jest budząca respekt i szacunek społeczna i polityczna hierarchia. Ustroje ludowładcze z natury takiej struktury nie tolerują. Stąd, pomimo formalnego oddzielenia państwa od Kościoła, nieustająca presja na jego demokratyzację.

Ten atak, to potwierdzenie szczególnej wartości Kościoła jako struktury hierarchicznej, przechowującej depozyt religii, autorytetu i tradycji.
Problem w tym, że przenikanie do Kościoła aksjologicznej substancji współczesnego świata wpływa nie tylko na jego odbiór zewnętrzny, ale także na sposób postrzegania samego siebie. I właśnie ta, szczególnie niepokojąca, wewnętrzna ewolucja, dała o sobie znać w sprawie kardynała Henryka Gulbinowicza.

O Kardynale trudno powiedzieć, że to autorytet, który zdradził. Z prostego powodu: o sposobie w jaki miałby tego dokonać nic pewnego nie wiemy. Mamy zaufać, że były podstawy do takiego postępowania, oraz powody do obłożenia jego szczegółów tajemnicą. Pewne natomiast jest tylko to, że jego autorytet został zniszczony z poruszającą konsekwencją. Tak daleko idącą, że dokonano tego w czasie, kiedy już z przyczyn zdrowotnych nie mógł się bronić. co nie tylko z powodów moralnych, ale także prawno-kanonicznych budzi poważne wątpliwości.
I to w tej sprawie najbardziej niepokoi. To czyni ją wyjątkową. Drogowskazy nie muszą podążać za własnym wskazaniem, ale ci, którzy je stawiają, zawodzić nie mogą. Gdy Kościół abdykuje z roli strażnika autorytetu, porzuca rolę jego naturalnego obrońcy i staje się jego prześladowcą, to kruszą się ostatnie fundamenty wiary w sens tego świata.

Kierunek w jakim poszła nasza cywilizacja spowodował zmianę znaczenia, albo wręcz zanik wielu, fundamentalnych niegdyś pojęć. Choćby słowo honor. Kiedyś żywy wzorzec godności własnej i właściwego sposobu postępowania, dzisiaj to pojęciowy relikt, z którym nie wiadomo co zrobić. Od czasu do czasu przywoływany, głównie w sensie historycznym, ale bez praktycznego zastosowania. Podobny proces dotyczy autorytetu. Tęsknoty za nim nie da się do końca wyeliminować, więc zastąpiono ją ad hoc kreowanymi „autorytetami” celebrycko-kulturowego świata masowej rozrywki.

Kościół, dzięki zachowaniu ciągłości Tradycji, to być może ostatni depozytariusz właściwego rozumienia, ale przede wszystkim ciągle żywego istnienia autorytetu w świecie. Dlatego bardzo chciałbym, aby tak pozostało.

Bogdan Bachmura

Tekst ukazał się  w "Plusie Minusie" "Rz"  11 marca.

Czytaj więcej: Strażnik, który abdykował (słowo w obronie kard. Gulbinowicza)

Komentarz (30)

Granice racjonalizmu (Bachmura odpowiada Trabie)

Szczegóły
Opublikowano: piątek, 11 marzec 2022 10:58
Bogdan Bachmura

Nie wiem dlaczego prezydent Piotr Grzymowicz zmienił zdanie na temat „szubienic”. Czy pod wpływem emocji wywołanych wojną na Ukrainie, czy może z powodów czysto koniunkturalnych. Prof. Robert Traba natomiast zdiagnozował, że zadecydowało to pierwsze. Stąd jego apel do prezydenta, aby ochłonął i wrócił do szeregu obrońców pomnika, czyli tam, gdzie niewzruszenie, bez względu na okoliczności, stoi sam Traba.

W swoim liście do prezydenta Olsztyna nazywa taką postawę racjonalną. Do refleksji ma pobudzić prezydenta kolejny raz przytaczany przez prof. Trabę fragment listu prof. Jerzego Jedlickiego, historyka idei, który Jedlicki wysłał do prezesa IPN w 2016 r.

Zastanawia mnie kanoniczne przywiązanie profesora do tych zadziwiających w swojej naiwności poglądów. Czy nie zdaje Pan sobie sprawy - pisze Jedlicki - że gdyby nie ofensywa radziecka, to Niemcy najprawdopodobniej wygraliby wojnę i bylibyśmy do dzisiaj upodloną, niewolniczą prowincją hitlerowskiego Reichu? Czy nie wie Pan, że w tej wojnie Armia Czerwona poniosła największe, wprost niewyobrażalne straty w ludziach, w tym wiele na obszarze Polski? Czy zapomniał Pan, że w składzie tej armii szło i także płaciło daninę krwi Wojsko Polskie?

Pomijając fakt, że publicystyczne gdybanie nie wystawia dobrego świadectwa warsztatowi historyka, to na dodatek koronnym argumentem tych „mesjanistycznych” dywagacji jest wizja 80-letniego panowania Hitlera nad narodami Europy! Telleyrand proroczo ostrzegał Napoleona, że „Bagnetem można wszystko załatwić, ale do jednego się nie nadają – nie można na nich usiąść”. Wiadomo, jak taka próba skończyła się dla niosącego wolność narodom Europy Napoleona. Według szanownych profesorów miałby tego dokonać szaleniec, który kazał mordować nawet witających go z otwartymi rękami Ukraińców. A skoro już dajemy sobie przyzwolenie na puszczenie wodzy wyobraźni, to zajęcie Moskwy przez Hitlera byłoby dla Polski jak najbardziej pożądanym scenariuszem, ponieważ wyeliminowanie z gry Stalina, po nieuchronnej porażce Hitlera, uwolniłoby nas od cienia Jałty i jej fatalnych konsekwencji.

Tyle historia. Dzisiaj to, co wielu przywódców państw Zachodu uważało za aksjomaty w stosunkach z Rosją, na naszych oczach uległo zasadniczemu przewartościowaniu. To, co wydawało się do tej pory racjonalne, zostało zasadniczo zweryfikowane. Z deklaracji i czynów prezydenta Rosji jasno wynika, że na arenę dziejów próbuje wrócić jedna z dwóch, wrogich zachodniej tradycji, gnostycko - totalitarnych prób zbawienia społeczeństwa i człowieka. Zakończone w 1954 r. dzieło Xawerego Dunikowskiego, mające w nazwie wdzięczność, było przede wszystkim pieczęcią i symbolem marksistowskiej odmiany mesjanistycznego gnostycyzmu. Powrót tamtych demonów oznacza przełamanie historyczności „szubienic” i przywrócenie aktualności ich pierwotnej symbolice. Dodatkowego znaczenia nadaje jej Metropolita Moskiewski Cyryl, twierdząc, że „operacja wojskowa” nie ma charakteru fizycznego lecz metafizyczny.

Takim przekonaniem kierowało się Stowarzyszenie Święta Warmia, gdy wystosowaliśmy do prezydenta Piotra Grzymowicza apel o złożenie wniosku dotyczącego relokacji pomnika z przestrzeni publicznej Olsztyna. Wcześniej nasze pomysły były z ideą prof. Traby zbieżne, choć motywowane stanem prawnym pomnika i twardym stanowiskiem prezydenta.

W tamtej, patowej sytuacji, my również chcieliśmy być racjonalni. Dzisiaj nie wiem czemu ten racjonalizm miałby służyć. Bo jeśli „dialogowaniu”, to monument ku czci Armii Radzieckiej stał się ostatnim właściwym do tego miejscem.

Robert Traba sprzeciwia się „ideologicznemu formatowaniu historii w oparciu o dwa totalitaryzmy”. Taka deklaracja impregnuje na wszelkie argumenty dotyczące powrotu demonów, które jeszcze kilkanaście dni temu wydawały się zajęciem dla pasjonatów historii. Nadal więc proponuje „nie tylko ustawienie tablic, ale stworzenie unikalnej przestrzeni otwartego muzeum, które pozwoliłoby opowiedzieć i zrozumieć dramatyczną historię Olsztyna i regionu”.

Tylko, jak zrozumieć dramat II wojny światowej, a teraz charakter rosyjskiej inwazji na Ukrainę, jeśli nie poprzez historyczną rywalizację dwóch totalitarnych idei zbawienia społeczeństwa i człowieka?

Robert Traba postanowił nie zmieniać swojego punktu obserwacyjnego i nadal patrzeć na pomnik Dunikowskiego z perspektywy dialogu nad przeszłością. Nie przyjmować do wiadomości, że dynamika wydarzeń związana ze zmieniającą się na naszych oczach geopolityczną architekturą Europy wciągnęła w orbitę tych wydarzeń olsztyński pomnik. Nie tylko siłą emocji, ale realnością i aktualnością imperialnej ideologi oraz pamięci historycznej do której odwołuje się prezydent Rosji.

Traba takiego związku stara się nie dostrzegać. Jeśli to jest postawa racjonalna, to mamy skrajnie różne wyobrażenie o kryteriach, a przede wszystkim granicach zachowań racjonalnych.

Od kilkudziesięciu lat Olsztyn i cały region żyje w cieniu bliskości Rosji i jej militarnej potęgi. W zbiorowej wyobraźni istnieją obawy szybkiego zajęcia terenu, którego nie byłoby kim i czym bronić. To scenariusz o wiele bliższy rzeczywistości niż wizja nieskończonego panowania Hitlera nad Europą. Właśnie podano wiadomość z Ukrainy, że na wyposażeniu rosyjskich jeńców znaleziono galowe mundury. Nie trudno sobie wyobrazić, gdzie w takim stroju fetowano by powtórne wyzwolenie ziemi warmińsko-mazurskiej. Historia podpowiada w jakim stanie byłaby w tym czasie potylica Wojtka Kozioła, Władka Kałudzińskiego oaz kilku podobnych „faszystów”. Z kolei kilku innych, tych z listy najbardziej oddanych obrońców pomnika, mogłoby spodziewać się zaproszenia do udziału w uroczystościach. Nie wiem, czy ktoś by skorzystał, ale w tych okolicznościach taka postawa mogłaby wydawać się jak najbardziej racjonalną.

Bogdan Bachmura

Na zdjęciu, Bogdan Bachmura odpowiada dziennikarzom, fot. A.Socha

Czytaj także na ten temat:

Z niesmakiem przeczytałem artykuł red. Adama Sochy zatytułowany „Prof. Traba stanął w obronie „szubienic”

Wcześniejsze polemiki

Czytaj więcej: Granice racjonalizmu (Bachmura odpowiada Trabie)

Komentarz (12)

Wujek dobra rada

Szczegóły
Opublikowano: poniedziałek, 31 styczeń 2022 22:03
Bogdan Bachmura

Nie zazdroszczę rządom demokratycznym, w tym polskiemu, sytuacji w jakiej postawiła je epidemia koronawirusa. Krótka historia liberalnej demokracji nie zna takiego wyzwania. Nigdy dotąd rządy demokratyczne, skazane na zmienne wyroki sondażowej chimery, nie zmierzyły się z zadaniem ochrony przed epidemią społeczności indywidualistów z jakimi mamy do czynienia w tym ustroju. Ludzi funkcjonujących poza wspólnotą polityczną i przedkładających interes własny ponad to, co zwykliśmy nazywać dobrem wspólnym.

Głównym narzędziem sprawowania władzy jest dzisiaj zarządzanie zbiorowymi emocjami i strachem. Dzięki ich wzbudzaniu godzimy się na ciągle zaciskany gorset prawa i odgórną regulację wszystkiego. Z tego powodu wiosną 2020 r. daliśmy się sparaliżować i zamknąć w domach przy kilkuset zachorowaniach dziennie. „Bunt mas” przyszedł w najmniej oczekiwanym momencie – gdy pojawiła się tak oczekiwana szczepionka. Wtedy połowa populacji odmówiła jej przyjęcia, ponieważ strach przed szczepionką wziął górę nad obawą o skutki zachorowania. Codzienne raporty o 700-800 ofiarach pandemii przestały robić wrażenie. Stały się abstrakcyjnymi liczbami, niczym ciągłe raporty o ofiarach dalekiej wojny. Ludzie po prostu do nowej sytuacji przywykli. Pomimo wszystko chcą żyć normalnie.

Nic dziwnego, że w tej sytuacji potencjalnym sojusznikiem władzy stał się koronawirus. A raczej nadzieja, że wreszcie odpuści, albo chociaż pofolguje na tyle, aby dało się z nim normalnie żyć.

Mamy więc do czynienia z sytuacją na wskroś paradoksalną. Oto państwo, którego główną powinnością jest ochrona życia i zdrowia obywateli, ze strachu przed ich częścią, abdykuje ze swojej podstawowej roli. Przyjmuje grę pozorów, praktykę miotania się od ściany do ściany, od pozornych obostrzeń do zezwolenia na masowego sylwestra w Zakopanem. I nic dziwnego, że zbiera cięgi ze wszystkich stron.

Ale krytyka władzy to w tej niespotykanej, nie mającej analogii sytuacji, kusząca łatwizna. Dużo trudniej postawić się w jej roli i zaproponować scenariusz biorący pod uwagę wszystkie, wewnętrzne i zewnętrzne skutki własnych rozwiązań.

Maciej Strzembosz na łamach „Rzeczpospolitej” podaje oficjalne dane: 90 proc. rejestrowanych zakażeń to niezaszczepieni. 95 proc. hospitalizacji to niezaszczepieni, 94 proc. zgonów to niezaszczepieni. Przypomina dzienne statystyki zgonów i ogólne 87 tys. śmiertelnych ofiar (gdy piszę ten tekst liczba ta przekroczyła 100 tys.) - Co zatem oznacza brak obowiązkowych szczepień w Polsce? Tchórzostwo władzy, to jasne. Ale także zgodę na masową eutanazję, oraz de facto ludobójstwo. Nieważne czy z głupoty, uprzedzeń, czy jakichkolwiek innych powodów – oskarża Strzembosz.

To mocne, może zbyt mocne słowa, ale autor przypomina, że w czasie obowiązywania tzw. kompromisu aborcyjnego dokonywano nieco ponad 1000 aborcji rocznie, co liczni politycy rządzącej koalicji nazywali ludobójstwem.

Polska ma już za sobą dwa scenariusze walki z pandemią. Daleko posunięty lockdown oraz grę pozorów, czyli model szwedzki w polskim wydaniu. Pierwszy jest obecnie nie do powtórzenia, drugi przyniósł rekordową falę zachorowań i zgonów.

Gra pozorów, miotanie się pomiędzy udawaną wszechmocą, a uleganiem presji bieżących nastrojów dawno wyczerpała swoje możliwości. Najwyższy czas na męską rozmowę.

Co zatem ja zrobiłbym na miejscu Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego? Jeśli oficjalne statystyki zachorowań i umieralności na Covid-19 są prawdziwe, to wyznając zasadę, że najgorszą decyzją w obliczu tragizmu sytuacji jest brak decyzji, zaproponowałbym wprowadzenie obowiązkowych szczepień. Byłaby to oferta adresowana zarówno do wszystkich najważniejszych sił politycznych, jak i ogółu Polaków.

Ale to nie wszystko. Po zakończeniu szczepień, bez względu na ich rezultat, przestają obowiązywać jakiekolwiek, przymusowe obostrzenia. Środki ostrożności ograniczają się od tej pory do zaleceń. Resztę pozostawiamy odpowiedzialności suwerena i mechanizmowi odporności zbiorowej.

Taka propozycja, bez względu na to jak zostanie przyjęta, jasno określa stanowisko rządu. Jest komunikatem i wezwaniem do tablicy wszystkich: albo to zrobimy razem, albo razem bierzemy odpowiedzialność za kolejne ofiary pandemii.

Ma jednak jedną, podstawową ułomność. Wymaga porozumienia. Poprzedzonego spokojną, rzeczową rozmową. Ale takiej diety system żywienia polskiego systemu partyjnego nie przewiduje. Jej nagłe wprowadzenie groziłoby głębokim zatruciem organizmu. Dlatego podpowiadając cokolwiek polskim politykom człowiek czuje się jak „wujek dobra rada”. Ale na to nie ma żadnej dobrej rady.

Bogdan Bachmura

Czytaj więcej: Wujek dobra rada

Komentarz (37)

Synod czyli wspólna droga

Szczegóły
Opublikowano: niedziela, 30 styczeń 2022 19:14
Bogdan Bachmura

Człowiek jest tak skonstruowany, że aby zrozumieć coś, co dzieje się po raz pierwszy, szuka porównań do czegoś, co już zna, albo potrafi sobie wyobrazić. Dlatego zapewne nie tylko ja mam kłopot ze zrozumieniem istoty ogłoszonego przez papieża Franciszka synodu pod hasłem: Ku Kościołowi synodalnemu: komunia, uczestnictwo, misja. Papież pragnie, aby każdy mógł się wypowiedzieć.

Niby wszystko jasne, ale Tradycja, obok Pisma Świętego, to główny filar Kościoła. A tam nie znajdziemy nic, co taki synod choćby trochę przypomina. Pozostaje zatem odwołać się do tego co znamy, czyli do świeckich „konsultacji społecznych”. Tylko że ten trop wątpliwości nie rozwiewa. Wręcz przeciwnie, rodzi kolejne pytania. Bo konsultacje dobrych notowań nie miały i nie mają. Za komuny służyły odbudowywaniu „więzi z masami”, rozmywaniu odpowiedzialności za ewentualne porażki lub żyrowaniu z góry powziętych decyzji. Za miłościwie nam panującej demokracji niewiele się zmieniło. Może tylko to, że w pewnych okolicznościach, na różnych szczeblach władzy, konsultacje są obowiązkowe. Ale nadal są dobre na wszystko do czego władzy potrzebna jest „szeroka baza społeczna”. Tym, co ma odróżnić „konsultacje” synodalne od świeckich, to wyrażone przez papieża oczekiwanie właściwego rozpoznania i przekazania „myśli pochodzących od Boga”.

Kościół (nie) z tego świata

Siła Kościoła katolickiego opierała się zawsze na jego organizacji, precyzji głoszonej doktryny i wysokich standardach moralnych. Te przymioty zadecydowały o odporności na prześladowania, skutecznej rywalizacji z pogaństwem starożytnego Rzymu i zwycięskiej walce z licznymi prądami gnostyckimi pierwszych wieków Kościoła. Kłopoty zaczynały się wtedy, gdy któryś z tych filarów ulegał osłabieniu. Dlatego gdy dzisiaj papież wzywa wszystkich katolików do tablicy, to nie dla dyskusji czy taki Kościół jest światu nadal potrzebny, ale do refleksji, czy z takim Kościołem mamy nadal do czynienia. Przynajmniej ja tak rozumiem intencje papieża.

Katastrofizm i poczucie narastającego chaosu to sceneria nieodmiennie towarzysząca historii człowieka. Ale współczesne poczucie niepewności i zagubienia ma charakter szczególny. Próżnię, jaka powstała po upadku wiary w potęgę bogów i tradycję starożytnego Rzymu wypełnił Bóg-Mesjasz chrześcijan, którzy na elementach rzymskiej tradycji posadowili gmach własnej.

Próżnia współczesnego świata Zachodu jest podwójna. Odrzucając chrześcijaństwo, utracono wiarę w oświeceniowy Postęp i mesjańską misję demokracji oraz praw człowieka. Pytanie, kto tę próżnię wypełni. Kto będzie gotowy, gdy człowiek Zachodu ostatecznie potknie się o własne nogi i spojrzy do góry w poszukiwaniu nowych „barbarzyńców”?

Czy będzie to comeback Kościoła? Obecny w nim depozyt wiary i myśli to oferta dla otaczającego nas świata wciąż aktualna. Może bardziej niż kiedykolwiek. Ale wątpliwe, aby skuteczny przekaz tych wartości mógł pochodzić od takiego Kościoła, jaki dziś znamy. Po prostu, aby świat wrócił do Kościoła, Kościół musi być z powrotem sobą – burzą i przewrotem.

Ks. Józef Górzyński Arcybiskup Metropolita Warmiński w Liście Pasterskim przypomina, że Kościół nie jest jedną z organizacji na miarę tego świata. To prawda. Ale to przeświadczenie nie przesądza o skuteczności jego misji. Głęboka świadomość, że Kościół i jego wyznawcy nie są z tego świata, towarzyszyło chrześcijanom pierwszych wieków i określało ich stosunek do świata zewnętrznego. Do żydowskiej Synagogi, do władzy politycznej oraz pogan. Problem w tym, że to, co wtedy miało walor mobilizujący do działania i poświęcenia, dzisiaj brzmi jak demobilizujące zdanie się na wolę Opatrzności. Bo powtarzając za św. Pawłem: Nie bierzcie więc wzoru z tego świata..., jednocześnie Kościół stał się bardzo, zbyt bardzo z tego świata. To trujące przeniknięcie dekadenckich mechanizmów liberalnej demokracji do wewnątrz Kościoła i coraz dalej idące próby systemowej adaptacji, to moim zdaniem największe zagrożenie dla skuteczności misji Kościoła.

Żeby nie poprzestać na ogólnikach, przywołam bolesny przykład pedofilii. Aby walka z tą patologią miała walor w pełni oczyszczający, powinna wyjść z trzewi Kościoła. Być reakcją zdrowej części organizmu na toczącą go chorobę. Tymczasem walkę z pedofilią w Kościele rozpoczęli jego wrogowie. Bynajmniej nie celem oczyszczającego wzmocnienia, ale otwarcia kolejnego frontu walki. Ktoś powie: jak zwał, tak zwał. Ważne są skutki, zwłaszcza dla ofiar. W tej kwestii pełna zgoda. Ale ani ludzie, ani środowiska, które zmusiły Kościół do zajęcia się pedofilią, nie wyręczą nas i nie będą naciskały na walkę z pokrewnym pedofilii grzechem sodomii. Tym problemem Kościół musi zająć się sam.

Piszę o tym, ponieważ każdą listę uwag i przemyśleń o które zwraca się papież trzeba od czegoś zacząć. Na mojej pierwszą pozycję, na czerwono podkreśloną, zajmuje właśnie sodomia.

Grzech, który Bóg w Starym Testamencie nazywa obrzydliwością, a św. Augustyn najgorszym z grzechów, pomimo surowych kar, był obecny w Kościele od wczesnego średniowiecza. Ale nigdy w sposób tak zorganizowany nie wpływał na życie i oblicze Kościoła. Nigdy ludzie nazywani „lawendową mafią”, nie mieli takiego wpływu na jakość jego duszpasterskiej misji i decyzji dotyczących spraw personalnych.

Jeśli publikacje które na ten temat znamy choć w części są prawdziwe, to jest to obraz porażający.

Dyskusja we współczesnym Kościele toczy się wokół spraw fundamentalnych. Padają oskarżenia o zerwanie ciągłości. O zniekształcenie doktryny i liturgii, o upadek obyczajów. Wśród tych wątpliwości sprawa sodomii to nie tylko kwestia obyczajów. To papierek lakmusowy gotowości Kościoła do podjęcia czekających go wyzwań. Trzeba zrobić z tym porządek, zanim obecna niemoc przybierze postać jawnej tolerancji.

Odwołanie się do formuły synodu wiernych niesie ze sobą szansę, ale i poważne ryzyko. Jeżeli oczekiwana energia duchowa zostanie rzeczywiście wyzwolona, to głębokie zmiany będą konieczne. Inaczej zmarnowana energia zamieni się w głęboką frustrację, a wtedy wiele spraw może wymknąć się spod kontroli. Pozostaje wiara, że papież wie co robi. Nawet jeśli synodalne „konsultacje” to jedynie alibi dla scenariusza, który gotowy leży w papieskiej szufladzie.

Powyższe refleksje to wstęp i początek dyskusji synodalnej na łamach „Debaty”. Zapraszamy do niej zarówno kapłanów jak i świeckich. Planujemy także zorganizowanie kilku spotkań. Powoduje nami świadomość, że bez względu na owoce tego synodu, uczestniczymy w historycznej dla Kościoła chwili. Grzech zaniechania byłby w tej sytuacji podwójnie niewybaczalny.

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Synod czyli wspólna droga

Komentarz (12)

Covid prawdę ci powie

Szczegóły
Opublikowano: czwartek, 23 grudzień 2021 22:19
Bogdan Bachmura

40 lat temu Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego wprowadziła na terenie całej Polski stan wojenny. Tzw. wojna polsko - jaruzelska była odpowiedzią na powstanie Solidarności – największego wyzwania przed jakim stanął reżim komunistyczny w powojennej Polsce.

Rok temu 30 - letnia III RP stanęła przed swoim największym, dotychczasowym wyzwaniem – wojną z wirusem, który podobnie jak „wirus komunizmu”, zainfekował wielkie obszary świata.

Budowanie analogii pomiędzy tymi odległymi w czasie wydarzeniami wydaje się z istoty rzeczy karkołomne. A jednak coś jest na rzeczy, bo te same hasła, obrony wolności i zachowania bezpieczeństwa, stanowią oś sporu w obu tak różnych przecież wojnach.

Wojna polsko-jaruzelska to był konflikt między MY i ONI. Pomimo internowania 10 tys. najaktywniejszych działaczy Solidarności i wozów pancernych na ulicach miast, w wielu zakładach pracy ludzie w obronie wolności stawili czynny opór. W Kopalni Wujek zginęli ludzie, ruszyły pierwsze podziemne drukarnie, a w ślad za tym kolportaż. Walkę podjęła niewielka część z 10 mln członków Solidarności. W sytuacjach ekstremalnych to rzecz normalna, ale wsparcie milionów Polaków czuliśmy na każdym kroku.

Na początku wojna z coronawirusem była konfliktem pomiędzy MY i ON. Społeczeństwo contra Covid19. Początek pamiętamy wszyscy. 300-400 zachorowań dziennie, a w naszym województwie przez długi czas tylko jedna ofiara śmiertelna. Jednak pomimo drakońskich ograniczeń niemal wszystkich dziedzin życia i towarzyszących im licznych absurdów, obrońców wolności nie było widać. Siedzieli potulnie w domach, wyglądając przez okna na wymarłe ulice miast. Nawet spór o majowe wybory prezydenta „wolnościowców” nie poruszył. Mają różne zdanie, ale w granicach tego, co proponują wystraszone partie. O normalne „święto demokracji”, przy urnach, nikt przy poziomie 400 zachorowań nie walczył.

Daję dolary przeciwko orzechom, że gdyby modlitwy o szczepionkę zostały wtedy nagle wysłuchane, poziom zaszczepienia byłby bliski 100 proc. Wszystko się zmieniło, gdy szczepionki rzeczywiście powstały, a poziom zachorowań sięgnął kilkudziesięciu tysięcy dziennie. Wtedy dała o sobie znać nieznana od 30 lat eksplozja indywidualnej wolności, która objęła ok. 50 proc dorosłych Polaków. Na jej drodze stanęła władza ze swoimi podejrzanymi szczepionkami. Konflikt przeszedł do trójkąta MY-WY-ON.

Wtedy zacząłem zadawać znajomym, tym dobrze pamiętającym czasy komuny, pytanie, czy wtedy przymus szczepień był kojarzony jako przejaw zamordyzmu. Nikt takich skojarzeń nie pamiętał, bo po prostu kwestia tego obowiązku nie wchodziła w obszar konfliktu MY-ONI. Była wspólną sprawą ochrony przed widocznymi wszędzie strasznymi skutkami choroby Heinego-Medina, świeżo opanowanej gruźlicy czy ospy.

Nie ulega wątpliwości, że dzisiaj rządy wszystkich państw znacząco dotkniętych pandemią chciałyby wprowadzenia przymusu szczepień. To z ich perspektywy jedyny, realny sposób na jej względne opanowanie i tym samym wypełnienie podstawowego zadania jakie przed nimi postawiono.

Premier Mateusz Morawiecki tłumaczył niedawno zwłokę z zastosowaniem obostrzeń instynktem wolnościowym Polaków. Gdy przeciwko szczepieniom, czynnie dając wyraz swojej postawie, jest ponad 40 proc. rodaków, którzy w dodatku powołują się na wolność wyboru, a zdecydowana większość jest przeciwko daleko idącym obostrzeniom, to takie argumenty świadczą o poczuciu politycznego realizmu. Ale czy naprawdę w tym wszystkim chodzi o wolność?

Gdy rozmawiam z ludźmi, którzy nie chcą się zaszczepić, to jedynym argumentem jaki słyszę jest strach przed przyszłymi skutkami niedostatecznie sprawdzonych szczepionek. Gdy z takiej wolności korzysta wychowawczyni w przedszkolu albo nauczycielka w szkole, wysyłając całe grupy i klasy na kwarantannę, a ich rodziców na przysłowiowe drzewo (mam tu na myśli konkretne, znane mi przypadki z Olsztyna), gdy na dodatek szanowni pedagodzy (podobnie jak pozostali pracownicy) nie mogą być nawet przepytani na okoliczność zaszczepienia, to czy słowo wolność ma tu prawidłowe zastosowanie?

Dla liberałów i liberalizmu wolność to słowo kanoniczne. Ale tak rozumiana, że wolność jednych nie może istnieć kosztem innych. Z kolei w nauczaniu Kościoła wolność staje się wartością dopiero w łączności z odpowiedzialnością. Zwłaszcza, gdy dotyczy troski o dobro wspólne. Dlatego ogłoszenie: nie będę się szczepił, nie jest żadnym manifestem wolności, ale wyrazem troski o własne bezpieczeństwo. Troski uprawnionej, ale w swojej istocie egoistycznej, pozbawionej kontekstu wspólnotowego.

Covid19 pojawił się w czasie kwitnącej od dziesięcioleci w państwach demokratycznych wyprzedaży wolności obywatelskich w zamian za coraz to nowe formy opiekuńczości państwa. Miłościwie nam panujący demokraci pełnymi garściami czerpali z nieustannej możliwości takiego powiększania zakresu swojej władzy. Wystarczyło zagnać suwerena do urn wyborczych po tzw. mandat do rządzenia i rządzić po swojemu, czerpiąc pełną łychą w zamian za rozdawanie nie swoich pieniędzy.

Gdy na arenę dziejów wszedł bez pytania Covid19, okazało się, że demokratyczny kij także ma dwa końce. Metaforyczny do tej pory suweren zaczął być potrzebny walczącej z epidemią władzy nie tylko przy urnie. Nie jako wyobrażony konstrukt, ale realny podmiot zdolny dzielić odpowiedzialność z walce z niewidocznym i ciągle mutującym przeciwnikiem.

Kłopot w tym, że taki zbiorowy byt nie istnieje, a minister Niedzielski swoje apele o odpowiedzialność może równie dobrze adresować na Berdyczów. Istnieje natomiast zbiór luźnych elektronów, które po swojemu kalkulują, kiedy strach przed wirusem lub prawnymi ograniczeniami weźmie u nich górę nad obawami przed szczepionką. A zbiorowo oczekują, że władza sobie z epidemią poradzi. Najlepiej bez obostrzeń, a tym bardziej przymusowych szczepień. Po to przecież zostali wybrani.

Wprowadzenie stanu wojennego było wyzwaniem rzuconym naszym marzeniom i naszym wyobrażeniom o wolności. Oczywiście tej prawdziwej – zachodniej. Gdy zwycięscy, raczyliśmy się jej pierwszymi haustami, papież – Polak przestrzegał przed skutkami jej przedawkowania. Ale z naukami Jana Pawła II jest jak u Stanisława Lema: nikt nie czyta, a jeśli czyta, to nic nie rozumie, a jeśli nawet rozumie, to nic nie pamięta. Nadzieja w „chińskim wirusie”. Może dar od Komunistycznej Partii Chin pozwoli zrozumieć, co z wywalczoną wolnością zrobiliśmy.

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Covid prawdę ci powie

Komentarz (12)

Więcej artykułów…

  1. Sądy (nie)pokoju
  2. Powrócić na Warmię
  3. Zdaniem symetrysty
  4. Dwie etyki (w sprawie przyjmowania imigrantów)

Strona 4 z 55

  • start
  • Poprzedni artykuł
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • Następny artykuł
  • koniec

Komentarze

Ciekawe kto w Sądzie przeoczył tak istotny element i dlaczego i czy odpowie ona za swój czyn?
Apelacja adwokata od „trumny n...
10 godzin(y) temu
Szara oddaj mi co moje
Paranoja w męskiej szatni, czy...
1 dzień temu
Dzień dobry proszę o kontakt, mam pilną sprawę dotyczącą Olsztyna , obecnych władz i struktur, bardzo proszę o pomoc i kontakt
Wojna z sądami czy o sądy?
1 dzień temu
PSL to zdrajcy Polskiej wsi
Prezydent RP powołał Radę Parl...
1 dzień temu
Jest to wielki problem gdyż po porzarze nadal jest nieczynny kosioł je spalający. Odbiorcy płacą za bardzo drodie ciepło z innych kotłów opalanych gaz...
Kolejne pożary w spalarni odpa...
1 dzień temu
Wolne słowo? Chyba bałamutne słowo.
W styczniowej "Debacie": preze...
1 dzień temu

Ostatnie blogi

  • Apel o optymizm na wypadek wojny Dwadzieścia rosyjskich dronów, które ostatnio wleciały do Polski wzbudziły u wielu moich rodaczek i rodaków głęboki niepokój, a często przerażenie… Zobacz
  • Barbarzyński atak "silnych ludzi" Tuska na praworządność Zbigniew Lis Motto Tuska: Będziemy stosować prawo, tak jak my je rozumiemy, czyli uchwałami Sejmu i rozporządzeniami zmieniać ustawy, wg zasady –… Zobacz
  • Co trzeba zrobić, żeby PiS wygrało kolejne wybory? Zbigniew Lis Wielu Polaków głosujących nie za opozycją, tylko przeciw PiS, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji ich decyzji oraz z powagi… Zobacz
  • Michał Wypij, Paweł Warot – komentarz osobisty Bogdana Bachmury Bogdan Bachmura Dużo łatwiej o krytykę osób, których nie darzymy sympatią, z którymi jesteśmy w sporze lub konflikcie. Ale tym razem jest… Zobacz
  • 1

Najczęściej czytane

  • Barbarzyński atak "silnych ludzi" Tuska na praworządność
  • Wyborcza sporządziła listę osób do zwolnienia z pracy, związanych z PiS
  • Radny J.Babalski: "PiS to już nie jest moja partia, ale jestem prawicowcem"
  • W nocy 30.12. na drodze S7 państwo zawiodło, Polacy zdali egzamin
  • Protest pod urzędem marszałkowskim przeciwko konsolidacji szpitali
  • Dlaczego prof. Traba nie podpisał Listu w sprawie książki oskarżającej Polaków o Holocaust
  • Wicewojewoda Szauer z KO ogłosił cud na stacji paliw w Iławie, a Tusk w całej Polsce
  • Co ukrywa posłanka PSL Urszula Pasławska?
  • Operatora Term Warmińskich licytuje komornik
  • Czy Matka Boska walczyłaby o prawo do aborcji? Obejrzałem spektakl w Teatrze Jaracza
  • Słuszna droga rozwoju olsztyńskich tramwajów? Pytania laika
  • Mowa nienawiści w życzeniach wigilijnych premiera Donalda Tuska

Wiadomości Olsztyn

  • Olsztyn

Wiadomości region

  • Region

Wiadomości Polska

  • Polska

O debacie

  • O Nas
  • Autorzy
  • Święta Warmia

Archiwum

  • Archiwum miesięcznika
  • Archiwum IPN

Polecamy

  • Klub Jagielloński
  • Teologia Polityczna

Informacje o plikach cookie

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.