logodebata

Wspomóż jedyny portal na Warmii i Mazurach, który nie boi się publikować prawdy o politykach i jest za to ciągany po sądach. Nigdy, przez prawie 18 lat istnienia, nie dostaliśmy 1 grosza dotacji publicznej. Redaktorzy i autorzy są wolontariuszami. Nr konta bankowego Fundacji „Debata”: 26249000050000450013547512. KRS: 0000 337 806. Adres: 11-030 Purda, Patryki 46B

wtorek, grudzień 16, 2025
  • Debata
  • Wiadomości
    • Olsztyn
    • Region
    • Polska
    • Świat
    • Urbi et Orbi
    • Kultura
  • Blogi
    • Łukasz Adamski
    • Bogdan Bachmura
    • Mariusz Korejwo
    • Adam Kowalczyk
    • Ks. Jan Rosłan
    • Adam Jerzy Socha
    • Izabela Stackiewicz
    • Bożena Ulewicz
    • Mariusz Korejwo
    • Zbigniew Lis
    • Marian Zdankowski
    • Marek Lewandowski
  • miesięcznik Debata
  • Baza Autorów
  • Kontakt
  • Jesteś tutaj:  
  • Start
  • Blogi
  • Bogdan Bachmura

Bogdan Bachmura

bachnuraPrzedsiębiorca. Z wykształcenia politolog. W l. 80-tych XX wieku wydawał w podziemiu pisma. Na progu III RP uznał, że jego misja, jako wydawcy, skończyła się. Jednak po kilku latach życia w demokracji coraz dotkliwiej odczuwał deficyt wolności słowa w Olsztynie. Tak narodził się miesięcznik „Debata”, a później portal. Uprawia sport. Można go spotkać biegającego w Lesie Miejskim, albo na korcie tenisowym. Nie przepada za demokracją, czemu daje wyraz w swoich publikacjach.

Polski bałagan i ruski bardak

Szczegóły
Opublikowano: wtorek, 10 maj 2022 23:11
Bogdan Bachmura

Określenie „kacap” towarzyszyło pokoleniom Polaków od dzieciństwa. W tym jednym słowie- pigułce skondensowaliśmy cały negatywny ładunek emocji w stosunku do Rosjan. Wszystkie historyczne traumy, mieszaninę strachu i pogardy oraz poczucie kulturowej wyższości. Tkwiący w nas obraz kacapa-prymitywa umacnialiśmy niezliczonymi opowieściami ojców i dziadów, zwłaszcza z czasów wojny, ośmieszającymi anegdotami i kawałami.

Jeżeli ten archetyp kacapa w ciągu ostatnich dekad nieco przygasł, to teraz, za sprawą wojny na Ukrainie przeżywa prawdziwy renesans. Rosnące poparcie Rosjan dla agresji na Ukrainę, w tym dużej części elity intelektualnej, a przede wszystkim ich zbiorowa podatność na skrajnie prymitywną i mało wyszukaną propagandę zaskakuje i zdumiewa.

Ilość analiz o podłożu cywilizacyjnym, historycznym czy kulturowym pozwala wniknąć w głąb rosyjskiej duszy, zrozumieć rosyjskie DNA. Pojąć źródło ich mocarstwowych tęsknot, stosunek do władzy, a co za tym idzie, bezkrytyczną wiarę w przesłanie oficjalnej propagandy. Im więcej zaś wiemy, tym bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że kacap, to jednak kacap. Nie to co my, kacapa przeciwieństwo. Naród organicznie przywiązany do wolności, której DNA wysysamy z mlekiem matki, którego naturalnym stanem jest utrwalona wiekami niewoli podejrzliwość wobec wszelkiej władzy, a co za tym idzie, jej propagandy. Taki naród zatruć umysłów byle czym sobie nie pozwoli.

Kłopot w tym, że raporty Antoniego Macierewicza nie powstają w Rosji i nie dotyczą zamachu dokonanego na rosyjski samolot w Polsce. Macierewicz i jego permanentnie działająca podkomisja, to nie klon putinowskiej propagandy, lecz produkt jak najbardziej nasz, rodzimy. To nie Rosjanie, ale miliony Polaków, spoglądających z wyższością na łatwowiernych kacapów, łykają jak pelikany zamachową papkę. Czego w niej nie było? Sztuczna mgła, bomba termobaryczna, trotyl, strzały z pistoletu, a ostatnio dwa ładunki wybuchowe: w skrzydle i centropłacie. Okazji, by niebezpiecznie stygnącą potrawę odgrzać na wojennym ogniu walczącej Ukrainy także nie przepuszczono. Wszelkie wątpliwości co do zleceniodawcy zamachu, jeżeli jeszcze istniały, także zostały ostatecznie rozwiane. A to za sprawą wojennych okrucieństw Putina, bo „jest zdolny do wszystkiego”.

„Kucharze”, którzy takie dania do narodowego wierzenia przygotowują, czy to rosyjscy, czy polscy, muszą trafić w poczucie narodowego „smaku”. O specyfice rosyjskiego podniebienia już wspomniałem. Polskie wykształciło się na historycznie uzasadnianym poczuciu krzywdy, głównie ze strony Rosjan i Niemców oraz wynikającej stąd naszej skłonności do uderzania się w cudze piersi. To dlatego miliony Polaków, uważających się za lepszych i czujniejszych od podatnych na prostacką propagandę Rosjan, dało się wkręcić w ten obłędny taniec wokół smoleńskiej brzozy.

– Spotkanie polskiego bałaganu z rosyjskim bardakiem – krócej i trafniej niż to zrobił Rafał Ziemkiewicz nie można było ująć istoty i przyczyny tragedii smoleńskiej. Ale do zamachowej narracji pasuje tylko jedna, rosyjska część tej analizy. Polski bałagan, zwłaszcza jeśli pytania dotyczą kapitana Arkadiusza Protasiuka, budzą nerwowe reakcje. Do tego stopnia, że padają zarzuty o niestosowności atakowania człowieka, który nie może się bronić. Nic dziwnego. Nic tak nie podważa sensu zamachowej narracji jak bezduszne pytania o zachowanie podstawowych procedur.

Protasiuk to najbardziej tragiczna postać smoleńskiej katastrofy. To on, jako drugi pilot, był świadkiem nacisków wywieranych przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego na kapitana Grzegorza Pietruczuka, który ze względów bezpieczeństwa odmówił w 2008 r lotu do Tbilisi. Nigdy się nie dowiemy, czy twarda postawa tego człowieka nie uratowała wtedy życia prezydentowi Kaczyńskiemu.

Los chciał, że to właśnie kapitan Protasiuk, jako drugi pilot, był świadkiem tego niefortunnego zdarzenia, a później dowodził samolotem lecącym do Smoleńska. Jego śmierć zabrała najważniejsze tajemnice tego feralnego lotu. Gwałtowny bieg wypadków w ostatniej fazie lotu mógł zachwiać równowagą i pozbawić zimnej krwi każdego. Błędy jakie popełnili rosyjscy kontrolerzy lotu są ewidentne, choć sprzęt którym dysponowali uniemożliwiał im precyzyjne naprowadzanie samolotu przy złych warunkach pogodowych.

W 2011 r. Kornel Morawiecki postawił tezę, że rosyjscy kontrolerzy, tak jak polscy piloci chcieli, żeby się udało, żeby odlot na zapasowe lotnisko nie zakłócił zaplanowanej uroczystości. Moim zdaniem to sedno problemu z jakim mierzymy się od tylu lat. Z tego połączonego chciejstwa, bałaganu na wieży kontrolnej i kiepskiego sprzętu jakim dysponowali kontrolerzy lotu wziął się ciąg zdarzeń do jakiego dojść nie powinno. Problem w tym, że to kapitan Protasiuk ostatecznie decydował czy samolot z polską parą prezydencką i wieloma znamienitymi osobami na pokładzie znajdzie się w pobliżu lotniska. A danych, żeby zachować daleko idącą ostrożność było dostatecznie wiele. Polscy piloci mieli pełną wiedzę na temat fatalnego stanu wyposażenia lotniska. Pogoda nad lotniskiem była zmienna, ale ostrzeżenia przed złą widocznością otrzymywali kilkakrotnie. Miarą parcia na lądowanie jest dialog kapitana Protasiuka z polskim pilotem jaka-40, któremu godzinę wcześniej udało się cudem wylądować, zapewne dzięki dużo niższej prędkości nalotu tej maszyny. Rozmowa miała miejsce na 17 minut przed katastrofą TU154.

– Wiesz co, ogólnie rzecz biorąc, to piz... tutaj jest. Widać jakieś 400 metrów i na nasz gust podstawy są poniżej 50 metrów grubo – mówi członek załogi Jaka. Protasiuk odpowiada, że mimo to spróbuje podejścia i ewentualnie odejdzie na drugi krąg. Jak brzmi odpowiedź pilota jaka? „No, nam się udało w ostatniej chwili wylądować. No, natomiast powiem szczerze, że możecie spróbować, jak najbardziej”.

Czy w takiej sytuacji rosyjscy zamachowcy byli jeszcze do czegoś potrzebni?

Teoria zamachu, jeśli potraktować ją serio, rodzi niewygodne pytania. Na przykład, czy organizatorzy zamachu mogli się spodziewać, że polski pilot, nie będąc ich człowiekiem, aż tak bardzo dopasuje się do scenariusza spiskowców? Pytanie drugie, równie absurdalne, ale nie przy teorii zamachu, dotyczy ładunków wybuchowych w samolocie. Miały być założone podczas przeglądu samolotu u przyjaciół Rosjan. Latały z prezydentem przez kilka miesięcy, nie wiemy tylko, dlaczego nie wykryły ich służby pirotechniczne. Jak to się stało, że tak pryncypialny w swoich zamachowych dociekaniach Macierewicz nie badał wątku ewentualnej współpracy polskich służb odpowiedzialnych za kontrolę samolotu z rosyjskimi zamachowcami? Jak to wytłumaczyć? A może ci, którzy podają teorię zamachu do powszechnego wierzenia, sami są ludźmi małej wiary? Może to tylko nagonka, której zlecono niekończącą się pogoń za króliczkiem? Z korzyścią dla partii i – jeszcze większą –Władimira Putina. To ostatnie jest najbardziej upokarzające. Zwłaszcza dzisiaj. Największym beneficjentem partyjnych harców jest bowiem przywódca Kremla. Bez nakładu sił i środków, przetrzymując jedynie wrak samolotu, wywołał rękami polskich „patriotów” wewnątrz narodowe tsunami, którego skutki dźwigać będą pokolenia. Polski bałagan i ruski bardak. Tyle wystarczy, aby zrozumieć przyczyny tej tragedii. Po to, by stało się to, co najważniejsze: żeby wreszcie zapanowała cisza nad tą trumną, a my przestali wychodzić na ruskich kacapów.

Optymistyczne jest to, że samolotem prezydenta Andrzeja Dudy znów dowodzi pilot dla którego procedury mają pierwszeństwo przed klimatem politycznych celów. Spotkanie z prezydentem USA było najważniejszym wydarzeniem dla urzędującego prezydenta Polski. Sztubacka gestykulacja jaką było widać przy powitaniu z prezydentem Bidenem robiła fatalne wrażenie. Andrzej Duda nie musiał tej żaby łykać, gdyby organizatorzy tak ważnych lotów prezydenta brali pod uwagę konieczność ewentualnego użycia samolotu zapasowego. Najważniejsze, że samolot zawrócił, choć mógł próbować, bo „polscy piloci to nawet na wrotach stodoły potrafią lądować”. Może smoleńska danina, stanowczo zbyt wielka, jednak nie poszła na marne.

Bogdan Bachmura
Prezes Stowarzyszenia „Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog, publicysta

Czytaj więcej: Polski bałagan i ruski bardak

Komentarz (23)

Tak się nie robi!

Szczegóły
Opublikowano: piątek, 06 maj 2022 22:51
Bogdan Bachmura

Kiedy wybieramy się w drogę, nie wiemy kogo i jakie przeszkody na niej napotkamy. Podobnie było gdy papież Franciszek zaproponował świeckim Kościoła drogę synodalną, ku jego odnowie. Wtedy nikt nie mógł się spodziewać, że na tej drodze, naszej i papieża, stanie wojna na Ukrainie. Lekcja na żywo, którą trzeba natychmiast odrobić i zdać z niej egzamin.
Zdawałoby się, że ze wszystkich państw europejskich Watykan dostał zadanie najłatwiejsze. Z jednej strony nie obciążony zmiennymi nastrojami wyborców, uzależnieniem energetycznym i takimi kosztami ubocznymi wojny jak drożyzna czy inflacja. Za to z silnym depozytem ponadczasowej Prawdy i siłą moralnego autorytetu.

Tymczasem stało się zupełnie odwrotnie. Znakomita większość państw zachodnich, nie tylko europejskich, z większym lub mniejszym entuzjazmem, ale zachowała się jak należy. Tymczasem papież Franciszek wystawił nas na próbę, której mało kto się spodziewał.

Na pytanie, dlaczego papież nie potrafi nazwać agresora, za to wyraża troskę o rosyjskich żołnierzy, ostro krytykując państwa NATO za to, że zdecydowały się na zwiększenie wydatków na obronność, pracownicy watykańskiego biura prasowego odpowiadają, że taka jest tradycja Kościoła oraz jego linia dyplomatyczna.

Przekładając to na język konkretów, za poprawnością polityczną papieża i sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej kard. Pietro Parolina stoi chęć kontynuowania dialogu ekumenicznego z metropolitą Moskwy Cyrylem i udziału w przyszłych, pokojowych negocjacjach. Sam papież na ten temat milczy.

Na ołtarzu tych celów papież złożył dużo więcej. Wspomniany sekretarz stanu potępił kraje, które przekazują broń Ukrainie. Nie odbierając Ukrainie – zgodnego z nauczaniem Kościoła – prawa do „obrony uprawnionej”, stwierdził: To jest straszne, bo może spowodować eskalację, nad którą nie będzie się dało zapanować. Ale zasada obrony uprawnionej pozostaje. Nieco później kardynał Parolina oznajmia, że choć Ukraina ma prawo się bronić, to „odpowiedź zbrojna w stopniu proporcjonalnym do agresji, jak uczy Katechizm Kościoła Katolickiego, może doprowadzić do rozszerzenia się konfliktu , który może mieć katastrofalne i śmiertelne konsekwencje”.

Mylenie agresora z ofiarą, przypisywanie odpowiedzialności za eskalację konfliktu ofierze napaści, jeży włos na głowie. Tym bardziej, że przeczy nauczaniu samego Franciszka, który w encyklice Fratelli tutti stwierdza jednoznacznie, że kochać prześladowcę właściwie, to starać się na różne sposoby, by zaniechał ciemiężenia; to odebrać mu tę władzę, której nie potrafi używać i która go oszpeca jako człowieka.

Nie trudno zauważyć, że szef watykańskiej dyplomacji powtarza argumenty rosyjskiej propagandy. Gorsze jest to, że cel mediacyjny jaki papież chce w ten sposób osiągnąć wydaje się kompletną mrzonką. Nie inaczej rzecz wygląda z ciągnącym się od 60 lat procesem ekumenicznym obu Kościołów. Zabiegi i nadzieja na spotkanie z Cyrylem wyglądają dziś jak akt religijnego poddaństwa i afirmacji duchowego zła. Wygląda to także bardzo źle w kontekście stosunków z Prawosławną Cerkwią Ukrainy i jednością Kościoła z Ukraińską Cerkwią Greckokatolicką. W Liście otwartym rektorów i senatu Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie, jego sygnatariusze zwracają uwagę, że Ideologia poprawności politycznej może utożsamiać cierpienie ukraińskiego i rosyjskiego wojska, ale to nie jest emocja ewangeliczna, która zawsze stoi po stronie skrzywdzonych.

Aż ciśnie się do głowy sprawa chińskich katolików, których papież Franciszek poświęcił na ołtarzu porozumienia z chińskimi komunistami w 2018 r. Uznanie Patriotycznego Stowarzyszenia Katolików Chińskich i wezwanie do wstępowania w ich szeregi zostało uznane za „sprzedaż” wiernych Watykanowi przez setki lat chińskich katolików i doprowadziło do nasilenia aresztowań i masowego burzenia kościołów.

Warto zauważyć, że szafowanie męczeństwem chińskich katolików, a teraz Ukraińców, przychodzi papieżowi Franciszkowi stosunkowo łatwo. Z drugiej strony odwlekanie pielgrzymki na Ukrainę tłumaczone jest względami bezpieczeństwa papieża. Jak to określił biskup pomocniczy diecezji charkowsko-zaporoskiej Jan Sobiło, papież przyjedzie na Ukrainę jeśli Pan Bóg da sygnał Franciszkowi do pielgrzymki. Rozumiem język dyplomacji biskupa Sobiły, ale do tego grzechu zaniechania, w Kościele ufundowanym na męczeńskiej śmierci Chrystusa i apostołów, Pana Boga bym nie mieszał.

Ta pielgrzymka powinna mieć miejsce przed wszystkimi „pielgrzymkami” polityków na Ukrainę. Z jasnym przesłaniem i świadectwem chrześcijańskiej Prawdy, z którą tak trudno dzisiaj dotrzeć do współczesnego człowieka. Prawdy, która właśnie dzięki przykładowi i ofierze pierwszych chrześcijan doprowadziła do nawrócenia starożytnych Rzymian.

Jedna z nadziei związanych z ofiarą mieszkańców Ukrainy mogła dotyczyć odnowy Kościoła. Jest dla mnie oczywiste, że Franciszek tego znaku nie zrozumiał, nie potrafił go odczytać. Wyostrzając i konkretyzując kolejne wypowiedzi można próbować zatrzeć dotychczasowe wrażenie. Ale szansa na przewodnictwo duchowe i moralne nad Europą zjednoczoną wokół ukraińskiej wojny została zaprzepaszczona. Szkody jakie wyrządził Kościołowi swoją postawą papież Franciszek są trudne do oszacowania, ale będą trwały przez dziesięciolecia. Warto tutaj przypomnieć, ile trwało zdejmowanie z Piusa XII łatki poplecznika nazistów, choć dramatyzm tamtej sytuacji do warunków w jakich podejmuje decyzje Franciszek są nieporównywalne.

Nie jest łatwo katolikowi powiedzieć następcy św. Piotra: tak się nie robi! Robię to z wielkim bólem, ale w przeświadczeniu, że nie tylko w swoim imieniu.

Na szczęście jest także komu dziękować. Mam na myśli postawę Rady Stałej Komisji Episkopatu Polski, która pisała o „barbarzyńskiej decyzji prezydenta Rosji, jak i samej KEP, za jednoznaczne potępienie agresji na Ukrainę. I szczególnie za list arcybiskupa Stanisława Gądeckiego do Metropolity Cyryla, co nie było łatwe, bo sprawy międzynarodowe należą do Stolicy Apostolskiej.

Można oczywiście twierdzić, że ta wojna z trwającym synodem nie ma wiele wspólnego. Że toczy się obok i bez bezpośredniego z nią związku. Ale to nieprawda. Sprawdzian przed którym stanął papież i hierarchowie Kościoła pokazał jedynie obszary, którymi w normalnych okolicznościach byśmy się nie zajęli. W skomplikowanych i długich dziejach Kościoła nie znajdziemy jednego wzorca stosunku do świata polityki. Zmienność czasów wymagała stosowania odmiennej taktyki. Nie wolnych od surowych ocen czy nawet zasługujących na potępienie. Działo się tak zawsze, gdy Kościół odcinał się od własnego fundamentu Prawdy i opartej na niej sile moralnego nauczania. Droga synodalna miała być po to, aby te drogowskazy na nowo postawić.

Bogdan Bachmura

Od redakcji: tekst został oddany do druku 19 kwietnia, ukazał się 22 kwietnia w miesięczniku "Debata"

Czytaj więcej: Tak się nie robi!

Komentarz (17)

Pukanie od spodu (Bachmura o krętactwach prezydenta Grzymowicza)

Szczegóły
Opublikowano: sobota, 23 kwiecień 2022 09:32
Bogdan Bachmura

Wszystko się zaczęło od takiego oto oświadczenia prezydenta Piotra Grzymowicza na konferencji prasowej 2 marca 2022 r.:

Agresja na Ukrainę w sposób brutalny odsłoniła imperialne zamiary Rosji. Zachowania agresora, w tym ataki na ludność cywilną, są nie do przyjęcia przez cywilizowany świat, do którego należymy. Ponieważ dzisiejsza, zbrodnicza putinowska Rosja odwołuje się do tradycji Armii Czerwonej, której brutalności mieszkańcy Warmii i Mazur doświadczyli w roku 1945, podjąłem decyzję o wystąpieniu do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z wnioskiem o zdjęcie ochrony konserwatorskiej z Pomnika Wyzwolenia Ziemi Warmińsko-Mazurskiej, objętego taką decyzją z dnia 19 maja 1993 roku, zbudowanego pierwotnie, w latach 1949-1954 jako Pomnik Wdzięczności Armii Czerwonej.
Zdjęcie ochrony konserwatorskiej pomnika pozwoli na jego rozbiórkę. Dalsze losy monumentu autorstwa Xawerego Dunikowskiego zostaną wypracowane w drodze konsultacji z mieszkańcami Olsztyna.

Średnio rozgarnięty odbiorca tego oświadczenia zauważy w nim dwa podstawowe komunikaty. Pierwszy, to zdecydowana wola rozbiórki pomnika. Drugi, to zapowiedź konsultacji w sprawie jego „dalszego losu” po dokonaniu rozbiórki. Wybór ścieżki prawnej prowadzącej do celu podstawowego wydaje się tutaj jedynie funkcją skuteczności.

Dla każdego, ale nie dla samego autora tego oświadczenia, który od jego wygłoszenia wykonuje nieustające salto mortale. Celem podstawowym staje się wykreślenie pomnika z rejestru zabytków. Powtarzanym bez końca: w piśmie do ministra Piotra Glińskiego, wniosku do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków czy wywiadzie dla Rzeczpospolitej. Prezydent nie mówi dlaczego tak postępuje, choć wie, że to droga donikąd.

Pismo, które wystosował do ministra Glińskiego nazajutrz po konferencji prasowej to prawdziwe kuriozum. Według prezydenta wartość zabytkowa pomnika budzi uzasadnione wątpliwości. Zarówno w kontekście tzw. ustawy dekomunizacyjnej, jak i ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. Problem w tym, że obiekty objęte ochroną konserwatorską nie podlegają ustawie dekomunizacyjnej.

Jeszcze zabawniej to wygląda gdy Grzymowicz szuka ratunku w ustawie o ochronie zabytków. Paragraf na który się powołuje pozwala na wykreślenie obiektu z rejestru z powodu „zniszczenia w stopniu powodującym utratę jego wartości historycznej artystycznej lub naukowej, albo którego wartość nie została potwierdzona w nowych badaniach naukowych”. Innymi słowy, prezydent czeka (co podkreślił w wywiadzie dla Rzeczpospolitej), na ocenę aktualnego stanu pomnika i nowe ustalenia naukowe na temat jego wartości.

Zyskać na czasie. To jedyny, doraźny cel tej błazenady. Ale, niestety, nie jej koniec. Były jeszcze „konsultacje”, ale ich cudowne dziecko nie doczekało narodzin, ponieważ Wojewódzki Konserwator Zabytków, podobnie jak minister Gliński, w maliny wpuścić się nie dał i zgody na konserwację pomnika symbolami Ukrainy nie wydał.

Co ucieczki prezydenta przed złożeniem wniosku o relokację pomnika nie kończy, bo zapłacił z miejskiej bida-kasy za przeprowadzenie ankiety, w której znalazło się wymyślone przez ratuszowych geniuszy pytanie o „uczytelnienie” pomnika. „Uczytelnić” pomnik przez odczytelnienie ankiety. Wilson Churchill mawiał w takich okolicznościach, że wierzy tylko tej statystyce, którą sam sfałszował. A to dopiero początek, bo przed nami przecież jeszcze zapowiadane konsultacje. No i ewentualnie zmiana nazwy pomnika. Już druga. Ta obecna, oficjalnie używana i nie wiadomo skąd wzięta, mówi o „wyzwoleniu”. Pierwotna gloryfikowała „wdzięczność”, a teraz – jak sugeruje prezydent – ma być „o wojnie i krzywdzie”. A później się zobaczy...

Problem w tym, że w piśmie do ministra Glińskiego prezydent zaprzecza sensowi zarówno ankiety jak i konsultacji, bo i tak wie, że „pomnik w wymiarze ideowym i moralnym jest bardzo negatywnie oceniany przez mieszkańców Olsztyna oraz Warmii i Mazur”.

To wszystko, nazywając rzeczy po imieniu, można nazwać mało wyrafinowanym, do bólu czytelnym krętactwem. Ale jest coś jeszcze w poczynaniach prezydenta Grzymowicza, coś być może bardziej niepokojącego. Mam na myśli historię z banerami zawieszonymi przez Wojtka Kozioła. Za sprawą tego samego prezydenta, w roku 2018 r. Wojtek stanął przed sądem z oskarżenia o zawieszenie banera bez posiadanej zgody. Sąd Okręgowy w Olsztynie go uniewinnił. 2 marca podczas konferencji prasowej prezydent zadeklarował, że tym razem, w obliczu nowych okoliczności, takich kroków podejmował nie będzie. Złożył jednocześnie obietnicę, że banery nie zostaną zdjęte.

Jednak maniera dość swobodnego traktowania własnych deklaracji dała znać o sobie i tutaj. Po zawieszeniu na prawym pylonie banera z sierpem i młotem, „zetką” i swastyką, pod osłoną ciemności nie tylko on został zdjęty, ale również ten z krasnoarmiejcem i Ukrainką. Dwóch zawiadomień, które zostały następnie złożone do prokuratury przeciwko Wojtkowi nie potrafię inaczej nazwać jak aktem represji. Wolę to, niż dać wiarę, że prezydent nie dostrzegł różnicy pomiędzy użyciem symboli totalitarnych, a kontekstem w jakim zostały zastosowane, bo wtedy musiałbym go nazwać durniem.

W tym przypadku prokuratura, z uwagi na brak znamion czynu zabronionego, odmówiła wszczęcia śledztwa. W drugim może być inaczej, bo narzędziem represji jest, jak cztery lata temu, zawiadomienie o braku zezwolenia na powieszenie instalacji na pomniku. Jako narzędzia w obu sprawach prezydent użył Zarządu Dróg, Zieleni i Transportu. Zatem szef tej instytucji będzie musiał wyjaśnić, skąd to sprzeczne z wolą prezydenta działanie. Ale to nie wszystko. Może także się dowiemy dlaczego, pomimo braku zezwolenia, ciągle wisi baner Solidarni z Ukrainą. Tylko kto wyjaśni, dlaczego prezydent znów się w to pakuje?

Dzisiaj na Pomniku Wdzięczności Armii Czerwonej jest pełno graffiti z treściami, których łatwo się domyśleć. Ale to za mało, aby na podstawie ustawy o ochronie zabytków wykreślić go z rejestru. Może dlatego, choć to ich obowiązek, ZDZiT nic z tym nie robi? Może czeka na więcej? Jeżeli prezydent Grzymowicz chce, żeby jego niezłomną walkę o wykreślenie pomnika z rejestru zabytków traktować serio, to jedynym sposobem jest potraktowanie go jak muru berlińskiego. Łatwo nie będzie, ale skoro prezydent uważa, że nie można inaczej, że trudniej jest złożyć wniosek o relokację, to może należy prezydentowi pomóc?

Nie tylko ja zadaję sobie pytanie, dlaczego sprawy z pomnikiem zaszły tak daleko. Ile prezydent wojewódzkiego miasta, trzy dekady od odzyskania niepodległości, na dodatek w obliczu toczącej się wojny na Ukrainie, może poświęcić dla ratowania post sowieckiego pomnika, którego przekaz ideowy – jak sam podkreśla w liście do ministra Glińskiego – nabiera innego znaczenia, gloryfikującego Armię Czerwoną, której spadkobiercą poczuwa się obecna, agresywna armia Federacji Rosyjskiej.

W imię czego wkręcił się w spiralę czytelnych aż do bólu kłamstw, krętactw i wybiegów?

Nie można wykluczyć, że to wszystko z powodu skrajnej niechęci do PiS-u, którą od pewnego czasu okazuje przy każdej okazji. Może uznał, że minister z tej partii nie będzie mu dyktował co ma robić? Że rozegra to na własnych warunkach? Nie można tego wykluczyć, ale jeśli tak jest w istocie, to sięgnęliśmy poziomu, że już tylko słychać pukanie od spodu.

Bogdan Bachmura

Czytaj więcej: Pukanie od spodu (Bachmura o krętactwach prezydenta Grzymowicza)

Komentarz (27)

Pomnik „wyzwolenia” Ukrainy

Szczegóły
Opublikowano: czwartek, 31 marzec 2022 08:56
Bogdan Bachmura

10 marca 2022 r. Piętnasty dzień wojny na Ukrainie. W olsztyńskim ratuszu trwa nadzwyczajna sesja Rady Miasta. Radni rządzącej koalicji (klub radnych Czesława Małkowskiego wstrzymał się od głosu) z nienawiści do Pomnika Wdzięczności Armii Radzieckiej odrzucają projekt jego relokacji. Kilka dni wcześniej Stowarzyszenie „Święta Warmia” i Pro Patria apelują do prezydenta Piotra Grzymowicza o złożenie wniosku do ministra Piotra Glińskiego o wykreślenie pomnika z rejestru zabytków (po autokorekcie jest to apel o wniosek do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków o jego relokację). Wojtek Kozioł powtórnie wiesza na „szubienicach” instalację z krasnoarmiejcem, a na jednym z pylonów baner z napisem „Solidarni z Ukrainą”. W tym samym czasie prezydent Grzymowicz zwołuje konferencję prasową na której zapowiada natychmiastowe złożenie stosownego wniosku. Zapewnia, że tym razem nikt ze strony Ratusza instalacji nie będzie zdejmował, ani podejmował kroków prawnych wobec jej autora. Oznacza to, że trwający od lat przy swoim główny hamulcowy przeniesienia pomnika zmienił zdanie.

Nie wiadomo jak i dlaczego Pomnik Wdzięczności Armii Radzieckiej zyskał nazwę Pomnika Wyzwolenia Ziemi Warmińsko-Mazurskiej. Jest jak stojący w centrum miasta gorący kartofel. Nie do ruszenia, odkąd do czerwoności podgrzał go w 1993 r. wpisem do rejestru zabytków ówczesny Wojewódzki Konserwator. Zamiast stygnąć, w miarę upływu lat temperatura wokół ‚szubienic” systematycznie rosła. Powyższe, krótkie kalendarium ostatnich wydarzeń to tylko wisienka na torcie tego, co wydarzyło się w tej sprawie w ciągu ostatnich kilkunastu lat.
W 2010 r. koalicja 7 stowarzyszeń regionalnych, olsztyńskiej Solidarności, historyków oraz osób z solidarnościowej opozycji podpisało się pod listem otwartym do prezydenta Piotra Grzymowicza i przewodniczącego Rady Miasta Zbigniewa Dąbkowskiego.

Zawarta w nim propozycja utworzenia wokół pomnika „muzeum miejsca” była dla części sygnatariuszy rozwiązaniem pożądanym i docelowym, dla innych trudnym i przejściowym kompromisem. Połączyło nas przeświadczenie, że najgorszym wyjściem jest pozostawienie symbolu sowieckiego panowania samemu sobie. Jednocześnie za wygraną nie dawały osoby i środowiska dla których jedynym, możliwym rozwiązaniem było zburzenie lub przeniesienie pomnika.

Aż do wojny na Ukrainie. Pomoc walczącemu państwu i jego mieszkańcom stała się dla Polaków sprawą narodową. Wszystko co rosyjskie, co mogło kojarzyć się z rosyjskim agresorem, znalazło się na celowniku nie tylko Polaków, ale całego zachodniego świata. Pomnik, na którym do tej pory skupiały się historyczne porachunki z sowieckim „wyzwoleniem”, nagle stał się symbolem kolejnego „wyzwolenia”, tym razem Ukrainy. W podobnej jak w Olsztynie i okolicznych miastach scenerii: gwałtów, mordów, kradzieży i podpaleń. Tamte akty barbarzyństwa często tłumaczyliśmy odwetem za piekło, jakie Niemcy zgotowali Rosjanom. Czemu przypisać podobne okoliczności „wyzwalania” Ukrainy? Może uporczywemu brakowi zrozumienia „braci Ukraińców” dla traumy jaką przeżywa przywódca Rosjan z powodu upadku Związku Radzieckiego - „największej tragedii XX wieku”?

Oczywiście z ideą „szubienic” jako miejscem historycznej refleksji nie każdemu łatwo się rozstać. Nowym, wojennym okolicznościom postanowił nie kłaniać się prof. Robert Traba. Od dawna zwolennik stworzenia unikalnej przestrzeni otwartego muzeum, które pozwoliłoby opowiedzieć i zrozumieć dramatyczną historię Olsztyna i regionu. Traba wystosował opublikowany na łamach „Gazety Wyborczej” list do prezydenta Olsztyna. Apeluje w nim o porzucenie emocji i powrót do szeregów obrońców pomnika. Do idei „dialogowania” w jego otoczeniu, czyli tam, gdzie niewzruszenie, bez względu na okoliczności, stoi sam Traba. Swoją postawę nazywa racjonalną.

Zainteresowanych czytelników odsyłam na portal Debaty, gdzie polemizowałem z prof. Trabą. Tutaj pragnę jedynie dodać, że moja wyobraźnia, oswojona przez ostatnich kilkanaście lat z ideą muzeum miejsca, takiej perspektywy po wydarzeniach ostatnich kilku tygodni po prostu nie ogarnia. To nie kwestia emocji, ale realnej zmiany społecznej percepcji tego pomnika. To już nie tylko świadek historii, ale prefiguracja tego, co dzieje się na Ukrainie. Sowiecki żołnierz stoi w rosyjskim mundurze, a sierp i młot powrócił z misją świeckiego zbawienia społeczeństwa i człowieka. Historia „szubienic” jako symbolicznej pieczęci sowieckiego panowania zatoczyła koło. Teraz to także pomnik „wyzwolenia” Ukrainy. Parafrazując Leca: dawne wykrzykniki przypominają dziś rakiety. Można w ich zasięgu „dialogować”. Jak „Struś, który wsadził głowę w piasek klepsydry”.

Stojący w Tczewie Pomnik Armii Czerwonej został oklejony taśmą z listem przewozowym zaadresowanym do prezydenta Rosji. Pytanie, na jaki adres zostanie wystawiony list przewozowy na „szubienice”? Minister Piotr Gliński, jako fundator całej operacji, proponuje skład podobnych artefaktów w Rudzie Śląskiej. Z Ratusza, uporczywie, wraca pomysł lokalizacji na olsztyńskim cmentarzu żołnierzy radzieckich. Może z tęsknoty. Przecież można w każdej chwili zajrzeć… Innych argumentów nie znajduję. Tych przeciwko jest natomiast wiele. Przede wszystkim nowa lokalizacja nie może nadal podkreślać symbolicznej wymowy pomnika. A cmentarz o którym mowa temu właśnie służy. Poza tym urbanistycznie jest to teren zbyt mały na posadowienie tak wielkiego monumentu (dlatego Tomasz Głażewski, wtedy p.o. prezydenta Olsztyna, proponował przeniesienie na cmentarz samych pylonów!). Kolejny argument, to nie rozpoznana struktura pochówków. Żołnierze radzieccy byli bowiem chowani na istniejącym już wczesniej, niemieckim cmentarzu wojennym, na którym chowano także osoby cywilne. Istnieje zatem duże prawdopodobieństwo powtórki sytuacji z cmentarza ewangelickiego przy ul. Partyzantów.

Co zatem pozostaje? Najlepszym moim zdaniem rozwiązaniem, ze względu na uznanie dla dorobku artystycznego Xawerego Dunikowskiego i dzieła, które większość specjalistów uważa za wybitne, jest przeniesienie pomnika do Muzeum Rzeźby im. Xawerego Dunikowskiego w Warszawie.

Tam jest jego miejsce. Bo Dunikowski to postać niezmiernie intrygująca i ciekawa. Jego życie i historia powstania pomnika tworzą spójną całość. Pisaliśmy o tym obszernie na łamach „Debaty”. Królikarnia to jedyne miejsce, gdzie można to pokazać i zrozumieć.
Bogdan Bachmura

Czytaj więcej: Pomnik „wyzwolenia” Ukrainy

Komentarz (15)

Kim Pan jest, Panie prezydencie?

Szczegóły
Opublikowano: sobota, 26 marzec 2022 12:19
Bogdan Bachmura

Prezydent Piotr Grzymowicz niewątpliwie zasługuje na miano pierwszego, tytularnego obrońcy Pomnika Wdzięczności Armii Czerwonej. Im bardziej temperatura wokół niego gęstniała, tym Grzymowicz lepiej się w tej roli sprawdzał. W sprawie składania jakichkolwiek wniosków do konserwatora zabytków nie pozostawiał żadnych złudzeń. Receptą na ich podtrzymanie była społeczna inicjatywa „muzeum miejsca”. Zawsze słuszna, niezmiennie chwalona, i do dzisiaj tak samo teoretyczna jak na początku, czyli 15 lat temu.

Strażnik pomnika „pękł” dopiero w obliczu wojny na Ukrainie. Na konferencji prasowej 2 marca stawia sprawę pryncypialnie: w takich okolicznościach pomnik stać nie może. Zapowiada złożenie wniosku do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego o wykreślenie z rejestru zabytków. I konsultacje społeczne w sprawie miejsca relokacji. Potwierdza to na facebooku: podjąłem decyzję o zdjęciu ochrony konserwatorskiej , co pozwoli na jego relokację. I kolejny raz w odpowiedzi na pytanie radnego Radosława Nojmana.

Wątpliwości pojawiły się po zagajeniu przez prezydenta środowych konsultacji (23 marca). Na moje pytanie o cel spotkania, okazało się, że zarówno o tym „gdzie”, jak i o tym „czy” pomnik ma być przeniesiony.

Wśród zaproszonych gości dominowała koalicja architektów i historyków. I o tych dwóch perspektywach głównie rozmawiano: jak wielkim dziełem sztuki są „szubienice”, oraz jak dobrym i pożądanym rozwiązaniem jest „muzeum miejsca”. Trzy godziny zbiorowej schizofrenii. Spektakl zatrzymany w przedwojennym czasie. Jakby nic się ostatnio nie wydarzyło. Żadnej wojny, odnowicielskich ślubów Putina ze Związkiem Radzieckim i „wyzwalania” Ukrainy. Na moje, kilka razy ponawiane pytanie: gdzie Państwo byliście od 2007 r. kiedy po raz pierwszy wyszliśmy z inicjatywą „muzeum miejsca”, odpowiadała mi głucha cisza.

Owszem, przyznawano się do grzechu zaniechania, natomiast prezydent przyznał mi rację, gdy obarczyłem go winą za patową sytuację, w której się znaleźliśmy. Tylko co z tego wynika?

Podczas konsultacji prezydent dwukrotnie zadeklarował, że jest za relokacją pomnika. Ale jak tonący brzytwy chwytał się podsuniętego przez architekta Radosława Guzowskiego pomysłu opakowania pylonów żółto-niebieską folią. W wieczornym komunikacie do Polskiej Agencji Prasowej już z tego zrezygnował. Teraz wokół pomnika ma być jedynie słuszna, bo urzędowa instalacja.

Jest oczywiste, że prezydent Grzymowicz postanowił grać na przeczekanie. Relokacja, owszem, może będzie, ale nie teraz. I nie pod dyktando ministra z PiS. Jeszcze nie czas na przerzucenie zwrotnicy, ale właściwe konsultacje już się odbyły. Jak, nie przymierzając, w putinowskich scenariuszach „demokracji sterowanej”.

Jeśli to porównanie wydaje się zbyt grube, to bynajmniej nie w kontekście tego, co wydarzyło się jeszcze tego samego dnia wieczorem.
Oto w opublikowanym oświadczeniu prezydent miasta deklaruje, że "ochrona konserwatorska pomnika nakłada na prezydenta obowiązek dbania o jego przekaz ideowy i wizerunkowy".

Nie wiem, kto to prezydentowi napisał, ważne, kto się pod tym podpisał. Ale najważniejsze, że wreszcie wiemy, na czym stoimy. Wiemy, skąd te wszystkie kłamstwa i kluczenie. Skąd zmarnowany na bezproduktywne ględzenie czas. Skąd ciąganie po sądach Wojtka Kozioła i Władka Kałudzińskiego i ostatnie zdjęcie banerów (nie rozumiem tylko, dlaczego wciąż wisi zaburzający właściwy przekaz ideowy baner „Solidarni z Ukrainą”?).

I wreszcie kłamstwo dotyczące niewiedzy na temat korespondencji z Generalnym Konserwatorem Zabytków dotyczącej możliwości relokacji pomnika bez wykreślania z rejestru zabytków, co jednoznacznie wykazał Adam Socha na łamach ostatniej „Debaty”.

Rzadko używam tak mocnych słów, ale uważam, że sytuacja na to zasługuje. Można podziwiać kunszt rzeźby Xawerego Dunikowskiego, ale trudno dyskutować z ideowo-totalitarnym przekazem jego dzieła. On jest jednoznaczny i z góry zamierzony. Można upierać się przy historyczności tego przekazu, ale deklarować się jako obrońca przekazu ideowego? Także można. Ale takie deklaracje mają swoje konsekwencje. Uprawniają do pytania: kim Pan jest, Panie prezydencie!?

Złożona przez prezydenta deklaracja wyjaśnia cały ten wieloletni chocholi taniec wokół projektu „muzeum miejsca”. Zamierzeniem tego projektu była przecież nie tylko dyskusja nad lokalną historią, ale też neutralizacja ideowej symboliki „szubienic”. Pisaliśmy o tym wyraźnie i jednoznacznie. Tylko jak z tym wszystkim miał sobie poradzić obrońca ideowego i wizerunkowego przekazu? Jak zdzierżyć krasnoarmiejca duszącego ukraińską kobietę? O pylonie z sierpem i młotem, „zetką” i swastyką nie wspominając. Można dyskutować z wyrazistością tego przekazu. Ale nie dlatego go zdjęto, tylko z powodu swastyki.

Trzeba mieć skrajnie złą wolę, żeby nie dostrzegać kontekstu i spójnego przesłania dotyczącego umieszczenia tych trzech symboli. Do ideałów Związku Radzieckiego wprost nawiązuje Putin, „zetkę” malują na swoich czołgach i wozach pancernych rosyjscy żołnierze, a o rosyjskich „nazistowskich metodach” mówią publicznie politycy i komentatorzy. Podobnie jest z sierpem i młotem wyrzeźbionym przez Dunikowskiego na prawym pylonie. Raził wiele osób, ale o jego dopuszczalności decydował kontekst, czyli to, że jest częścią trzymanego przez żołnierza sztandaru. Gdyby został zaprojektowany jako oddzielny symbol sowieckiego totalitaryzmu, sprawa wyglądałaby inaczej. Na podobnych zasadach działają grupy rekonstrukcyjne, czy kręcone są filmy (starsi mieszkańcy Olsztyna do dzisiaj wspominają wygląd olsztyńskiej Starówki podczas kręcenia odcinka „Stawki Większej niż Życie”) Więc czego tu nie rozumieć?

Powyższą interpretację postępowania prezydenta Grzymowicza, wobec treści jego oświadczenia, uważam za w pełni uprawnioną. Czasu poświęconego na publikacje, dyskusje z prezydentem i spotkania nie uważam za stracony. Zwłaszcza jeśli chodzi o popularyzację wiedzy o pomniku, jego autorze i okolicznościach powstania. Ale ten sposób na działanie w sprawie „szubienic” uważam za rozdział zamknięty. Mam także nadzieję na refleksję u osób, które podczas konsultacji w ratuszu nadal były przywiązane do tego pomysłu.

Słyszę głosy, że oświadczenie prezydenta Grzymowicza było niefortunną wpadką wynikającą z tego, że podobne „klimaty” nie są mocną stroną włodarza naszego miasta. Nie wykluczam takiej możliwości. Ale w kontekście długiego ciągu zdarzeń, które pokrótce przedstawiłem, oświadczenie wygląda jak całkiem prawdziwa wisienka na torcie.

Tak czy owak, sposób na wyjście z tej niefortunnej sytuacji i choćby częściowego wymazania wymowy oświadczenia jest tylko jeden: natychmiastowa realizacja jasno wyrażonej przez prezydenta deklaracji o złożeniu do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków wniosku o relokację pomnika. Bez gorączkowego wymyślania coraz to nowych pomysłów służących graniu na zwłokę. Apelowałem o to do prezydenta podczas i po zakończeniu konsultacji. I apeluję powtórnie!

Poglądy zaproszonych przez prezydenta na konsultacje osób nie wyczerpują spektrum tego, co ludzie i organizacje myślą na temat dalszych losów Pomnika Wdzięczności Armii Czerwonej. Nie jest to wezwanie do dalszych konsultacji, ale przypomnienie, że atmosfera wokół pomnika, wywołana wojną na Ukrainie, zgęstniała na tyle, że czas na przecięcie tego gordyjskiego węzła. O tym także powiedziałem podczas spotkania.

Na koniec kwestia miejsca relokacji pomnika. Sam ją wywołałem, bo nie zanosiło się na podjęcie tego tematu. Tu jednak kontrowersji nie było. Z moją argumentacją przeciwko wszelkim cmentarzom nikt nie polemizował. Po wcześniejszej kwerendzie u źródła raczej odpadła możliwość przeniesienia pomnika do Muzeum Rzeźby im. Xawerego Dunikowskiego w Warszawie (osobiście uważałem ten pomysł za najlepszy). Pozostaje (zgodnie z sugestią ministra Glińskiego) Ruda Śląska lub Kozłówka. Piszę to z nadzieją, że konsultacji w tej sprawie nie będzie.
Bogdan Bachmura

Czytaj więcej: Kim Pan jest, Panie prezydencie?

Komentarz (49)

Więcej artykułów…

  1. Strażnik, który abdykował (słowo w obronie kard. Gulbinowicza)
  2. Granice racjonalizmu (Bachmura odpowiada Trabie)
  3. Wujek dobra rada
  4. Synod czyli wspólna droga

Strona 3 z 55

  • start
  • Poprzedni artykuł
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • Następny artykuł
  • koniec

Komentarze

Bardzo dobry tekst. Gratuluję!
O pewnych właściwościach Adama Sochy pisałem już jakiś czas temu.
I myślę, że każdy myślący je widzi.
Pozostali - oc...
Rocznica 13 grudnia, gen. Jaru...
3 godzin(y) temu
Wygląda na to, że Cenckiewicz trzęsie Nawrockim. Robi, co chce. Jakieś papiery? Haki?
BBN przywrócił Raport Państwow...
4 godzin(y) temu
A dlaczego w czasie sesji radny nie przedstawił swojego stanowiska? Milczał jak zaklęty.
Budżet Olsztyna na 2026r., to ...
6 godzin(y) temu
Proszę o wyjaśnienie:

To po zmianie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego zmieniła się wartość gruntów czy nie? Bo chyba tego dotyczyła...
Burmistrz Biskupca uniewinnion...
9 godzin(y) temu
Współczesna Polska jest częścią europejskiego sowietu, zbudowanego na chorobie szalonych lewackich wyborców, wykastrowanych z poczucia rzeczywistości....
Rocznica 13 grudnia, gen. Jaru...
16 godzin(y) temu
Wcześniej czy później, tak czy owak, banda rudego stanie przed sądem
https://www.youtube.com/watch?v=lf-Ph25N0kU
Rocznica 13 grudnia, gen. Jaru...
1 dzień temu

Ostatnie blogi

  • Apel o optymizm na wypadek wojny Dwadzieścia rosyjskich dronów, które ostatnio wleciały do Polski wzbudziły u wielu moich rodaczek i rodaków głęboki niepokój, a często przerażenie… Zobacz
  • Barbarzyński atak "silnych ludzi" Tuska na praworządność Zbigniew Lis Motto Tuska: Będziemy stosować prawo, tak jak my je rozumiemy, czyli uchwałami Sejmu i rozporządzeniami zmieniać ustawy, wg zasady –… Zobacz
  • Co trzeba zrobić, żeby PiS wygrało kolejne wybory? Zbigniew Lis Wielu Polaków głosujących nie za opozycją, tylko przeciw PiS, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji ich decyzji oraz z powagi… Zobacz
  • Michał Wypij, Paweł Warot – komentarz osobisty Bogdana Bachmury Bogdan Bachmura Dużo łatwiej o krytykę osób, których nie darzymy sympatią, z którymi jesteśmy w sporze lub konflikcie. Ale tym razem jest… Zobacz
  • 1

Najczęściej czytane

  • Wójt gminy Barciany pozostaje na stanowisku. Czy to koniec wojny?
  • Wyborcza sporządziła listę osób do zwolnienia z pracy, związanych z PiS
  • Trwa presja koncernów OZE na gminy Warmii i Mazur. Kolej na Korsze
  • Radny olsztyński PiS Jarosław Babalski został wykluczony z partii
  • Radny olsztyński PiS Jarosław Babalski został wykluczony z partii
  • Protest w sprawie plakatu sztuki Teatru Jaracza radnych i posłów PiS oraz Archidiecezji Warmińskiej. Oświadczenie dyrektora
  • Po wyroku sądu rektor UWM zweryfikuje oceny negatywne nauczycieli
  • Prokuratur nie wniesie o likwidację Związku PRAWDA na UWM
  • To idealny moment na zaatakowanie Polski. Rozleci się jak gliniany garnek
  • Czy prezydent Olsztyna naraził zdrowie i życie przedszkolaków?
  • Rady Osiedli w Olsztynie mogą wszystko - odkrył Bogdan Bachmura
  • Wyrok ws. burmistrza Biskupca i inwestycji Eggera poznamy 15 grudnia

Wiadomości Olsztyn

  • Olsztyn

Wiadomości region

  • Region

Wiadomości Polska

  • Polska

O debacie

  • O Nas
  • Autorzy
  • Święta Warmia

Archiwum

  • Archiwum miesięcznika
  • Archiwum IPN

Polecamy

  • Klub Jagielloński
  • Teologia Polityczna

Informacje o plikach cookie

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.