logodebata

JESTEŚMY ORGANIZACJĄ POŻYTKU PUBLICZNEGO. PROSIMY o 1,5% Wspomóż jedyny portal na Warmii i Mazurach, który nie boi się publikować prawdy o politykach i jest za to ciągany po sądach. Nigdy, przez 18 lat istnienia, nie dostaliśmy 1 grosza dotacji publicznej. Redaktorzy i autorzy są wolontariuszami. Nr konta bankowego Fundacji „Debata”: 26249000050000450013547512. KRS: 0000 337 806. Adres: 11-030 Purda, Patryki 46B

sobota, kwiecień 18, 2026
  • Debata
  • Wiadomości
    • Olsztyn
    • Region
    • Polska
    • Świat
    • Urbi et Orbi
    • Kultura
  • Blogi
    • Łukasz Adamski
    • Bogdan Bachmura
    • Mariusz Korejwo
    • Adam Kowalczyk
    • Ks. Jan Rosłan
    • Adam Jerzy Socha
    • Izabela Stackiewicz
    • Bożena Ulewicz
    • Mariusz Korejwo
    • Zbigniew Lis
    • Marian Zdankowski
    • Marek Lewandowski
  • miesięcznik Debata
  • Baza Autorów
  • Kontakt
  • Jesteś tutaj:  
  • Start
  • Blogi
  • Adam Kowalczyk

Adam Kowalczyk

Czy Polsce potrzebni są Polacy?

Szczegóły
Opublikowano: wtorek, 24 październik 2017 20:32
Adam Kowalczyk

Niedawno miałem okazję porozmawiać z Polką, która przyjechała z Kazachstanu. Jej rodzina pochodziła z okolic Kamieńca Podolskiego. Trwała przy polskości pod zaborami – co jeszcze było stosunkowo łatwe – trwała też i później, co już było trudniejsze. Jak reszta Polaków przeżyła radość z odrodzonej Polski i straszny zawód gdy w 1921 roku Traktat Ryski pozostawił ich w rękach bolszewików a granica wytęsknionej Polski była tuż za miedzą. Poddani przymusowemu wynarodowieniu zostali w 1936 roku wywiezieni do Kazachstanu wraz ze 100 tys. Polaków. Tam, na miejscu, szansą na przetrwanie była choćby powierzchowna rusyfikacja. I wegetowali aż Związek Radziecki rozpadł się i Kazachstan odzyskał wolność a wraz z nim wolność odzyskali Polacy. Obudziły się nowe nadzieje na powrót do Polski. Moja rozmówczyni powiedziała, że jest zadowolona bo jej się udało. Polska jej dużo pomogła. Przyjechał nawet nauczyciel polskiego a jej było łatwiej bo jej dziadek póki żył zabraniał w domu mówić inaczej niż po polsku. Ona był młoda, w wieku maturalnym i zdała egzamin z języka polskiego, została przyjęta na studia w Polsce, dostała stypendium, akademik i wyszła za mąż już w Polsce. Na powrót rodziców musiała jednak czekać jeszcze kilka lat. Złożyli wprawdzie podania o repatriację ale nie było dla nich mieszkania więc zgody nie było. W tym czasie sytuacja w Kazachstanie mocno się pogorszyła. Tamtejsi Polacy, nawet jeśli nie poddawali się rusyfikacji, to jednak posługiwali się językiem rosyjskim. A w 2007 roku zakończył się okres przejściowy i język rosyjski został wszędzie zastąpiony językiem kazachskim. Trzeba było wyjeżdżać. Tym bardziej, że rząd biednego, liczącego 14,5 mln mieszkańców Kazachstanu stara się uczynić kraj monoetnicznym. Kazachowie repatriowali też około miliona swych rodaków wcześniej wywiezionych do innych krajów ZSRR. Moja rozmówczyni mówi, że w jej wsi na miejscu pozostali starzy. Młodym łatwiej zaaklimatyzować się w nowym otoczeniu więc wyjechali ale nie do Polski. Skoro do Polski było trudno to wyjechali do Rosji. I to mnie poraziło.
Okazuje się, że do Rosji wyjechało z Kazachstanu ok. 2 mln ludzi. Tu było łatwo. Putin nie kombinował. Do Rosji może jechać „od ręki” każdy kto zadeklaruje chęć posiadania rosyjskiego obywatelstwa, narodowość nie ma większego znaczenia choć dobrze jeśli jest się Słowianinem. RFN ściągnęła 1,1 mln Niemców, Izrael 89 tys. a inne kraje 500 tys.
A jak na tym tle wygląda Polska? Pierwszy kłopot polega na tym, że nie bardzo wiadomo kto jest Polakiem. Oficjalny spis powszechny wykazał, że Polaków w Kazachstanie jest ok. 34 tys. ale Kościół Katolicki szacuje ich na ok. 100 tys., z czym nie zgadza się rząd polski uznający liczbę 36 tys. Żeby starać się o repatriację trzeba wykazać się polskim pochodzeniem, w dodatku z jakichś powodów trzeba spełnić dość wysokie wymogi formalne. Paradoksalnie największą przeszkodą był język, trzeba było zdać egzamin z polskiego, by móc wrócić do kraju. To był wielogodzinny egzamin, do tego dochodziły egzaminy z historii i geografii. Zapomniano o tym, że nawet za polskich czasów Polacy na Kresach nie mówili po polsku w naszym rozumieniu tego słowa. Mówili lokalną gwarą wynikającą z wielowiekowego przemieszania ludności i potrzeby porozumiewania się. To byli tzw. „tutejsi”. Katolik był Polakiem a prawosławny Rusinem. Nie mieli szans chodzić do polskiej szkoły z językiem polskim i nauką naszej historii i geografii.
A Putin przyjmuje ludzi „jak leci”, podobnie robi też Łukaszenka. W efekcie większość Polaków z Kazachstanu wyjechała do Rosji, część na Białoruś.
Wg oficjalnego spisu w 1991 roku było jeszcze 69 tys. Polaków. Teraz jest, też oficjalnie 34 tys., czyli wyjechało ok. 35 tys. Z tego do Polski ok. 3 tys.
Ci co ciągle jeszcze kurczowo trzymają się nadziei zamieszkali zwartą grupą w okolicach Ozierska w obwodzie kaliningradzkim. Założyli nawet Dom Polski, brakuje im jednak nauczyciela języka polskiego.
Przez ponad ćwierć wieku państwo polskie nie zrobiło niemal nic, by repatriować dziesiątki tysięcy naszych rodaków mieszkających w Kazachstanie.
Nowe nadzieje budzi uchwalona w kwietniu 2017 roku nowa ustawa o repatriacji. Według tej ustawy w ciągu trzech lat sprowadzimy 3,7 tys. repatriantów, a potem po tysiącu rocznie. Nawet zagwarantowano pieniądze w budżecie. Tyle, że pieniądze były i poprzednio ale nie wykorzystywano ich i co roku 1/3 była zwracana.
Chciałbym się z tej odmiany cieszyć ale… w ciągu dwudziestu lat Polska jakoś dała radę przyjąć ponad 80 tys. Czeczenów. Są to ludzie o kulturze i mentalności całkowicie nam obcej. W dodatku w są to Muzułmanie co w obliczu narastającego konfliktu pomiędzy światem islamu a naszym nie wróży dobrze. Ciągle trwają też naciski na polski rząd w celu zmuszenia nas do przyjęcia islamskich imigrantów z Afryki Płn i czarnej. Rząd Platformy Obywatelskiej zgodził się na przyjęcie 7 tys. ale na nasze szczęście tego zobowiązania, podobnie jak wielu innych, również nie dotrzymał.
Dodatkowo w Polsce pracę i dach nad głową znalazło ponad milion Ukraińców. Jakoś nie słychać żeby potrzebna była specjalna ustawa o wpuszczaniu do Polski mieszkańców tego kraju.
Dlatego ciągle męczy mnie tytułowe pytanie.
Adam Kowalczyk

Czytaj więcej: Czy Polsce potrzebni są Polacy?

Komentarz (21)

Co z naszą polityką zagraniczną?

Szczegóły
Opublikowano: środa, 27 wrzesień 2017 22:00
Adam Kowalczyk

Od chwili rozpadu ZSRR polska polityka zagraniczna kładzie nacisk na wspieranie państwa postsowieckich, powstałych lub odtworzonych na gruzach imperium radzieckiego. Brak własnej tradycji profesjonalnej dyplomacji i kierowanie się w polityce emocjami zamiast roztropnością powoduje, że ciągle żywe są u nas zrodzone w XIX wieku koncepcje mesjanistyczne czy prometeistyczne. Widocznym tego przejawem jest ciągłe wracanie do idei Giedroycia w postaci Międzymorza czy, ostatnio, Trójmorza. Ciągle nam się zdaje, że jesteśmy w stanie w jakiś sposób zorganizować kraje Europy Środkowo-Wschodniej pod nasze wyobrażenia polityczne i gospodarcze. W przeszłości silna Polska była atrakcyjna dla zacofanego wschodu i stąd możliwe było, nie bez poważnych okresowych zaburzeń, kontrolowanie obszaru od Litwy poprzez Białoruś i Ukrainę aż do Mołdawii. Wtedy jednak dwa główne państwa zdolne do likwidacji naszej państwowości, zwyczajnie były zbyt słabe by nam realnie zaszkodzić. Czasy się jednak zmieniły. Od połowy XVIII wieku naszą nocną marą jest sojusz wpierw prusko- potem niemiecko-rosyjski. W tej chwili każde z tych państw ma potencjał wielokrotnie przewyższający nasz i siłą rzeczy nasza atrakcyjność jako potencjalnego lidera regionu zanikła. Jednocześnie nie przyjmujemy do wiadomości, że co najmniej kilkakrotnie powstanie tego sojuszu sami prowokowaliśmy na naszą zgubę a w czasie Powstania Styczniowego nawet na nieszczęście całej Europy.
Paradoksalne jest, że po dwu i półwiecznym ograniczeniu suwerenności a nawet długotrwałą utratą własnego państwa nie potrafimy zrozumieć podstawowych zasad polityki zagranicznej. Jedna to jest taka, że stosunki z sąsiadami powinniśmy mieć lepsze niż oni mają między sobą. Wtedy nie dogadają się między sobą naszym kosztem. Druga to jest taka, że jeżeli tracimy możliwość takiego lawirowania to powinniśmy zaprzyjaźnić się z jednym z tych wrogów. I to raczej z tym silniejszym bo słabszy zawsze może ulec pokusie ubicia interesu naszym kosztem jak np. nasz sojusznik Prusy w 1792 roku kiedy to zamiast przystąpić do wojny przeciwko Rosji wystąpiły do Rosji z propozycją rozbioru Polski.
Teraz sytuacja jest podobna. Jesteśmy skonfliktowani z Rosją i, żeby było zabawniej, prowokujemy zatarg z Niemcami występując o reparacje wojenne nie mając najmniejszej nawet szansy na ich otrzymanie. Dlaczego akurat teraz to robimy Bóg jeden raczy wiedzieć.
Kolejną zasadą jest by nie opierać swojego bezpieczeństwa na, jak to nazwał Mackiewicz, egzotycznych sojuszach. A my mając po bokach Rosję i Niemcy za głównego sojusznika wybraliśmy sobie Stany Zjednoczone. Pozornie słusznie – to mocarstwo światowe. Pytanie tylko czy ma możliwość bezpośredniej obrony naszego terytorium w razie ataku i, last but not least, czy ma w tym interes. W wojnie konwencjonalnej takich np. Rosjan, nie powstrzymają przed zajęciem naszego terytorium. Musieliby tu trzymać z pół miliona żołnierzy. Mogą reagować tylko bronią nuklearną. Czy Stany Zjednoczone mają interes ryzykować pełnoskalową wojnę nuklearną w mocarstwem jądrowym w obronie Polski? Stracić mogą wtedy wszystko a co zyskać?
Sojusz z USA ma za to jeszcze jedną, ciemną stronę. Ceną jest postępująca wasalizacja Polski. Proces ten posuwa się i jak na razie w zamian nie otrzymaliśmy nawet zwolnienia od wiz. Jak dalece musimy zwasalizować się w stosunku do USA żeby uzyskać realne gwarancje bezpieczeństwa? Obecna sytuacja prowadzi wprost do zamiany naszego kraju z podmiotu polityki międzynarodowej w obszar wyjściowy do działań militarnych przeciwko Rosji. Używana jest ładniejsza nazwa – wschodnia flanka NATO ale w rzeczywistości tak to wygląda. Oczywiście nie bezpośrednio przez USA tylko siłami lokalnych frajerów co zabezpiecza Stany Zjednoczone przed bezpośrednim starciem i wszelkimi konsekwencjami tego stanu rzeczy. W taką rolę dała się wmanewrować Gruzja w 2008 roku i kilka lat później Ukraina ze znanymi nam skutkami. W obu tych krajach swoją rolę odegrał niejaki Saakaszwili – obecnie ścigany listami gończymi i w Gruzji i na Ukrainie. Aktualnie przebywa w Polsce...
Próba polityki polegającej na działaniach w ramach Grupy Wyszehradzkiej też nie wyszła. Idea ma sens po to by bronić w ramach Unii interesów nowych państw przeciwko starym członkom ale skrajne rozbieżności w podejściu do Rosji neutralizują tę grupę. Tym bardziej, że taka polityka dość skutecznie może ograniczyć wpływy gospodarcze Niemiec co musi spotkać się i spotyka z ich zakulisowym przeciwdziałaniami. Amerykanie nawet to popierają ale jako obszar blokujący Rosję co z kolei nie podoba się nie tylko Rosji i Niemcom bo uzależniona od eksportu niemiecka gospodarka wymaga pełnej kontroli gospodarczej tego regionu jako bazy wyjścia dalej na wschód.
Co więc z polityką wschodnią? Poza Rosją głównymi podmiotami są Litwa, Białoruś i Ukraina. Litwę można spokojnie pominąć bo tempo jej wyludniania jest takie, że niedługo problemem będzie znalezienie chętnych do zaludnienie tego terytorium. Jest to kraj, który nikogo nie może napaść ani przed nikim się obronić. Istnieje tylko dlatego, że sąsiedzi mieli kaprys by się na to zgodzić. Być może trzeba będzie w międzyczasie dać prztyczka w nos władzom Litwy żeby zmusić je do zmiany sposobu traktowania mniejszości polskiej. Ten kraj nie przetrwa jeżeli z kimś się nie połączy w ramach jakiejś unii. Jedynym takim krajem jest Polska ale to wymagałoby zasadniczej zmiany sposobu myślenia litewskich elit. Nic nie wskazuje na to żeby to było możliwe.
Drugim sąsiadem jest Białoruś. Ta z kolei ma się zaskakująco dobrze. Pomimo małej tradycji państwowej i dość licznych mniejszości narodowych kraj jest stabilny i nie ma w nim konfliktów wewnętrznych. W naszym interesie leży popieranie Białorusi jako bufora pomiędzy nami a Rosją bez wnikania w to kto tam rządzi. Jeśli nawet prezydent Łukszenka ogłosi się synem boga Ra to należy z kamienną twarzą przyjąć to do wiadomości i utrzymywać poprawne stosunki z tak wysoko umocowanym przywódcą. Dlaczego my popieramy ruchy narodowe mogące zburzyć spokój w tym kraju to ja swoim rozumem pojąć nie mogę. Przecież jedynym realnym efektem może być przejęcie przez Rosję bezpośredniej kontroli.
Ukraina. Tu problem jest największy. Jedyne co jest pewne to, że Ukraina spełnia definicje państwa upadłego. Władze nie kontrolują całego terytorium a i w pozostałej części funkcjonują wielotysięczne organizacje zbrojne nie kontrolowane przez rząd. Możliwe są różne scenariusze z dalszym rozpadem Ukrainy włącznie. Musimy monitorować sytuację ze względu choćby na możliwą fale uchodźców, która dołączy dwumilionowej rzeszy Ukraińców już przybyłych do Polski. Na razie nie jest to jeszcze wielki problem ale po przekroczeniu masy krytycznej i związanym z tym pogorszeniem warunków życia łatwo może dojść do utraty kontroli nad sytuacją. Generalnie nie powinny nas obchodzić wydarzenia na lewobrzeżnej Ukrainie. Na sytuację na wschód od Dniepru wpływu nie mamy i mieć nie możemy. Należy więc dać sobie spokój i politykę zostawić innym ograniczając się do współpracy gospodarczej.
Rozpadu Ukrainy wykluczyć nie można. Powstrzymać tego procesu nie możemy. Nie leży to wprawdzie w naszym interesie ale należy być na niego przygotowanym. W tym przypadku obszarem szczególnej troski jest Galicja. Dotychczasowa polityka, nie tylko nasza, doprowadziła do powrotu nacjonalistów jako istotnego czynnika. Rzecz nie tyle w ich nacjonalizmie bo mają do niego prawo, lecz w odwoływaniu się do idei i tradycji ugrupowań, które w przeszłości dopuściły się ludobójstwa Polaków. Niezależnie od tego czy będzie to samodzielne państwo powstałe na gruzach Ukrainy czy autonomiczny region, będziemy mieli do czynienia obszarem nam wrogim, podatnym z tego powodu na prowokacje ze strony czynników zewnętrznych mających interes w osłabianiu Polski. Niekoniecznie musi to być Rosja. Równie dobrze mogą to być np. Niemcy w sytuacji zbytniej emancypacji ekonomicznej Polski od Niemiec.
Nie należy tu myśleć o możliwości powrotu Lwowa z Galicją do Polski. W internecie pełno jest rojeń na ten temat ale te czasy minęły bezpowrotnie. Żeby tak było musieliby tego chcieć mieszkańcy. A co sądzą na ten temat Ukraińcy to proponuję zapytać pierwszego napotkanego Ukraińca. Poza tym, takie przyłączenie spowodowałoby cofnięcie ekonomiczne Polski o wiele lat wstecz i trwały chaos w nie tylko w Galicji ale i w całej południowo-wschodniej Polsce. Bajecznie bogate w porównaniu z nami Niemcy do dzisiaj nie poradziły sobie z podniesieniem ekonomicznym obszarów byłego NRD. Tym bardziej my nie podołamy.
Co zatem możemy? Obserwować i wyjść z roli pouczającego wszystkich mądrali na spokojnego, życzliwego obserwatora i arbitra w sprawach ukraińskich. Niezależnie od wszystkiego handlować z każdą Ukrainą jaka ona będzie w przyszłości. W jednej tylko sprawie musimy być konsekwentni. Nie wolno nam tolerować ukraińskiego nacjonalizmu w antypolskim wydaniu. Ukraińcy muszą wiedzieć, że na hodowaniu nienawiści do Polski i Polaków wiele nie zbudują.
Wpływ na sytuację na Ukrainie mamy niewielki ale musimy dążyć do tego żeby naszym sąsiadem było państwo stabilne zdolne zapewnić bezpieczeństwo i godziwe życie swoim obywatelom. W przeciwnym razem sami będziemy mieli kłopoty.
Adam Kowalczyk

Czytaj więcej: Co z naszą polityką zagraniczną?

Komentarz (27)

On dał nam skrzydła

Szczegóły
Opublikowano: poniedziałek, 21 sierpień 2017 19:50
Adam Kowalczyk

My, podniebni żeglarze
wśród piór na niebie zgubionych
szukamy spełnienia marzeń,
tych jeszcze niespełnionych.
Szukamy błękitu nieba
zasnutego przez chmury.
Nam wolności potrzeba -
ona jest tam u góry.
Więc żelaznymi ptakami
lecimy gdzie chęć nas poniesie,
szybujemy ponad gwiazdami
tańczymy na nieba bezkresie.

Dla pasjonatów lotnictwa postać prof. Tadeusza Sołtyka nie jest anonimowa. Należy go jednak przypominać jak wzór pozytywnego bohatera, który przez całe swoje życie pracował dla Polski. Pomimo kłód rzucanych Mu pod nogi nie dał się zdeptać biurokracji, nie wyjechał i nigdy nie przestał tworzyć i uczyć.

1 Tadeusz Soltyk

Dwa żywioły, dwie pasje
Urodził się w Radomiu 30 sierpnia 1909 r. i tam ukończył Liceum im. Tytusa Chałubińskiego. Każde swoje wakacje spędzał w Pucku bądź w Jastarni, gdzie realizował swoją pasję żeglarską. Startował w regatach, budował jachty własnej konstrukcji i studiował na Wydziale Mechanicznym Politechniki Warszawskiej. Tam poznał niewiele starszych od niego pasjonatów lotnictwa jak Stanisław Rogalski, Stanisław Wigura i Jerzy Drzewiecki, którzy w piwnicach gmachu Nowej Kreślarni przy ul. Koszykowej budowali samoloty własnej konstrukcji. Od pierwszych liter nazwisk tej trójki przyjęły później swoją nazwę słynne samoloty RWD. Po ukończeniu studiów w 1934 r. Tadeusz Sołtyk rozpoczął pracę w Państwowych Zakładach Lotniczych w Warszawie. Po odbyciu stażu w różnych wydziałach wytwórni dołączył do zespołu Stanisława Praussa. Zajął się modyfikacją samolotu PZL 23 Karaś stanowiącego podstawowy samolot bombowo-rozpoznawczy lotnictwa polskiego w 1939 roku. Opracował wersję mającą służyć jako bombowiec nurkujący wyróżniającą się podwójnym usterzeniem. Ten samolot nie wszedł do produkcji ale rozwiązania w nim przetestowane zostały wprowadzone w następcy Karasia czyli w PZL 46 Sum. Wyjątkowy talent Sołtyka został wtedy zauważony i doceniony – pomimo młodego wieku został zastępcą głównego konstruktora w PZL. Inna sprawa to nadzwyczajne nagromadzenie talentów w tym miejscu i czasie. Koledzy z politechniki Rogalski, Wigura i Drzewiecki stali się trzonem Doświadczalnych Warsztatów Lotniczych produkujących znakomite samoloty sportowe i lekkie wojskowe RWD. Starszy o osiem lat Franciszek Misztal również został znanym konstruktorem lotniczym. To on opatentował tzw. keson Misztala, pozwalający na budowę lekkiego skrzydła o dużej wytrzymałości. Byli też inni jak Zbysław Ciołkosz, Jerzy Dąbrowski, Leszek Dulęba i inni. To zakrawa na cud bo raptem kilkanaście lat wcześniej, w 1918 roku, w Polsce mieliśmy tylko jednego inżyniera lotniczego.

2 pzl46

PZL 46 Sum

Wojna
Po wybuchu wojny PZL pracowały jedynie kilka dni. Na skutek bombardowań przerwano pracę i ewakuowano zakład zapominając o Sołtyku. Coś niedobrego działo się w szefostwie polskiego lotnictwa skoro takich ludzi zamiast pilnie wywieźć poza zasięg wroga pozostawiono na pastwę wroga. Tadeusz Sołtyk jako pracownik PZL nie podlegał służbie wojskowej ale zgłosił się na ochotnika i jako podchorąży walczył z karabinem w ręku w bitwie nad Bzurą. Tam też dostał się do niewoli. Obóz to nie miejsce dla ludzi aktywnych więc uciekł i ukrywał się na wsi.
LWD
W październiku 1944 r., zgłosił się w Lublinie do nowych władz oświadczając, że chce budować samoloty. Czasy były takie, że nie było czym gruzów odwalać a tu przychodzi człowiek w dziurawych spodniach i mówi, że będzie budował samoloty. Na szczęście przyjmujący go dyrektor departamentu znał inżyniera Praussa i tak Sołtyk został szefem nieistniejącego jeszcze pierwszego po wojnie biura konstrukcyjnego. Musiał tylko znaleźć sobie ludzi, lokal i materiały do pracy. Powstały Lotnicze Warsztaty Doświadczalne w Lublinie (LWD). Potem zakłady przeniesiono do Łodzi. Początki były trudne bo nie było nawet papieru i pierwsze rysunki powstawały na odwrocie tarcz strzelniczych odziedziczonych po Niemcach. W Łodzi przejął jakąś stolarnię i tam ruszyła produkcja. Tam powstał pierwszy powojenny samolot LWD Szpak, który wyprodukowano w ilości 10 sztuk wykorzystując poniemieckie silniki lotnicze. Potem były następne jak LWD Żak, LWD Junak i inne. Junak służył w lotnictwie wojskowym i potem w aeroklubach aż do 1972 roku. LWD nie były już jedynymi uruchomionymi zakładami. Ocalały zakłady w Mielcu skąd jednak wywieziono większość wyposażenia. Ich uruchamianie było urozmaicane przez różnej proweniencji leśnych ostrzeliwujących nocami zakłady z pobliskiego zagajnika. Inżynier, późniejszy profesor Misztal założył w Warszawie Centralne studium Samolotów czyli kolejne biuro konstrukcyjne.
Ostatnią konstrukcją Sołtyka w LWD był dwusilnikowy samolot Miś. Latało nim wojsko ale po pewnym czasie zrezygnowało z produkcji i później również z eksploatacji prototypu. Był rok 1951 – do Sołtyka przyszedł generał Trochow i oświadczył, że plany się zmieniły ale nie chce samolotu skasować żeby Sołtyk nie powiedział „Był tu taki stary radziecki generał, który kazał połamać mój samolot”. Oddaje mu więc ten samolot w prezencie, może go sobie wziąć i latać ile zachce. W samym apogeum komuny! Konstruktor nie był w stanie przyjąć tego daru i samolot zniszczono. Wyjaśnieniem tego gestu może być pozycja głównego konstruktora w ZSRR. Z tymi ludźmi liczył się nawet Stalin. Mieli bardzo wysoką pozycje w radzieckim aparacie a w Polsce Sołtyk nie miał nawet własnego pokoju i jego biurko przenoszono do różnych pomieszczeń bez pytania go o zdanie.

4 TS 11 Iskra

TS-11 Iskra


TS jak Tadeusz Sołtyk
Biuro konstrukcyjne LWD rozwiązano w 1949 r., a Tadeusz Sołtyk trafił do Instytutu Lotnictwa w Warszawie. Od tej pory w nazwach konstrukcji Sołtyka zaczęły pojawiać się jego inicjały. Przemysł lotniczy w Polsce szybko się rozwijał podobnie jak samo lotnictwo. Wojsko zamówiło nowy samolot szkolno-treningowy mający zastąpić zbyt ubogiego Junaka. I tak w 1955 r. powstał TS-8 Bies. Samolot ten w latach 1956-57 zdobył cztery rekordy świata w swojej klasie. Był to pierwszy tak nowoczesny samolot zaprojektowany w Polsce. To był też pierwszy samolot, który swoim poziomem technologicznym przewyższył ostatnie polskie konstrukcje przedwojenne. W samolocie polskie było wszystko, płatowiec konstrukcji Sołtyka, silnik WN-3 konstrukcji Wiktora Narkiewicza, polskie przyrządy i wyposażenie. Zbudowano ich 242 sztuki. Ostatnie egzemplarze Biesa latają do dzisiaj.
Jednak lotnictwo wojskowe latały już na samolotach odrzutowych więc wobec uznania jakim cieszył się Bies zamówiono u Sołtyka kolejny samolot szkolno-treningowy, tym razem odrzutowy. I tak doszło do skonstruowania najbardziej znanego samolotu Tadeusza Sołtyka czyli TS-11 Iskra oblatanego w 1960 roku. Samolot ten przyniósł uznanie nie tylko w Polsce ale i zagranicą. Wyprodukowano 421 egzemplarzy. Iskry do dzisiaj latają w Polsce i w Indiach, które zakupiły ich 50 szt. W ostatnich latach prywatni kolekcjonerzy z USA zakupili kilkadziesiąt Iskier, które śmigają po amerykańskim niebie. Iskra przyniosła nie tylko sławę ale i kłopoty. Sytuacja byłą paradoksalna. Polskie władze cywilne rodem jeszcze z ZPP nie były zainteresowane konstruowaniem samolotów w Polsce a władze wojskowe w osobach radzieckich generałów służących w Wojsku Polskim dawały zamówienia. Dowódcą lotnictwa był generał Turkiel, głównym inżynierem wspomniany wcześniej generał Torochow. Sołtyk wspomina „My wrócimy do kraju – mówili – chcielibyśmy zostawić wspomnienie, że Polsce też czymś się zasłużyliśmy.”
Problemy były z przemysłem. PZL wpierw zwyczajnie odmówiły produkcji Biesa ale ustąpiły pod naciskiem wojska. Teraz historia powtarza się z Iskrą. Niby jest produkowana ale zakłady odmawiają dostarczania części zamiennych, modyfikacji itd. Komuś polskie konstrukcje zaczynają przeszkadzać. Jednak konstruować jeszcze było można.

5 TS 16

TS-16 Grot


W połowie 1958 r. doc. inż. Tadeusz Sołtyk rozpoczął prace nad naddźwiękowym samolotem szkolno-bojowym, na którym piloci przechodziliby przeszkolenie po lotach na TS-11, ale przed szkoleniem na MiG-21. W roku 1959 opracowano projekt, wstępnie oznaczony, jako TS-13 (później 16) Grot. Była to zupełnie nowatorska konstrukcja. Równolegle w USA pracowano nad odpowiednikiem Grota samolotem Northrop T-38 Talon. Wersja bojowa tego samolotu to był lekki samolot myśliwski F-5. Lotnictwo wojskowe Grota zaakceptowało, choć pojawiły się podejrzenia, iż nazwa samolotu nawiązuje do generała Stefana „Grota” Roweckiego! Nazwa Grot jednak pozostała. Opracowano projekt konstrukcyjny. W tym czasie władze przemysłu PRL dążyły jednak do ograniczania roli polskich lotniczych biur konstrukcyjnych. W 1963 r. Rada Naukowa przy Ministerstwie Obrony Narodowej uznała, iż należy to skonsultować z władzami ZSRR. I to był koniec Grota. Władze ZSRR nie wyraziły zgody na rozwój tej konstrukcji, oficjalnie uznając ją za nieprzydatną. Zespół Sołtyka został rozwiązany.
Banicja
Gdzie jest daleko od lotnictwa? Na wodzie. Tadeusz Sołtyk przeszedł do pracy w Przemysłowym Instytucie Automatyki i Pomiarów. Ale i tam nie potrafił być podrzędnym pracownikiem. Konstruował m.in. automatyczne siłownie okrętowe. Pracował tam aż do emerytury w 1992 roku. Ponieważ czasy się zmieniały i konstruktor przestał być zadżumiony zwrócono się do niego z prośbą o konsultacje przy projektowaniu samolotów PZL 130 Orlik i I-22 Iryda. Orlik powstał i cieszy się wciąż doskonałą opinią wśród instruktorów. Niestety, Irydę spotkał los Grota. Podczas prób Irydy zamiast pilota doświadczalnego posadzono za sterami zwykłego pilota oblatywacza, nieprzygotowanego do takich zadań. Doszło do katastrofy i pilot zginął. Prace przerwano i powrócono do nich dopiero w 1992 r. Potem na skutek błędu pilota rozbiła się druga Iryda i to było pretekstem do zlikwidowania programu. Iryda była ostatnim projektem, w którym uczestniczył prof. Sołtyk. Pomimo dobrej opinii pilotów doświadczalnych Ludwika Natkańca i Henryka Bronowickiego, pomimo zamiaru zakupu tych samolotów przez Indie, zezłomowano przyrządy produkcyjne a wyprodukowanych kilkanaście Iryd gnije w jakimś magazynie.
Prof. Tadeusz Sołtyk zmarł 14 lipca 2004 r. w Warszawie, w wieku 95 lat. Jest pochowany na Starych Powązkach (kwatera 164-3-16). Był autorem pięciu książek – w tym wspomnień „Dwa żywioły, dwie pasje”, siedmiu patentów, licznych artykułów i publikacji. Wykładał na wyższych uczelniach: w Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie oraz na Politechnice Gdańskiej, Łódzkiej i Warszawskiej. W 1955 r. uzyskał stopień docenta, a 20 lat później - tytuł profesora nadzwyczajnego.
Adam Kowalczyk
Literatura:
Henryk Bronowicki - „Pilot doświadczalny. Autobiografia”
Andrzej Glass - „Samoloty, których nie było”, Skrzydlata Polska nr 4/1995
Witold Iwańczuk - „TS jak Tadeusz Sołtyk”
Andrzej Morgała - „Samoloty bombowe i szturmowe w lotnictwie polskim”
Tadeusz Sołtyk - „Dwa żywioły, dwie pasje – wspomnienia konstruktora”
Tadeusz Sołtyk - „Polska myśl techniczna w lotnictwie 1919-1939 i 1945-1965”

Zdjęcie tytułowe TS-8 Bies

Czytaj więcej: On dał nam skrzydła

Komentarz (7)

Z kurzem krwi bratniej

Szczegóły
Opublikowano: poniedziałek, 26 czerwiec 2017 20:06
Stanisław Stomma

Niewktórzy z czytelników odsądzają mnie od czci i wiary za to myslę i piszę na temat historii Polski i stosunku do Rosji. Antyrosyjscy ekstremiści nazywają mnie ruskim rabem. W swoich poglądach nie jestem jednak odosobniony. Niżej pozwoliłem sobie na przypomnienie starego artykułu opublikowanego niegdyś w "Tygodniku Powszechnym".

Adam Kowalczyk

Z kurzem krwi bratniej

STANISŁAW STOMMA
Bohaterstwo pozostaje bohaterstwem, niezależnie, jak zostało użyte. Doświadczenia historii narodowej nauczyły nas rozróżniać subiektywną wartość postawy i sens polityczny wydarzeń. Dlatego pisząc o powstaniu 1863 roku, zacząć chcę od słów: ,,Krwi ofiarnej cześć".

"Krwi ofiarnej cześć" - taki tytuł nosi jedna z laurkowych publikacji poświęconych legionom Piłsudskiego. Autorem jej był wielki admirator postaci Józefa Piłsudskiego i jego historycznego dzieła, mianowicie ks. biskup Bandurski, sam ongi kapelan I Brygady. Gdy chodzi o słowa tutaj zacytowane, na takie uczczenie zgodzić się mógłby także i przeciwnik polityczny Piłsudskiego.
Bohaterstwo pozostaje bohaterstwem, ma wartość samo w sobie, niezależnie, jak zostało użyte. Bolesne doświadczenia historii narodowej nauczyły nas rozróżniać subiektywną wartość postawy oraz sens polityczny wydarzeń. Sama konieczność takiego rozróżnienia już kryje w sobie sens tragiczny, mówi, że nie zawsze ofiara była sensowna i celowa. I już nie jeden jest taki epizod historyczny, w którym czcimy krew ofiarną, wypowiadając dezaprobatę decyzji politycznej.
Przechodząc do meritum, zacznę od postawienia pytania: czy istniała jakakolwiek - choćby najmniejsza - szansa sukcesu powstania?


Cień niezauważonego

Pytanie to właściwie już przesądza sprawę. Trudno na ogół apoteozować decyzję walki, jeśli nie ma żadnych szans zwycięstwa, jeśli nie ma, nawet minimalnej, możliwości sukcesu. Otóż stwierdzić można z całkowitą, kategoryczną pewnością, że żadnej szansy powodzenia nie było. Stwierdzamy to dziś ex post z całą oczywistością, ale wniosek taki także dla współczesnych, także przed tragiczną decyzją z roku 1863, musiał się narzucać.
Rzecz w tym, że jakaś sformułowana argumentacja rozumowa za powstaniem jest nadzwyczaj uboga i to jest bardzo znamienne. Można chyba stwierdzić bezspornie, że uformowanej koncepcji politycznej nie było. Szukając argumentacji, sięgnąć trzeba do sławnej mowy Stefana Bobrowskiego wygłoszonej na zebraniu konspiracyjnym w dniu 3 stycznia 1863. Dokument to dość lakoniczny.
Historycy słusznie piętnują lekkomyślność decyzji różnych ,,gabinetów", które decydowały o wojnie i pokoju. Ale ,,gabinety" te były jakoś oficjalnie uformowane, zafiksowane w systemie państwowym i ponosiły odpowiedzialność wobec narodów. W danym zaś wypadku decyzję o kolosalnych konsekwencjach ferowała grupka anonimowa, nikomu nieznana, przez nikogo nie powołana. Grupka, która samą siebie kreowała najpierw Komitetem Centralnym, później Rządem Narodowym. Przy tym, po proklamowaniu Rządu Narodowego, skład jego wciąż się zmieniał. Jedni przychodzili, inni odchodzili. Był nawet zamach stanu. Stałym elementem była tylko... pieczątka. Sławna pieczęć Rządu Narodowego.
W dniu 3 stycznia 1863, gdy zapadła decyzja o powstaniu, w zebraniu konspiracyjnym uczestniczyli: Oskar Awejde, Agaton Giller, Jan Maykowski, Józef Janowski, ks. Karol Mikoszewski, Zygmunt Padlewski, Stefan Bobrowski.
O dwóch ostatnich mówić będziemy przy końcu. Tutaj tylko konieczne przypomnienie historyczne, aby uświadomić, jak przypadkowa była to decyzja. Otóż Agaton Giller - wtyczka białych w konspirację - głosował przeciw. Maykowski głosował za, ale na następnym posiedzeniu już się załamał i uważał powstanie za nieszczęście. Proponował walki nie rozpoczynać, a poprzestać na tym, że się zamorduje Wielopolskiego (projekt wymowny, gdy chodzi o stronę moralną!). Ostatecznie, gromiony przez Padlewskiego, uległ.
Pozostają więc głosy pięciu ludzi. Spośród nich dwóch ostro osądziła i potępiła niebawem opinia narodowa. To Awejde i ks. Karol Mikoszewski. Awejde, który stale prowadził dziwną, dwuznaczną grę, uwięziony w cytadeli załamał się i ,,sypał" bez skrupułów. Gdy chodzi o ks. Mikoszewskiego, to najprzychylniejsza czerwonym histografia oceniła go jako awanturnika, bez charakteru i bez godności. Naprawdę do powstania parli Zygmunt Padlewski i Stefan Bobrowski, obaj młodzi, zdolni, zapaleni, przekonani o słuszności sprawy. Ale też obaj zginąć mieli niebawem śmiercią tragiczną na skutek własnej zdumiewającej lekkomyślności. Tak wyglądała decyzja powzięta za naród, dla narodu i przesądzająca jego losy.
Nas w tej chwili zajmuje pytanie: czy istniała jakakolwiek szansa sukcesu? Nie mamy pewności, co na ten temat myślał np. ks. Mikoszewski. Z przemówienia Stefana Bobrowskiego wynika, że on przynajmniej nie miał dużych złudzeń co do możliwości sukcesu. Prawdziwe motywy jego decyzji postaramy się zrozumieć poniżej. Tutaj, gdy chodzi o ocenę szans, ważne jest jedno stwierdzenie. Rozumowanie czerwonych cechuje zawsze dziwna prostolinijność. Jest ono jakby abstrakcyjne. Jakby się rzeczy dziać miały poza realnymi wymiarami rzeczywistości. Rozumowanie uwzględnia dwa czynniki: Polska - Rosja, tak jakby poza tym była próżnia.
Przebija to też w rozumowaniu Stefana Bobrowskiego, w jego decydującej mowie za powstaniem. Pominięty zostaje czynnik trzeci, tak jakby w ogóle nie istniał. Tymczasem był to właśnie czynnik decydujący.
Można obrazowo powiedzieć, że na ówczesne Królestwo Polskie, powstające przeciw Rosji, padał cień nowego władcy Prus, Bismarcka. Tymczasem w Polsce cień ten jakby był niedostrzegany. Czerwoni w ogóle się z tym czynnikiem nie liczą, tak jakby za zachodnią granicą ,,Kongresówki" rozciągał się ocean. Tymczasem właśnie ten cień był największą realnością owej chwili historycznej. On był prawdziwym fatum dziejów polskich.
Oczywiście, grupy powstańcze zbrojne w kosy i dubeltówki nie mogły liczyć - realnie patrząc - że mogą wygrać walkę z regularną, dobrze uzbrojoną armią carską. Ale zróbmy założenie, że... Powiedzmy, że w chwili decyzji można było żywić jakieś takie nadzieje. Powiedzmy, licząc na naciski Zachodu, rozprzężenie w Rosji itd. Otóż takie rachuby mogłyby się spełnić tylko w wypadku, gdyby za zachodnią ścianą Królestwa była próżnia. Ale za nią były Prusy Bismarcka i to przekreślało wszelką, literalnie wszelką, nadzieję powodzenia.
Stanowisko Bismarcka wobec powstania było z góry jasno określone. Bismarck z całej duszy pragnął powstania. Przywitał je z wielką radością. Wiedział, że otwiera ono możność odnowienia aliansu z Rosją przeciw Polsce i zarazem storpedowanie porozumienia francusko-rosyjskiego. Od pierwszej chwili zaofiarował Rosji pomoc, która nie została jednak przez Petersburg przyjęta. Tylko z powodu niechętnego stanowiska Rosjan wojska pruskie nie wtargnęły do Królestwa. Jednak w wypadku powodzenia powstania Bismarck był zdecydowany interweniować zbrojnie, nawet wbrew opinii rządu carskiego.
Wojska pruskie były koncentrowane nad granicą i w wypadku niepowodzeń rosyjskich interwencja była sprawą przesądzoną. Powstanie zaktualizowało w Berlinie na nowo tzw. koncepcję Knesebecka. Ten polityk pruski już w początkach XIX w. domagał się dla Prus granicy Niemen-Narew-Wisła. Powstanie ożywiło tę koncepcję. Na dworze pruskim zaczęto znów rozważać program granicy Knesebecka.
A zatem sukces powstania w walce z Rosjanami oznaczałby zbrojną interwencję Prus. Nie ma zaś i nie było takiego fantasty, który by mógł twierdzić, że partyzantka powstańcza mogłaby pokonać i armię rosyjską, i znakomitą, najlepszą w Europie armię pruską. W ,,najlepszym' więc wypadku powstanie mogło przynieść jedną tylko zmianę, a mianowicie - na miejsce zaboru rosyjskiego dać zabór pruski. Czy rzeczywiście byłaby to zmiana na lepsze? Tu właśnie dotykamy drugiego pytania.

Kompleks silniejszy niż życie

W okresie zaborów hodowaliśmy w sobie jeden kompleks. Kompleks ten prowadził od klęski do klęski i w płaszczyźnie logiki historycznej nie był uzasadniony, a jednak kompleks ten wciąż dominował. Był to kompleks antyrosyjski.
Trzeba bowiem zwrócić uwagę na fakt, że nasze walki narodowe i ,,czyny zbrojne" zwracały się z reguły przeciw Rosji, niemal wyłącznie przeciw Rosji. Uderzająca jest dysproporcja pomiędzy zaangażowaniem się narodu w walkę przeciw Rosji i przeciw dwom innym zaborcom. Przeciwko władztwu pruskiemu walczyli Polacy zbrojnie na przestrzeni XIX w. tylko raz (nie licząc specyficznego w swym charakterze wystąpienia w r. 1806/7), w okresie Wiosny Ludów, gdy całe Niemcy ogarnął paroksyzm rewolucji. Nie przybrało to więc charakteru odrębnej wojny polsko-pruskiej. Natomiast powstania narodowe na wielką skalę kierowały się wyłącznie przeciw Rosji.
Na tę okoliczność zwracam uwagę wielbicieli powstań, bo ma ona duże znaczenie dla wytłumaczenia ich prawdziwej genezy. Mamy do czynienia z ustawieniem walki konspiracyjnej i odruchów zbrojnych w jednym tylko kierunku. Uparcie antyrosyjski kierunek jest tym dziwniejszy, że właśnie fakty historyczne powinny by skłaniać do traktowania Rosji jako zaborcy najmniej wrogiego.
Przypomnijmy bowiem fakty:
a) w latach 1795 i 1815 Rosja zaanektowała te ziemie wschodnie dawnej Rzeczypospolitej, które etnicznie nie były polskie,
b) w okresie zaborów (do roku 1863) właśnie ze strony rosyjskiej były robione próby dogadania się z Polakami drogą ustępstw i kompromisów.
Te kompromisy i ustępstwa uznać można za niedostateczne. To rzecz inna. Niemniej dwaj inni zaborcy (do roku 1863) prób takich nie czynili. To jedno więc powinno by usposobić lepiej do Rosji niż do Prus, a także do Austrii (przed 1868). Tymczasem było odwrotnie.
Pierwsza próba ugody robiona była przez Rosję w latach 1801-1812. Druga w okresie Kongresu Wiedeńskiego i Królestwa Kongresowego. Trzecia w przeddzień powstania styczniowego 1860-1863.
Plany polskie cara Aleksandra I uznać można za marzycielstwo. Jeśli uznamy je za nierealne, to jednak miały one swoją konkretyzację w postaci propolskiej polityki na ziemiach b. Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jest faktem, że już po rozbiorach, pod berłem Aleksandra I, następuje wspaniały rozkwit kultury polskiej na ziemiach b. Księstwa Litewskiego. Uniwersytet Wileński przeżywa swój złoty okres, rozkwita Liceum Krzemienieckie. Rzecz paradoksalna, właśnie w tym czasie szybko utwierdza się polskość na tym terenie. Kurs ten utrzymuje się także po roku 1812, po wyparciu Napoleona, pomimo że szlachta polska tych ziem przeszła zdecydowanie na stronę Francuzów.
Prawda, już pod koniec panowania Aleksandra I zachodzą zmiany na gorsze. Na widowni zjawia się Nowosilcow, zaczynają się jątrzące szykany policyjne. Niemniej do roku 1830 sytuacja polskości nawet za Niemnem i Bugiem - nie mówiąc już o Królestwie - jest znacznie lepsza niż podówczas w Prusach i Austrii.
Nie zapominajmy też, że na Kongresie Wiedeńskim tylko jeden Aleksander I broni sprawy polskiej, tylko rząd rosyjski stawia postulat niepodległego państwa polskiego. Przeciw są wszyscy inni partnerzy główni Kongresu: Anglia, Prusy, Austria, także Talleyrand. Rezultatem planów Aleksandra I staje się zredukowana koncepcja państwa polskiego: Królestwo Polskie powiązane unią dynastyczną z Rosją.
Ta kadłubowa i ograniczona niepodległość nie mogła narodu polskiego zadowolić. Niemniej ocalenie nawet tak zredukowanej państwowości polskiej było w Wiedniu wyłącznie zasługą polityki rosyjskiej.
Powtarzam raz jeszcze: nie można się dziwić, że nie zaspokajało to polskich aspiracji. Niemniej fakt zostaje faktem, że tylko jeden zaborca robił próbę jakiegoś kompromisu z Polakami, nie chciał całkowitego wymazania państwa naszego z mapy świata. Logicznie więc można by oczekiwać, że, w każdym razie, stosunki z Rosją powinny by się lepiej układać niż z dwoma innymi zaborcami. Było zaś akurat odwrotnie. Do roku 1830 mamy w Królestwie Polskim państewko o mocno ograniczonej suwerenności, ale - bądź co bądź - własny aparat państwowy, natomiast w Prusach i Austrii uciski i eksterminację. Mimo to podjęta zostaje walka z Rosją, a nie przeciw Prusom lub Austrii.
Kolejną próbę ugody robi Aleksander II. Są to reformy lat 1860-1863. Reformy dające dość znaczne koncesje żywiołowi polskiemu, robione jednak powściągliwie, bez postawienia - przynajmniej na razie - problemu odrębnej państwowości. Jak daleko ówczesny rząd rosyjski skłonny był iść w ustępstwach? Trudno dać dzisiaj na to odpowiedź. Józef Feldman twierdzi, że kanclerz Gorczakow skłonny był przywrócić Królestwu Polskiemu stan z roku 1815 albo nawet zgodzić się na zupełne odczepienie Królestwa od Rosji. No, to są tylko hipotezy. W każdym razie w takich warunkach zamiana władzy rosyjskiej na pruską nie była koncepcją słuszną. A przecież taki musiał być efekt powstania w wypadku orężnego powodzenia.
W jednym punkcie wykluczał rząd carski wszelki kompromis, to w sprawie ziem na wschód od Bugu i Niemna. Można tam było domagać się autonomii w osobnych ramach, ale wykluczone były wszelkie projekty włączenia tych ziem do Polski. W ,,Królestwie", tj. do Bugu, można było iść w żądaniach aż do całkowitej niepodległości. Ale ani kroku za Bug.
A właśnie z tej sprawy uczynili czerwoni hasło bojowe. Na plan pierwszy wysuwali nie swobodę w Królestwie, ale właśnie włączenie ziem za Bugiem. W ten sposób ustawiane były demonstracje i ten postulat szczególnie był akcentowany. Taki sens miały wielkie obchody w Horodle, w rocznicę unii z Litwą. Pod tym hasłem usiłowano nawet storpedować wybory samorządowe rozpisane w Królestwie.
Szermując tym hasłem, czerwoni dobrze zdawali sobie sprawę, że przekreśla ono radykalnie wszelką próbę ,,ugody".
Idąc na kompromis, rząd Aleksandra II twardo stawiał postulat granicy na Bugu-Niemnie, a więc granicy w przybliżeniu takiej, jaką na wschodzie mamy obecnie. Czy nie było to do przyjęcia?
Zdaję sobie sprawę, że pytanie to może być odczytane jako demagogiczne. Bo nonsensem jest przenoszenie dzisiejszych pojęć w sytuację zupełnie inną, sto lat wcześniej. Polacy w połowie XIX wieku nie mogli rozumować jak my dzisiaj. Na przestrzeni jednego pokolenia kategorie politycznego rozumowania zmieniają się dość radykalnie, a cóż mówić na przestrzeni 100 lat.
Polacy roku 1863 pojęciowo stanowczo bliżsi byli Polski przedrozbiorowej niż sytuacji obecnej. Znacznie mniejszy przełom myślowy dzielił ich od roku 1795 niż od 1944. Granice z 1772 r. już wtedy były mrzonką, ale koncepcja unii z Litwą była jeszcze żywa. Można zrozumieć, że nie chcieli z niej rezygnować. Nie wykrystalizowała się też jeszcze idea samostanowienia ludności. Ale przyjmując nawet takie założenia, narzuca się proste pytanie: czy należało odrzucać rozwiązanie częściowe? I tu dotykamy sedna sprawy.

W niewoli demonologii

Przeczytałem niedawno książkę prof. [Stefana] Kieniewicza o Andrzeju Zamoyskim ,,Między ugodą i rewolucją". Żadna w życiu książka nie zirytowała mnie tak jak ta. To dogmatyka stosowana, a nawet gorzej - to demonologia.
Prof. Kieniewicz ma dogmatyczne osądy a priori, które mu wyznaczają dwie szufladki. Fakty wrzuca do szufladek bez wnikania w ich sens konkretny. Są u Kieniewicza słowa magiczne i demoniczne. Jedno - to ,,lud" lub ,,wola ludu", drugie - to potworne słowo ,,ugoda".
Wszystko, co się działo na ulicach Warszawy od roku 1861 do 1863, prof. Kieniewicz uważa za ,,wolę ludu" i nawet nie analizuje wypadków, bo w założeniu ,,wola ludu" jest uznana za kwintesencję mądrości, za mądrość nieomylną. Prof. Kieniewicz nie dopuszcza myśli, że przecież na ulicę wychodzić mogą różne elementy. Że rozruchy mogą być wywołane przez ludzi nieobliczalnych, elementy anarchiczne itd. Nie liczy się z tym, że przez lata 1861-1863 przypadkowi ludzie powodowali ruchawki i zajścia, że w dużym stopniu ślepa spontaniczność decydowała o losach narodu. Nie, prof. Kieniewicz apoteozuje wszystko, co było na ulicy, co było rozruchem, uznaje to wszystko zawsze za przejaw nieomylnej ,,woli ludu".
Odwrotnie zaś, każda reforma, każda zmiana wiążąca się z nazwiskiem Wielopolskiego, a mająca zgodę rządu, uznana zostaje za przejaw ,,ugody" i przez samo podciągnięcie pod tą piekielną etykietkę potępiona bezapelacyjnie.
Schemat taki nabiera cech demonologii. Schemat nie do przyjęcia. Bezspornie, Margrabia Wielopolski był konserwatystą, był nim z usposobienia i z tradycji. Ale inklinacje osobiste Wielopolskiego to, pomimo wszystko, problem o znaczeniu wtórnym. Chodzi o instytucje wprowadzane w drodze reform, o nowy status Królestwa Polskiego. Wprowadzane reformy miały swój sens obiektywny i to jest decydujące. Jaki był ten sens? Czy wprowadzane instytucje były z pożytkiem dla narodu? Oto pytanie istotne. Nim się zajmiemy.
Oceniając je, trzeba stanąć w obliczu konkretu, a wyjść z kręgu frazesu. Dylemat ,,lud" czy ,,ugoda" to doktrynerska abstrakcja, to dwa fetysze.

Piemont czy zgliszcza

Prawdziwy dylemat historyczny miał treść konkretną. Chodziło o to, czy społeczeństwo ma wchodzić w nowe warunki, wykorzystując nowe autonomiczne instytucje, czy też ma rozpocząć walkę zbrojną z Rosją bez żadnych absolutnie szans zwycięstwa.
A więc dylemat brzmiał: autonomia lub walka i klęska. To był konkret.
Andrzej Zamoyski, balansujący ciągle między programem reform a konspiracją, szukał rozwiązań pośrednich. Taką pośrednią drogą wydała mu się zasada: ,,brać, a nie kwitować". Znaczyło to konkretnie: wykorzystywać nowe instytucje, wchodzić w nie, jednak bez przyjmowania kompromisu politycznego. Wyjście takie uważa prof. Kieniewicz za nierealne. Zaborcy chodziło o pokwitowanie polityczne i bez tego koncesje musiałyby ustać. Prof. Kieniewicz ma tu zapewne rację. Tylko co to znaczy ,,pokwitować"? Politycznie może różnie wyglądać. Kompromisy polityczne zawiera się na pewien dystans. Oczywiście konieczne było zaniechanie czynnej walki, jaka w formie różnych demonstracji toczona była od 1861 roku. Zaprzestanie też propagandy o zjednoczenie wszystkich ziem polskich lub całkowite zerwanie związku z Rosją. Na dalszą metę nie musiał jednak naród celów swych się wyrzekać. W polityce są zawsze dwie płaszczyzny: polityka bieżąca oraz cele dalekosiężne, można by powiedzieć, ideologia polityczna. Kompromisy dotyczą na ogół bieżących spraw konkretnych, natomiast zasadniczo bardzo trudno jest wymusić kiedykolwiek rezygnację z celów o charakterze ideologicznym.
Tak samo rysowała się sprawa w latach 1860-1863. Chodziło o zaniechanie czynnej walki. Nie przekreślało to dążeń narodowych na dalszą metę. Rysowała się możliwość rozwiązania częściowego, odzyskania co najmniej autonomii Królestwa Polskiego. Pytanie więc było bardzo konkretne: czy przyjąć rozwiązanie częściowe. Oto cały sens ówczesnej kwestii.
W historii utarły się pewne symboliczne skróty. Słowo ,,Piemont" oznacza rozwiązanie częściowe. Jak wiadomo, Włosi realizowali zjednoczenie Italii na raty. Pierwszym etapem było opanowanie władzy w Piemoncie przez obóz walczący o zjednoczenie. Stąd ów symbol.
Dla Polski w latach 1860-1863 rysowała się możliwość kombinacji ,,Piemont". Można było uzyskać swobodę życia narodowego na jednym kawałku ziemi, w tzw. Kongresówce. Ściśle więc biorąc, dylemat brzmiał: "Piemont polski" czy walka z takimi widokami sukcesu, jakie realnie istniały. Nie ma więc demagogii, gdy formułujemy dylemat: Piemont lub zgliszcza. Stawiam pytanie proste i konkretne: dlaczego ,,Piemont polski" w Kongresówce miałby być wtedy nie do przyjęcia? Na to pytanie trudno dać odpowiedź przekonywającą. Na ogół biorąc, argumentacja obrońców powstania idzie w dwóch kierunkach. Raz, że rozwiązanie częściowe i bardzo niedostateczne, dwa, że reformy Wielopolskiego przychodziły w konserwatywnym uwikłaniu społecznym. Oba twierdzenia prawdziwe, ale nie uzasadniające odrzucenia rozwiązania częściowego.
Podkreśliłem już parokrotnie, że rozwiązanie było fragmentaryczne i nie zaspokajające aspiracji narodowych. Mówimy ,,Piemont". A ,,Piemont" to siłą rzeczy rozwiązanie częściowe.
Argument drugi - społecznie konserwatywny charakter reform jest dziś wybijany na czoło i ma stanowić dostateczne uzasadnienie powstańczej decyzji czerwonych. Otóż argumentacja ta operuje wielkim repertuarem uproszczeń.
Stwierdziliśmy powyżej - oceniając postawę czerwonych - że nie można wybiegać poza ówczesną epokę i przerzucać w tamte warunki naszych kategorii myślowych. W latach 1860-1863 mocno były jeszcze zakorzenione pojęcia feudalne, rozwijał się stopniowo kapitalizm, panowała klasowa struktura społeczna. Tak było w całej Europie. Wszędzie urządzenia społeczno-polityczne nosiły charakter klasowy. Ruch socjalistyczny dopiero się zaczynał i nigdzie nie osiągnął sukcesu.
Reformy realizowane w Królestwie mieściły się rzeczywiście w ramach ówczesnej klasowej struktury społecznej. Np. prawo wyborcze do rad miejskich wiązało się z cenzusem majątkowym. Ale tak było wszędzie w Europie. Nurty postępowe stopniowo tylko wywalczały realizację swoich postulatów. A przecież w Anglii, która była państwem najbardziej w Europie społecznie zaawansowanym, pełne demokratyczne prawo wyborcze dał dopiero Lloyd George. W Prusach o równe prawo głosu w wyborach walczono jeszcze w okresie I wojny światowej, a Galicja aż do końca 1918 nie doczekała się dla swojego Sejmu w pełni demokratycznej ordynacji wyborczej. Cóż więc dziwnego, że reformy z lat 1860-1863 nosiły też piętno ówczesnego systemu społecznego i były nim uwarunkowane.
Tak się złożyło, zresztą nieprzypadkowo, że równolegle ze sprawą zmian w Królestwie dojrzewała też kwestia nowego porządku w Galicji. Zmiany zachodziły stopniowo, ale jako datę rozpoczynającą nowy okres w zaborze austriackim można przyjąć umownie rok 1868. W Królestwie reformy zakończyły się fiaskiem, przekreśliło je powstanie. W Galicji doszło do realizacji dość szerokiej autonomii, która przetrwała aż do odzyskania niepodległości. Dzięki temu w Galicji skupiło się całe polskie życie narodowe na wiele dziesiątków lat. Tylko tam było w rękach polskich szeroko rozbudowane szkolnictwo, tylko tam były dwa polskie uniwersytety i politechnika, kształcące kadry nowej inteligencji polskiej. Istniejąca zaś administracja samorządowa była szkołą dokształcającą kadry przyszłej polskiej ekipy urzędniczej. Wreszcie, dzięki swobodom politycznym, narastał nowy ruch chłopski (Witos, Stapiński) oraz formował się ruch socjalistyczny, zdobywając coraz większe znaczenie polityczne.
Gdy w wyniku I wojny światowej wyłaniać się zaczęło niepodległe państwo polskie i trzeba było nagle sprostać ogromnym zadaniom organizacyjnym, okazało się w całej pełni, jak ogromne znaczenie miało dla Polski te pięćdziesiąt lat swobodnego rozwoju w zaborze austriackim. Czy więc tę autonomię też należało spalić i zniszczyć? Czy i na austriacką ofertę usamodzielnienia Galicji i pewnych ram własnego życia narodowego też trzeba było odpowiedzieć powstaniem?
Prof. Kieniewicz rzuca słowo ,,ugoda". To słowo zabarwione negatywnie wszystko rozstrzyga. Nie wolno było iść na ,,ugodę". Pytam: czy rozwój życia polskiego w strukturze Galicji to też ,,ugoda"? Czy i na tę próbę ,,ugody" trzeba było odpowiedzieć gestem samobójczym? A jeżeli nie, to dlaczego?
Jeżeli zaś nie potępiamy ,,ugody" w zaborze austriackim, dlaczego potępiamy jej próbę w Królestwie? Skąd ta różnica w ocenie? Dlaczego inna miarka jest przykładana?
Uniwersytet Jagielloński lub Uniwersytet we Lwowie uważamy za cenne placówki, ich wkład w kulturę szacujemy bardzo wysoko, pomimo że przez 30 lat rozwijały one pracę swą w ramach państwa Habsburgów. Dlaczegóż więc polska wyższa uczelnia w Warszawie miałaby być czymś niedopuszczalnym? Istnienie jej wymagało takiego tylko ,,kompromisu", jaki miał miejsce w Galicji. Nie mniej i nie więcej. Uderzająca jest ta podwójność ocen. Milczący kompromis z Habsburgami nie został osądzony jako zdrada, natomiast przyjęcie ulg z inicjatywy Rosji miałoby być zdradą i trzeba było ustępstwa te utopić we krwi, aby uniemożliwić ich przyjęcie.
Stwierdzając tę różnicę ocen, sięgamy do sedna sprawy. Ujawnia się właściwy sens powstania. Wytłumaczeniem jest właśnie ów kompleks silniejszy niż życie, kompleks antyrosyjski.

Duch narodu

Przypomniałem na początku, kto decydował o wybuchu powstania. W rzeczywistości byli to dwaj ludzie: Bobrowski i Padlewski.
Zacytuję tu pamiętne słowa Stefana Bobrowskiego.
,,Wywołując powstanie, do którego czynimy przygotowania, spełnimy ten obowiązek w przeświadczeniu, iż dla stłumienia naszego ruchu Rosja nie tylko kraj zniszczy, ale nawet będzie zmuszona wylać rzekę krwi polskiej. Ta zaś rzeka stanie się na długie lata przeszkodą do wszelkiego kompromisu z najeźdźcami naszego kraju, nie przypuszczamy bowiem, aby nawet za pół wieku naród polski puścił tę krew w niepamięć i aby wyciągnął rękę do nieprzyjaciela, który tę rzekę wypełnił krwią polską".
Jasienica autentyczność tych słów kwestionuje. Jeśliby nawet Bobrowski ich nie wypowiedział, to streszczają one dobrze istotny sens programu czerwonych w krytycznych latach przed powstaniem. Nie wysuwano przecież żadnych dezyderatów lub żądań, które mogłyby być dyskutowane. Wbrew też tym czy innymi tendencjom lewicowo-społecznym, które się włączały, nie był to, generalnie biorąc, program rewolucji społecznej. Hasło Polski w granicach z 1772 r. trudno nazwać w ogóle programem w sensie politycznym, tak bardzo wybiegało ono poza ramy realnej rzeczywistości. Można to tylko traktować jako hasło, hasło do walki. Przy tym hasło ,,granic 1772" zwrócone było tylko przeciw Rosji, nie szermowano nim wobec Prus lub Austrii, pomimo że właściwie te dwa państwa dzierżyły w swojej mocy trzon ziem czysto polskich. Tak więc ideą przewodnią czerwonych był bezwarunkowy nakaz walki z Moskalami. Działało jakieś przeświadczenie, może częściowo podświadome, że walka ta jest konieczna dla ocalenia narodu, rzekomo dla ocalenia duszy narodu.
Zresztą, iluż pisarzy później sprawę tę tak właśnie naświetlało. Powstanie miało jakoby ocalić ducha narodu. Działał strach przed jakimś wewnętrznym załamaniem, przed wewnętrzną kapitulacją.
Pogląd taki na powstanie pokutuje do naszych dni. W tej linii rozumowania walka potrzebna była dla walki i koniec. Tę właśnie myśl wyrażają słowa Stefana Bobrowskiego. Całą filozofię czerwonych w nich zawarto. To właśnie jest sekret tragicznych lat 1861-1863.
I znowu narzuca się uparcie paralela. Dlaczego ten, żywiołowy, jakiś mistyczny pęd do walki właśnie z Rosją? Dlaczego ocalenie duszy narodowej nie wymagało walki przeciwko Prusom lub Austrii? Jakoś ,,ugoda" z Austrią nie zdeprawowała w niczym duszy Polaków. Dlaczegóż więc za czystość duszy w zaborze rosyjskim płacić trzeba było hekatombą krwi? Nie ma na to odpowiedzi racjonalnej. Powtarzam: kompleks silniejszy niż życie.
Wytłumaczenie kompleksu antyrosyjskiego nie jest rzeczą prostą. Na dojrzewanie jego wpływały wady i winy caryzmu. Awersję do tego systemu przenoszono w ogóle na Rosję i ,,Moskali". Walki lat 1830-1831 miały ten wynik, o jakim mówią cytowane słowa Bobrowskiego. Rzeka krwi dzieliła. Tak się szło do coraz głębszego impasu. Nasza poezja romantyczna kompleks ten bardzo nasiliła i dała mu aureolę. Ale to temat wymagający osobnych rozważań.

Gorzej niż pożary i zgliszcza

O skutkach powstania mówiono bardzo wiele. Uwidoczniły się one w całej pełni już w lutym 1863. Bismarck czekał na tę chwilę. Skutkiem natychmiastowym była Konwencja Alvenslebena, przywracająca alians prusko-rosyjski, który uprzednio polityka rosyjska już poświęcała. Gorczakow i Aleksander II dążyli do przeobrażenia przymierzy i do zbliżenia z Francją. Właśnie dlatego robiono ustępstwa Polakom. Była to cena dogadania się z Francją.
Powstanie plan ten niweczy i skłania Petersburg do wznowienia sojuszu z Berlinem. Nieudana interwencja Napoleona III na rzecz powstania ostatecznie grzebie koncepcje profrancuskie.
Bismarck za wszelką cenę potrzebował dogadania się z Rosją. Było to konieczne dla urzeczywistnienia jego planów mocarstwowych. Powstanie polskie przynosi spełnienie tych marzeń, Bismarcka sen o potędze może się urzeczywistnić. Powstanie umożliwia Prusom rozgromienie Austrii (1866) oraz pokonanie Francji (1870) i zjednoczenie Niemiec pod egidą Prus. Nie jest to bynajmniej moje subiektywne zdanie. Jest to zgodne twierdzenie plejady historyków.
Józef Feldman pisze: ,,Deską ratunku, której czepiała się dotąd dyplomacja berlińska w obliczu dokonujących się w Kongresówce przeobrażeń, był opór, stawiany pojednawczym zamierzeniom rządu przez obóz Czerwonych. Każda manifestacja przeciwrosyjska społeczeństwa, każdy zryw ruchu rewolucyjnego napełniały Bismarcka i jego podwładnych tajemną nadzieją, że w końcu żywioły ruchu wezmą stanowczo górę i Petersburg przekona się o niemożliwości paktowania z narodem wiecznych burzycieli. Co jednak będzie, jeśli Wielopolski osiągnie zamierzony cel i zdławiwszy siły wywrotowe poprowadzi społeczeństwo ku ugodzie z Rosją? Zniknie wówczas ostatnia przeszkoda na drodze do uzgodnienia interesów francusko-rosyjskich, przed Prusami stanie groźba Polski dobierającej się do granic wschodnich". (J. Feldman, "Bismarck a Polska").
Czytamy jeszcze u Feldmana: ,,Na szlaku półwiekowych zmagań Bismarcka z Polską nie ma drugiego momentu o równie przełomowym, symbolicznym niemal znaczeniu, jak rok 1863. Pierwszy raz przyszło wówczas pruskiemu mężowi stanu zmierzyć się samodzielnie z wielkim zagadnieniem międzynarodowym, od którego rozwiązania zawisnął w tej chwili los Europy, a w szczególności jego własnego państwa. Ze starcia tego wyszedł zwycięzcą. Zawarta przezeń konwencja wojskowa z Rosją, której ostrze zwracało się przeciw powstaniu, okazała się zaczynem wielkości i potęgi nowych Prus, niosących w sobie misję poddania całych Niemiec berłu Hohenzollernów. Wszystko, co miało rozegrać się w najbliższym decydującym okresie po powstaniu: przegrana Austrii, wypchnięcie Habsburgów z Niemiec, związek państw północnych pod egidą Prus, pogrom Francji, uroczysty akt w Sali Zwierciadlanej pałacu Wersalskiego, wiąże się przyczynowo z nową konstelacją międzynarodową, jaką narzucił Bismarck Europie przez układ 6 lutego 1863 roku".
A oto głos innego świadka, bardzo miarodajnego - jest nim kanclerz Rzeszy von Bülow, jeden z następców Bismarcka, wierny kontynuator jego polityki. Bülow stwierdza: ,,Konwencja (Alvenslebena) którą w dniu 6 lutego 1863 zawarł Bismarck z rządem rosyjskim w sprawie wspólnego zwalczania powstania polskiego, stała się dla niego odskocznią dla wszystkich jego późniejszych osiągnięć... Konwencja, która okazała się punktem wyjścia dla zwycięskiego marszu Niemiec, który przez Sadowę i Sedan prowadził do Paryża".
Świadectwo bardzo wymowne. Listę świadków można by przedłużać. To jednak wystarczy. Powstanie spowodowało odnowienie sojuszu prusko-rosyjskiego, przez co stało się możliwe wyrośnięcie światowej potęgi Niemiec. Zarazem konflikt między zaborcami odsunięty o kilkadziesiąt lat i na tyleż spóźnione odzyskanie niepodległości.

"Wielkości, gdzie twoje imię?"

Znany jest odczyt, który swego czasu Józef Piłsudski wygłosił na temat powstania 1863. Stawiał w nim pytanie powyżej cytowane: ,,Wielkości, gdzie twoje imię?". Poszukując wielkości w powstaniu, omawiał kolejno osobistości, które wtedy wyszły na arenę dziejową. I każdej z nich po kolei odmawiał tytułu wielkości.
W jednym wypadku może ocena była zbyt surowa. W zbiorku Orzeszkowej ,,Gloria victis" jest nowelka pt. ,,On". Opisuje tam Orzeszkowa dreszcz wzruszenia, jaki ogarniał ludzi na samo słowo: ,,On". Ów tajemniczy ,,On", człowiek, który już zdobył legendę: Romuald Traugutt.
"Traugutt nie ponosi żadnej odpowiedzialności za polityczną decyzję powstania. Został jego wodzem, gdy już walka ustawała i powstanie chyliło się ku upadkowi. Poszedł na stracony posterunek z zimną determinacją i objąwszy tę tragiczną funkcję, wykazywać zaczął niezwykły talent organizacyjny i wojskowy. Zawsze opanowany, zamknięty w sobie, małomówny, robił wrażenie człowieka zupełnie beznamiętnego. Objąwszy zaś dowodzenie, ujawnił temperament i pasję. ,,Z tego jesiennego nieba zaczęły padać pioruny" - mówi o Traugucie rosyjski biograf powstania Berg. Mówiąc więc o powstaniu, pochylić trzeba głowę na wspomnienie Traugutta.
Paweł Jasienica usiłował dać apoteozę Stefana Bobrowskiego. Był niewątpliwie człowiekiem szlachetnym, inteligentnym, o dużej wiedzy. Jednakże tragiczny koniec tego człowieka ma wielką wymowę. Właściwie to on zadecydował o wybuchu powstania, wziął na siebie tę straszliwą odpowiedzialność. Później, gdy ,,dyktator" Langiewicz wycofał się do Galicji, zaistniała możliwość wygaśnięcia walki. Jeszcze książę Konstanty i Wielopolski byli w Warszawie, jeszcze - być może - dałoby się ocalić nowe instytucje w Królestwie wprowadzone. Powstanie byłoby wtedy aktem zbrojnego protestu przeciw ,,brance". Wtedy Stefan Bobrowski raz tu jeszcze sam zadecydował. Sam jeden - w imieniu Rządu Narodowego - wydał nakaz kontynuowania walki. Raz jeszcze obarczył się straszliwą odpowiedzialnością za dalszą walkę i klęski. I zaraz potem wyjechał w Poznańskie, aby tam w jakimś lesie pojedynkować się z Adamem Grabowskim, znanym awanturnikiem, zabijaką, birbantem. Pojedynek był prawie samobójstwem, bo Bobrowski był krótkowidzem bez żadnej wprawy w strzelaniu, natomiast przeciwnik jego był znakomitym strzelcem, otrzaskanym z pojedynkami. Bobrowski zginął na miejscu. Opinia publiczna potraktowała to słusznie jako morderstwo.
Przejmujący jest tragizm historyczny tej sceny. Bobrowski własną, indywidualną decyzją przedłużył powstanie. Sam jeden kładąc podpis i pieczęć Rządu Narodowego, stał się nową władzą. Podstawił siebie na miejsce Langiewicza, wziął ster w swoje ręce. I w tej sytuacji przyjmuje samobójczy pojedynek z awanturnikiem, opojem. Chodziło o sprawę Rządu Narodowego, ale przecież nawet w ramach tych głupich kodeksów honorowych możliwe było odroczenie pojedynku do końca powstania. Więc patetyczny gest samobójczy. Najpierw niewiara w powodzenie w chwili ogłaszania powstania, potem rzucenie się w przepaść. Gesty bohaterskie, maksymalistyczne i samobójcze, które tak bezlitośnie piętnował Wyspiański w swych tragediach.
Drugim sprawcą powstania był Zygmunt Padlewski, ,,wojewoda płocki". W maju 1863 udaje się na spotkanie nowego oddziałku, aby odebrać defiladę. Trzeba przebyć teren obsadzony przez Kozaków i podróż przedstawia duże niebezpieczeństwo. Ale Padlewski chce na defiladzie paradować w mundurze dowódcy, jak przystało na ,,wojewodę". Dlatego w bryczce, pod siedzeniem, przewozi konfederatkę, mundur, szablę, insygnia. Gdy jadących zatrzymuje patrol kozacki, Padlewski wręcza żołnierzowi banknot 100-rublowy: ,,Masz, odczep się". Gdyby - zauważa Berg - dał rubla, może by Kozak zostawił go w spokoju, ale 100 rubli budzi jego zdumienie i oczywiście podejrzenia. Kontrola bryczki wszystko ujawnia. Parę dni później Padlewski stanął przed plutonem egzekucyjnym.
Roman Dmowski powiedział, że powstanie 1863 narzuciły Polsce dzieci. W chwili zgonu Bobrowski miał lat 22, a Padlewski 28 lat. Ich wiek i gest powiększają tragiczny patos owych straszliwych dni.
Na początku artykułu umieściłem słowa: ,,Krwi ofiarnej cześć". Powtarzam je raz jeszcze, zamykając rozważania. Ale myśląc po stu latach o tym, co się wtedy z Polską stało, nie można poprzestać tylko na tych słowach. Nie można tak spokojnie, tak łagodnie odwracać kart tragicznych. Przebija w nich prawda wymagająca zastanowienia.

Stanisław Stomma

Czytaj więcej: Z kurzem krwi bratniej

Komentarz (8)

Królestwo wyklęte

Szczegóły
Opublikowano: czwartek, 22 czerwiec 2017 15:36
Adam Kowalczyk

Do napisania niniejszego tekstu sprowokował mnie ksiądz redaktor naczelny* swoją notką pod moim artykułem o koronacji Mikołaja I na króla Polski. Ponieważ notką tą dystansował się od mojego tekstu, postanowiłem wytłumaczyć się rozszerzając temat.
W potocznej opinii oraz, niestety, w podręcznikach szkolnych przyjęło się pisać, że Polska była przez 123 lata w niewoli, że w tym czasie (1795–1918) państwa polskiego zwyczajnie nie było. Stąd zapewne reakcja na mój tekst o koronacji. No bo jak można być królem nieistniejącego państwa?
Otóż ta opinia, to nic bardziej fałszywego. Nie jest prawdą, że Polski nie było na mapach. Jak najbardziej istniała i była państwem powszechnie uznanym międzynarodowo. Podstawy istnienia i uznania miała bardzo mocne, bo jej istnienie było zagwarantowane zgodną wolą ówczesnych mocarzy świata w traktacie zawartym na Kongresie Wiedeńskim. W stosunku do Polski używano nawet, zgodnie z ówczesnym obyczajem, określenia „mocarstwo”. Dzisiaj to brzmi zabawnie, ale mile dla polskiego ucha.
Więc w końcu – co z tą Polską? Była, czy jednak jej nie było?
Preludium
We wrześniu 1806 roku Prusy przystąpiły do wojny z Francją, 27 października Napoleon wkroczył do Berlina, a tydzień później do Poznania. Zaczęła się cyniczna gra Polską. Wezwał Polaków do tworzenia armii. Powiedział: „Zobaczę, czy Polacy godni są być narodem”. Domagał się 30 tys. żołnierzy, a dostał znacznie więcej. Jednak już pół roku później doszedł do wniosku, że Polacy nie są godni być narodem i 25 czerwca w Tylży, podczas spotkania z carem Aleksandrem, postanowił ubić interes naszym kosztem. Zaoferował carowi wszystkie ziemie polskie wraz z tytułem króla Polski. Do tego jeszcze: sojusz francusko-rosyjski, porozumienie handlowe, udział w blokadzie kontynentalnej Anglii, itd. Car zgodził się na wszystko, ale prezentu w postaci Polski nie przyjął. Słusznie uznał to za pułapkę. Napoleon kosztem Polaków chciał doprowadzić do zerwania sojuszu rosyjsko-pruskiego i jednocześnie osłabić pozycję cara w Rosji jako tego, który przyjmuje koronę z rąk cesarza Francji.
Skoro nie dało rady nas przehandlować, trzeba było nas wykorzystać. Napoleon utworzył Księstwo Warszawskie, połączone unią personalną z Królestwem Saksonii.
Księstwo Warszawskie było tworem specyficznym. Było państwem w sensie prawa wewnętrznego. Księciem Warszawskim był formalnie król Saksonii Fryderyk August, ale rządy faktyczne sprawował rezydent francuski, biorący stały udział w posiedzeniach rządu Księstwa, nazywany zresztą przez Stanisława Staszica drugim Stackelbergiem. Konstytucja Księstwa została nadana przez cesarza Francji, a nie formalnego suwerena, zaś armia nie podlegała księciu lecz cesarzowi Francji. Wierności cesarzowi pilnował 30-tysięczny francuski korpus okupacyjny, utrzymywany przez zrujnowane społeczeństwo.
Księstwo byt swój ściśle związało z Napoleonem i razem z jego upadkiem powinno byt swój zakończyć. Tak się jednak nie stało.
Już w roku 1809, podczas wojny z Austrią, chwilowym sojusznikiem była Rosja. Gdy wojska rosyjskie wkroczyły do Galicji, ich głównodowodzący, książę Dmitrij Golicyn, zwrócił się do cara z projektem odbudowy Rzeczypospolitej w granicach z 1772 roku, pod berłem cara jako króla Polski. Golicyn miał nadzieję zostać namiestnikiem odbudowanej monarchii. Projekt, jeden z kilku podobnych, upadł, ale myśl ciągle kiełkowała. W miarę psucia się stosunków z Francją, narastało znaczenie opcji rosyjskiej w Polsce. Tacy ludzie, jak książę Michał Ogiński, książę Franciszek Drucki-Lubecki czy hrabia Ludwik Plater proponowali utworzenie pod berłem cara Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jak to tłumaczyli rodakom: wygra wojnę Rosja, to Księstwo Warszawskie przyłączy się do Litwy, a jak Napoleon – to Litwę do Księstwa. W obu przypadkach efektem miało być zjednoczenie ziem dawnej Rzeczypospolitej.
Gdy już sojusze się posypały, Napoleon w rozmowie z ambasadorem Rosji (15 sierpnia 1811 roku) wyłożył kawę na ławę:

„Nie myślę przywracać Polski, interes mych ludów nie jest związany z tym krajem. Lecz jeśli mnie zmusicie do wojny, posłużę się Polską jako środkiem przeciwko wam.”.
Tym razem słowa dotrzymał. Rok później rzucił Księstwo do wojny przeciwko Rosji. Jak się to skończyło, wszyscy wiemy. Kozacy poili konie w Sekwanie, a rosyjscy żołnierze „wprowadzili” nazwę „bistro”, poganiając podających im jedzenie: „bystro, bystro”.
I na tym powinien być koniec.

aleks I

Car Rosji Aleksander I i król Polski Aleksander II w polskim mundurze


Nie wszystko stracone
Car jednak nie zlikwidował Księstwa. Rząd wprawdzie wyjechał, ale pozostał na miejscu Senat. Imperator powołał polsko-rosyjski rząd tymczasowy i utrzymał istniejącą administrację.
Armia Księstwa Warszawskiego dochowała wierności cesarzowi do końca. Dłużej nawet niż Francuzi. W końcu resztki wojska zostały osamotnione w jakimś pałacu, nawet nikt ich nie rozbroił. Niepotrzebni Francuzom, zignorowani przez koalicję, nie mający dokąd się udać.
I wtedy przyszła odmiana. 13 kwietnia 1814 roku w Paryżu odbyła się rozmowa delegacji polskich wojskowych z Aleksandrem I. Na pytanie: „Czy wojsko zatrzyma kokardę narodową?", cesarz odpowiedział twierdząco. 24 kwietnia 1814 roku w Saint-Denis odbyła się rewia wojska polskiego, po której Aleksander I, chwaląc postawę żołnierzy, powiedział: „Do zobaczenia się w Warszawie".
Car Aleksander wrócił do planów odbudowy państwa polskiego pod swoim berłem. Jego decyzja była z wielu powodów zadziwiająca. Niosła wielkie ryzyko osobiste. Przecież już wcześniej grupa oficerów zawiązała spisek, mający na celu zamordowanie cara, żeby nie dopuścić do odbudowy Polski. W dodatku na Kongresie Wiedeńskim zmuszony był samotnie wystąpić przeciwko całej Europie.
Niechęć do odbudowy Polski pod jego berłem była tak silna, że połączyła wczorajszych wrogów. 3 stycznia 1815 roku Austria, Francja i Wielka Brytania zawarły sojusz, mający uniemożliwić powstanie Królestwa Polskiego. Wielki Książę Konstanty wydał rozkaz mobilizacji i obrony granic Księstwa. Kryzys został zażegnany kosztem oddania Prusom Wielkopolski. Tocząc bój z Europą Aleksander przeforsował powstanie Królestwa Polskiego jako monarchii konstytucyjnej. Zostało to usankcjonowane uchwałą Kongresu, tak że z dniem 20 czerwca 1815 roku Księstwo Warszawskie stało się Królestwem Polskim, z Aleksandrem jako władcą.

1820 Mapa Krolestwa Polskiego

Mapa Królestwa Polskiego z 1820 roku

flaga

Flaga Królestwa


Jaka była ta Polska?
Aleksander nadał Królestwu konstytucję, opracowaną przez zespół pod kierunkiem księcia Adama Jerzego Czartoryskiego. Królestwo nie było częścią Rosji. Wspólną z Rosją miało tylko osobę monarchy, bo każdorazowy car miał być jednocześnie królem Polski. Wspólną z Rosją miało też politykę zagraniczną, aczkolwiek przy wielkim księciu Konstantym Pawłowiczu była kancelaria dyplomatyczna, do której wpływały dokumenty dotyczące spraw polskich. Wszystko pozostałe było oddzielne. Nie tylko własna armia, własny Sejm, rząd, skarb, waluta, ale nawet oddzielna była regencja w wypadku śmierci panującego. Językiem urzędowym był język polski, a językiem kontaktów dyplomatycznych pomiędzy Polską i Rosją był francuski. Z ciekawostek dodam, że w przypadku wkroczenia wojsk rosyjskich do Polski, miały być one utrzymywane przez rząd rosyjski, a ich pobyt nie mógł obciążać budżetu Królestwa, i vice versa. Wojsko Polskie nie mogło być użyte poza obszarem Europy. W praktyce, nie zostało użyte nawet w Europie, bo gdy rozpoczęła się wojna rosyjsko-turecka w 1828 roku, to wódz naczelny, wielki książę Konstanty, odmówił Mikołajowi I wysłania wojsk polskich i car ustąpił.

car mikolaj I polski mundur 450

Car Rosji i król Polski Mikołaj I


Dziwne jest to, że Królestwo Polskie nie ma dobrej opinii. Nie tylko w podręcznikach, ale i w mających się za naukowe opracowaniach malowany jest jego zdecydowanie czarny obraz. Oficjalnie mówi się o 123 latach niewoli i braku państwowości, gdy tymczasem Królestwo jako państwo istniało od 1815 aż do 1874 roku, kiedy to został zlikwidowany urząd Namiestnika Królestwa. Wtedy też jedynymi pozostałościami były nazwa na mapie i Prokuratoria Generalna KP, której nie zlikwidowano.
Powszechnie głoszona jest również teza, że carowie, zwłaszcza Mikołaj I, z czasem zamierzali ograniczyć, a potem zlikwidować, autonomię Królestwa. Jako argument podaje się fakt, że w końcu tak się stało. Jest to argument z gruntu fałszywy, mylący przyczynę ze skutkami. Mikołaj I nie po to koronował się w Warszawie na króla Polski, żeby Polskę likwidować. Nie po to kazał uczyć języka polskiego swojego syna, przyszłego cara Aleksandra II, żeby nie przekazać mu w spadku Królestwa. Zniesienie konstytucji Królestwa (26 lutego 1832 roku) było skutkiem buntu, czyli powstania listopadowego, a nie wynikiem jakiegoś wcześniejszego planu.
Na aberrację umysłową zakrawa fakt, że Księstwo Warszawskie – tak naprawdę eksploatowany do granic wyniszczenia obóz wojskowy, rządzony „z buta” przez rezydenta francuskiego – cieszy się dobrą opinią. Natomiast dysponujące o wiele większą samodzielnością, lepszą konstytucją, bardziej praworządne Królestwo Polskie jest przedstawiane jako twór nam obcy i nie do zniesienia.
Piejemy z zachwytu nad Napoleonem, pierwszym na taką skalę nowoczesnym zbrodniarzem, który swoimi wojnami przez dwadzieścia lat wyludniał Europę. Jesteśmy dumni z tego, że byliśmy jego narzędziem w ujarzmianiu narodów walczących o wolność. Gdzie tu powód do dumy? Chwalimy się, że dławiliśmy walczącą o wolność Hiszpanię? Księstwa włoskie? Albo może San Domingo? Przecież tak naprawdę powodem do dumy może być wojna z Austrią w 1809 roku, w tym bitwa pod Raszynem, ale nie ta cała reszta w ochotniczej służbie tyrana. Przeciwstawiamy temu wyolbrzymione szaleństwa Konstantego i rzekomo nieuniknione powstanie listopadowe. O nieobliczalnym Konstantym pisze się wiele. O tym, jak obrażał oficerów. Ale o tym, że ten sam gwałtowny Konstanty, gdy ochłonął, potrafił podczas parady publicznie przeprosić obrażonych oficerów, to już mało kto wspomina, bo fakt ten psuje nieprzeniknioną czerń obrazu wroga.

Sztab generalny WP

Sztab Generalny Wojska Polskiego


Pamiętamy o żołnierskiej chwale Księstwa Warszawskiego, która przyniosła nam ruiny i zgliszcza. W Warszawie pod rządami Napoleona nie zbudowano ani jednego domu. Dosłownie – ani jednego. Za to kto dziś pamięta o niewyobrażalnie dużych osiągnięciach Królestwa pod berłem króla-cara, ale pod polskimi rządami? O wspaniałym rozwoju budownictwa nie tylko w stolicy, o utworzeniu Banku Polskiego, Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego, Instytutu Agronomicznego, Instytutu Politechnicznego i Akademii Górniczej w Kielcach? Kto wie, że w Królestwie zbudowano dwa razy więcej dróg bitych niż w całym Cesarstwie Rosyjskim? Weźmy taki np. trakt uściługski, jedną z głównych dróg budowanych w latach 30. XIX w. przez Dyrekcję Jeneralną Dróg i Mostów Królestwa Polskiego, z Warszawy przez Lublin, Chełm w kierunku Uściługa. Droga ta, jak inne trakty budowane w latach 1819–1846, była wytyczana od zera, idealnie prosta i omijała centra wsi.
Zmierzch
Nieszczęsne powstanie listopadowe zaprzepaściło większość wcześniejszych zdobyczy politycznych, ale gospodarcze i znaczna część administracyjnych – pozostały. Ograniczenie swobód nie było celem cara, lecz rezultatem naszego szaleństwa. Mikołaj I spotkał się w Moskwie, w listopadzie 1831 roku, z generałem Tomaszem Łubieńskim. Rozmowa miała burzliwy przebieg.
„Ja wam wszystko przebaczam – zawołał w uniesieniu – bunt, zdradę, nawet detronizację, ale czego wam wybaczyć nie mogę, to żeście mi zwichnęli cały plan panowania. Ja chciałem przez was cywilizować Rosyę, zbratać w postępie te dwa narody; wyście temu stanęli na przeszkodzie, przez waszą głupią rewolucję, i zmusiliście mnie rzucić się w objęcia Niemców, tych największych moich i waszych wrogów...” (za: S. Smolka, Polityka Lubeckiego przed powstaniem listopadowym).
Wydawałoby się, że po powstaniu powinien nastąpić koniec Królestwa. Tymczasem Mikołaj I wprawdzie zlikwidował wojsko, Sejm, odrębną regencję, a konstytucję zastąpił Statutem Organicznym dla Królestwa Polskiego, jednak kurs gospodarczy utrzymał. Nowy namiestnik, książę Iwan Paskiewicz, kontynuował, a nawet wzmocnił politykę samodzielności gospodarczej Królestwa. Wbrew temu, co można wyczytać w Wikipedii, był przeciwnikiem zbędnych represji. Na czas jego namiestnictwa przypada okres największego rozwoju gospodarczego Królestwa Polskiego. Wprawdzie instytucje polityczne Królestwa zostały bardzo ograniczone, ale administracja pozostała polska i autonomiczna w stosunku do Rosji. Sam Paskiewicz, paradoksalnie, był najskuteczniejszym obrońcą odrębności Królestwa przed zakusami rosyjskiej oligarchii. Kres tej polityce położyło dopiero powstanie styczniowe. Po tym naszym zrywie zapadła decyzja o końcu odrębności Polski, przynoszącej Rosji tyle kłopotów. Rozpoczęto proces likwidacji polskich instytucji, zakończony w 1874 roku zniesieniem urzędu Namiestnika Królestwa. Zaczęła się era rusyfikacji, trwająca aż do 1907 roku. Ale to już inna opowieść.
Fakt, że nie pamiętamy o tym wszystkim, wpisuje się w obraz naszej niewiedzy o własnej przeszłości. Dramatycznie kiepski jest poziom nauki historii w szkole, która czasem uczy, kto i z kim toczył bitwy, ale o co – to już nie zawsze. Absolwent polskiej szkoły nie ma – i nie może mieć – zielonego pojęcia, kto w naszej Ojczyźnie zakładał szkoły, unowocześniał gospodarkę i tworzył infrastrukturę. Nie wie, skąd się wzięły choćby domy, które można było burzyć w czasie kolejnych powstań. A przecież to polskie elity Królestwa Polskiego nie zmarnowały tych kilkunastu lat, oddzielających kolejne wojenne awantury, lecz stworzyły mocne podstawy rozwoju gospodarczego.
To niesuwerenne Królestwo Polskie w pełni zasłużyło na naszą pamięć i dobre słowo. Nie powinno dłużej pozostawać królestwem wyklętym.
Adam Kowalczyk
Literatura:
Andrzej Andrusiewicz, Aleksander I – Wielki gracz, car Rosji – król Polski.
Lech Mażewski (red.), System polityczny, prawo, konstytucja i ustrój Królestwa Polskiego 1815-1830.
Lech Mażewski (red.), Królestwo Polskie w okresie namiestnictwa Iwana Paskiewicza (1832-1856).
Lech Mażewski, Oblany egzamin z polityki. O narodzinach, istnieniu i upadku państwa polskiego w latach 1806–1874.
Violetta Wernicka, Rosjanie w Polsce. Czas zaborów 1795–1915.

*pierwotnie artyluł był publikowany w miesięczniku Debata

 

Czytaj więcej: Królestwo wyklęte

Komentarz (38)

Więcej artykułów…

  1. Ostatnia koronacja
  2. Rocznica
  3. Niech żyje 1 Maja!
  4. Pamięć i zapomnienie

Strona 13 z 45

  • start
  • Poprzedni artykuł
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14
  • 15
  • 16
  • 17
  • Następny artykuł
  • koniec

Komentarze

Ta cała czapa w Olsztynie to robi jedną wielką rozpierduche. A Pan redaktor nie zaczerpnęł informacji szrzej
Awantura w PiS-ie pomiędzy sze...
11 godzin(y) temu
https://bip.warmia.mazury.pl/nabor/992/ogloszenie-id-992-departament-kultury-i-edukacji-inspektor-etatow-1-etat.html
Syn wojewody Radosława Króla (...
15 godzin(y) temu
Bardzo ładne zdjęcie, gdzie można takie kupić?
Zobacz jakie premie dostali pr...
21 godzin(y) temu
A ile wynagrodzenia zmiennego otrzymał prezes Tumasz w 2025 r.? Więcej niż którykolwiek z prezesów miejskich spółek? Należy mu się, przecież zarządza ...
Posłowie z WiM: Semeniuk-Patko...
1 dzień temu
Nudy. Strefa ekonomiczna dokonała zakupu budynku przy ulicy Barczewskiego 1. Pytanie, po co skoro zgodnie z ustawą Strefy działają tylko do końca roku...
Posłowie z WiM: Semeniuk-Patko...
1 dzień temu
Czekamy na Jerzego i Darka Rödnicka
Oni powrócą
Posłowie z WiM: Semeniuk-Patko...
1 dzień temu

Ostatnie blogi

  • Apel o optymizm na wypadek wojny Dwadzieścia rosyjskich dronów, które ostatnio wleciały do Polski wzbudziły u wielu moich rodaczek i rodaków głęboki niepokój, a często przerażenie… Zobacz
  • Barbarzyński atak "silnych ludzi" Tuska na praworządność Zbigniew Lis Motto Tuska: Będziemy stosować prawo, tak jak my je rozumiemy, czyli uchwałami Sejmu i rozporządzeniami zmieniać ustawy, wg zasady –… Zobacz
  • Co trzeba zrobić, żeby PiS wygrało kolejne wybory? Zbigniew Lis Wielu Polaków głosujących nie za opozycją, tylko przeciw PiS, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji ich decyzji oraz z powagi… Zobacz
  • Michał Wypij, Paweł Warot – komentarz osobisty Bogdana Bachmury Bogdan Bachmura Dużo łatwiej o krytykę osób, których nie darzymy sympatią, z którymi jesteśmy w sporze lub konflikcie. Ale tym razem jest… Zobacz
  • 1

Najczęściej czytane

  • Wyborcza sporządziła listę osób do zwolnienia z pracy, związanych z PiS
  • PiS grozi prezydentowi Olsztyna referendum. Prezydent: Apeluję - działajmy wspólnie!
  • Starcie studentów UWM z europosłem Patrykiem Jakim: SAFE, OZE, Trump, Niemcy, imigracja
  • Spór o plan rozwoju Gietrzwałdu: stać się Lourdes czy strefą przemysłową?
  • STANOWISKO W SPRAWIE PROJEKTU PLANU OGÓLNEGO GMINY GIETRZWAŁD
  • Awantura w PiS-ie pomiędzy szefem partii w Szczytnie Żuchowskim a poseł Arent
  • Czy Katarzyna K. opłacała Iwonę Arent i wojewodę Mariana P.?
  • R. Zawadzki: "Nie byłem związany z Galwanotechniką w 2014 roku"
  • Tymiński ma pomóc Braunowi w wyborach na Warmii i Mazurach
  • Syn wojewody Radosława Króla (PSL) dostał pracę w starostwie olsztyńskim
  • B. poseł SLD Monika Falej zasiliła kadry WM Specjalnej Strefy Ekonomicznej
  • Zobacz jakie premie dostali prezesi spółek miejskich w Olsztynie

Wiadomości Olsztyn

  • Olsztyn

Wiadomości region

  • Region

Wiadomości Polska

  • Polska

O debacie

  • O Nas
  • Autorzy
  • Święta Warmia

Archiwum

  • Archiwum miesięcznika
  • Archiwum IPN

Polecamy

  • Klub Jagielloński
  • Teologia Polityczna

Informacje o plikach cookie

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.